czwartek, 23 marca 2017

Gdzie się podziali tamci superbohaterowie, czyli Logan: Wolverine (2017)

Troszkę zajęło mi napisanie tego tekstu (a właściwie przemyślenie, o czym w ogóle pisać), także z powodów bardziej osobistych. A w kinie byłam już ponad tydzień temu. Początkowo nie miałam zamiaru wybierać się na Logana, choć przebijały się do mnie informacje o m.in. niezrozumiałej decyzji dystrybutora o dubbingu. W końcu zaczęłam czytać kilka recenzji, które krótko mówiły, że film jest "inny od reszty filmów o superbohaterach", że jest cudowny, że ludzie na nim płakali. Postanowiłam więc się wybrać, choć z X-Menami jestem trochę do tyłu. Jednak nie żałuję. I chyba wszystko, o czym pisali i mówili ludzie wcześniej ode mnie się potwierdziło. Ale po kolei.

Źrodło: filmweb.pl
Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, dokładnie w roku 2029. Wolverine, teraz już częściej nazywany Loganem, jest jednym z ostatnich mutantów - od ponad dwudziestu lat nie narodził się żaden nowy mutant z supermocami. Logan opiekuje się starszym i schorowanym profesorem Charlesem Xavierem, którego niekontrolowane moce zaczynają wyrządzać krzywdy ludziom. Tytułowy bohater dorabia jako kierowca taksówki. Pewnego dnia poznaje przypadkowo pielęgniarkę Gabrielę, która koniecznie chce, aby wywiózł ją razem z córką z Meksyku. Logan niezbyt chętnie się na to godzi. Wkrótce jednak okazuje się, że dziewczynka, którą opiekowała się Gabriela jest kimś bliskim i kimś wyjątkowym dla Logana. 

Znam zdanie, które mówi, że dobre sci-fi lub fantasy nie może funkcjonować w ten sposób, że jeśli odejmiemy wątki fantastyczne, to fabuła wiele na tym nie straci. Ja jednak jestem odmiennego zdania. Gdyby nie wątki powiązane z X-Menami i innymi bohaterami Marvela, to mielibyśmy do czynienia z dobrym filmem sensacyjnym i kinem drogi. I chyba to wyróżnia przede wszystkim "Logana" od pozostałych filmów Marvela.

Przyzwyczailiśmy się do schematu, że mamy naszego bohatera, który odkrywa (lub też nie) swoje supermoce, mamy konfrontację naszego protagonisty z antagonistą, mamy walkę, wygraną, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Tu jednak jest inaczej.

W filmie uderza wręcz spory pesymizm. Większość ze znanych X-Menów nie żyje. Charles jest stary i schorowany, a Wolverine, choć początkowo się nie przyznaje, traci powoli swoje moce. Traci również wiarę w siebie i we wszystko, co się dzieje dookoła. Marzy jedynie o świętym spokoju, dopóki właśnie los nie styka go z Gabrielą oraz Laurą. I właśnie mała Laura staje się powodem, dla którego relacje Charlesa i Logana się zmieniają. Cała trójka rusza wspólnie w drogę.

I chyba najlepszym momentem filmu był dla mnie ten, w którym Logan, Profesor X oraz Laura kłamią, udając rodzinę. Charles jest upierdliwym dziadkiem, a Logan próbuje radzić sobie w roli opiekuna oraz ojca. Dialogi Patricka Stewarta i Hugh Jackmana w tym filmie to arcydzieło. I zdaje się, że ten film był napisany głównie dla nich - w końcu obaj żegnają się tutaj ze swoimi rolami. Hugh Jackman po siedemnastu latach grania Wolverine'a w końcu mówi, że "trzeba ze sceny zejść niepokonanym" i to udaje mu się w naprawdę świetny sposób.

Czy film nadaje się dla osób niezaznajomionych ze światem X-Menów? Myślę, że w jakimś stopniu tak. Wprawdzie jest trochę nawiązań do poprzednich filmów, ale raczej ciężko się pogubić, bo "Logan" skupia się właściwie na głównym bohaterze i jego relacjach z innymi, a nie na przeszłości. A właściwie to patrzy w przyszłość.

Muszę jak pozostali skrytykować decyzję o dubbingu. Na szczęście miałam opcję, by wybrać się na seans z napisami, ale jednak decyzja jest dla mnie niepojęta - film bowiem obfituje w wulgarny język oraz dużo przemocy - jest to podobna sytuacja jak w przypadku "Legionu Samobójców", gdzie dubbing brzmiał wręcz kuriozalnie.

Co jeszcze mogę dodać? Od siebie dodam tylko tyle, że "Logan" redefiniuje pojęcie filmu o superbohaterach. Dlatego też szlag mnie trafił, gdy tym bardziej czytałam tekst na portalu natemat.pl, który wrzucił "Logana" do jednego worka wraz z innymi blockbusterami i dał łatkę "film dla idiotów" (szerzej pisała o tym Zwierz). Wprawdzie "Logan" jako film czysto sensacyjny nie byłby czymś nadzwyczajnym, w końcu takich filmów mieliśmy mnóstwo, ale jednak pokazuje to coś innego - a mianowicie fakt, że łączenie takich gatunków, "miksowanie" ich ze sobą jest możliwe. I działa. Dlatego szczerze polecam "Logana", a moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry (oczywiście w swoich gatunkach). 

A następny tekst prawdopodobnie będzie na temat zaproponowany przez Czytelniczkę :)
Share:

niedziela, 12 lutego 2017

You're doing it wrong - wydanie w wersji anime

Czasem mam tak, że obejrzę jakiś serial lub też film, to mam wewnętrzną załamkę. Najczęściej nie z powodu, że coś jest tak kiepskie, że aż głowa boli, ale raczej przez to, że pewien problem przedstawiony jest albo spłycany na maksa, albo przedstawiony w kompletnie zły sposób - i widać to w przypadkach, gdy po prostu kuleje research danego autora. 

Można zapytać (w nawiązaniu do tytułu), czemu się na anime uwzięłam, a nie na dzieła kultury zachodniej. Zgoda, popkultura amerykańska ma również pewne problemy, co widać chociażby na przykładzie Bożego Narodzenia - z założenia święto chrześcijańskie, w wielu kreskówkach czy filmach jest świętem ku czci... Nie wiadomo czego. Mimo to jednak spotkałam się także z nastawieniem takim, jakoby anime byłoby bardziej "dojrzałe", mówiło o "prawdziwych problemach", podczas gdy tytuły zachodnie były "płytkie" i "nastawione na rozrywkę". Nic bardziej mylnego. I właśnie przy okazji trzech tytułów, które wbrew pozorom łączy niewiele, chcę pokazać, że nierzadko twórcy anime również mają problem z researchem - lecz często może on wynikać z zupełnie różnych przyczyn.



"Watashi ga Motenai no wa Dou Kangaete mo Omaera ga Warui!" czyli "Watamote" (2013) - jak nie pisać o zaburzeniach psychicznych.

Ten jakże długi tytuł można przetłumaczyć w równie ciekawy sposób - "Z której strony by nie patrzeć, to wasza wina, że nie jestem popularna!". Zabawny, prawda? Ironiczny, taki cool? Tyle tylko, że nie. Jest to jeden z tych tytułów, o których już od dawna chciałam coś napisać, ale nie mogłam kompletnie zebrać myśli. I niby człowiek po pięciu latach socjologii ma świadomość, że kultura japońska podchodzi do pewnych spraw inaczej, tak tutaj jednak mój zachodni punkt widzenia wygrywa.

Ale co sprawiło, że czułam taką bezsilność wobec tego, co mi przedstawiono? Sama fabuła, jak i podejście twórców i co niektórych fanów. Tytuł sugeruje, że mamy do czynienia z komedią. Sama konwencja jest też dość komediowa, tyle tylko, że za tym wszystkim kryje się prawdziwy dramat. Szkoda tylko, że twórcy zdają się pewnych rzeczy nie widzieć.

Zagadka: po czym poznać główną bohaterkę anime? Źrodło: aminoapps.com

Tomoko Kuroki jest uczennicą liceum (jak w wielu innych anime...), która ma pewien problem. Jest nim chorobliwa nieśmiałość połączona z bardzo dużym ego - w swojej wyobraźni Tomoko kreuje się na wielką piękność, geniusza i osobę popularną, którą po prostu nikt nie chce docenić z powodu swojej głupoty. Tymczasem prawda jest inna - Tomoko cierpi wręcz na fobię społeczną, która przeszkadza nawet w złożeniu zamówienia w restauracji szybkiej obsługi. A żeby było tego mało, nasza główna bohaterka jest otaku - co już z perspektywy japońskiej sprawia, że jest traktowana mało poważnie.

Tytuł ten byłby świetnym pomysłem na dramat. Bowiem w Watamote uderza to, że bohaterka, kiedy nawet podejmuje próby przełamania swojej nieśmiałości, jest z tym wszystkim całkowicie sama. Ma wprawdzie przyjaciółkę z czasów gimnazjum, ale ta z kolei chodzi do innej szkoły i ma chłopaka - w dodatku nie rozumie problemów Tomoko. Bardziej uderza jednak, że dziewczyną nie interesuje się dosłownie nikt - ani rodzina (łącznie z bratem, który marzy tylko o tym, by siostra się od niego odczepiła), ani nauczyciele (a przecież w szkole powinni zauważyć takie rzeczy), ani sama klasa.

I w sumie właśnie najciekawsze w tym anime jest to całe tło, które mamy. Gdyby przyglądać się jemu bardzo uważnie, to zobaczymy bardzo zwyczajną historię o pewnej klasie w szkole średniej. Nawet łatwo sobie wyobrazić, co by było, gdyby Tomoko nie było w danej klasie - w swojej głowie nazywa tych uczniów idiotami, choć w zasadzie... Sama nie daje absolutnie żadnego powodu, by ją polubić i się nią zainteresować.

Znam opinie, które mówią, że właśnie przez charakter Tomoko mamy do czynienia z komedią, ponieważ jest ona nieśmiała, ale przy tym bardzo przekonana o swojej wyższości nad innymi. Owszem, ten kontrast uderza bardzo mocno i sprawia, że w pewnym sensie jest to element humorystyczny, ale... Po ostatnim odcinku nazwałam to anime "kopaniem leżącego". I zdania nie zmieniam.

Nie wiem, ale po prostu nie bawi mnie akurat humor opierający się na wyśmiewaniu kogoś, kto ewidentnie ma zaburzenia psychiczne. Spłyca to bardzo problem i może sprawić, że takie osoby przestaną szukać pomocy. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w Japonii wszelkie zaburzenia psychiczne to tabu, stąd np. plaga hikikomori - rodzina takiej wycofanej osoby woli po cichu akceptować ten fakt i udawać, że nic się nie dzieje, niż starać się jej pomóc - bo wymagałoby to w końcu pomocy specjalisty. Jednocześnie nie jestem w stanie jednak zrozumieć i zaakceptować tego faktu - głównie dlatego, że mam po prostu przekonanie o tym, że takim osobom należy pomagać, a nie je wyśmiewać. Ani nie czynić z choroby psychicznej materiału na komedię.

To nie znaczy jednak, że trudnych tematów nie można podjąć w sposób komediowy i lekki. I tu się właśnie kłania ta "płytka" kultura zachodnia - a mam na myśli serial Netflixa "Unbreakable Kimmy Schmidt". Tytułowa bohaterka przez kilkanaście lat była uwięziona w sekcie, ale po wydostaniu się na wolność postanawia zacząć swoje życie układając sobie je tak, jak tego chce - znajduje pracę, mieszkanie i mimo przeciwności losu stara się iść do przodu. Serial, mimo podjęcia bardzo trudnego tematu, jest jednocześnie bardzo pozytywny i optymistyczny. I tak należy to robić.

Bądźmy niezłomni jak Kimmy Schmidt. Źródło: vanityfair.com
Watashi ga Motete Dousunda (2016) - czyli jak nie wciskać wszystkich stereotypów jednocześnie.

Kolejne "szkolne" anime o dość długim tytule, znane równocześnie jako "Kiss him, not me" (lub jak to przełożyli polscy tłumacze mangi - "Pocałuj jego, kolego" - co bardzo mi się podoba). Anime, które było emitowane niemal jednocześnie z "Yuri on ice" i mogło komuś umknąć. Tytuł na podstawie mangi Junko, znanej głównie z tytułów shounen-ai. I tutaj tematyka "Boys Love" wcale nie jest taka odległa.

Kae Serinuma jest uczennicą liceum (jakie to oryginalne...), która jest gruba, nieatrakcyjna, w dodatku jest otaku i wielbicielką yaoi - do tego stopnia, że razem z koleżankami paruje klasowych kolegów. Nie jest kompletnie zainteresowana związkiem z jakimkolwiek chłopakiem, nie jest jej z tego powodu źle, aż nagle... główny bohater jej ukochanego anime ginie w ostatnim odcinku. Kae jest tym faktem tak zszokowana, że przez tydzień nie wychodzi z łóżka. Po przejściu traumy okazuje się, że dziewczyna schudła do tego stopnia, że stała się nagle klasową pięknością. I od razu czterech facetów wykazuje natychmiastowe zainteresowanie! Niestety, w głębi duszy Kae wciąż pozostaje otaku, co powoduje wiele niezręcznych sytuacji.

Zagadka nr 2: a tu czym się charakteryzuje główna bohaterka? Źródło: bbs.ruliweb.com

Co może się rzucić w oczy? Ano na pewno chciałoby się rzec - bo oni zaczęli lecieć na nią dopiero wtedy, jak schudła! Po części to racja (choć z czasem okazuje się, że przynajmniej dwóch facetów z "haremu" polubiło Kae za to, jaka jest, a nie za wygląd), jednak tutaj trzeba powiedzieć "stop". Bo może nie od razu, ale z czasem bardzo zaczyna się rzucać w oczy to, że Kae również taka święta nie jest.

Parowanie kolegów? Przynajmniej dość niezręczne. Ciągłe podniecanie się na widok dwuznacznych sytuacji? Zaczyna się robić coraz gorzej. Otóż nie ma co bronić głównej bohaterki - nie jest to pokrzywdzona dziewczyna, ofiara tego, że "ocenia się po wyglądzie", ale również sama zachowuje się jak najgorsza yaoistka, traktując dość przedmiotowo swoich kolegów.

Mogę zrozumieć, że Kae nie jest do końca zainteresowana żadnym z nich - w końcu jest to dla niej nowa sytuacja (choć szkoda mi Mutsumiego, który jest chyba najlepszą postacią w całym tym anime), nie wie, co ma robić - a być może jest lesbijką? W końcu do "haremu" dołącza także dziewczyna, również zapalona yaoistka. Chodzi jednak o to, że Kae widzi w chłopcach bohaterów swoich ulubionych seriali - na miejscu chłopaków czułabym się co najmniej niezręcznie, widząc obiekt swoich westchnień śliniący się do wyobrażenia o tym, że chłopcy okazują sobie uczucia.

Jeśli kogoś to nie do końca przekonuje, to niech sobie odwróci sytuację - czy byłoby to równie zabawne, gdybyśmy mieli do czynienia z przystojnym chłopakiem, zakochanymi w nim dziewczętami, a on wolałby patrzeć, jak one się ze sobą zabawiają? Chyba każdy przyznałby, że chłopak byłby stereotypowym dupkiem.

Nie oznacza to jednak, że "Kiss him, not me" jest tak do końca beznadziejne. Mimo to widać, że autorka wprawiona w shounen-ai nie ma do końca pomysłu na gatunek shoujo. Bo w sumie manga wychodzi nadal, a ile można ciągnąć też fabułę pt. główna bohaterka wyobraża sobie swoich kolegów jako gejów? Niemniej jednak można przecierpieć. Chociażby dla samych bohaterów.

Junketsu no Maria (2015), czyli prawie dobrze, ale to jeszcze nie to.

A teraz coś zupełnie innego. Anime z gatunku fantasy historyczne, czyli opowieść o Marii, dziewiczej czarownicy. Jest to dość dobitny przykład tego, jak Japończycy traktują religię chrześcijańską - czyli jako totalną egzotykę, której do końca nie rozumieją. Przy poprzednich tytułach poprzez brak odpowiedniego researchu rozumiałam brak próby wgłębienia się w problemy psychiczne czy zrozumienie pewnych stereotypów (czasami szkodliwych), tak tutaj jest to przykład tego, że można przedobrzyć. I o ile nie można się czepiać tego, jak pokazana jest średniowieczna Europa (a jest pokazana wręcz idealnie, także pod względem czysto militarnym), tak jeśli chodzi o religię... No cóż, z tym jest różnie.

A tu zgadniecie, kto to jest? Choć światło na twarzy może utrudnić zadanie. Źródło: anime-blog.info

Trwa wojna stuletnia, a Maria, tytułowa czarownica, ma dość nietypowe marzenie. Nie cierpi konfliktów, więc pragnie za wszelką cenę doprowadzić do pokoju, co też czyni za pomocą czarów. Ogólnie Maria jest dość dziwna, jak na kogoś ze swojej "branży" - głównie przez dziewictwo. Nie do końca podoba się to niebiosom - wściekły archanioł Michał stawia więc warunek - jeśli Maria straci dziewictwo, straci również swoje moce czarownicy.

Naprawdę nie ma się czego czepiać, jeśli chodzi o stronę czysto historyczną - kostiumy, zbroje, narzędzia - to jest pokazane świetnie. Można się przyczepić wprawdzie do strojów czarownic, lecz są one w końcu istotami fantastycznymi. Natomiast fascynuje mnie to, jak przewrotnie może być rozumiane chrześcijaństwo oraz jego ogólne dogmaty.

Żeby nie było - rozumiem, że jak dla przeciętnego Europejczyka buddyzm jest czymś egzotycznym, tak dla Japończyka chrześcijaństwo to nie jego bajka. Ale zastanawia mnie jednak, jak można zrobić coś dobrego pod jednym kątem, a zapomnieć o religii? Zwłaszcza, że religia odgrywa w tytule istotną rolę.

Muszę przyznać, że samo przedstawienie Michała mnie wręcz zachwyciło, gdyż jest zgodne z biblijnym opisem - anioły nie mają płci i są jakby "nieludzkie", stąd Michał o androgynicznym wyglądzie, głosie, który nie jest ani kobiecy, ani męski, a w dodatku zachowuje się trochę jak robot (lub kosmita), który nie rozumie świata ludzi.

Uderzyło mnie jednak to, co Michał wyłożył głównej bohaterce, a jest osią całej fabuły - a mianowicie to, że "niezbadane są wyroki boskie". W tym sensie, że Bóg zadecydował sobie wcześniej, jak świat ma wyglądać, a osoby takie jak Maria tylko zawadzają boskiemu planowi - nawet jeśli czynią dobro, bo pragną pokoju. Tymczasem nie można zmienić tego przeznaczenia, toteż... Karą dla Marii ma być utrata mocy wraz z utratą dziewictwa, a tym samym Michał pragnie właśnie tego, aby tak się stało.

Ktoś powie - ale w kalwinizmie przecież jest predestynacja, tam Bóg o wszystkim zadecydował wcześniej itd. Zgoda, ale mamy tu do czynienia.., Ze średniowieczną Francją, czyli troszkę za wcześnie jak na kalwinizm. No i do tego te pragnienie, aby Maria utraciła dziewictwo, które w końcu jest cnotą w rozumieniu chrześcijańskim.

Chciałoby się rzec - wszystko pięknie, ładnie, a tutaj akurat trochę się nie popisano. Mimo to uważam, że z tych trzech tytułów to Junketsu no Maria jest najlepsze, w dodatku z ciekawą muzyką i fantastycznymi bohaterami.

Oczywiście przykładów można mnożyć - nie tylko w przypadku anime, ale oczywiście również w przypadku tytułów zachodnich, o czym mówiłam na samym początku. Czy oznacza to, że każdy musi się znać na wszystkim? Oczywiście, że nie. Jednak zazwyczaj filmy czy seriale nie tworzy jedna osoba. Od czego są więc osoby zajmujące się researchem czy też od czego są konsultacje ze specjalistami? Można byłoby wtedy się ustrzec wielu zarzutów, a przy okazji przedstawić coś o wiele, wiele lepiej. Spotkałam się ze zdaniem, że przeciętny Japończyk ma w swoim języku niewiele dobrych źródeł na temat np. Europy, a zwłaszcza jej historii.

Czy jednak usprawiedliwia to kogoś, kto chce się nazywać profesjonalistą? Na to pytanie musimy sobie odpowiedzieć już sami.

PS. Jeśli ta "Ciemniejsza strona Greya" okaże się dokładnie tak samo kiepska jak książka (ale będzie przynajmniej wierną ekranizacją), to chyba się wkurzę i napiszę coś bardzo krótkiego po prostu.
Share:

sobota, 4 lutego 2017

Jak odczarować tabu w demoludzie, czyli Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017)

Oczywiście nie przerywam cyklu oscarowego, ale póki co zastanawiam się, który film zobaczyć jako kolejny. A na razie postanowiłam zobaczyć kolejną polską produkcję, która już po zwiastunie zapowiadała się ciekawie. Jest to historia dość barwnej postaci z czasów PRL, która swoim życiorysem mogła zaszokować wielu ludzi nawet dzisiaj. W dodatku (przynajmniej częściowo) zmieniła podejście Polaków do spraw seksu, czyli właśnie odczarowywała pewne tabu, pewną hipokryzję, która sprawiała niejednokrotnie, że ludzie cierpieli. Mowa oczywiście o Michalinie Wisłockiej. Ginelożka i seksuolożka, autorka "Sztuki kochania". Jej życie mogłoby właściwie posłużyć na scenariusz niejednego filmu. Tu jednak Maria Sadowska postanowiła wybrać najważniejsze i najciekawsze elementy jej biografii.

Źródło: film.wp.pl

Lata 70. XX wieku. Niezwykle popularna ginekolożka, Michalina Wisłocka, po rozmowach z wieloma pacjentkami decyduje się wydać książkę pt. "Sztuka kochania", pierwszy poradnik dla par na temat życia seksualnego. Oczywiście w PRL-u nie jest to zadanie łatwe, a Wisłocka spotyka po drodze wiele przeszkód, łącznie z wyciąganiem dość ciekawych fragmentów jej życiorysu, jak życie w trójkącie czy romanse z wieloma mężczyznami.

W filmie Marii Sadowskiej jest kilka elementów, które drażniły i które trzeba zaznaczyć na samym początku. Po pierwsze, widz nie dowie się z filmu, czym była książka "Sztuka kochania". Może wnioskować, że był to rewolucyjny jak na tamte czasy poradnik, prezentujący różne pozycje łóżkowe, omawiający kwestie antykoncepcji czy kobiecego orgazmu (tytułowa bohaterka najbardziej się wścieka właśnie wtedy, gdy cenzor mówi jej, że rozdziały o orgazmach zostaną wycięte). Otóż jest to częściowo prawda. W czasach PRL-u edukacja seksualna mocno kulała (nie poruszam nawet tematu czasów dzisiejszych, bo to zupełnie inna bajka), w dodatku antykoncepcja, oprócz tego, że była słabo dostępna, to była też mocno zawodna - dlatego najczęstszą jej formą była aborcja, czasami dokonana tajemnie, w niesterylnych i nieprofesjonalnych warunkach. Na lekcjach biologii omawiano tematy związane z seksem bardzo ogólnikowo, jeśli w ogóle, a wśród młodych ludzi krążyło wiele mitów. W filmie właśnie widzimy, że gdy Wisłocka chce już się poddać po nieskutecznej walce z cenzorami, impulsem do działania była rozmowa z młodą pacjentką po powikłaniach po dokonanej aborcji. Zapłakana dziewczyna zwierza się lekarce i mówi jej, że myślała, że "raz to się nic nie stanie", przez co ani ona ani jej partner nie zabezpieczyli się. Książka była więc swojego rodzaju "bombą", bowiem pisano w niej o sprawach, o których ludzie wstydzili się mówić głośno. Co więc mi się takiego nie podoba? Po prostu książka jest bardzo przestarzała. Wydana w 1976 roku nie przystaje do dzisiejszych czasów, a niektóre porady w niej zawarte mogą przyprawić o ból głowy. Polecam wpis na blogu koralowamama.pl, który mówi więcej o tym, dlaczego ta książka nie powinna być dzisiaj traktowana jak poważny poradnik (w wpisie jest też kilka "ciekawych" cytatów). Dlatego drażni mnie fakt, że w filmie nie mamy powiedziane, o czym dokładnie pisała Wisłocka (choć rozumiem, że film kieruje się pewnymi uproszczeniami), ale także końcowa scena pokazująca druk najnowszego wydania (i przy okazji jest pewna reklama? Takie miałam wrażenie, a takiego lokowania produktu to nie znoszę). 

Jeśli o reklamach mowa, to także niecierpliwiłam się ilością sponsorów przed właściwym seansem. Niekoniecznie może to dobrze świadczyć o danym filmie, a także reklama na plakacie "Twórcy filmu "Bogowie" przedstawiają" także wzbudza czujność. A ostatnią rzeczą, jaką najbardziej drażniło mnie w filmie, był fakt, że Magdalena Boczarska grała Wisłocką w każdym etapie jej życia - nawet będąc 18-letnią dziewczyną. Ogólnie do aktorstwa Boczarskiej nie mam zastrzeżeń, jedna z jej ciekawszych ról (zwłaszcza starsza Wisłocka w jej wydaniu wypada genialnie). ale tu raczej zarzut do reżyserki - czy nie można było zatrudnić na te kilka scenek młodszej aktorki? Wypadałoby to troszkę bardziej wiarygodnie.

Ale! Film ogólnie podobał mi się, ponieważ lubię patrzeć na realia, które już są dla nas tylko historią. I choć film trochę miesza epoki - mamy taką przeplatankę, raz widzimy lata 70., potem mamy wspomnienia z czasów wojny, później znów lata 70., powrót do wspomnień z lat 50. itd. Widz jednak się w tym nie gubi, ponieważ każda epoka jest bardzo dobrze oddana nawet poprzez takie szczegóły jak ubiór bohaterów, odpowiednią scenografię. Dzięki temu wcale nie musimy się zgubić, nawet jeśli historia sama w sobie jest takim przekładańcem. 

Druga rzecz - aktorstwo. Aktorzy dobrani do tego filmu są naprawdę niesamowici. Mamy mnóstwo znanych nazwisk, a przy tym chyba niemal każda rola jest ważna i jest w jakiś sposób zapamiętana - nawet krótkie cameo Tomasza Kota w roli profesora Religi - ot taki smaczek od twórców. Film bardzo broni się aktorsko. Można narzekać, że ciągle te same twarze, jak Adamczyk czy Szyc, jednak... Nawet oni wypadają w tym filmie. Bardziej urzekło mnie aktorstwo kobiet z Boczarską na czele. Oprócz tego mamy przecież też Karolinę Gruszkę, Danutę Stenkę, a także mniej znane aktorki, a przy tym wypadające fajnie i naturalnie.

Można też mieć pewne obawy, że film chce "jechać" na "Bogach" - tu jednak mamy bardzo podobny klimat, scenarzysta fajnie oddaje tamtejsze realia, a przy tym dialogi nie są sztuczne. Może jedynie w Bogach było momentami więcej powagi, a tutaj jednak mamy więcej humoru, dowcipów, a także scen erotycznych (nie jest ich jednak zbyt dużo, więc raczej się nie zgorszymy). Jednak właśnie film doskonale się broni przede wszystkim obsadą oraz scenariuszem. 

Sam główny wątek również jest ciekawy. Bo właśnie to w biografiach lubię najbardziej - kiedy to nie jest cała historia życia danej osoby, a tylko pewien fragment. "Sztuka kochania" to właściwie opowieść o zmaganiach się z systemem PRL-u, jeśli chodzi o wydanie książki. I dopięcie swego. Uśmiechnęłam się, kiedy widziałam finał całości - zadowolona Michalina Wisłocka cieszy się, gdy widzi po prostu ludzi chętnych do czytania książki - nawet jeśli jest to kopia odbita na powielaczu, a nie oficjalne wydanie. Wątki poboczne, czyli życie w trójkącie, czy ogólnie życie prywatne Michaliny również prezentują się ciekawie. A miło patrzyłam na fragmenty, które miały miejsce w Lubniewicach, w miejscowości znajdującej się w moim województwie. 

Na pochwałę zasługuje również realizacja filmu. O ile w "Powidokach" Andrzeja Wajdy obraz Polski komunistycznej był ponury i przygnębiający, tak tutaj jest... Dość kolorowo, zwłaszcza w latach 70. I absolutnie nie jest to zły obraz. Bo wielu ludzi nawet dzisiaj zapomina, że Polska komunistyczna to nie tylko te ponure czasy stalinowskie, ale też całe dekady, w których ludzie żyli, pracowali, kochali się, zakładali rodziny i po prostu cieszyli się życiem. Do tego długie ujęcia, które również bardzo mi się ostatnio w filmach podobają. No i przede wszystkim muzyka - czy to jazz, czy też muzyka rozrywkowa tamtych lat - idealnie wpisują się w klimat całości.

Czy warto wybrać się na "Sztukę kochania"? Moim zdaniem tak, zwłaszcza, jeśli przypadł wam do gustu film "Bogowie". Jest to bardzo podobny klimat, podobny humor, a tematyka również nie tak odległa - jak Religa walczył z tym, aby otworzyć klinikę, tak Wisłocka walczyła o to, by wydać książkę uświadamiającą ludzi o seksie i wszystkim, co z nim związane. Do tego część scen jest mistrzowska, jak np. ta, w której kobiety solidaryzują się i wspólnie walczą o wydanie "Sztuki kochania", nawet jeśli sama Wisłocka już straciła nadzieję. Jednocześnie należy mieć w głowie pewien dystans do treści głoszonych w jej dziele - mocno nieaktualnych. Ale jeśli ktoś chce mieć pogląd, jak wyglądały tamte czasy - to naprawdę warto. A moja ocena to mocne 8/10, czyli bardzo dobry
Share:

środa, 25 stycznia 2017

Nostalgia i tęsknota za happy endem, czyli La La Land (2016)

Wczoraj mieliśmy nominacje do Oscarów, a więc sezon pora zacząć już na całego! I od razu jak tylko się dowiedziałam, że "La La Land" ma rekordową liczbę nominacji, to kupiłam bilet najszybciej, jak tylko mogłam. I tak miałam zamiar się wybrać na ten film, ale jednak wolałam trochę odczekać na te nominacje, ponieważ widziałam głosy, że nie można być takim pewnym tylu nominacji, nawet jeśli film zdobył aż siedem Złotych Globów. 

Chyba to będzie moja pierwsza recenzja musicalu na blogu. Przyznaję, że nie do końca potrafiłam się nigdy wciągnąć tak w ten gatunek, choć sama muzyka musicalowa podoba mi się niesamowicie, odkąd tylko pamiętam. Ale jednak czasami nie potrafiłam porządnie wysiedzieć i się skupić, jak np. na Les Mis - które to było w całości śpiewane, jak opera. Dlatego też do La La Land postanowiłam podejść właśnie jak do opery - skoro potrafię cieszyć się tą formą sztuki, siedzieć i jeszcze marudzić, że co tak krótko, to czemu nie wytrzymam na musicalu? I... Z lekka się zawiodłam, bo jednak dostaliśmy więcej partii mówionych. Ciąg dalszy z lekkimi spoilerami (choć można się ich spodziewać nawet po tytule).

Źrodło: filmweb.pl
Mia Dolan pracuje w kawiarni na terenie Hollywood. Jej wielkim marzeniem jest aktorstwo, w wolnych chwilach chodzi więc na przesłuchania do różnych filmów czy seriali. Niestety, na razie bycie aktorką pozostaje w sferze jej marzeń. Przypadkowo Mia poznaje Sebastiana, który z kolei jest utalentowanym pianistą jazzowym. Jego marzeniem jest prowadzenie klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia. Sebastian i Mia zakochują się w sobie i razem walczą o spełnienie swoich marzeń, lecz na drodze do ich spełnienia stoi wiele przeszkód.

Łatwiej będzie mi opisać, co w filmie mi się podobało. Bo jest tego bardzo dużo, ale słowa aż same się piszą. Przede wszystkim jest to porządnie zrealizowana produkcja. Wizualnie jest to wręcz cudeńko. Kolorystyka jest przepiękna (już widzę te gify i przeróbki graficzne na tumblrze, ten film aż o to się prosi - i nawet nie trzeba wiele kombinować z filtrami). Scenki takie jak wyjście Mii z przyjaciółkami i ich sukienki w soczystych kolorach - to po prostu majstersztyk. Sama radość dla oka, po prostu wręcz film jest stworzony dla gifów.

Nie zawsze ten efekt przypada mi też do gustu, ale tu akurat się sprawdził i bardzo mi się spodobał - a mowa o długich ujęciach. A nawet bardzo długich, gdzie kamera wędruje wraz z bohaterem, nie ma cięć. W przypadku piosenek jest to trochę nowatorskie podejście (wiadomo, że na takim Broadwayu raczej by się to nie sprawdziło, bo i jak), ale wypada ono tutaj świetnie. Ogólnie nie mam zarzutu do montażu - czasem mamy bowiem właśnie scenki z długimi ujęciami, a czasem tradycyjne (choć bardzo podobała mi się scena kolacji Sebastiana i Mii, gdzie były zbliżenia tylko na ich twarze - to też wyzwanie aktorskie, by operować właściwie jedynie samą mimiką i dialogami, a nie całym ciałem). Również montaż to dla mnie bardzo wysoki poziom.

Przy okazji montażu warto wspomnieć o pewnym hołdzie reżysera dla tradycyjnego kina. Widać to nie tylko w tym, o czym mówią bohaterowie (jak np. Mia opowiadająca o tym, że lubiła oglądać z ciotką Casablancę), ale też w takich smaczkach jak namalowana Ingrid Bergman na ścianie pokoju Mii, czy mural z gwiazdami starego Hollywood... Ale też sam film technicznie łączy w płynny sposób (nie widzę nigdzie jakichś zgrzytów) nowoczesność z tradycją - część scen przypomina te kręcone w latach 50. XX wieku, zwłaszcza takie klasyczne musicale, jak "Deszczowa piosenka", ale też i same napisy początkowe, końcowe czy przejścia między aktami przypominają "stare kino". Poszczególne numery muzyczne czy taneczne tak samo. Dlatego dla kogoś, kto lubi klasyczne kino, "La La Land" będzie miłym i nostalgicznym wspomnieniem - w końcu dzisiaj się już tak filmów właściwie nie robi.

Oczywiście przy musicalu nie można zapomnieć o najważniejszym jego elemencie - o muzyce. Ta jest bardzo dobra - wpadająca w ucho, kojarząca się ze starymi piosenkami musicalowymi, ale także i muzyka będąca w tle do tego nawiązuje (osobiście kojarzyła mi się z kinem z lat 50. czy 60.). Nawet teraz w tle leci mi piosenka otwierająca - czyli "Another Day of Sun". Warstwa muzyczna to najwyższy poziom, ale i również aktorzy potrafili tu śpiewać i te role były jakby stworzone dla nich.

Jeśli mowa o aktorstwie, to również jest niesamowite to, jak film przedstawia ten zawód od kuchni - ciekawie jest patrzeć na Emmę Stone, która gra początkującą aktorkę, niepewną siebie i sfrustrowaną, ponieważ kolejny casting jej nie poszedł. Sami główni bohaterowie grani przez Ryana Goslinga i Emmę Stone są bardzo ciekawi - dość złożeni, stopniowo poznajemy ich motywacje, charaktery, sami zmieniają się (także dzięki znajomości - wcześniej np. Mia mówiła, że nie lubi jazzu, a polubiła go dzięki Sebastianowi). Między Goslingiem i Stone jest niesamowita chemia, aż momentami ciężko uwierzyć, że to tylko film, a oni naprawdę nie są parą.

I właśnie... Tu muszę przejść do wad. Dlaczego w tytule wspominam o "happy endzie"? Po części też dlatego, że właśnie widziałam dyskusję u Kasi Czajki, czyli u Zwierza Popkulturalnego na temat tego, że ludzie mają dziwne przekonanie, że musical powinien się kończyć szczęśliwie. Otóż nie, i jest to dość nietypowe założenie, bo to trochę tak, jakby założyć, że opera ma się dobrze skończyć. Musicale potrafiły się kończyć różnie, a często te zakończenia były dalekie od happy endu. I nic w tym złego, ale właśnie La La Land jest jednym z takich filmów, gdzie człowiek chciałby takiego sztampowego szczęśliwego zakończenia z radosną piosenką na koniec. Tu natomiast... Przyznaję, że końcówka mnie powaliła. Niby sugeruje, że wcale nie jest to takie złe rozwiązanie, że w gruncie rzeczy główni bohaterowie są szczęśliwi i nie mają do siebie żalu, a jednak ja jako widz czułam ogromny smutek, widząc to, że bohaterowie z niesamowitą chemią ostatecznie kończą samotnie. Oczywiście w tego typu filmach nie może być dobrego wyboru - a tu wybór był pomiędzy marzeniami a miłością. Mimo wszystko czasem by się chciało inaczej.

Osobiście uważam też, że pomimo licznych zalet to film ma dość zasadniczą wadę - fabularnie jest on dość przeciętny. Jest to historia, jaką każdy zna, niemal każdy może powiedzieć, że już to gdzieś widział. Nie ma w tym nic złego, ponieważ jest ona serwowana w ciekawy sposób, przystępny w odbiorze, ale jednak... No czasem chciałoby się zobaczyć jakąś inną odsłonę głównego problemu. Być może oprócz zakończenia dość łatwo można było przewidzieć konkretne zdarzenia w filmie -  w końcu nawiązuje to do klasyki, a w klasycznym musicalu musi być miejsce na miłość.

Co z oscarowymi przewidywaniami? Na razie nie chcę prorokować, póki nie widziałam innych nominowanych tytułów - a jakąś część chcę zobaczyć. Osobiście widzę Emmę Stone, która otrzymuje upragnioną statuetkę, Ryana Goslinga trochę mniej, ale ma też spore szanse. Reżyseria? Być może tak. W technicznych kategoriach dałabym "La La Land" wszelkie możliwe nagrody. Ale scenariusz czy najlepszy film? Przy pierwszym to raczej nie, a drugie... Też wątpliwa sprawa, zwłaszcza, że film ma trochę konkurencji. Jestem pewna, że La La Land otrzyma sporo nagród, ale czy te najważniejsze też? Trudno ocenić. Ja sama daję filmowi 7/10 - obniżam ocenę ze względu na scenariusz oraz zakończenie, które wybitnie mnie zasmuciło. Nie było złe samo w sobie, ale po prostu pewnych rzeczy nie robi się widzowi. 

Share:

czwartek, 19 stycznia 2017

Ostatni ukłon Mistrza, czyli Powidoki (2016)

Po wczorajszym seansie w kinie zdecydowałam, że tym wpisem niejako chciałabym rozpocząć sezon oscarowy, choć jeszcze nie ma listy nominowanych. Ostatni film Andrzeja Wajdy nawet nie dotarł do tzw. "krótkiej listy", ale jednak chciałabym o tym filmie pomówić także w kontekście Oscarów. W końcu "Powidoki" opowiadają o artyście. I zostawiają niejako z poczuciem ogromnej pustki. 

Przełom lat 40. i 50. XX wieku. Artysta malarz, Władysław Strzemiński jest znany ze swoich nowoczesnych dzieł sztuki, szanowany i rozpoznawany w całej Europie, a nawet na świecie. Jest on także wykładowcą historii sztuki na uczelni w Łodzi, którą sam założył. Strzemiński pracuje nad książką "Teoria widzenia", interesuje się nowymi formami sztuki oraz jest uwielbiany przez swoich studentów. Wszystko jednak zmienia się z momentem, gdy na uczelni pojawia się minister kultury, głoszący socrealizm jako "jedyną słuszną formę sztuki". Strzemiński otwarcie nie zgadza się ze słowami komunistycznego ministra. Od tej pory malarz jest represjonowany przez władze PRL-u na różne sposoby.

Źródło: filmweb.pl
Czasem wybory Wajdy, jeśli chodzi o filmy, bywały dość niezrozumiałe, a on sam jako reżyser bywał też nierówny. Był znakomity "Popiół i diament" czy "Kanał", ale też nieudana "Panna Nikt", czy przereklamowany "Katyń" (choć rozumiem, dlaczego Mistrz chciał poświęcić temu film, w końcu był to dla niego osobisty temat). "Powidoków" jednak nie zaliczyłabym ani do filmów dobrych, ani zdecydowanie do filmów złych. Jawi się tu trochę problemów, ale o nich trochę później.

Jedno, co można było na pewno powiedzieć o Wajdzie, to na pewno to, że nie bał się podjąć trudnych tematów. Na pewno nie było łatwym zadaniem wypuścić film o takiej tematyce (artyści kontra polityka) przy obecnej władzy, o której słyszy się, że chce również wpływać na to, co np. będzie grane w teatrze. Wprawdzie akcja "Powidoków" toczy się w czasach komunistycznych, czyli nieporównywalnych do dzisiejszych, ale pewne rzeczy można również odnieść nawet do czasów dzisiejszych, bardziej współczesnych widzowi. 

Przede wszystkim film jest przestrogą. Przestrogą przed tym, czym może się skończyć ingerowanie władzy w sztukę i kulturę. Narzucanie jedynej i słusznej wizji nikomu jeszcze nie wyszło na dobre. Widz obserwuje za to, jak komunistyczna władza stopniowo niszczy człowieka - niszczy jego karierę, zabija w nim to, co najbardziej kochał, a także odbiera mu w końcu możliwość samodzielnej egzystencji. Kto wie, czego dokonałby Strzemiński, gdyby nie zachorował na gruźlicę (prawdopodobnie również skutek zaniedbania) - w końcu był znanym artystą sztuki nowoczesnej.

"Powidoki" są oparte na sztuce pod tym samym tytułem, ale brakuje w nich postaci Katarzyny Kobro - znanej rzeźbiarki, byłej żony Strzemińskiego. Zastosowano jednak zabieg typowo teatralny - w filmie Kobro jest już umierająca, wiemy coś o niej tylko dzięki relacjom córki, Niki. Później widzimy tylko pogrzeb. Moim zdaniem jest to dość dobry zabieg, zwłaszcza, gdy reżyser lub scenarzysta chce się skupić na innym wątku, niż skomplikowane relacje malarza z żoną.

W filmie pojawia się wprawdzie cała plejada gwiazd, ale jest to jak dla mnie film Bogusława Lindy, który brawurowo zagrał postać niepokornego artysty, w dodatku grał też człowieka niepełnosprawnego (Strzemiński stracił rękę i nogę podczas wojny), jednocześnie autentycznie zafascynowanego sztuką i zarazem fantastycznego nauczyciela. Z innymi postaciami jest różnie.

Mamy m.in. Krzysztofa Pieczyńskiego w roli Juliana Przybosia czy Mariusza Bonaszewskiego w roli dyrektora muzeum - są to dobre role, lecz trochę mało ich w filmie, by można było powiedzieć, że dorównują Lindzie. Mieszane uczucia mam przy Bronisławie Zamachowskiej i jej Nice, czyli córce Strzemińskiego. Z jednej strony jest to dopiero 15-letnia dziewczyna, być może jeszcze się wyrobi (widać, że chce grać), zarówno Linda i Wajda zachwalali sobie współpracę z nią, ale momentami jednak grała trochę sztucznie, bez wyrazu. Potrafiła zagrać też dobre sceny, jak np. odejście od ojca, który niezbyt się nią interesował i wolał towarzystwo studentów. Myślę jednak, że dziewczyna jeszcze się wyrobi. 

O pozostałych ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Studenci raczej robią za tło, może poza Romanem i Hanką (graną przez Zofię Wichłacz). Przy czym ta druga... Nie wiem, nie lubię postaci, które są sprowadzane do tego, że zakochują się w kimś, a dalej to właściwie nie wiadomo. Postać studentki miała potencjał, póki nie pokazano bardziej otwarcie, że jest ona po prostu zakochana w swoim profesorze.

Od strony technicznej film jest zrealizowany przyzwoicie. Zwłaszcza zdjęcia przypadły mi do gustu, ale nie mogę narzekać na udźwiękowienie, czy ogólnie na sposób kręcenia (choć przyznaję, że przejścia z "ściemnieniem" sceny trochę potrafiły znużyć).

Osobiście nie trawię sztuki nowoczesnej. Nie rozumiem jej, uważam, że w dużej mierze jest przereklamowana i jest objawem snobizmu. Ale w życiu nie zabroniłabym nikomu zachwycania się nią czy tworzenia takowej. Dlatego też można było współczuć głównemu bohaterowi, któremu wraz ze sztuką zabrano dosłownie wszystko. I to w tym filmie jest smutne, a jednocześnie najlepsze. Jednak rozumiem, dlaczego film odpadł w oscarowych przedbiegach. Wajda zawsze tworzył filmy z przesłaniem - tak było też i tym razem, myślę, że Mistrza można poznać po tym, jak zakończył swoją karierę i żywot. Ale jednak niestety, czegoś mi w tym filmie zabrakło. I nie jestem w stanie do końca określić, czego. Jednak film odpadł, ponieważ opowiada o trudnych czasach komunistycznych. Zachodni widz nie zrozumie pewnych warunków, w których żyli ludzie, nie pojmie do końca, dlaczego właściwie przez "kawałek papieru" zniszczono człowiekowi życie. Sądzę, że to zaważyło na ocenie Akademii. Choć film mi się podobał, to mogę dać jedynie 6,5/10 - czyli dobry z minusem. Głównie na ocenie zaważyły braki scenariuszowe i to, że raczej nie przepadam za filmami "jednego aktora" - bo poza Lindą niewiele osób na planie miało szansę się wykazać. 
Share:

niedziela, 8 stycznia 2017

Jak robić fajne spin-offy, czyli Łotr 1. Gwiezdne Wojny Historie (2016).

I Nowy Rok zaczynam tekstem o filmie tak na świeżo po wyjściu z kina (choć to było wczoraj). Wprawdzie nie czułam, że koniecznie muszę się wybrać na "Rogue One", ale w końcu udało mi się trafić na kinową salę i obejrzeć w spokoju film (wolę, kiedy na sali jest już troszkę mniej ludzi). Trochę bałam się, że nie zdążę, że już przestaną grać, a potem będę musiała długo czekać na jakąś porządną kopię w Internecie czy na wydanie DVD... Ale oczywiście wolałam wesprzeć legalną kulturę. 

I powiem wprost - wyszłam z kina z naprawdę mieszanymi uczuciami. Nie uważam przy tym, że film jest zły. Przeciwnie - bardzo mi się podobał, dobrze się na nim bawiłam. Jednocześnie zastosował on zabieg, który ma chyba szansę na powodzenie jedynie w spin-offach - a przecież "Łotr" to w założeniu spin-off, w dodatku taki klasyczny - opowiada historię z danego uniwersum, wplata ładnie postacie, które już znamy, a przy tym pokazuje coś z innego punktu widzenia, wydarzenia, których widz nie miał okazji znać wcześniej. Jednocześnie nie ma też żadnej sprzeczności z "Nową Nadzieją" i pozostałymi częściami znanych już nam historii.

Źródło: filmweb.pl
Główną bohaterką "Łotra" jest Jyn Erso, córka naukowca pracującego dla Imperium. Pewnego dnia ojciec Jyn, Galen, zostaje zabrany przez siły Imperium, by pracować nad nową, śmiercionośną bronią, zaś sama dziewczyna ucieka. Mijają lata, Jyn dorasta i jednocześnie nie jest mile widziana ani przez Imperium, ani przez Rebelię. Jednakże siły tej drugiej postanawiają ją wykorzystać dla swojej misji - Rebelianci szukają bowiem Sawa Gerrerę, ekstremistę, człowieka, który wychował Jyn. W międzyczasie dziewczyna wraz z nowymi towarzyszami dowiadują się zaskakującej prawdy o Galenie Erso. Informacja ta może zmienić losy wojny Rebelii z Imperium.

Przede wszystkim w filmie podobało mi się to, że okazał się być czymś innym, niż reklamowano w trailerach. Często jest tak, że trailery bardzo zwodzą na manowce, w dodatku nierzadka jest praktyka wciskania wszystkich fajnych scen w trailer, a film jako całość okazuje się dość średni, jeśli nie kiepski. Tutaj jednak rozczarowałam się pozytywnie. "Rogue One" reklamowano jako historię poboczną do sagi Gwiezdnych Wojen. Dość enigmatycznie mówiono, że jest to historia o grupie Rebeliantów, którzy wykradają plany Gwiazdy Śmierci - dzięki czemu wojna z Imperium została skrócona, a Rebelia wygrała. Jest to oczywiście opis prawdziwy, ale niepełny. Trailery raczej sugerowały mi, że Jyn będzie jakimś typowym badassem Rebelii, superbohaterką, dla której misja kradzieży planów to bułka z masłem. Lub jak to zasugerowała w rozmowie ze mną Ann, że Jyn będzie kolejną krnąbrną dziewczyną, która zostanie wysłana na misję, by nabrała pokory. Żadna z tych wersji się nie sprawdziła. I bardzo dobrze. Może osobiście miałam dość niewysokie oczekiwania względem tego filmu, ale to tym lepiej - bo się nie zawiodłam.

Tymczasem główna bohaterka jest dość nietypowa. Przyzwyczailiśmy się trochę do czarno-białych postaci, a jednak Jyn bardziej wcisnęłabym w ramy "antybohaterki". Niby jej historia zaczyna się od tego, że ucieka przed siłami Imperium. Jest wychowana przez ekstremistę, wprawdzie przeciwnemu siłom Lorda Vadera, ale stosującego zbyt radykalne środki, jak na siły Rebelii. Nie jest ona szczególnie zachwycona tym, że "ci dobrzy" postanawiają ją wykorzystać jako swojego rodzaju przynętę. Jyn nie jest bowiem niby kimś znaczącym w Imperium, ale jednocześnie nie stoi po stronie Rebelii - stara się zachować pewnego rodzaju neutralność. W bohaterce podoba mi się jej stopniowa zmiana - od obojętnej na losy świata dziewczyny aż po wielką (choć niedocenianą) bohaterkę. Jyn częściowo wyłamuje się więc ze schematu "strong female character", pokazuje też, że można być słabym, ale także to, że siła często polega na czymś innym, nie tylko na bezsensownym szarżowaniu.

Niestety, o pozostałych postaciach mogę mówić różnie, niekoniecznie w samych superlatywach. Teoretycznie Cassian, grany przez Diego Lunę, powinien mi przypaść do gustu. Tak jednak się nie dzieje. A główną przyczyną jest to, że niewiele właściwie wiemy o tej postaci - wiemy jedynie, że ma jakąś mroczną przeszłość, ale ten wątek nie jest kompletnie rozwinięty. Praktycznie Cassian zostaje ograniczony do roli "przystojnego żołnierza Imperium". Nie powiem, jego zdolności przywódcze czy też zdolności walki są naprawdę przydatne, jednak to nie jest to. Zdecydowanie bardziej wolałam innych towarzyszy, jak robota K-2SO, który dodawał humoru całej opowieści, czy pilota Bohdiego. Przy nim sądziłam, że zostanie on ograniczony do roli pechowego posłańca, który zostanie zabity i będzie z niego niewiele pożytku, ale jednak okazał się bardzo przydatną postacią, którą widz zdąży polubić. No i oczywiście duet z miasta Jehda - czyli Chirrut i Baze - jeden bardzo wierzy w Moc, a drugi trochę tej Mocy pomaga - od początku ich polubiłam.

I teraz pora przejść do założenia tytułowego, czyli jak zrobić dobry spin-off. Spin-off jest często gatunkiem "fanfikowym", niejednokrotnie fani próbują sami rozwijać wątki poboczne czy tworzyć nowe historie w danym uniwersum. Przykładem może być uniwersum Saint Seiyi, gdzie jak na ironię, często te spin-offy są popularniejsze od oryginału (a niektóre nawet lepiej zrobione!). Na co się składa dobry spin-off? Moim zdaniem musi być tak wpleciony w oryginał, że ani nie przeszkadza głównej fabule, ani nie jest też od niej daleki. I w "Łotrze 1" tak dokładnie się dzieje. W tle mamy postacie znane - Lorda Vadera, generała Tarkina czy księżniczkę Leię (ta ostatnia dwójka genialnie była zrobiona w CGI - kompletnie tego nie widać), są wspomniane konkretne wydarzenia, które już znamy (np. widz znający oryginał wie, jaki smutny los spotka Baila Organę z planety Alderaan). Jednocześnie głównymi bohaterami są postacie, których do tej pory nie znaliśmy - ale ich losy nie kłócą się z oryginałem. Niestety, aby właśnie tak się stało, zdecydowano się na najrozsądniejszy, ale jednocześnie na najsmutniejszy zabieg - a mianowicie uśmiercenie. Z każdą kolejną postacią uśmiercaną czułam niesamowitą pustkę. W końcu widz w ciągu tych dwóch godzin zdąży się przywiązać do tych postaci, polubić je, a jednocześnie wie, że uśmiercenie to najrozsądniejsze rozwiązanie. Bo pomyślmy. Gdyby bohaterowie "Łotra 1" przeżyli, to co by było dalej? Jak pogodzić to z "Nową Nadzieją", powstałą 40 lat temu? Nijak. Widz musiałby sobie coś dopowiedzieć, ale przykre by było, gdyby wielcy bohaterowie Rebelii stali się później mięsem armatnim, albo postaciami robiącymi całkowicie za tło. Czasami po prostu te fabularne rozwiązania, które są dobre dla całości, nie są niestety dobre dla emocji widza.

Sama fabuła w sobie nie jest aż tak skomplikowana, choć początkowo mamy niezły chaos. Mimo to film ogląda się przyjemnie i wpisuje się w cały klimat "Gwiezdnych Wojen". Mamy po prostu poprawnie zawiązaną intrygę i rozwiązanie całej fabuły. Tylko tyle, ale jednak od tego filmu nie oczekiwałam zbyt wiele. W końcu to tylko przygodowe sci-fi. Choć podoba mi się też geneza tytułu - czyli nazwa statku wymyślona na poczekaniu.

Mimo to muszę zaznaczyć, że nie jestem pewna na 100%, czy na film poszłabym z dzieckiem. Mój 10-letni chrześniak jest wielkim fanem "Gwiezdnych Wojen", ale jednak myślę, że te 12-13 lat to takie minimum - film jest momentami dość mroczny, fabuła trochę za trudna dla dziecka, a humoru nie uświadczymy tu aż tak dużo.

Co do CGI i innych efektów, to mam podobne zdanie, jak w przypadku "Przebudzenia Mocy", czyli dobrze, że odeszli od nadmiernych efektów specjalnych tworzonych komputerowo, a ograniczono się tam, gdzie faktycznie były potrzebne (wcześniej wspomniałam o tym, że świetnie pokazano Tarkina i Leię, w ogóle nie widziałam tutaj efektów komputerowych, byłam raczej pewna, że są to "wklejone" postacie ze starych filmów). Muzyka oczywiście typowa dla klimatu. Jedyny mankament moim zdaniem to taki, że nie było tego klasycznego wprowadzenia, czyli "latających napisów", które wprowadzałyby widza w historię. Ale da się znieść.

"Łotr 1" to ciekawe przedstawienie pobocznej historii (ale jakże ważnej) do "Nowej Nadziei". Początkowo fani mieli obiekcje, czy aby na pewno taki film jest potrzebny. Może i nie, ale to nie zmienia faktu, że przyjemnie się go ogląda. Nie umywa się do oryginału, ale jednak ma w sobie to coś. Ot ciekawe sci-fi, które jednocześnie nie psuje klimatu znanego z oryginalnych "Gwiezdnych Wojen". Mimo tego załamującego zakończenia... Myślę, że warto zobaczyć. Moja ocena to: 7/10, czyli dobry.

Z małych ogłoszeń:

  • prawdopodobnie niedługo napiszę coś o niesławnych "Pasażerach". Obejrzałam ten film i naprawdę jest tak źle, jak mówią. Ma on wiele mankamentów, o których można powiedzieć w skrócie "zmarnowany potencjał".
  • obejrzałam też trzy tytuły anime, które łączy jeden element - dość słaby research. Dlatego też spodziewajcie się tekstu.
  • na niesławnego "Assassin's Creed" się nie wybieram. Chyba nie chcę, by ten film mi zniszczył sentyment, co do gry.
  • ocenę oscarowych filmów zostawię sobie na później - poczekamy, aż będą oficjalne nominacje.
Share:

czwartek, 22 grudnia 2016

Marzenia (nie)spełnione, czyli Yuri!!! On Ice (2016)


Wprawdzie recenzję planowałam na piątek, ale jednak chyba wolę, kiedy napiszę coś na świeżo. Zwłaszcza, że już po kilku odcinkach Yuri!!! On Ice (lub jak to polski fandom ochrzcił ten tytuł - "Jurki") okrzyknięto anime sezonu, a nawet roku. Czy sportowa historia, jakich wiele jest warta obejrzenia? Co wyróżnia ją spośród innych tytułów? Myślę, że przede wszystkim podejście do tematu. I sądzę, że nie bez znaczenia jest fakt, że twórczynią tego anime jest kobieta. Stąd pewien nacisk na uczucia, na spojrzenie nie tylko sportowe, ale także spojrzenie czysto ludzkie, psychologiczne. Jest wiele rzeczy, które mnie oczarowało w tym anime, co nie znaczy, że nie brakuje wad.

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY. 

Główni bohaterowie, na pierwszym planie Yuri Katsuki. Źródło: yurionice.com
Yuri Katsuki ma 23 lata i jest znanym łyżwiarzem figurowym w Japonii. Przez pewien czas trenował w Stanach Zjednoczonych, tam też skończył studia. Choć osiągnął wiele, nie brakuje mu talentu, to brakuje mu jednak pewności siebie, która sprawia, że na lodzie za bardzo się stresuje i w efekcie popełnia podstawowe błędy. Jego idolem jest Wiktor Nikiforow*, rosyjski łyżwiarz, który, zdaje się, osiągnął już wszystko. Pewnego dnia Yuri powtarza sławny układ Wiktora, tańcząc na lodowisku w swojej rodzinnej miejscowości. Łyżwiarz jest nagrywany bez swojej wiedzy, a nagranie szybko podbija Internet. Dociera ono nawet do samego Wiktora, który wkrótce zjawia się w Japonii i oznajmia, że zostanie trenerem Yuriego. Wkrótce przyjeżdża także nowa, młoda gwiazda, która chce konkurować z Yurim i Wiktorem, czyli 15-letni Jurij Plisecki. Zaskoczony Yuri przystaje jednak na propozycję Wiktora.

Wprawdzie część ludzi, która mnie zna, zaraz powie, że najbardziej podobał mi się fanserwis, jakiego jeszcze nie było w tego typu anime, ale tu zaskoczę chyba wielu i powiem, że nie. Wprawdzie do fanserwisu jeszcze wrócę (bo mam do niego kilka zastrzeżeń), ale chyba najbardziej podoba mi się w tym anime fakt, że jest to opowieść o tym, że do pewnych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć. 

Yuri Katsuki to postać, z którą dość łatwo można się utożsamić. Ma swoje wzloty i upadki, ale jednak jego największym problemem jest to, że brakuje mu wiary w siebie i swoje możliwości - nawet jeśli wiele osób mówiło mu, że nie brakuje mu talentu ani umiejętności. Problem jednak leży w pewnej blokadzie psychicznej. Zdaje się, że wielu ludzi ma podobny problem - i nawet nie trzeba być sportowcem. Ale często wystarczy jedna krytyka, jedna porażka, by się zamknąć w sobie i nie rozwijać tego talentu. Yuri potrzebował jakiegoś motywatora, a tym okazuje się miłość. Miłość... Cóż, jedni uważają, że jest to po prostu czysty podziw i przyjaźń do nowego trenera, a inni, że jest to miłość romantyczna (ja skłaniam się ku drugiej opcji). Anime ma raptem dwanaście odcinków, a po prostu byłam zachwycona, kiedy patrzyłam na rozwój charakteru postaci, który był płynny, ale nie sztucznie przyspieszony. Miło było patrzeć, jak Yuri nabierał pewności siebie i z zakompleksionego faceta, który w dodatku zmagał się z nadwagą (wiem, że niektórzy krytykują ten wątek, ale spójrzmy prawdzie w oczy - mowa tutaj o łyżwiarzu figurowym, który nie może sobie pozwolić na dodatkowe kilogramy) stał się pewnym siebie mężczyzną, który osiąga sukces. Być może nie są to te wyśnione osiągnięcia, ale czasem, jak to w sporcie mówią, progres jest o wiele ważniejszy niż wszystkie medale. 

Pierwsza połowa anime to raczej rozwój relacji i rozwój charakteru - w tym także dość urocze podziwianie drugiej osoby z perspektywy kogoś zauroczonego, zafascynowanego - czy to samym talentem, czy może osobą - to w tej chwili nie jest istotne. Wprawdzie jest to dość sztampowy zabieg w anime, ale jednak często tzw. sportówki (jak chociażby Free!, o którym również pisałam) nie wychodzą poza ten schemat i poza ten etap relacji. W Yuri!!! On Ice stało się zupełnie inaczej. Nie dość, że pokazano coś niemalże wprost, to kolejna rzecz, która urzekła mnie w tym anime to fakt, że pokazuje ono, że w każdym związku są również wzloty i upadki, a pocałunek, czy wszelkie wyznania nie sprawiają, że od tej pory jest wszystko super i można by było tylko dodać "i żyli długo i szczęśliwie". Doskonale rozumiałam Yuriego, który płacząc mówił o tym, że czuje się źle ze swoimi porażkami, ponieważ nie odpowiada już tylko sam za siebie, ale także ewentualna porażka będzie także rzutować na trenera. Wzajemna odpowiedzialność i lęki z nią związane są czymś niby oczywistym, a jednak w mediach nieczęsto spotykamy taki motyw. W drugiej połowie widzimy, jak "odmieniony" Yuri zmierza się w finałach mistrzostw w łyżwiarstwie figurowym. Ta druga część jest również ciekawa, ponieważ poznajemy nowych bohaterów, ich motywacje (lub przynajmniej ich część), a nawet zdążymy zmienić stosunek co do nich - np. Chris Giacometti wydawał mi się początkowo osaczający, a jego seksapil wręcz powodował zażenowanie połączone z... strachem? Trudno mi to ująć, był to po prostu typ faceta, jakiego nie chciałabym spotkać. Pod koniec jednak - a właściwie w ostatnim odcinku - okazał się całkiem sympatyczny. Podobnie jak Jean Jacques Leroy, zwany JJem - początkowo chłopak z wybujałym ego, zbyt pewny siebie, a później zaczęłam mu współczuć, ponieważ pierwszy raz poważnie poczuł presję - a jednocześnie naprawdę miło było widzieć wsparcie ze strony bliskich dla niego.

Czas powiedzieć troszkę o fanserwisie. Do tego trochę odwołuje się tytuł tej recenzji - te "marzenia niespełnione" dotyczą głównie fabuły - w końcu Yuri nie wygrał mistrzostw (ale na to nie liczyłam). "Marzenia spełnione" to te dotyczące wątku miłości homoseksualnej - i tu wyjaśnię, dlaczego jestem za opcją pt. "to jest normalny związek, Wiktor i Yuri są po prostu parą" - po prostu dlatego, że czasem za bardzo patrzymy z perspektywy heteronormatywnej. Gdyby któryś z nich był dziewczyną, to myślę, że dla wszystkich byłoby oczywiste, że są parą. I nawet nie trzeba byłoby przedstawiać wiele rzeczy wprost. W tym anime zaś po sławnej scenie z odcinka siódmego pojawiły się kłótnie, czy był pocałunek, czy go nie było. A ja jestem zdania, że nawet jak go nie było, to uścisk był zbyt oczywisty i zbyt intymny jak na przyjaciół. Nie widzę także sprzeczności w pokazywaniu relacji czysto zawodowych i przyjacielskich - w sporcie nie raz się zdarzało, że trener i sportowiec (obojętnie jakiej płci) zostawali parą lub nawet małżeństwem. A że byli też na stopie przyjacielskiej? A co może być piękniejszego od przyjaźni, która w naturalny i niewymuszony sposób przeradza się w miłość? 

Nie oznacza to jednak, że fanserwis nie przeszkadzał mi tak w stu procentach. O ile początkowe odcinki wraz z pewnymi "hintami" typu wspólna kąpiel, czy para w strategicznym miejscu, albo teksty "Yuri, chodźmy spać razem" to potrafiły śmieszyć, bo dawka była dość rozsądna, tak potem zaczynało to lekko przeszkadzać, zwłaszcza nagromadzenie tego mieliśmy w odcinku dziesiątym, gdzie niemal każdy pytał się "czy to się wydarzyło naprawdę?" - obrączki jako symbol obietnicy? No błagam... Złączone łóżka w hotelu? Na pewno przypadek. Zdecydowanie było tego za dużo, a wolałam oglądać treningi czy zmagania się na lodowisku, ponieważ w końcu miało to być anime o jeździe figurowej na lodzie. Niemniej jednak cieszyło mnie w tym wszystkim jedno - rozsądny wiek bohaterów. Yuri miał 23 lata (pod koniec już skończył 24), a Wiktor - 27. Dlatego podobało mi się też rozsądne podejście Wiktora do choreografii Jurija - dla piętnastolatka choreografia nacechowana seksapilem byłaby zbyt dojrzała i nieodpowiednia, natomiast Wiktor wybrał temat czystej miłości dla młodego łyżwiarza.

Czas powiedzieć trochę o animacji. Animacją zajęło się małe studio MAPPA. Małe studia mają swoje zalety, ale niestety, również i wady. A najgorszą z nich jest ograniczony budżet. Być może w początkowych odcinkach tego nie widać (sama byłam zachwycona kreską i animacją), ale czym dalej w las... Niestety, CGI (prawdopodobnie nie do uniknięcia w dzisiejszych czasach) było dość widoczne w tych miejscach, gdzie miało być właśnie niewidoczne, a być jedynie pomocą - czyli głównie w sekwencjach jazdy głównych bohaterów. Często też podczas jazdy figurowej było widać zachwianie proporcji, niestaranne rysowanie, itd. Problem słabej jakości animacji w Japonii to jednak temat na oddzielny post, a przyczyn takiego stanu jest wiele. 

Technicznie za to nadrabia muzyka. Mowa tu zarówno o openingu (śpiewanym ładną angielszczyzną!) oraz endingu (graficznie również ciekawy, pokazujący zdjęcia z Instagrama głównych bohaterów), jak i o utworach wykorzystanych przez łyżwiarzy do swojej choreografii - mowa tu o muzyce klasycznej (opera czy balet, które są bardzo częste w jeździe figurowej), jak i kawałkach specjalnie ułożonych na potrzeby serialu, które łatwo wpadają w ucho, nawet jeśli pokazane były tylko raz.

Yuri!!! On Ice to z pewnością pozycja wyjątkowa w anime. Dała też nadzieję, że może więcej twórców ośmieli się w końcu wrzucać rozsądnie wątki homoseksualne - bez fanserwisu czy queerbaitingu, nie tworząc jednocześnie z tytułu kolejnego yaoi czy yuri. Marzy mi się, żeby tak fajnie poprowadzony wątek (nawet bez takiej ilości hintów jak w YoI) był pokazany w jakimś shounenie... To byłby chyba znak naszych czasów, jednocześnie pokazujący, że liczy się miłość, a nie płeć czy inne cechy bohaterów, na które kompletnie nie mieli wpływu. Piękna kreska, bohaterowie, z którymi można się utożsamiać oraz cudowna muzyka... Czego więcej potrzeba do szczęścia? No, może drugiego sezonu, choć było zasugerowane, że taki powstanie. I na takowy czekam. A moja ocena to na dzisiaj 7,5/10, czyli bardzo dobry z minusem. Ocena troszkę niższa, ponieważ jednak animacja często zgrzytała, fanserwisu było trochę za dużo, a także niepotrzebnie twórcy wprowadzali historie bohaterów, którzy nie odegrali jednak większej roli - na to będzie czas w sezonie drugim.

* Wiem, jak to jest zapisane w oficjalnym tłumaczeniu angielskim, ale mamy taką piękną, polską transliterację cyrylicy, więc wolę z niej korzystać.
Share: