środa, 31 maja 2017

Kim ty jesteś, Aniu Shirley? Czyli kilka słów o pierwszym sezonie serialu "Ania, nie Anna" (2017)

To jeden z seriali, na które czekałam w tym roku. Jak do tej pory przeżyłam już kilka pozytywnych zaskoczeń, a w przypadku serialu o słynnej Ani Shirley wiedziałam, że po prostu muszę to zobaczyć. Zwłaszcza, gdy ujrzałam najpierw krótki teaser, a później zwiastun - wręcz zakochałam się w nim. Co otrzymałam? Serial przede wszystkim bardzo zaskakujący, choć nie pozbawiony kontrowersji. 

Źrodło: mobirank.pl
Prawdopodobnie w tym miejscu daruję sobie streszczenie fabuły. Książka Lucy Maud Montgomery powinna być znana każdemu w Polsce, kto skończył podstawówkę. W końcu do tej pory jest to lektura szkolna. Serial ekranizuje zaś tylko część wątków znanych z książki: od pojawienia się Ani w domu Cuthbertów aż do momentu, kiedy tytułowa bohaterka ratuje siostrę swojej przyjaciółki. Część wątków jest jednak dodana, a część zmieniona. I na tym chciałabym się skupić.

Przede wszystkim mamy tu odwieczny dylemat, czym powinna być dobra ekranizacja. Długo byłam zdania, że ekranizacja w zasadzie powinna być 1:1 zgodna z oryginałem - a moje podejście wynikało z tego, że zazwyczaj ekranizacje książek, które miałam okazję widzieć, były jakby streszczeniem pierwowzoru, a nierzadko były pomijane akurat te wątki, które mnie bardzo interesowały. Z czasem jednak doszłam do wniosku, że porządna ekranizacja powinna dodawać coś od siebie. Bo skoro serial lub film na podstawie danej książki mają być tylko przełożeniem na ekran, to w zasadzie jaki jest w tym cel? Książkę można byłoby przeczytać już dawno. Dlatego też obecnie jestem dość liberalnie nastawiona do ekranizacji różnych powieści. Wciąż nie lubię "ekranowych streszczeń", ale nie rwałam włosów z głowy, gdy do Hobbita dodano nowe wątki. I tak samo było w przypadku nowej Ani. Wolałam się przekonać, co najpierw dostaniemy, a później ewentualnie lamentować. 

Być może będzie to kiepskie sformułowanie, ale warto zaznaczyć, że właściwie nie jest to serial dla każdego. A wynika to z podejścia, o którym wspomniałam wcześniej. Jeśli ktoś jest przykładowo bardzo mocno przywiązany do filmu z Megan Follows, jeśli to Megan jest dla niego tą Anią, to raczej serial nie przypadnie mu do gustu. Podobna rzecz ma się z tymi, którzy bardzo cenią książki - a serial naprawdę momentami mocno od niej odbiega.

Przede wszystkim książka Lucy Maud Montgomery jest książką opowiadającą o dorastaniu i pokonywaniu przeciwności losu, które spotykają bohaterkę. Całość jest bardzo pogodna i zabawna, co można docenić nawet po latach. Serial natomiast wprowadza nas w trochę mroczniejszy klimat w porównaniu do pierwowzoru. Przede wszystkim Ania Shirley jest nieco starsza. Podobnie jak w oryginale, chętnie fantazjuje i ucieka do świata swojej wyobraźni, lecz wynika to z dość nieciekawych wspomnień, które widzimy na ekranie - mianowicie główna bohaterka nie była zbyt dobrze traktowana w poprzednich domach, w których mieszkała. W zasadzie takie wspomnienia dla dziecka mogą być bardzo traumatyczne, stąd duże udramatyzowanie serialu. Wiem, że dla niektórych było to nie do przełknięcia, też momentami chciałam powiedzieć, że za dużo dramy, dość mrocznych i poważnych wątków, ale warto sobie uświadomić, że wynika to z tego, że na całość patrzymy bardziej z perspektywy bohaterki.

Serial momentami jest dość mocno uwspółcześniony. Mam tutaj na myśli głównie sceny, w których Ania jest w szkole, a także jej kontakty z rówieśnikami. Czasami miałam wrażenie, że oglądam współczesnych nastolatków przebranych w ciuchy z XIX wieku. I znowu, jednym to będzie zgrzytało (mi momentami też), ale podczas oglądania zadawałam sobie pytanie, co właściwie twórcy próbują nam przekazać. I myślę, że przede wszystkim dla twórców jest to współczesna wizja tamtej książki, próba odpowiedzi na pytanie "Co by było, gdyby Anię napisał ktoś żyjący współcześnie?" I faktycznie to widać. Zwłaszcza, gdy widzimy sceny, które z całą pewnością autorka nie ośmieliłaby ich opisać, jak np. pierwsza miesiączka (choć przyznaję, że rzadko jest to też nawet współcześnie poruszane w serialach dla młodzieży, a szkoda), czy rozmowy o dorastaniu lub nawet seksie.

Dodanym wątkiem, który jest wyjątkowo na plus, a jednocześnie nie odbiega mocno od książki, są wątki feministyczne. Sceny, w których Maryla zapoznaje się z ideałami sufrażystek - mistrzostwo. Ania, która mówi, że dziewczynki nie są w niczym gorsze od chłopców? Również. I takie sceny wciąż sprawiają, że książka przypomina się jak żywa - w końcu w oryginale Ania była również inspiracją dla wielu dziewczyn, by zmienić swoje życie (ja bardzo długo się z nią utożsamiałam). Bardzo przypadła mi do gustu postać Jerry'ego, chłopca, który pomagał Cuthbertom w gospodarstwie. Sądziłam, że będzie on postacią epizodyczną, ale okazał się kimś naprawdę ciekawym. Diana Barry? W końcu tutaj nie jest tłem dla Ani, ale faktycznie jej przyjaciółką, która pomaga jej w zaaklimatyzowaniu się w Avonlea. O innych wątkach nie będę szczegółowo mówić za wiele, ponieważ nie chcę zdradzić spoilerów, a zwłaszcza zakończenia, które jest mocno cliffhangerowe. 

Mieszane uczucia mam jedynie przy wątku Gilberta. Przy tej postaci zmieniono wiele (moim zdaniem głównie na plus), ale nie wiem, co sądzić o jego relacjach z Anią. Charakterystycznym w książce było to, że Ania nie cierpiała Gilberta i nie odzywała się do niego przez ładnych kilka lat za nazwanie ją "marchewką". Tymczasem tutaj Ania wścieka się bardziej na Gilberta, ponieważ chce bardziej dostosować się do pewnych niepisanych zasad, o których mówiły dziewczęta z klasy Ani. 

Trzeba przyznać, że aktorstwo jest naprawdę na wysokim poziomie. Amybeth McNulty jest taką Anią, jaką sobie wyobrażałam, gdy czytałam książkę (bez urazy dla Megan Follows, ale była ona za ładna do tej roli). W dodatku dziewczę radzi sobie fenomenalnie z dość trudną rolą (bardzo dużo kwestii do nauczenia się) - i życzę jej powodzenia w dalszej karierze. Naprawdę mistrzowscy są aktorzy odgrywający Cuthbertów - również tak ich sobie wyobrażałam w książce. Również dziewczynka grająca Dianę bardzo mi przypadła do gustu, podobnie jak odtwórcy Jerry'ego i Gilberta.

Wizualnie serial jest przepiękny, a zwłaszcza czołówka, od której trudno oderwać wzrok. Nawet dramatyczne scenki mają odpowiednią, chłodną kolorystykę kadru. Co akurat bardzo sobie cenię w różnego rodzaju filmach lub serialach.

Podsumowując: być może można zadać sobie pytanie, kim jest właściwie Ania Shirley. Ania, nie Andzia, lub Anna. Czy będzie to ta książkowa postać, czy któraś z przedstawionych w różnych ekranizacjach? Dla mnie najwierniejszym obrazem będzie "Akage no Anne", czyli anime o Ani z 1979 roku, które ciągle ogląda się bardzo przyjemnie i które ładnie pokazuje zmiany bohaterów - także te fizyczne, które wydają się dość naturalne. Ale serial, który zaprezentował nam Netflix można również śmiało oglądać, jeśli ktoś chce się przekonać, jak inaczej można spojrzeć na tę klasyczną powieść dla młodzieży. No i nie mogę się doczekać sezonu drugiego, a ten na razie otrzymuje ode mnie 8,5/10, czyli ocenę bardzo dobrą z plusem
Share:

czwartek, 11 maja 2017

W duchu lat 80., czyli Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)

Byłam bardzo zadowolona z pierwszej części przygód Petera Quilla i jego towarzyszy, więc wiedziałam, że pójdę również na drugą. Nie śledziłam jednak szczegółowo informacji na temat tego filmu, stąd właściwie dopiero w kinie byłam zaskoczona obsadą, jak i samą fabułą... I choć ta druga to raczej szczytem ambicji w sci-fi (jak i w samym Marvel Cinematic Universe) nie jest, to jednak... No co tu dużo mówić. Podobało mi się. To nie znaczy, że nie widziałam absolutnie żadnych wad, wręcz przeciwnie. Jednak to nie zmienia prostego faktu, że fajnie się bawiłam, podobnie jak na poprzedniej części. Ale po kolei.

Źródło: filmweb.pl

Peter Quill wraz z Gamorą, Draxem, Rocketem i Grootem wciąż tworzą drużynę nazwaną Strażnikami Galaktyki. Przyjmują oni różne zlecenia, często dostając jakąś nagrodę w zamian. Tak jest także i wtedy, gdy Strażnicy ratują cenny skarb należący do "pięknej i idealnej" rasy Suwerenów. Za dobrą robotę przejmują oni więźnia, znaną z poprzedniej części Nebulę. Niestety, Rocket kradnie cenny skarb, co powoduje wściekłość Suwerenów. Przed pościgiem Petera oraz spółkę ratuje niejaki Ego, który okazuje się zaginionym ojcem Quilla. Mimo złych przeczuć, część drużyny udaje się na planetę Ego, by dowiedzieć się czegoś o pochodzeniu Petera.

"Strażnicy Galaktyki vol. 2" to nie jest film, który daje jakiś całkowicie nowy, odkrywczy ton, zwłaszcza w przypadku głównych bohaterów. Morał całości jest dość sztampowy i mało oryginalny (i może ciutkę wątek prowadzący do morału był mało rozwinięty, ale o tym pomówię przy okazji kreacji bohaterów), ale wciąż potrafił wzruszyć i ukazać kilka rzeczy w zupełnie nowym świetle. A przynajmniej część wątków pobocznych potrafiła mocno zaskoczyć.

Dowiadujemy się bardzo dużo o przeszłości Petera, o jego prawdziwym pochodzeniu, stopniowo mamy odkrywane po kolei wszystkie tajemnice sprzed wielu lat. Nie chcę jednak tworzyć recenzji spoilerowej, więc nie zdradzę, co może najbardziej zaskoczyć widza. Sam pomysł na Ego jako postać oraz planetę przypadł mi mocno do gustu (w dodatku Kurt Russell świetnie odegrał tę postać, fajnie widzieć go ponownie na dużym ekranie), lecz przy okazji mamy dość sztampowe pomysły na postacie.

Mam wrażenie, że najgorzej wypada tutaj Peter Quill. O ile w poprzedniej części był cwaniaczkiem wychowanym przez złodzieja, który początkowo irytował, ale stopniował dawał się polubić, tak tutaj mam wrażenie, że jest trochę zagubiony w roli superbohatera. I nie mam tu na myśli kreacji Chrisa Pratta (choć do jego gry aktorskiej nie mam większych zastrzeżeń), ale raczej sam pomysł scenarzystów... A raczej jego brak. Peter stał się dla mnie nijaką postacią, która ucieka w dodatku w schematy doskonale wszystkim znane, Nie wiemy do końca jednak, co nim kieruje poza chęcią odnalezienia rodziny. Niestety Chris, tym razem mnie nie przekonałeś.

Niewiele lepiej wypadają Nebula oraz Gamora. Do gry nie mam zastrzeżeń (i to pokazuje, że Karen Gillan znana z Doktora Who umie grać, pod warunkiem, że da się jej trochę więcej możliwości). Ta pierwsza jest zgorzkniała i kieruje się tylko zemstą (a szkoda, liczyłam, że dołączy do Strażników), a Gamora jest trochę pokazana jako "love interest" Petera, a trochę jako twarda babka, która chce się dogadać z siostrą. Plus jednak za to, że jej relacja z Peterem nie była sprowadzona do klasycznego pocałunku na końcu i "żyli sobie długo i szczęśliwie". To jeden z ciekawszych wątków miłosnych, które ostatnio widziałam w kinie.

Rocket wprawdzie niewiele się zmienił - wciąż jest złośliwym szopem, który lubi irytować innych, jednakże częściowo jest to powtórka z rozrywki. Z Grootem tworzą fajny duet, ale ile można też powtarzać żart o tym, że mały Groot jest uroczy? No jest uroczy, słodki, kochany, tylko lepiej by to wypadło, gdyby było mniej takich żarcików.

No i Drax. Z nim wiem, że jest największy problem. Wprawdzie jest to postać, która przynajmniej częściowo została rozwinięta, ale kosztem dość niesmacznych dowcipów (mimo, że cała sala się śmiała w kinie) bazujących na różnicach kulturowych. Raz można. Drugi raz przebolejemy. Ale takie żarty bez przerwy? 

Nowe postacie nie dostały może dużej szansy na rozwinięcie (ale liczę na to, że urocza Mantis pojawi się w kolejnej, zapowiedzianej już odsłonie), ale miło, że się pojawiły. Duże zaskoczenie? Epizodyczna rola Sylvestra Stallone. Nie myślałam, że ta gwiazda jeszcze się pojawi na dużym ekranie w innej roli niż w tych, które już kiedyś odgrywał. No i oczywiście Yondu. Ten mnie najbardziej kupił. W poprzedniej części nieco irytujący złodziej i przywódca gangu, tutaj próbuje odkupić swoje winy (dowiadujemy się, dlaczego właściwie przeskrobał sobie tym, że zabrał Petera z Ziemi). Chciałabym właściwie zobaczyć tylko film o przygodach Yondu.

Ale skoro jest tak źle, to dlaczego ten film mi się podobał? Z prostej przyczyny: po prostu kocham wszystko, co powiązane z latami 80. A ten film zawiera w sobie całą ich estetykę - kiczowatą, a jednak w przypadku filmów sci-fi i fantasy - dobrze się kojarzącą. W końcu to lata 80. wypuściły dwie części Gwiezdnych Wojen, Powrót do przyszłości, Łowcę Androidów, czy filmy fantasy takie jak "Niekończąca się opowieść" czy "Willow". Po prostu od zawsze kochałam ten okres w kinematografii, jak i w muzyce, dlatego też siłą rzeczy Strażnicy Galaktyki będą mi się podobać. Uwielbiałam te wszystkie smaczki, nawiązania do popkultury, znanych aktorów, czy cały soundtrack. Kawałki z lat 70. i 80. wpadają w ucho i doskonale pasują do poszczególnych akcji. No i "Awesome Mix 2" można słuchać w kółko.

Nie powiem zbyt dużo o efektach specjalnych, bo wiadomo, że te stoją na bardzo wysokim poziomie - zwłaszcza planeta Ego to wizualne cudeńko. Ale o efektach specjalnych jako takich mam ochotę napisać oddzielny tekst (tak po powtórce "Łowcy Androidów"). 

Ogólnie mówiąc - Strażnicy Galaktyki vol. 2 to film, do którego można mieć wiele zastrzeżeń. Twórcy polecieli na tym, co podobało się widzom trzy lata i w zasadzie... Nie dodając nic nowego przy tym. Nie można jednak powiedzieć, że nie można się przy tym filmie świetnie bawić - a głównie o to chodzi. Najnowszy film z MCU można zawsze potraktować jako dobrą rozrywkę po szkole lub pracy. Stąd też moja ocena: 7,5/10, czyli dobry z plusem. Daleko mu do innych filmów Marvela, ale wciąż potrafi bawić. 
Share:

czwartek, 23 marca 2017

Gdzie się podziali tamci superbohaterowie, czyli Logan: Wolverine (2017)

Troszkę zajęło mi napisanie tego tekstu (a właściwie przemyślenie, o czym w ogóle pisać), także z powodów bardziej osobistych. A w kinie byłam już ponad tydzień temu. Początkowo nie miałam zamiaru wybierać się na Logana, choć przebijały się do mnie informacje o m.in. niezrozumiałej decyzji dystrybutora o dubbingu. W końcu zaczęłam czytać kilka recenzji, które krótko mówiły, że film jest "inny od reszty filmów o superbohaterach", że jest cudowny, że ludzie na nim płakali. Postanowiłam więc się wybrać, choć z X-Menami jestem trochę do tyłu. Jednak nie żałuję. I chyba wszystko, o czym pisali i mówili ludzie wcześniej ode mnie się potwierdziło. Ale po kolei.

Źrodło: filmweb.pl
Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, dokładnie w roku 2029. Wolverine, teraz już częściej nazywany Loganem, jest jednym z ostatnich mutantów - od ponad dwudziestu lat nie narodził się żaden nowy mutant z supermocami. Logan opiekuje się starszym i schorowanym profesorem Charlesem Xavierem, którego niekontrolowane moce zaczynają wyrządzać krzywdy ludziom. Tytułowy bohater dorabia jako kierowca taksówki. Pewnego dnia poznaje przypadkowo pielęgniarkę Gabrielę, która koniecznie chce, aby wywiózł ją razem z córką z Meksyku. Logan niezbyt chętnie się na to godzi. Wkrótce jednak okazuje się, że dziewczynka, którą opiekowała się Gabriela jest kimś bliskim i kimś wyjątkowym dla Logana. 

Znam zdanie, które mówi, że dobre sci-fi lub fantasy nie może funkcjonować w ten sposób, że jeśli odejmiemy wątki fantastyczne, to fabuła wiele na tym nie straci. Ja jednak jestem odmiennego zdania. Gdyby nie wątki powiązane z X-Menami i innymi bohaterami Marvela, to mielibyśmy do czynienia z dobrym filmem sensacyjnym i kinem drogi. I chyba to wyróżnia przede wszystkim "Logana" od pozostałych filmów Marvela.

Przyzwyczailiśmy się do schematu, że mamy naszego bohatera, który odkrywa (lub też nie) swoje supermoce, mamy konfrontację naszego protagonisty z antagonistą, mamy walkę, wygraną, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Tu jednak jest inaczej.

W filmie uderza wręcz spory pesymizm. Większość ze znanych X-Menów nie żyje. Charles jest stary i schorowany, a Wolverine, choć początkowo się nie przyznaje, traci powoli swoje moce. Traci również wiarę w siebie i we wszystko, co się dzieje dookoła. Marzy jedynie o świętym spokoju, dopóki właśnie los nie styka go z Gabrielą oraz Laurą. I właśnie mała Laura staje się powodem, dla którego relacje Charlesa i Logana się zmieniają. Cała trójka rusza wspólnie w drogę.

I chyba najlepszym momentem filmu był dla mnie ten, w którym Logan, Profesor X oraz Laura kłamią, udając rodzinę. Charles jest upierdliwym dziadkiem, a Logan próbuje radzić sobie w roli opiekuna oraz ojca. Dialogi Patricka Stewarta i Hugh Jackmana w tym filmie to arcydzieło. I zdaje się, że ten film był napisany głównie dla nich - w końcu obaj żegnają się tutaj ze swoimi rolami. Hugh Jackman po siedemnastu latach grania Wolverine'a w końcu mówi, że "trzeba ze sceny zejść niepokonanym" i to udaje mu się w naprawdę świetny sposób.

Czy film nadaje się dla osób niezaznajomionych ze światem X-Menów? Myślę, że w jakimś stopniu tak. Wprawdzie jest trochę nawiązań do poprzednich filmów, ale raczej ciężko się pogubić, bo "Logan" skupia się właściwie na głównym bohaterze i jego relacjach z innymi, a nie na przeszłości. A właściwie to patrzy w przyszłość.

Muszę jak pozostali skrytykować decyzję o dubbingu. Na szczęście miałam opcję, by wybrać się na seans z napisami, ale jednak decyzja jest dla mnie niepojęta - film bowiem obfituje w wulgarny język oraz dużo przemocy - jest to podobna sytuacja jak w przypadku "Legionu Samobójców", gdzie dubbing brzmiał wręcz kuriozalnie.

Co jeszcze mogę dodać? Od siebie dodam tylko tyle, że "Logan" redefiniuje pojęcie filmu o superbohaterach. Dlatego też szlag mnie trafił, gdy tym bardziej czytałam tekst na portalu natemat.pl, który wrzucił "Logana" do jednego worka wraz z innymi blockbusterami i dał łatkę "film dla idiotów" (szerzej pisała o tym Zwierz). Wprawdzie "Logan" jako film czysto sensacyjny nie byłby czymś nadzwyczajnym, w końcu takich filmów mieliśmy mnóstwo, ale jednak pokazuje to coś innego - a mianowicie fakt, że łączenie takich gatunków, "miksowanie" ich ze sobą jest możliwe. I działa. Dlatego szczerze polecam "Logana", a moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry (oczywiście w swoich gatunkach). 

A następny tekst prawdopodobnie będzie na temat zaproponowany przez Czytelniczkę :)
Share:

niedziela, 12 lutego 2017

You're doing it wrong - wydanie w wersji anime

Czasem mam tak, że obejrzę jakiś serial lub też film, to mam wewnętrzną załamkę. Najczęściej nie z powodu, że coś jest tak kiepskie, że aż głowa boli, ale raczej przez to, że pewien problem przedstawiony jest albo spłycany na maksa, albo przedstawiony w kompletnie zły sposób - i widać to w przypadkach, gdy po prostu kuleje research danego autora. 

Można zapytać (w nawiązaniu do tytułu), czemu się na anime uwzięłam, a nie na dzieła kultury zachodniej. Zgoda, popkultura amerykańska ma również pewne problemy, co widać chociażby na przykładzie Bożego Narodzenia - z założenia święto chrześcijańskie, w wielu kreskówkach czy filmach jest świętem ku czci... Nie wiadomo czego. Mimo to jednak spotkałam się także z nastawieniem takim, jakoby anime byłoby bardziej "dojrzałe", mówiło o "prawdziwych problemach", podczas gdy tytuły zachodnie były "płytkie" i "nastawione na rozrywkę". Nic bardziej mylnego. I właśnie przy okazji trzech tytułów, które wbrew pozorom łączy niewiele, chcę pokazać, że nierzadko twórcy anime również mają problem z researchem - lecz często może on wynikać z zupełnie różnych przyczyn.



"Watashi ga Motenai no wa Dou Kangaete mo Omaera ga Warui!" czyli "Watamote" (2013) - jak nie pisać o zaburzeniach psychicznych.

Ten jakże długi tytuł można przetłumaczyć w równie ciekawy sposób - "Z której strony by nie patrzeć, to wasza wina, że nie jestem popularna!". Zabawny, prawda? Ironiczny, taki cool? Tyle tylko, że nie. Jest to jeden z tych tytułów, o których już od dawna chciałam coś napisać, ale nie mogłam kompletnie zebrać myśli. I niby człowiek po pięciu latach socjologii ma świadomość, że kultura japońska podchodzi do pewnych spraw inaczej, tak tutaj jednak mój zachodni punkt widzenia wygrywa.

Ale co sprawiło, że czułam taką bezsilność wobec tego, co mi przedstawiono? Sama fabuła, jak i podejście twórców i co niektórych fanów. Tytuł sugeruje, że mamy do czynienia z komedią. Sama konwencja jest też dość komediowa, tyle tylko, że za tym wszystkim kryje się prawdziwy dramat. Szkoda tylko, że twórcy zdają się pewnych rzeczy nie widzieć.

Zagadka: po czym poznać główną bohaterkę anime? Źrodło: aminoapps.com

Tomoko Kuroki jest uczennicą liceum (jak w wielu innych anime...), która ma pewien problem. Jest nim chorobliwa nieśmiałość połączona z bardzo dużym ego - w swojej wyobraźni Tomoko kreuje się na wielką piękność, geniusza i osobę popularną, którą po prostu nikt nie chce docenić z powodu swojej głupoty. Tymczasem prawda jest inna - Tomoko cierpi wręcz na fobię społeczną, która przeszkadza nawet w złożeniu zamówienia w restauracji szybkiej obsługi. A żeby było tego mało, nasza główna bohaterka jest otaku - co już z perspektywy japońskiej sprawia, że jest traktowana mało poważnie.

Tytuł ten byłby świetnym pomysłem na dramat. Bowiem w Watamote uderza to, że bohaterka, kiedy nawet podejmuje próby przełamania swojej nieśmiałości, jest z tym wszystkim całkowicie sama. Ma wprawdzie przyjaciółkę z czasów gimnazjum, ale ta z kolei chodzi do innej szkoły i ma chłopaka - w dodatku nie rozumie problemów Tomoko. Bardziej uderza jednak, że dziewczyną nie interesuje się dosłownie nikt - ani rodzina (łącznie z bratem, który marzy tylko o tym, by siostra się od niego odczepiła), ani nauczyciele (a przecież w szkole powinni zauważyć takie rzeczy), ani sama klasa.

I w sumie właśnie najciekawsze w tym anime jest to całe tło, które mamy. Gdyby przyglądać się jemu bardzo uważnie, to zobaczymy bardzo zwyczajną historię o pewnej klasie w szkole średniej. Nawet łatwo sobie wyobrazić, co by było, gdyby Tomoko nie było w danej klasie - w swojej głowie nazywa tych uczniów idiotami, choć w zasadzie... Sama nie daje absolutnie żadnego powodu, by ją polubić i się nią zainteresować.

Znam opinie, które mówią, że właśnie przez charakter Tomoko mamy do czynienia z komedią, ponieważ jest ona nieśmiała, ale przy tym bardzo przekonana o swojej wyższości nad innymi. Owszem, ten kontrast uderza bardzo mocno i sprawia, że w pewnym sensie jest to element humorystyczny, ale... Po ostatnim odcinku nazwałam to anime "kopaniem leżącego". I zdania nie zmieniam.

Nie wiem, ale po prostu nie bawi mnie akurat humor opierający się na wyśmiewaniu kogoś, kto ewidentnie ma zaburzenia psychiczne. Spłyca to bardzo problem i może sprawić, że takie osoby przestaną szukać pomocy. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w Japonii wszelkie zaburzenia psychiczne to tabu, stąd np. plaga hikikomori - rodzina takiej wycofanej osoby woli po cichu akceptować ten fakt i udawać, że nic się nie dzieje, niż starać się jej pomóc - bo wymagałoby to w końcu pomocy specjalisty. Jednocześnie nie jestem w stanie jednak zrozumieć i zaakceptować tego faktu - głównie dlatego, że mam po prostu przekonanie o tym, że takim osobom należy pomagać, a nie je wyśmiewać. Ani nie czynić z choroby psychicznej materiału na komedię.

To nie znaczy jednak, że trudnych tematów nie można podjąć w sposób komediowy i lekki. I tu się właśnie kłania ta "płytka" kultura zachodnia - a mam na myśli serial Netflixa "Unbreakable Kimmy Schmidt". Tytułowa bohaterka przez kilkanaście lat była uwięziona w sekcie, ale po wydostaniu się na wolność postanawia zacząć swoje życie układając sobie je tak, jak tego chce - znajduje pracę, mieszkanie i mimo przeciwności losu stara się iść do przodu. Serial, mimo podjęcia bardzo trudnego tematu, jest jednocześnie bardzo pozytywny i optymistyczny. I tak należy to robić.

Bądźmy niezłomni jak Kimmy Schmidt. Źródło: vanityfair.com
Watashi ga Motete Dousunda (2016) - czyli jak nie wciskać wszystkich stereotypów jednocześnie.

Kolejne "szkolne" anime o dość długim tytule, znane równocześnie jako "Kiss him, not me" (lub jak to przełożyli polscy tłumacze mangi - "Pocałuj jego, kolego" - co bardzo mi się podoba). Anime, które było emitowane niemal jednocześnie z "Yuri on ice" i mogło komuś umknąć. Tytuł na podstawie mangi Junko, znanej głównie z tytułów shounen-ai. I tutaj tematyka "Boys Love" wcale nie jest taka odległa.

Kae Serinuma jest uczennicą liceum (jakie to oryginalne...), która jest gruba, nieatrakcyjna, w dodatku jest otaku i wielbicielką yaoi - do tego stopnia, że razem z koleżankami paruje klasowych kolegów. Nie jest kompletnie zainteresowana związkiem z jakimkolwiek chłopakiem, nie jest jej z tego powodu źle, aż nagle... główny bohater jej ukochanego anime ginie w ostatnim odcinku. Kae jest tym faktem tak zszokowana, że przez tydzień nie wychodzi z łóżka. Po przejściu traumy okazuje się, że dziewczyna schudła do tego stopnia, że stała się nagle klasową pięknością. I od razu czterech facetów wykazuje natychmiastowe zainteresowanie! Niestety, w głębi duszy Kae wciąż pozostaje otaku, co powoduje wiele niezręcznych sytuacji.

Zagadka nr 2: a tu czym się charakteryzuje główna bohaterka? Źródło: bbs.ruliweb.com

Co może się rzucić w oczy? Ano na pewno chciałoby się rzec - bo oni zaczęli lecieć na nią dopiero wtedy, jak schudła! Po części to racja (choć z czasem okazuje się, że przynajmniej dwóch facetów z "haremu" polubiło Kae za to, jaka jest, a nie za wygląd), jednak tutaj trzeba powiedzieć "stop". Bo może nie od razu, ale z czasem bardzo zaczyna się rzucać w oczy to, że Kae również taka święta nie jest.

Parowanie kolegów? Przynajmniej dość niezręczne. Ciągłe podniecanie się na widok dwuznacznych sytuacji? Zaczyna się robić coraz gorzej. Otóż nie ma co bronić głównej bohaterki - nie jest to pokrzywdzona dziewczyna, ofiara tego, że "ocenia się po wyglądzie", ale również sama zachowuje się jak najgorsza yaoistka, traktując dość przedmiotowo swoich kolegów.

Mogę zrozumieć, że Kae nie jest do końca zainteresowana żadnym z nich - w końcu jest to dla niej nowa sytuacja (choć szkoda mi Mutsumiego, który jest chyba najlepszą postacią w całym tym anime), nie wie, co ma robić - a być może jest lesbijką? W końcu do "haremu" dołącza także dziewczyna, również zapalona yaoistka. Chodzi jednak o to, że Kae widzi w chłopcach bohaterów swoich ulubionych seriali - na miejscu chłopaków czułabym się co najmniej niezręcznie, widząc obiekt swoich westchnień śliniący się do wyobrażenia o tym, że chłopcy okazują sobie uczucia.

Jeśli kogoś to nie do końca przekonuje, to niech sobie odwróci sytuację - czy byłoby to równie zabawne, gdybyśmy mieli do czynienia z przystojnym chłopakiem, zakochanymi w nim dziewczętami, a on wolałby patrzeć, jak one się ze sobą zabawiają? Chyba każdy przyznałby, że chłopak byłby stereotypowym dupkiem.

Nie oznacza to jednak, że "Kiss him, not me" jest tak do końca beznadziejne. Mimo to widać, że autorka wprawiona w shounen-ai nie ma do końca pomysłu na gatunek shoujo. Bo w sumie manga wychodzi nadal, a ile można ciągnąć też fabułę pt. główna bohaterka wyobraża sobie swoich kolegów jako gejów? Niemniej jednak można przecierpieć. Chociażby dla samych bohaterów.

Junketsu no Maria (2015), czyli prawie dobrze, ale to jeszcze nie to.

A teraz coś zupełnie innego. Anime z gatunku fantasy historyczne, czyli opowieść o Marii, dziewiczej czarownicy. Jest to dość dobitny przykład tego, jak Japończycy traktują religię chrześcijańską - czyli jako totalną egzotykę, której do końca nie rozumieją. Przy poprzednich tytułach poprzez brak odpowiedniego researchu rozumiałam brak próby wgłębienia się w problemy psychiczne czy zrozumienie pewnych stereotypów (czasami szkodliwych), tak tutaj jest to przykład tego, że można przedobrzyć. I o ile nie można się czepiać tego, jak pokazana jest średniowieczna Europa (a jest pokazana wręcz idealnie, także pod względem czysto militarnym), tak jeśli chodzi o religię... No cóż, z tym jest różnie.

A tu zgadniecie, kto to jest? Choć światło na twarzy może utrudnić zadanie. Źródło: anime-blog.info

Trwa wojna stuletnia, a Maria, tytułowa czarownica, ma dość nietypowe marzenie. Nie cierpi konfliktów, więc pragnie za wszelką cenę doprowadzić do pokoju, co też czyni za pomocą czarów. Ogólnie Maria jest dość dziwna, jak na kogoś ze swojej "branży" - głównie przez dziewictwo. Nie do końca podoba się to niebiosom - wściekły archanioł Michał stawia więc warunek - jeśli Maria straci dziewictwo, straci również swoje moce czarownicy.

Naprawdę nie ma się czego czepiać, jeśli chodzi o stronę czysto historyczną - kostiumy, zbroje, narzędzia - to jest pokazane świetnie. Można się przyczepić wprawdzie do strojów czarownic, lecz są one w końcu istotami fantastycznymi. Natomiast fascynuje mnie to, jak przewrotnie może być rozumiane chrześcijaństwo oraz jego ogólne dogmaty.

Żeby nie było - rozumiem, że jak dla przeciętnego Europejczyka buddyzm jest czymś egzotycznym, tak dla Japończyka chrześcijaństwo to nie jego bajka. Ale zastanawia mnie jednak, jak można zrobić coś dobrego pod jednym kątem, a zapomnieć o religii? Zwłaszcza, że religia odgrywa w tytule istotną rolę.

Muszę przyznać, że samo przedstawienie Michała mnie wręcz zachwyciło, gdyż jest zgodne z biblijnym opisem - anioły nie mają płci i są jakby "nieludzkie", stąd Michał o androgynicznym wyglądzie, głosie, który nie jest ani kobiecy, ani męski, a w dodatku zachowuje się trochę jak robot (lub kosmita), który nie rozumie świata ludzi.

Uderzyło mnie jednak to, co Michał wyłożył głównej bohaterce, a jest osią całej fabuły - a mianowicie to, że "niezbadane są wyroki boskie". W tym sensie, że Bóg zadecydował sobie wcześniej, jak świat ma wyglądać, a osoby takie jak Maria tylko zawadzają boskiemu planowi - nawet jeśli czynią dobro, bo pragną pokoju. Tymczasem nie można zmienić tego przeznaczenia, toteż... Karą dla Marii ma być utrata mocy wraz z utratą dziewictwa, a tym samym Michał pragnie właśnie tego, aby tak się stało.

Ktoś powie - ale w kalwinizmie przecież jest predestynacja, tam Bóg o wszystkim zadecydował wcześniej itd. Zgoda, ale mamy tu do czynienia.., Ze średniowieczną Francją, czyli troszkę za wcześnie jak na kalwinizm. No i do tego te pragnienie, aby Maria utraciła dziewictwo, które w końcu jest cnotą w rozumieniu chrześcijańskim.

Chciałoby się rzec - wszystko pięknie, ładnie, a tutaj akurat trochę się nie popisano. Mimo to uważam, że z tych trzech tytułów to Junketsu no Maria jest najlepsze, w dodatku z ciekawą muzyką i fantastycznymi bohaterami.

Oczywiście przykładów można mnożyć - nie tylko w przypadku anime, ale oczywiście również w przypadku tytułów zachodnich, o czym mówiłam na samym początku. Czy oznacza to, że każdy musi się znać na wszystkim? Oczywiście, że nie. Jednak zazwyczaj filmy czy seriale nie tworzy jedna osoba. Od czego są więc osoby zajmujące się researchem czy też od czego są konsultacje ze specjalistami? Można byłoby wtedy się ustrzec wielu zarzutów, a przy okazji przedstawić coś o wiele, wiele lepiej. Spotkałam się ze zdaniem, że przeciętny Japończyk ma w swoim języku niewiele dobrych źródeł na temat np. Europy, a zwłaszcza jej historii.

Czy jednak usprawiedliwia to kogoś, kto chce się nazywać profesjonalistą? Na to pytanie musimy sobie odpowiedzieć już sami.

PS. Jeśli ta "Ciemniejsza strona Greya" okaże się dokładnie tak samo kiepska jak książka (ale będzie przynajmniej wierną ekranizacją), to chyba się wkurzę i napiszę coś bardzo krótkiego po prostu.
Share:

sobota, 4 lutego 2017

Jak odczarować tabu w demoludzie, czyli Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017)

Oczywiście nie przerywam cyklu oscarowego, ale póki co zastanawiam się, który film zobaczyć jako kolejny. A na razie postanowiłam zobaczyć kolejną polską produkcję, która już po zwiastunie zapowiadała się ciekawie. Jest to historia dość barwnej postaci z czasów PRL, która swoim życiorysem mogła zaszokować wielu ludzi nawet dzisiaj. W dodatku (przynajmniej częściowo) zmieniła podejście Polaków do spraw seksu, czyli właśnie odczarowywała pewne tabu, pewną hipokryzję, która sprawiała niejednokrotnie, że ludzie cierpieli. Mowa oczywiście o Michalinie Wisłockiej. Ginelożka i seksuolożka, autorka "Sztuki kochania". Jej życie mogłoby właściwie posłużyć na scenariusz niejednego filmu. Tu jednak Maria Sadowska postanowiła wybrać najważniejsze i najciekawsze elementy jej biografii.

Źródło: film.wp.pl

Lata 70. XX wieku. Niezwykle popularna ginekolożka, Michalina Wisłocka, po rozmowach z wieloma pacjentkami decyduje się wydać książkę pt. "Sztuka kochania", pierwszy poradnik dla par na temat życia seksualnego. Oczywiście w PRL-u nie jest to zadanie łatwe, a Wisłocka spotyka po drodze wiele przeszkód, łącznie z wyciąganiem dość ciekawych fragmentów jej życiorysu, jak życie w trójkącie czy romanse z wieloma mężczyznami.

W filmie Marii Sadowskiej jest kilka elementów, które drażniły i które trzeba zaznaczyć na samym początku. Po pierwsze, widz nie dowie się z filmu, czym była książka "Sztuka kochania". Może wnioskować, że był to rewolucyjny jak na tamte czasy poradnik, prezentujący różne pozycje łóżkowe, omawiający kwestie antykoncepcji czy kobiecego orgazmu (tytułowa bohaterka najbardziej się wścieka właśnie wtedy, gdy cenzor mówi jej, że rozdziały o orgazmach zostaną wycięte). Otóż jest to częściowo prawda. W czasach PRL-u edukacja seksualna mocno kulała (nie poruszam nawet tematu czasów dzisiejszych, bo to zupełnie inna bajka), w dodatku antykoncepcja, oprócz tego, że była słabo dostępna, to była też mocno zawodna - dlatego najczęstszą jej formą była aborcja, czasami dokonana tajemnie, w niesterylnych i nieprofesjonalnych warunkach. Na lekcjach biologii omawiano tematy związane z seksem bardzo ogólnikowo, jeśli w ogóle, a wśród młodych ludzi krążyło wiele mitów. W filmie właśnie widzimy, że gdy Wisłocka chce już się poddać po nieskutecznej walce z cenzorami, impulsem do działania była rozmowa z młodą pacjentką po powikłaniach po dokonanej aborcji. Zapłakana dziewczyna zwierza się lekarce i mówi jej, że myślała, że "raz to się nic nie stanie", przez co ani ona ani jej partner nie zabezpieczyli się. Książka była więc swojego rodzaju "bombą", bowiem pisano w niej o sprawach, o których ludzie wstydzili się mówić głośno. Co więc mi się takiego nie podoba? Po prostu książka jest bardzo przestarzała. Wydana w 1976 roku nie przystaje do dzisiejszych czasów, a niektóre porady w niej zawarte mogą przyprawić o ból głowy. Polecam wpis na blogu koralowamama.pl, który mówi więcej o tym, dlaczego ta książka nie powinna być dzisiaj traktowana jak poważny poradnik (w wpisie jest też kilka "ciekawych" cytatów). Dlatego drażni mnie fakt, że w filmie nie mamy powiedziane, o czym dokładnie pisała Wisłocka (choć rozumiem, że film kieruje się pewnymi uproszczeniami), ale także końcowa scena pokazująca druk najnowszego wydania (i przy okazji jest pewna reklama? Takie miałam wrażenie, a takiego lokowania produktu to nie znoszę). 

Jeśli o reklamach mowa, to także niecierpliwiłam się ilością sponsorów przed właściwym seansem. Niekoniecznie może to dobrze świadczyć o danym filmie, a także reklama na plakacie "Twórcy filmu "Bogowie" przedstawiają" także wzbudza czujność. A ostatnią rzeczą, jaką najbardziej drażniło mnie w filmie, był fakt, że Magdalena Boczarska grała Wisłocką w każdym etapie jej życia - nawet będąc 18-letnią dziewczyną. Ogólnie do aktorstwa Boczarskiej nie mam zastrzeżeń, jedna z jej ciekawszych ról (zwłaszcza starsza Wisłocka w jej wydaniu wypada genialnie). ale tu raczej zarzut do reżyserki - czy nie można było zatrudnić na te kilka scenek młodszej aktorki? Wypadałoby to troszkę bardziej wiarygodnie.

Ale! Film ogólnie podobał mi się, ponieważ lubię patrzeć na realia, które już są dla nas tylko historią. I choć film trochę miesza epoki - mamy taką przeplatankę, raz widzimy lata 70., potem mamy wspomnienia z czasów wojny, później znów lata 70., powrót do wspomnień z lat 50. itd. Widz jednak się w tym nie gubi, ponieważ każda epoka jest bardzo dobrze oddana nawet poprzez takie szczegóły jak ubiór bohaterów, odpowiednią scenografię. Dzięki temu wcale nie musimy się zgubić, nawet jeśli historia sama w sobie jest takim przekładańcem. 

Druga rzecz - aktorstwo. Aktorzy dobrani do tego filmu są naprawdę niesamowici. Mamy mnóstwo znanych nazwisk, a przy tym chyba niemal każda rola jest ważna i jest w jakiś sposób zapamiętana - nawet krótkie cameo Tomasza Kota w roli profesora Religi - ot taki smaczek od twórców. Film bardzo broni się aktorsko. Można narzekać, że ciągle te same twarze, jak Adamczyk czy Szyc, jednak... Nawet oni wypadają w tym filmie. Bardziej urzekło mnie aktorstwo kobiet z Boczarską na czele. Oprócz tego mamy przecież też Karolinę Gruszkę, Danutę Stenkę, a także mniej znane aktorki, a przy tym wypadające fajnie i naturalnie.

Można też mieć pewne obawy, że film chce "jechać" na "Bogach" - tu jednak mamy bardzo podobny klimat, scenarzysta fajnie oddaje tamtejsze realia, a przy tym dialogi nie są sztuczne. Może jedynie w Bogach było momentami więcej powagi, a tutaj jednak mamy więcej humoru, dowcipów, a także scen erotycznych (nie jest ich jednak zbyt dużo, więc raczej się nie zgorszymy). Jednak właśnie film doskonale się broni przede wszystkim obsadą oraz scenariuszem. 

Sam główny wątek również jest ciekawy. Bo właśnie to w biografiach lubię najbardziej - kiedy to nie jest cała historia życia danej osoby, a tylko pewien fragment. "Sztuka kochania" to właściwie opowieść o zmaganiach się z systemem PRL-u, jeśli chodzi o wydanie książki. I dopięcie swego. Uśmiechnęłam się, kiedy widziałam finał całości - zadowolona Michalina Wisłocka cieszy się, gdy widzi po prostu ludzi chętnych do czytania książki - nawet jeśli jest to kopia odbita na powielaczu, a nie oficjalne wydanie. Wątki poboczne, czyli życie w trójkącie, czy ogólnie życie prywatne Michaliny również prezentują się ciekawie. A miło patrzyłam na fragmenty, które miały miejsce w Lubniewicach, w miejscowości znajdującej się w moim województwie. 

Na pochwałę zasługuje również realizacja filmu. O ile w "Powidokach" Andrzeja Wajdy obraz Polski komunistycznej był ponury i przygnębiający, tak tutaj jest... Dość kolorowo, zwłaszcza w latach 70. I absolutnie nie jest to zły obraz. Bo wielu ludzi nawet dzisiaj zapomina, że Polska komunistyczna to nie tylko te ponure czasy stalinowskie, ale też całe dekady, w których ludzie żyli, pracowali, kochali się, zakładali rodziny i po prostu cieszyli się życiem. Do tego długie ujęcia, które również bardzo mi się ostatnio w filmach podobają. No i przede wszystkim muzyka - czy to jazz, czy też muzyka rozrywkowa tamtych lat - idealnie wpisują się w klimat całości.

Czy warto wybrać się na "Sztukę kochania"? Moim zdaniem tak, zwłaszcza, jeśli przypadł wam do gustu film "Bogowie". Jest to bardzo podobny klimat, podobny humor, a tematyka również nie tak odległa - jak Religa walczył z tym, aby otworzyć klinikę, tak Wisłocka walczyła o to, by wydać książkę uświadamiającą ludzi o seksie i wszystkim, co z nim związane. Do tego część scen jest mistrzowska, jak np. ta, w której kobiety solidaryzują się i wspólnie walczą o wydanie "Sztuki kochania", nawet jeśli sama Wisłocka już straciła nadzieję. Jednocześnie należy mieć w głowie pewien dystans do treści głoszonych w jej dziele - mocno nieaktualnych. Ale jeśli ktoś chce mieć pogląd, jak wyglądały tamte czasy - to naprawdę warto. A moja ocena to mocne 8/10, czyli bardzo dobry
Share:

środa, 25 stycznia 2017

Nostalgia i tęsknota za happy endem, czyli La La Land (2016)

Wczoraj mieliśmy nominacje do Oscarów, a więc sezon pora zacząć już na całego! I od razu jak tylko się dowiedziałam, że "La La Land" ma rekordową liczbę nominacji, to kupiłam bilet najszybciej, jak tylko mogłam. I tak miałam zamiar się wybrać na ten film, ale jednak wolałam trochę odczekać na te nominacje, ponieważ widziałam głosy, że nie można być takim pewnym tylu nominacji, nawet jeśli film zdobył aż siedem Złotych Globów. 

Chyba to będzie moja pierwsza recenzja musicalu na blogu. Przyznaję, że nie do końca potrafiłam się nigdy wciągnąć tak w ten gatunek, choć sama muzyka musicalowa podoba mi się niesamowicie, odkąd tylko pamiętam. Ale jednak czasami nie potrafiłam porządnie wysiedzieć i się skupić, jak np. na Les Mis - które to było w całości śpiewane, jak opera. Dlatego też do La La Land postanowiłam podejść właśnie jak do opery - skoro potrafię cieszyć się tą formą sztuki, siedzieć i jeszcze marudzić, że co tak krótko, to czemu nie wytrzymam na musicalu? I... Z lekka się zawiodłam, bo jednak dostaliśmy więcej partii mówionych. Ciąg dalszy z lekkimi spoilerami (choć można się ich spodziewać nawet po tytule).

Źrodło: filmweb.pl
Mia Dolan pracuje w kawiarni na terenie Hollywood. Jej wielkim marzeniem jest aktorstwo, w wolnych chwilach chodzi więc na przesłuchania do różnych filmów czy seriali. Niestety, na razie bycie aktorką pozostaje w sferze jej marzeń. Przypadkowo Mia poznaje Sebastiana, który z kolei jest utalentowanym pianistą jazzowym. Jego marzeniem jest prowadzenie klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia. Sebastian i Mia zakochują się w sobie i razem walczą o spełnienie swoich marzeń, lecz na drodze do ich spełnienia stoi wiele przeszkód.

Łatwiej będzie mi opisać, co w filmie mi się podobało. Bo jest tego bardzo dużo, ale słowa aż same się piszą. Przede wszystkim jest to porządnie zrealizowana produkcja. Wizualnie jest to wręcz cudeńko. Kolorystyka jest przepiękna (już widzę te gify i przeróbki graficzne na tumblrze, ten film aż o to się prosi - i nawet nie trzeba wiele kombinować z filtrami). Scenki takie jak wyjście Mii z przyjaciółkami i ich sukienki w soczystych kolorach - to po prostu majstersztyk. Sama radość dla oka, po prostu wręcz film jest stworzony dla gifów.

Nie zawsze ten efekt przypada mi też do gustu, ale tu akurat się sprawdził i bardzo mi się spodobał - a mowa o długich ujęciach. A nawet bardzo długich, gdzie kamera wędruje wraz z bohaterem, nie ma cięć. W przypadku piosenek jest to trochę nowatorskie podejście (wiadomo, że na takim Broadwayu raczej by się to nie sprawdziło, bo i jak), ale wypada ono tutaj świetnie. Ogólnie nie mam zarzutu do montażu - czasem mamy bowiem właśnie scenki z długimi ujęciami, a czasem tradycyjne (choć bardzo podobała mi się scena kolacji Sebastiana i Mii, gdzie były zbliżenia tylko na ich twarze - to też wyzwanie aktorskie, by operować właściwie jedynie samą mimiką i dialogami, a nie całym ciałem). Również montaż to dla mnie bardzo wysoki poziom.

Przy okazji montażu warto wspomnieć o pewnym hołdzie reżysera dla tradycyjnego kina. Widać to nie tylko w tym, o czym mówią bohaterowie (jak np. Mia opowiadająca o tym, że lubiła oglądać z ciotką Casablancę), ale też w takich smaczkach jak namalowana Ingrid Bergman na ścianie pokoju Mii, czy mural z gwiazdami starego Hollywood... Ale też sam film technicznie łączy w płynny sposób (nie widzę nigdzie jakichś zgrzytów) nowoczesność z tradycją - część scen przypomina te kręcone w latach 50. XX wieku, zwłaszcza takie klasyczne musicale, jak "Deszczowa piosenka", ale też i same napisy początkowe, końcowe czy przejścia między aktami przypominają "stare kino". Poszczególne numery muzyczne czy taneczne tak samo. Dlatego dla kogoś, kto lubi klasyczne kino, "La La Land" będzie miłym i nostalgicznym wspomnieniem - w końcu dzisiaj się już tak filmów właściwie nie robi.

Oczywiście przy musicalu nie można zapomnieć o najważniejszym jego elemencie - o muzyce. Ta jest bardzo dobra - wpadająca w ucho, kojarząca się ze starymi piosenkami musicalowymi, ale także i muzyka będąca w tle do tego nawiązuje (osobiście kojarzyła mi się z kinem z lat 50. czy 60.). Nawet teraz w tle leci mi piosenka otwierająca - czyli "Another Day of Sun". Warstwa muzyczna to najwyższy poziom, ale i również aktorzy potrafili tu śpiewać i te role były jakby stworzone dla nich.

Jeśli mowa o aktorstwie, to również jest niesamowite to, jak film przedstawia ten zawód od kuchni - ciekawie jest patrzeć na Emmę Stone, która gra początkującą aktorkę, niepewną siebie i sfrustrowaną, ponieważ kolejny casting jej nie poszedł. Sami główni bohaterowie grani przez Ryana Goslinga i Emmę Stone są bardzo ciekawi - dość złożeni, stopniowo poznajemy ich motywacje, charaktery, sami zmieniają się (także dzięki znajomości - wcześniej np. Mia mówiła, że nie lubi jazzu, a polubiła go dzięki Sebastianowi). Między Goslingiem i Stone jest niesamowita chemia, aż momentami ciężko uwierzyć, że to tylko film, a oni naprawdę nie są parą.

I właśnie... Tu muszę przejść do wad. Dlaczego w tytule wspominam o "happy endzie"? Po części też dlatego, że właśnie widziałam dyskusję u Kasi Czajki, czyli u Zwierza Popkulturalnego na temat tego, że ludzie mają dziwne przekonanie, że musical powinien się kończyć szczęśliwie. Otóż nie, i jest to dość nietypowe założenie, bo to trochę tak, jakby założyć, że opera ma się dobrze skończyć. Musicale potrafiły się kończyć różnie, a często te zakończenia były dalekie od happy endu. I nic w tym złego, ale właśnie La La Land jest jednym z takich filmów, gdzie człowiek chciałby takiego sztampowego szczęśliwego zakończenia z radosną piosenką na koniec. Tu natomiast... Przyznaję, że końcówka mnie powaliła. Niby sugeruje, że wcale nie jest to takie złe rozwiązanie, że w gruncie rzeczy główni bohaterowie są szczęśliwi i nie mają do siebie żalu, a jednak ja jako widz czułam ogromny smutek, widząc to, że bohaterowie z niesamowitą chemią ostatecznie kończą samotnie. Oczywiście w tego typu filmach nie może być dobrego wyboru - a tu wybór był pomiędzy marzeniami a miłością. Mimo wszystko czasem by się chciało inaczej.

Osobiście uważam też, że pomimo licznych zalet to film ma dość zasadniczą wadę - fabularnie jest on dość przeciętny. Jest to historia, jaką każdy zna, niemal każdy może powiedzieć, że już to gdzieś widział. Nie ma w tym nic złego, ponieważ jest ona serwowana w ciekawy sposób, przystępny w odbiorze, ale jednak... No czasem chciałoby się zobaczyć jakąś inną odsłonę głównego problemu. Być może oprócz zakończenia dość łatwo można było przewidzieć konkretne zdarzenia w filmie -  w końcu nawiązuje to do klasyki, a w klasycznym musicalu musi być miejsce na miłość.

Co z oscarowymi przewidywaniami? Na razie nie chcę prorokować, póki nie widziałam innych nominowanych tytułów - a jakąś część chcę zobaczyć. Osobiście widzę Emmę Stone, która otrzymuje upragnioną statuetkę, Ryana Goslinga trochę mniej, ale ma też spore szanse. Reżyseria? Być może tak. W technicznych kategoriach dałabym "La La Land" wszelkie możliwe nagrody. Ale scenariusz czy najlepszy film? Przy pierwszym to raczej nie, a drugie... Też wątpliwa sprawa, zwłaszcza, że film ma trochę konkurencji. Jestem pewna, że La La Land otrzyma sporo nagród, ale czy te najważniejsze też? Trudno ocenić. Ja sama daję filmowi 7/10 - obniżam ocenę ze względu na scenariusz oraz zakończenie, które wybitnie mnie zasmuciło. Nie było złe samo w sobie, ale po prostu pewnych rzeczy nie robi się widzowi. 

Share:

czwartek, 19 stycznia 2017

Ostatni ukłon Mistrza, czyli Powidoki (2016)

Po wczorajszym seansie w kinie zdecydowałam, że tym wpisem niejako chciałabym rozpocząć sezon oscarowy, choć jeszcze nie ma listy nominowanych. Ostatni film Andrzeja Wajdy nawet nie dotarł do tzw. "krótkiej listy", ale jednak chciałabym o tym filmie pomówić także w kontekście Oscarów. W końcu "Powidoki" opowiadają o artyście. I zostawiają niejako z poczuciem ogromnej pustki. 

Przełom lat 40. i 50. XX wieku. Artysta malarz, Władysław Strzemiński jest znany ze swoich nowoczesnych dzieł sztuki, szanowany i rozpoznawany w całej Europie, a nawet na świecie. Jest on także wykładowcą historii sztuki na uczelni w Łodzi, którą sam założył. Strzemiński pracuje nad książką "Teoria widzenia", interesuje się nowymi formami sztuki oraz jest uwielbiany przez swoich studentów. Wszystko jednak zmienia się z momentem, gdy na uczelni pojawia się minister kultury, głoszący socrealizm jako "jedyną słuszną formę sztuki". Strzemiński otwarcie nie zgadza się ze słowami komunistycznego ministra. Od tej pory malarz jest represjonowany przez władze PRL-u na różne sposoby.

Źródło: filmweb.pl
Czasem wybory Wajdy, jeśli chodzi o filmy, bywały dość niezrozumiałe, a on sam jako reżyser bywał też nierówny. Był znakomity "Popiół i diament" czy "Kanał", ale też nieudana "Panna Nikt", czy przereklamowany "Katyń" (choć rozumiem, dlaczego Mistrz chciał poświęcić temu film, w końcu był to dla niego osobisty temat). "Powidoków" jednak nie zaliczyłabym ani do filmów dobrych, ani zdecydowanie do filmów złych. Jawi się tu trochę problemów, ale o nich trochę później.

Jedno, co można było na pewno powiedzieć o Wajdzie, to na pewno to, że nie bał się podjąć trudnych tematów. Na pewno nie było łatwym zadaniem wypuścić film o takiej tematyce (artyści kontra polityka) przy obecnej władzy, o której słyszy się, że chce również wpływać na to, co np. będzie grane w teatrze. Wprawdzie akcja "Powidoków" toczy się w czasach komunistycznych, czyli nieporównywalnych do dzisiejszych, ale pewne rzeczy można również odnieść nawet do czasów dzisiejszych, bardziej współczesnych widzowi. 

Przede wszystkim film jest przestrogą. Przestrogą przed tym, czym może się skończyć ingerowanie władzy w sztukę i kulturę. Narzucanie jedynej i słusznej wizji nikomu jeszcze nie wyszło na dobre. Widz obserwuje za to, jak komunistyczna władza stopniowo niszczy człowieka - niszczy jego karierę, zabija w nim to, co najbardziej kochał, a także odbiera mu w końcu możliwość samodzielnej egzystencji. Kto wie, czego dokonałby Strzemiński, gdyby nie zachorował na gruźlicę (prawdopodobnie również skutek zaniedbania) - w końcu był znanym artystą sztuki nowoczesnej.

"Powidoki" są oparte na sztuce pod tym samym tytułem, ale brakuje w nich postaci Katarzyny Kobro - znanej rzeźbiarki, byłej żony Strzemińskiego. Zastosowano jednak zabieg typowo teatralny - w filmie Kobro jest już umierająca, wiemy coś o niej tylko dzięki relacjom córki, Niki. Później widzimy tylko pogrzeb. Moim zdaniem jest to dość dobry zabieg, zwłaszcza, gdy reżyser lub scenarzysta chce się skupić na innym wątku, niż skomplikowane relacje malarza z żoną.

W filmie pojawia się wprawdzie cała plejada gwiazd, ale jest to jak dla mnie film Bogusława Lindy, który brawurowo zagrał postać niepokornego artysty, w dodatku grał też człowieka niepełnosprawnego (Strzemiński stracił rękę i nogę podczas wojny), jednocześnie autentycznie zafascynowanego sztuką i zarazem fantastycznego nauczyciela. Z innymi postaciami jest różnie.

Mamy m.in. Krzysztofa Pieczyńskiego w roli Juliana Przybosia czy Mariusza Bonaszewskiego w roli dyrektora muzeum - są to dobre role, lecz trochę mało ich w filmie, by można było powiedzieć, że dorównują Lindzie. Mieszane uczucia mam przy Bronisławie Zamachowskiej i jej Nice, czyli córce Strzemińskiego. Z jednej strony jest to dopiero 15-letnia dziewczyna, być może jeszcze się wyrobi (widać, że chce grać), zarówno Linda i Wajda zachwalali sobie współpracę z nią, ale momentami jednak grała trochę sztucznie, bez wyrazu. Potrafiła zagrać też dobre sceny, jak np. odejście od ojca, który niezbyt się nią interesował i wolał towarzystwo studentów. Myślę jednak, że dziewczyna jeszcze się wyrobi. 

O pozostałych ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Studenci raczej robią za tło, może poza Romanem i Hanką (graną przez Zofię Wichłacz). Przy czym ta druga... Nie wiem, nie lubię postaci, które są sprowadzane do tego, że zakochują się w kimś, a dalej to właściwie nie wiadomo. Postać studentki miała potencjał, póki nie pokazano bardziej otwarcie, że jest ona po prostu zakochana w swoim profesorze.

Od strony technicznej film jest zrealizowany przyzwoicie. Zwłaszcza zdjęcia przypadły mi do gustu, ale nie mogę narzekać na udźwiękowienie, czy ogólnie na sposób kręcenia (choć przyznaję, że przejścia z "ściemnieniem" sceny trochę potrafiły znużyć).

Osobiście nie trawię sztuki nowoczesnej. Nie rozumiem jej, uważam, że w dużej mierze jest przereklamowana i jest objawem snobizmu. Ale w życiu nie zabroniłabym nikomu zachwycania się nią czy tworzenia takowej. Dlatego też można było współczuć głównemu bohaterowi, któremu wraz ze sztuką zabrano dosłownie wszystko. I to w tym filmie jest smutne, a jednocześnie najlepsze. Jednak rozumiem, dlaczego film odpadł w oscarowych przedbiegach. Wajda zawsze tworzył filmy z przesłaniem - tak było też i tym razem, myślę, że Mistrza można poznać po tym, jak zakończył swoją karierę i żywot. Ale jednak niestety, czegoś mi w tym filmie zabrakło. I nie jestem w stanie do końca określić, czego. Jednak film odpadł, ponieważ opowiada o trudnych czasach komunistycznych. Zachodni widz nie zrozumie pewnych warunków, w których żyli ludzie, nie pojmie do końca, dlaczego właściwie przez "kawałek papieru" zniszczono człowiekowi życie. Sądzę, że to zaważyło na ocenie Akademii. Choć film mi się podobał, to mogę dać jedynie 6,5/10 - czyli dobry z minusem. Głównie na ocenie zaważyły braki scenariuszowe i to, że raczej nie przepadam za filmami "jednego aktora" - bo poza Lindą niewiele osób na planie miało szansę się wykazać. 
Share: