Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manga. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 września 2016

Kącik mangowy #3

Jestem już po powrocie z wycieczki do Pragi, mamy weekend, więc mogę się na spokojnie zająć pisaniem tekstów. Pierwszym z nim będzie coś, z czym jestem całkowicie "na świeżo". Już tydzień temu dowiedziałam się, że mangi są gotowe do odbioru z paczkomatu, więc w poniedziałek po nie pognałam. Nie wszystkie przeczytałam od razu, ale sprawiło mi to ogromną radość. Tak więc zacznę po kolei.

Mangi ułożone nawet w kolejności przeczytania. I tak będą omawiane.

One Punch Man #4

Źródło: inuki.pl
Szybko idzie to wydawanie mangi, która jest parodią wszelkich dzieł o superbohaterach. Jak tak dalej pójdzie, to dość łatwo dogonimy wydanie japońskie. Co tym razem spotyka Saitamę i jego przyjaciół?

Saitama jakimś cudem utrzymuje się w rankingu superbohaterów, choć po cichu marzy mu się sława Genosa, swojego ucznia. Wkrótce natrafia na niesamowitą okazję - Ziemi zagraża potężny meteoryt. Sam Genos wraz z innymi superbohaterami z klasy S nie mogą sobie z nim poradzić. Tymczasem Saitama rozbija meteoryt, jednak ma to swoje nieprzewidziane konsekwencje... W drugiej części tomiku spotykamy nowych wrogów - niejakich Morzan, potworów morskich atakujących kolejne miasto. 

Co tu dużo mówić - wydanie jest bardzo ładne, manga jest większego formatu, a i do ciekawostek należy to, co kiedyś zobaczyłam w jednym filmiku i najwyraźniej ma to potwierdzenie w kolejnych filmikach - obwoluta zawiera "trójwymiarowe" rysunki, tym razem rozkładając zakładkę pod kątem prostym widzimy Saitamę, który pływa sobie w morzu. W poprzednim tomie był tak pokazany dach budynku, schody, itd. Niby drobnostka, ale efektownie to wygląda. Kreska jest naprawdę dopracowana, a jednocześnie zachowuje coś z klimatu oryginalnej mangi internetowej. 

Oczywiście Paweł Dybała jak zawsze spisuje się tu na medal, jeśli chodzi o tłumaczenie. Momentami jest ono wręcz mistrzowskie, i nie mówię tu o takich rzeczach pisanymi drobnym druczkiem, ale także świetnym wykorzystaniem internetowych memów, czego przykład podałam na swoim fanpage'u ("Jebło, to jebło, na chuj drążyć temat", jeśli dobrze pamiętam, w oryginale był to dość nijaki tekst). Wiem, że trochę osób było ciekawych, jak zostanie przetłumaczone imię jednego z bohaterów - w oryginale "Puri-Puri-Prisoner". Tutaj dostaliśmy "Pysio-Pasia", które w sumie jest dobrym tłumaczeniem, oddającym charakter bohatera - jest on przede wszystkim stereotypowym gejem, który siedzi w więzieniu. Tu dodam, że w mandze pojawiły się właśnie scenki, które pominięto, ze względu na dość brutalny charakter, w anime. 

Jedyne, czego mogę się przyczepić, to właśnie wspomniany Pysio-Pasio, ale to raczej zarzut do autora, a nie do JPF-u. Po prostu jakoś nie bawi mnie wykorzystywanie cudzej orientacji seksualnej jako elementu komediowego, tym bardziej mówię "nie" przedstawieniu molestowania jako czegoś zabawnego. Może Japończyków to bawi, ja natomiast czuję się zniesmaczona. Na pocieszenie jednak dodam, że te aspekty są dość rzadko poruszane później przy tej postaci. Tak więc nie mogę się doczekać tomu piątego, tym bardziej, że bonus był tutaj dość krótki (a zwykle na podstawie bonusowych rozdziałów tworzone jest OVA). 

Kuroshitsuji #23

Źródło: sklep.waneko.pl

Ach te nieszczęsne Kuroshitsuji... I co ja mam począć z tą mangą? Jeden z moich ulubionych tytułów, ale mam wrażenie, że "coś się popsuło". Czy kupuję ją z przyzwyczajenia? I tak, i nie. Raczej po prostu chcę dotrwać do końca, skoro już tyle tomów za mną. Niemniej jednak uważam, że autorka ciągnie już ten tytuł mocno na siłę.

Tomik rozpoczyna się zupełnie nowym wątkiem. Niespodziewanie Edwarda Midforda, kuzyna Ciela, odwiedza dawny prefekt Weston College, Greenhill, który w poprzednich rozdziałach okazał się winny śmierci jednego z uczniów prestiżowej akademii. Greenhill zaprasza Edwarda do Sphere Music Hall, w którym spotyka się wielu ludzi bez względu na status społeczny czy wiek. Sława tego miejsca dociera do samej królowej, która prosi Ciela o dostarczenie informacji na temat Sphere Music Club. Tymczasem okazuje się, że Lizzy, która zaczęła przychodzić na spotkania z Edwardem, zostaje omamiona przez niejakiego Blavata, wróżbitę, i w związku z tym nie chce wracać do domu. Ciel postanawia zająć się tą sprawą.

Cóż mogę powiedzieć. O ile nigdy nie miałam zarzutów do grafiki czy tłumaczenia - i tak jest też tym razem - to jednak fabuła zaczyna powoli mnie rozczarowywać. Długo przymykałam oko na wrzucanie elementów typowo japońskich czy współczesnych do mangi, której akcja toczy się w wiktoriańskiej Anglii, ale coś a'la j-popowy boysband? Naprawdę? Boli to jak diabli, tak niesamowicie się gryzie, że nie wiem, jak przebrnę dalej ten arc. Po prostu liczę na to, że nie będzie on zbyt długi - bo już kilka rozdziałów pokazuje możliwe rozwiązanie - dość przewidywalne w dodatku. Mam nadzieję, że jednak się mylę.

Ale mimo tego jestem zdania, że autorka raczej powinna zmierzać ku końcowi, niż ciągnąć mangę na siłę - zwłaszcza, że mamy już 114 rozdziałów ukazanych wraz z tym tomikiem. Ale mam nadzieję, że z kolei nie zawiodę się styczniowym filmem animowanym, opartym o arc ze statkiem. 

Atak Tytanów #11

Źródło: mangarden.pl
Muszę tu się przyznać do tego, że jak dla mnie tu manga się robi coraz ciekawsza z prostego powodu - zaprzestałam czytać skanlacje w okolicach 50 rozdziału i stwierdziłam, że poczekam, aż dostaniemy wersję polską - zwłaszcza, że już mamy rozdziały, których akcja toczy się już po pierwszym sezonie anime i mam nadzieję, że zobaczymy te sceny w drugim sezonie (o ile taki powstanie).

Eren w końcu dowiaduje się prawdy o tym, kto kilka lat wcześniej sprawił, że jego miasto zaatakowali Tytani. Niestety, sprawcy nie chcą powiedzieć całej prawdy, a jedynie mówią chłopakowi o tym, że powinien pójść z nimi, wtedy się wszystkiego dowie. Eren nie ma innego wyboru, jak tylko się zgodzić. Tymczasem Mikasa, Armin oraz reszta oddziału Zwiadowców próbuje dopaść i odbić Erena. 

Jedyne, do czego się przyznam, i jedyne, o czym będę mówić tutaj, to fakt, że właściwie dzięki wydaniu polskiemu... Nieco bardziej rozumiem całą fabułę. Były owszem skanlacje, ale sam JPF pokazał, ile tracimy przez nie - skanlacje często coś skracały, tłumaczenie czasami też pozostawiało trochę do życzenia - a tutaj, przy oficjalnym tłumaczeniu mamy nawet konsultacje z terminologii wojskowej. Nie zmienia to wszystko faktu, że fabuła robi się coraz ciekawsza i choć dopiero połowa rozdziałów za nami (niedawno wyszedł osiemdziesiąty piąty), to jednak człowiek chce wiedzieć, co będzie dalej. To po prostu jedna z najlepszych mang ostatnich lat. No i ciągle mam nadzieję na sezon drugi anime.

To wszystko na dzisiaj. Jutro postaram się napisać recenzję genialnego anime, jakim jest Noir, a później - recenzję książkową. Wkrótce również zbliżają się trzecie urodziny bloga, więc wypatrujcie także wpisu urodzinowego. 

Share:

niedziela, 31 lipca 2016

Kącik mangowy #2

W tym tygodniu otrzymałam kolejne mangi, które zamawiałam już jakiś czas temu. Zwykle na sklepie internetowym, w którym kupuję, zaglądam najpierw, czy mangi są już dostępne, jaka jest cena, itd. Biorę do koszyka dwa lub trzy tytuły, płacę i czekam cierpliwie. Czasami sprawdzając skrzynkę mailową jestem potem mile zaskoczona, że "to już" i przesyłka niedługo wpadnie w moje łapki. Tym razem są to tylko dwa tytuły, ale myślę, że wypowiem się o nich więcej, niż ostatnim razem.


Bakuman #2

Źródło: pl.bakuman.wikia.com

Ostatnim razem pisałam o pierwszym tomie "Bakumana", który troszkę skrytykowałam za jakość wydania i wpadki dotyczące błędów ortograficznym. Zdaje się, że tom drugi pod tym kątem wypada nieco lepiej, ale po kolei.

Choć tomik objętościowo jest podobny do poprzedniego, to czytelnik jednak ma wrażenie, że treści jest o wiele, wiele więcej. A dzieje się naprawdę sporo. Mashiro i Takagi decydują się zanieść ich wspólną mangę do Shuieshy, jednego z największych wydawnictw mangowych, wydającego słynny "Weekly Shounen Jump". Tam poznają jednego z redaktorów, pana Hattoriego, oraz dowiadują się, jak funkcjonuje ten biznes. Pan Hattori dostrzega w nich potencjał, ale nie chwali ich zbytnio, by chłopcy nie spoczęli na laurach i tworzyli dalej. Po kilku niepowodzeniach wreszcie odnoszą pierwszy większy sukces. Dowiadują się także, że wydawnictwo zgodziło się na serializację (czyli regularne wydawanie mangi w odcinkach) mangi pewnego 15-latka, Eijiego Niizumy. 

Tak jak wspomniałam, w tomiku mamy dużo treści. Generalnie myślę, że "Bakuman" to pozycja dla nieco starszego czytelnika, który oczekuje czegoś więcej, niż scen efektownych walk, akcji, przygody. Dla niektórych manga może być "przegadana", ale jeśli lubi ktoś temat pt. "życie artystów od kuchni", to myślę, że powinien być zadowolony. Przy okazji mamy pokazane zwykłe dylematy nastolatków, jak szkoła (bohaterowie idą do liceum) czy pierwsze miłości. Ale najważniejsze i chyba najciekawsze jest to, jak pokazana jest redakcja mangi. Pan Hattori także w anime był jedną z moich ulubionych postaci, był mentorem dla głównych bohaterów, ale też potrafił dobrze tłumaczyć, a zarazem ostrzegać. Wkrótce Mashiro i Takagi jednak mierzą się z brutalną rzeczywistością - ich debiut nie należy do udanych.

I w "Bakumanie" kryje się też pewna mądrość życiowa, której czasem brakuje mi w tych optymistycznych, amerykańskich produkcjach, w których to bohaterom zawsze się wszystko udaje, a marzenia zawsze się spełniają. Otóż chyba to w tym tytule podoba mi się najbardziej - a mianowicie przesłanie pt. "Marzenia nie zawsze się spełniają, a droga do sukcesu nie jest usłana różami". Nie zawsze wszystko nam wychodzi od razu. Często marzenia w ogóle się nie spełniają, a przed sukcesem poniesiemy niejedną porażkę. W dodatku w "Bakumanie" jest to pokazane w dość realistyczny sposób - sukces nie jest zależny bowiem tylko od talentu, dobrego pomysłu, ale czasem jest zależny po prostu od czystego przypadku. Idealnie tłumaczy to pan Hattori - są ludzie, którzy instynktownie umieją się wbić w gusta czytelników i wydadzą coś, co właściwie każdy będzie lubił. Inni natomiast kalkują, ale też nie zawsze są w stanie przewidzieć, Inna sprawa - rozmijanie się gustów. Dowiadujemy się, że manga głównych bohaterów przypadła do gustu innym mangakom (co ciekawe, są to autorzy znanych tytułów, jak "One Piece" czy "Naruto"), bo była "dojrzała", "inna", "oryginalna", natomiast sama redakcja oczekuje czegoś innego, ponieważ... Wydawnictwo to biznes, a biznes musi się opłacać. Tak wygląda dość brutalna prawda.

Co do samego wydania, to nie pamiętam już, jak to było w skanlacjach angielskich, które czytałam, ale w anime zrobiono taki zabieg, że dość znane nazwy, np. wydawnictw czy magazynów zmieniano na dość podobne, aby każdy mógł się domyśleć, o czym mowa, a jednocześnie żeby prawdopodobnie uniknąć jakichś spraw związanych z wykorzystaniem wizerunku. W tłumaczeniu Waneko nie ma jednak tego zabiegu, więc mamy nazwy prawdziwe, jak Shueisha czy "Weekly Shounen Jump". I w sumie mi się to podoba, ponieważ... Raczej przyjęło się, że to nic złego, by wykorzystywać prawdziwe nazwy - choć redaktorzy to fikcyjne postacie. 

O ile samo wydanie wygląda już lepiej, nie ma tylu rastrów ani szarości, które mnie irytowały i kojarzyły mi się ze skanami słabej jakości, ale wciąż zgrzyta mi tu "cha cha cha", które pojawia się (i będzie się pojawiać) o wiele częściej, ponieważ pan Hattori to postać, która dość często się śmieje i ten śmiech jest wtrącony na koniec zdania. Błagam was, Waneko, sprawdzajcie to lepiej, ponieważ niby to nie jest błąd, ale jednak naprawdę rzadko taki zapis jest stosowany. Mimo tego wiele pozostałych rzeczy jest tutaj na plus - m.in. slang młodzieżowy. Myślę, że będę dalej kupować tę mangę.

Wzgórze Apolla #6

Źródło: sklepwaneko.pl


Choć tutaj opisuję tom szósty, czyli bliżej niż dalej do końca (mamy dziewięć tomów + jeden bonusowy), to jednak myślę, że poświęcę też tutaj więcej miejsca na jej opisanie, ponieważ reakcja fandomu w przypadku tego tytułu to przykry przykład na to, że fandom potrafi się zachowywać często niezrozumiale, zwłaszcza w stosunku do wydawnictw. 

Akcja toczy się w latach 60, XX wieku. Kaoru Nishimi ze względu na pracę ojca przenosi się na prowincję do domu swojej ciotki. Tam ma uczęszczać do liceum. Okazuje się, że początkowo chłopak nie potrafi nawiązać kontaktu z rówieśnikami - chociażby przez to, że większość kolegów z klasy posługuje się gwarą, którą Kaoru nie do końca rozumie. Wkrótce jednak chłopak odnajduje drogę do porozumienia, a jest nią muzyka jazzowa. Zaprzyjaźnia się z Sentaro Kawabuchim oraz Ritsuko Mukae, z którymi z czasem zaczynają łączyć skomplikowane relacje. W międzyczasie Kaoru dowiaduje się wiele o swoim przyjacielu, zdąży się z nim poważnie pokłócić, a także doradzić w sprawie nieszczęśliwej miłości do dziewczyny, która jest zainteresowana starszym znajomym Sentaro.

Manga wydana przez JPF zawsze oznacza wysoką jakość. Od początku podoba mi się ładna, estetyczna kreska oraz stylizacja mowy bohaterów na gwarę śląską (tutaj pozdrawiam autorkę Lemurilli, która jest konsultantką przy tej gwarze). Dodatkowo ciekawą rzeczą przy tej mandze są bonusowe rozdziały pod koniec każdego tomiku - każdy z nich opowiada zupełnie inną, krótką historię, najczęściej połączoną z wątkami miłosnymi i fantastycznym - w tym tomie mamy opowieść o ożywionym manekinie.

Nie chcę jednak za dużo spoilerować, ponieważ myślę, że więcej opowiem o tej mandze przy recenzji całości, ale chciałabym się podzielić rzeczą, która mnie wyjątkowo smuci. Mianowicie z pewnego źródła wiem, że niestety, mimo szumnych zapowiedzi, mimo deklaracji chęci kupowania i pozytywnych komentarzy ("Wreszcie coś nowego"), manga ma niesamowicie niskie wyniki sprzedaży, co było m.in. powodem tego, że nie dostaniemy jej w Empikach - ja sama od początku kupuję ją tylko internetowo. Chciałoby się zadać pytanie, dlaczego?

Tytuł zaliczany jest do gatunku josei, czyli jest to manga przeznaczona dla dorosłych kobiet. Myślę, że głównie ze względu na poważniejszą tematykę, którą raczej nie zrozumieją młodsze dziewczyny. Jest to manga obyczajowa, lecz trzeba znać chociaż trochę rys historyczny - zwłaszcza przy opowieści Sentaro, który opowiada, dlaczego nie był akceptowany przez własną rodzinę z powodu tego, że jego biologiczny ojciec był Amerykaninem. W mandze nie ma powiedziane nic wprost, ale osoba. która nie orientuje się w historii Japonii z tamtego okresu (nie musi być ekspertem, ale po prostu trzeba kojarzyć pewne fakty) raczej nie pojmie całości wątku. Manga nie należy również do takich, gdzie dzieje się niesamowita akcja, są walki, przygody, itd. Nie. Jest to tytuł wybitnie obyczajowy, kojarzący mi się z niektórymi książkami dla młodzieży wydanymi chociażby w PRLu. Może i czasami tytuł jest przegadany, ale czy to źle? Czy to oznacza, że manga jest gorsza, bo trzeba dużo czytać? Może i komuś się ten tytuł wyda nudny, ale dziwi mnie postawa ludzi, którzy bardzo chcieli wydania josei w naszym kraju. Z jednej strony bardzo chcieli, bardzo narzekali, że tylko shouneny i seineny, ale jak wydano "coś innego", to okazało się to porażką wydawniczą. Mimo dobrego wydania, tłumaczenia i ogólnie dobrego tytułu (bo z całą pewnością nie jest on zły). Niskie wyniki sprzedaży są też przyczyną tego, że tomiki są dość rzadko wydawane (pierwszy tom był wydany prawie rok temu!) i nie są one priorytetowe, jeśli chodzi o plany JPFu. A także nie najlepiej wróży przyszłości - być może inne wydawnictwa niestety nie będą chciały zdecydować się na tytuł josei. A szkoda. Ja mimo wszystko mam zamiar skończyć tę serię, bo nie spodziewałam się, że tak mi się spodoba.

Do zobaczenia w kolejnym kąciku mangowym na początku września. :)
Share:

sobota, 4 czerwca 2016

Kącik mangowy #1 - czyli co ostatnio przeczytałam

Postanowiłam stworzyć coś nowego na swoim blogu. Wprawdzie nie jest to żadna świeżynka, ponieważ zapewne wiele osób spotkało się z czymś takim na blogach mangowych, a u mnie niekoniecznie.

Postanowiłam odejść od schematu, którego trzymałam się do tej pory, a mianowicie wstrzymywania się z recenzją, opinią aż do końca serii. Przemyślałam bowiem sprawę i uważam, że nie ma to większego sensu. Serie, które aktualnie kupuję nie należą bowiem do najkrótszych, a zanim je skompletuję, to minie trochę czasu. Najdalej jestem z Kuroshitsuji, choć nie wiadomo, ile ta seria jeszcze pociągnie (dogoniliśmy bowiem japońskie wydanie). Mangi kupuję regularnie raz na jakiś czas, zazwyczaj dwa lub trzy tytuły na raz. Dlatego chciałam po raz pierwszy spróbować zamieścić w jednym poście trzy krótkie teksty, takie zbiorcze recenzje. Kącik mangowy będę pisać nieregularnie - zależy kiedy będą kolejne wydania mang oraz wysyłki. Średnio? Obstawiam, że raz na dwa miesiące coś napiszę. Oczywiście jeśli dana seria dobiegnie końca, to podsumuję ją w osobnym tekście. Ale jakie tytuły ostatnio przeczytałam? Możecie zobaczyć to na moim zdjęciu:

Zdjęcie własne, oczywiście na biurku nieporządek. Podziwiać możecie je również na instagramie: http://instagram.com/kasianiec

Atak Tytanów #10
Zacznę od serii, o której powiem najmniej, choć teoretycznie można byłoby pisać bardzo dużo. Atak Tytanów to polski tytuł "Shingeki no Kyojin". Recenzję pierwszego sezonu anime pisałam w pierwszym poście na tym blogu, więc zapraszam do lektury tego tekstu, aby dowiedzieć się, o czym właściwie opowiada "Atak Tytanów". Nie chcę pisać za wiele o tym poszczególnym tomiku, ponieważ polskie wydanie mangi przegoniło obecnie wydarzenia, które były zawarte w anime. Prawdopodobnie wydarzenia opisane w tym tomiku będą zawarte w drugim sezonie anime (o ile taki powstanie...). Naprawdę ciężko mi cokolwiek napisać o treści, nie znając wcześniejszych tomów, w dodatku na pewno spoilerowałabym niektórym Czytelnikom. Odniosę się po prostu do samego wydania. Szybkie spojrzenie na tom pierwszy i tom dziesiąty daje dość jednoznaczną odpowiedź na temat progresu autora - bo jest doskonale widoczny. W pierwszych tomach Isayama miał problemy z proporcjami przy rysowaniu postaci, jego kreska była też dość ciężka. W tomie dziesiątym widać, że jest postęp i to znaczny - poprawiły się nie tylko takie rzeczy jak proporcje. Kreska stała się o wiele lżejsza i w dodatku autor nauczył się ładnego cieniowania. Oczywiście, Atak Tytanów nigdy nie grzeszył kreską nadzwyczajnej urody (jeśli ktoś woli podziwiać coś bardziej estetycznego, to polecam anime - character design jest o niebo lepszy), jednak miło się na takie rzeczy patrzy. Jest to jednak manga z gatunku - liczy się fabuła, a nie kreska. Bo jednak fabuła przewyższa tutaj wszystko, nawet jeśli mam wrażenie, że wstępny szał na tę mangę już minął. Wciąż jednak jestem ciekawa dalszego rozwoju wydarzeń. Nie mam też absolutnie żadnych zastrzeżeń do tłumaczenia - tłumaczem jest tutaj mój ulubiony Paweł Dybała, który świetnie stylizuje język postaci, sprawia, że tekst czyta się dość lekko, nie ma również błędów stylistycznych, a literówek w tekście nie uświadczyłam. W mandze jest dość spora ilość wulgaryzmów, jednak nawet na okładce mamy zaznaczone, że jest to manga dla czytelnika powyżej 16 lat. Dlatego nie dziwi mnie dobór słów, zwłaszcza, gdy w fabule mamy do czynienia z organizacją wojskową.

Źródło: mangarden.pl
Mam jednak wrażenie, że naprawdę wstępny "szał" na ten tytuł już minął. Nie mam pojęcia, jak przedstawiają się wyniki sprzedaży mangi w Polsce, ale też nie widzę większego zachwytu na tumblrze czy innych portalach. Myślę, że ten szał powróci, kiedy dostaniemy drugi sezon anime, ale kiedy? Na razie nic nie wiadomo, jeden artykuł mówi, że prawdopodobnie sezon drugi będzie pod koniec tego roku, acz niepokoi mnie trochę ta przerwa. Ale pożyjemy, zobaczymy. 

One Punch Man #3
Również całkiem niedawno pisałam recenzję anime, które było hitem 2015 roku. Wcześniej zakupiłam od razu dwa pierwsze tomy, w tym tygodniu doczekałam się trzeciego. Wahałam się trochę, czy tę mangę kupować czy też nie, ale zaważył fakt, że tłumaczem jest tu również Paweł Dybała, który jak nikt potrafi zadbać o komizm i dobre tłumaczenie, które będzie zrozumiałe dla Czytelnika polskiego, a jednocześnie zachowa ducha oryginału. Wtedy wiedziałam, że mangę biorę ciemno.

Trzeci tomik opowiada o wydarzeniach z połowy pierwszego sezonu anime, czyli o tym, jak Saitama i Genos dostali się do Stowarzyszenia Superbohaterów. Okazuje się, że utrzymanie się w Stowarzyszeniu nie jest takie proste, jak sądził Saitama. Zwłaszcza, że należy do najniższej klasy, czyli klasy C.

Generalnie One Punch Man w wydaniu tomikowym prezentuje świetną kreskę Yusuki Muraty. Główny autor, czyli ONE, wciąż publikuje webcomic na swoim blogu, lecz jego jakość pozostawia sporo do życzenia. Tylko dzięki świetnej historii i gagom udało mu się wybić do tego stopnia, że dostał serializację wraz z ilustracjami profesjonalnego rysownika. Kreska jest naprawdę genialna i bardzo estetyczna. Nie brakuje też elementów komediowych.
Źródło: mangarden.pl
Oczywiście nie zawodzi Paweł Dybała wraz ze swoim komizmem i stylizacją języka. Wiadomo, że Saitama jest młodym facetem, ma 25 lat, więc naturalny wydaje się slang młodzieżowy i teksty w stylu "Ale lipa" lub "o kurde". Do tego polecam się przyjrzeć nawet rzeczom napisanym drobnym druczkiem ("Stonka - codziennie lipne memy"), bo też można się uśmiać. Generalnie One Punch Man to kolejna seria, którą mam zamiar regularnie kupować i również wam ją polecam.

Bakuman #1
Jest to nowość od wydawnictwa Waneko i tytuł, na których czekało wielu. Do tej pory mam wyrzuty sumienia, że nie skończyłam recenzji anime, ale... Chyba jednak pozwolę sobie na regularną ocenę poszczególnych tomików. Manga autorów słynnego "Death Note" opowiada... o tworzeniu mangi.
Czternastoletni Moritaka Mashiro sam nie wie, co chciałby robić w swoim życiu. W wolnych chwilach, na nudnych lekcjach zdarza mu się szkicować w zeszycie. Jest też skrycie zakochany w koleżance z klasy, Miho Azuki. Wszystko się zmienia, kiedy przez przypadek zostawia zeszyt w szkole, a kolega z klasy, Akito Takagi stawia warunek zwrotu odnalezionego zeszytu - chce, aby Mashiro tworzył z nim mangę. Okazuje się, że Akito, jeden z najlepszych uczniów w szkole, jest zafascynowany mangą. Ma talent literacki, lecz nie potrafi rysować, za to rysunki Moritaki bardzo mu się podobają. Mashiro początkowo nie chce się zgodzić, mając na uwadze to, co stało się z jego wujkiem, znanym mangaką.

O Bakumanie dowiedziałam się w 2011 lub 2012 roku, dodatkowo do początkowych odcinków anime tworzyłam napisy w wersji polskiej. Naprawdę mangę czytało się bardzo szybko i bardzo polubiłam ten tytuł, bo zawiera motyw, który kocham - życie artystów od kuchni. Czytelnik może się dowiedzieć, jak powstaje manga, na czym polega ten biznes. Dodatkowo ma dość ważny morał - bohaterom nie wszystko udaje się od samego początku, ponoszą również porażki. Sam Mashiro zaznacza, że żeby osiągnąć sukces, często należy mieć po prostu szczęście. I choć może jest to dość banalne, to jednak jest to jedna z życiowych prawd, o których nie zawsze inni ludzie nam mówią, zwłaszcza w dzieciństwie czy wieku nastoletnim.
Wydaniem jestem jednak ciutkę zawiedziona. Wprawdzie Bakuman zaczął się ukazywać w 2008 roku, więc kreska ma już trochę lat, ale początkowe strony raczej nie należą do najlepszych jakościowo - choć może to mój gust, ale nie lubię po prostu zbyt ciemnych kadrów, które mają za dużo cieni i odcieni szarości. Nie oskarżam tu jednak Waneko, bo być może po prostu takie skany do edycji dostali. Nie podobała mi się jednak użyta czcionka, natrafiłam też na kilka błędów, m.in. zapis śmiechu jako "cha cha cha". Nie mam jednak zastrzeżeń do samego tłumaczenia czy użytego języka, dopasowanego do slangu młodzieżowego.

Przywiązanie do tytułu jednak sprawia, że będę dalej czekać na kolejne tomiki, zwłaszcza, że cena jest dość przystępna. Ciągle mam sentyment do głównych bohaterów, jak i do postaci, które pojawią się później. Ale o tym napiszę w kolejnym kąciku.

Dajcie znać, co sądzicie o takiej formie recenzowania - czyli kilka krótkich tekstów na raz. 

Share:

sobota, 23 kwietnia 2016

Róża Wersalu - tom 1 (1972)

Jest to tytuł, na który czekało wielu. W tym także i ja - kilka lat temu obejrzałam anime pod tytułem "Róża Wersalu" (w Europie to anime było znane także pod tytułem "Lady Oscar") i byłam nim wręcz oczarowana, mimo swoich lat (ekranizacja powstała w 1979 roku). Nie myślałam, że doczekam się polskiej wersji tej mangi (bo anime również nigdy nie było oficjalnie wydane w Polsce), a jednak. Stało się to dzięki wydawnictwu JPF, które wcześniej wydało inną mangę pani Riyoko Ikedy, czyli "Aż do nieba", mangę opowiadającą o dziejach księcia Józefa Poniatowskiego. Byłam naprawdę mile zaskoczona, że postanowiono zdobyć licencję na mangę i wydać ją w języku polskim, a to wydanie jest w dodatku wyjątkowo piękne. Nie mogłam się doczekać pierwszego tomu i w końcu od wczoraj mam go w swoich rękach. Powiem krótko - jestem zachwycona.
Okładka pierwszego tomu. Źródło: mangagarden.pl
Rok 1755. W trzech różnych krajach Europy na świat przychodzą trzy osoby, których losy splotą się później w Paryżu. W Szwecji w tym roku narodził się hrabia Hans Axel von Fersen, późniejszy uczestnik wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. We Francji żona generała de Jarjayes wydaje na świat kolejną córkę. Niezadowolony ojciec daje jej na imię Oscar i postanawia wychować ją na syna. W listopadzie 1755 roku w Austrii zaś narodziła się Maria Antonina Austriaczka, późniejsza królowa Francji, którą spotka tragiczny los. Piętnaście lat później Maria Antonina wychodzi za mąż za Ludwika Augusta, wnuka króla Ludwika XV, a tym samym zostaje Delfiną (następczynią tronu) Francji. Kapitanem jej gwardii jest Oscar François de Jarjayes, która ma za zadanie chronić ją za wszelką cenę. Tymczasem Maria Antonina czuje się nieco zagubiona w nowej roli, a Wersal staje się miejscem pełnym intryg pałacowych i polem walki o wpływy na dworze królewskim. Przypadek sprawia, że Maria Antonina i Oscar poznają hrabiego Fersena, na którego widok serce zabiło mocniej zarówno królowej, jak i jej kapitanowi... Bohaterowie tej opowieści nie zdają sobie jednak sprawy, co czeka ich wkrótce w przyszłości.

Przede wszystkim miłym zaskoczeniem jest dla mnie to, że manga różni się trochę od adaptacji anime. Na czym polegają te różnice? Głównie na tym, że tytułową "różą Wersalu" jest właśnie Maria Antonina. Całość jest opowiadana (przynajmniej początkowo) właśnie z jej perspektywy, podczas gdy w anime jest ona od początku postacią drugoplanową (a później wręcz epizodyczną). Nie uważam jednak, że manga jest pod tym kątem gorsza, a wręcz przeciwnie. Być może dlatego, że właśnie Maria Antonina jest jedną z moich ulubionych postaci historycznych - królowa Francji, niesłusznie oskarżona przez swój lud, a także przez historię (do dziś niesłusznie przypisuje się jej słowa "Niech jedzą ciastka" w odpowiedzi na to, że lud nie ma chleba i nie ma co jeść). Tymczasem nawet w mandze jest pokazana w taki sposób, że czytelnik może łatwo zrozumieć jej motywacje i uczucia. Przede wszystkim jest ona młodą dziewczyną, ma zaledwie 15 lat, kiedy wychodzi za mąż, zostawiając ojczyznę i wszystko, co z nią związane, za sobą. W Austrii wiodła dość beztroskie życie księżniczki, podczas gdy Francja zaczęła wymagać od następczyni tronu. Nie miała również żadnego doświadczenia w rządzeniu, więc łatwo można było nią manipulować - Maria Antonina, stęskniona za matką dość łatwo dostała się pod wpływy podstępnej szlachcianki, Madame de Polignac, a ostrzeżenia przyjmuje za przeszkodę i zazdrość o jej szczęście. Maria Antonina, podobnie jak i jej mąż, Ludwik XVI, była po prostu za młoda i nie dojrzała do roli królowej, co doprowadziło do wielkiej tragedii. 
Drugoplanową bohaterką jest Oscar, wychowana na mężczyznę. Zostaje ona kapitanem gwardii królewskiej, chroni Marię Antoninę, a przy tym zachowuje swoje kobiece piękno - co jest niejednokrotnie pokazane. Oscar olśniewa zarówno kobiety, jak i mężczyzn, a jedna z bohaterek jest wręcz nią zauroczona. Od początku ją lubiłam i na duży plus wychodzi tutaj jednak wersja mangowa. W wersji anime Oscar niechętnie godzi się na rolę kapitana, ponieważ "nie chce niańczyć dziecka", natomiast w mandze robi to bez zbędnych dyskusji. Jest już obytą osobą na dworze królewskim, ale przy tym jest sprawiedliwa i nie boi się mówić głośno, co myśli. Często radzi dobrze Marii Antoninie, choć jej rady nie brzmią często zbyt mile i w zasadzie królowa nieszczególnie chce ich słuchać. Oscar współczuje bardzo biednemu ludowi i stara się przekazywać na dworze królewskim wieści o biedzie, a przy tym ostrzega Marię Antoninę przed zbytnim wydawaniem pieniędzy. Można by rzec, że Oscar nie pasuje do tamtego towarzystwa, ale jednak jest ważna postacią, a przy tym ciekawą - choć wychowana na mężczyznę, widać, że żywi w sobie ciepłe, "typowo kobiece" uczucia, a nawet doświadcza zawodu miłosnego w stosunku do mężczyzny. Mangowa wersja Oscar jest przystępniejsza, nie jest aż tak zimna jak ta wersja z anime. Jest mądra, świadoma swojej roli, ale przy tym chciałaby, aby lud był lepiej traktowany i stara się go zrozumieć, mimo swojego pochodzenia szlacheckiego.

Kreska Riyoko Ikedy jest typowa dla wczesnych tytułów shoujo - wielkie oczy, długie, gęste rzęsy, piękne włosy i stroje, a także piękni mężczyźni. Przy tym widać, że jest to tytuł dość stary - kiedyś nie przykładano wielkiej uwagi do tła, w przeciwieństwie do nowszych tytułów. Nie przeszkadza to jednak ani trochę w odbiorze mangi, ponieważ nie tło jest najważniejsze, a postacie - to co mówią, jak się wyrażają i jak wyglądają. I właśnie kolejny plus - pani Riyoko Ikeda dość zgrabnie wtrąca także zdeformowane w zabawny sposób twarze bohaterów, które często mają wyrażać zdziwienie lub złość. Tego mi w anime brakowało, lecz chyba to jest też cecha kreski Shingo Arakiego (znanego również z "Saint Seiyi") - raczej tam nie uświadczymy komediowych scenek. Za to w mandze - jak najbardziej, dlatego szczerze ją polecam.

Słowo o wydaniu polskim. Wiedziałam, że wydaniem się nie zawiodę, ponieważ jest to JPF, jedno z najbardziej doświadczonych wydawnictw mangowych na polskim rynku. Nie mam zastrzeżeń do tłumaczenia (może zdarzyła się raptem jedna literówka, ale równie dobrze mogła to być wina druku). Sam tłumacz zastrzega, że manga odniosła sukces w Japonii głównie dzięki prostocie języka - nie był on bowiem stylizowany na archaiczny, w oryginale jest też dość mało zapożyczeń, mimo że akcja toczy się we Francji, w kraju odległym kulturowo od Japonii. Dlatego myślę, że tłumacz dobrze oddał oryginał, przy tym zachowując umiar w tłumaczeniu tytułów przede wszystkim. Język nie brzmi sztucznie, nie jest przesadzony, ale nie jest też na siłę uwspółcześniony - choć nie zabrakło miejsca na dość zabawne wtrącenia, jak np. nazwanie Marii Antoniny "Antosią" przez jej matkę, Marię Teresę. Podobają mi się również dodatki, czyli strony kolorowe z oficjalnymi rysunkami pani Ikedy. Jedyne zastrzeżenie, jakie mogę mieć, to samo wydanie od strony ściśle technicznej - JPF zdecydował się wydać "Różę Wersalu" w trzech dość opasłych tomach (pierwszy tom ma 620 stron), co odbija się dość mocno na cenie - choć prawdopodobnie, gdybym miała kupować cieńsze tomiki, wyszłoby podobnie, zwłaszcza, że drugi tom ma być dopiero w październiku. Osobiście jednak wolałabym dołożyć jeszcze trochę i mieć twardą okładkę - przy takiej grubości tomik może się łatwo zniszczyć, w dodatku upadek na ziemię może być dość "bolesny" dla samej książki. Rozumiem jednak, że wydawnictwo nie chciało obciążać czytelników finansowo.

"Różę Wersalu" mogę śmiało polecić wszystkim, także tym, którzy nie gustują w mandze i anime. Nie ma bowiem w niej elementów typowych dla wielu mang, pani Ikeda przyłożyła się mocno do researchu historycznego (nawet dostała odznaczenie za promowanie kultury francuskiej), a sama historia jest bardzo intrygująca i choć wielowątkowa, to naprawdę lektura tej mangi jest przyjemna. Polecam również czterdziesto odcinkowe anime, które posiada także wątki nieporuszone w mandze, a są one również bardzo ciekawe. Powstał również film fabularny, lecz trudno mi o nim cokolwiek powiedzieć, ponieważ go nie oglądałam. W każdym razie zakup mangi to z całą pewnością nie są pieniądze wyrzucone w błoto. Warto przeczytać i warto posiadać ten tytuł na swojej półce. Ocenę końcową zaś pozostawię sobie na później, przy okazji recenzji trzeciego tomu. 
Share:

poniedziałek, 3 listopada 2014

Kuroshitsuji: Mroczny kamerdyner - recenzja wydania polskiego (2006-)

W tej recenzji chciałabym się skupić przede wszystkim na wydaniu polskim tej mangi, które mamy dzięki wydawnictwu Waneko. Jednakże nie omieszkam pominąć innych aspektów. Nie tak dawno w końcu pisałam recenzję trzeciego sezonu anime. Obiecałam wrócić do pewnych szczegółów właśnie przy recenzji wydania polskiego. I oto jestem! Kolekcjonowanie tomików upłynęło szybciej, niż mogłam się tego spodziewać. Oczywiście to nie jest koniec mangi, samo wydawnictwo zapowiedziało, że będzie kontynuacja, ale po prostu dogoniliśmy wydanie japońskie, dlatego uznałam, że jest to stosowny moment, by napisać recenzję.
Źródło: goodreads.com
Anglia, XIX wiek, czasy wiktoriańskie. Posiadłością Phantomahive zarządza hrabia Ciel, który mieszka w pałacu wraz ze swoją służbą, w tym z kamerdynerem Sebastianem Michaelisem. Ciel pełni rolę "psa królowej", czyli na zlecenie królowej Wiktorii rozwiązuje tajemnicze zagadki, z którymi nie radzi sobie Scotland Yard - i nierzadko są one powiązane z siłami nadprzyrodzonymi. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że hrabia Ciel ma 13 lat, a jego kamerdyner jest tak naprawdę demonem. Ciel w wieku 10 lat zawarł faustowski pakt z Sebastianem, na mocy którego demon będzie mu służył i pomoże zemścić się na ludziach, którzy zabili rodziców Ciela i skrzywdzili chłopca, a w zamian za to Ciel któregoś dnia pozwoli pożreć swoją duszę demonowi. Kamerdyner jest piekielnie dobry w tym, co robi i jest na każdy rozkaz swojego pana.

Waneko wydało pierwszy tomik Kuroshitsuji w październiku 2011 roku i tej pory też regularnie kupuję mangę. Korciło mnie, aby zaglądać do skanlacji angielskich, lecz z szacunku dla wydawnictwa i dla roboty, jaką wykonuje, nie robię tego. Otrzymujemy bowiem bardzo przyzwoity produkt. Jednakże nie dotrwałabym do tego tomu dziewiętnastego, gdyby nie najważniejsze czynniki, takie jak fabuła i postacie.

O tychże czynnikach wspominałam co nieco przy recenzji anime, jednakże tu pozwolę sobie powiedzieć nieco więcej. Kuroshitsuji zaliczam do kategorii dzieł, w których główną siłą są postacie. Nie twierdzę przy tym, że fabuła jest beznadziejna, bo nie jest. Jest jednak ona dosyć fragmentaryczna. Istnieje ten główny wątek zemsty na ludziach, którzy uczynili Cielowi krzywdę, ale jednak w większości jest on prowadzony gdzieś w tle. Mamy trochę wskazówek, o co w tym wszystkim może chodzić, ale na dzień dzisiejszy nie wiemy dokładnie nic - nie chcę sobie psuć zabawy, czytając kolejne rozdziały jako skanlacje, ale przeczuwam, że zmierzamy jednak powoli do końca i rozwiązania całości. Fabułę mangi można podzielić na kilka arców, opowieści toczących się przez kilka rozdziałów. Opowieści są poprowadzone w dość intrygujący sposób, a tomiki nierzadko kończą się tak, że od razu chcę wiedzieć, co było dalej, jakie jest rozwiązanie zagadki.

Tak jak jednak wspomniałam, siłą tej mangi są przede wszystkim postacie. Postacie, które właśnie w oryginale są o wiele lepiej pokazane, niż w anime (a przynajmniej wtedy, jeśli mówimy o pierwszych dwóch sezonach). Postaci jest całe mnóstwo, każda z nich jest na swój sposób ciekawa, więc skupię się na duecie Ciel i Sebastian. Ten pierwszy jest bardzo intrygujący, dojrzały ponad swój wiek (choć nie dziwi to, kiedy wiemy, że jako 10-letnie dziecko przeżył bardzo traumatyczne wydarzenia), inteligentny, a jednak momentami ma problem z pewnym zachowaniem w towarzystwie (zwłaszcza wobec dziewczyn). Jednakże Ciel jest tylko dzieckiem i autorka lubi o tym co jakiś czas przypominać. Można go nazwać enfant terrible, ponieważ faktycznie Ciel jest nieznośny, o czym co jakiś czas mówi sam Sebastian, który momentami żałuje, że zgodził się na pakt. Jeśli mowa o Sebastianie, to osobiście nieco denerwowało mnie jego przedstawienie w anime, a także przedstawienie fanowskie, które jest strasznie wyidealizowane i skupia się tylko i wyłącznie na jego aparycji i roli kamerdynera, który jest wierny swojemu panu. Tymczasem Sebastian jest demonem i od czasu do czasu autorka o tym przypomina. Jego cierpliwość jest, jak na ironię, niemalże anielska, ale to nie znaczy, że czasem ma dość rozkapryszonego hrabiego. Być może dlatego lubię te postacie - bo co rusz dowiadujemy się czegoś nowego, a także nawet jak łatwo zapominamy, kim są, to dostajemy momentami dość mocne przypomnienie.

Co z wad? Co do kreski nie mam większych zastrzeżeń. Wprawdzie początkowe tomy nie są idealne, ale autorka sama zastrzega, że wciąż się uczy i korzysta z porad edytora. Mimo wszystko widać progress. Jednakże drażni mnie słaby research pani Yany Toboso. Niby twierdzi ona, że czyta książki o tym, jak wyglądała wiktoriańska Anglia, jednakże momentami widać błędy. Podstawowym z nich są stroje - jeśli ktoś widział mangę "Emma", to wie, o czym mówię. Kaoru Mori zdecydowanie lepiej odzwierciedliła epokę wiktoriańską - u niej stroje są skromne, stonowane, wręcz surowe - bo tym charakteryzowała się ta epoka. W Kuroshitsuji są dość krzykliwe, co do kroju też bym miała zastrzeżenia... No i bardziej przypominają styl gothic lolita, niż stroje z XIX-wiecznej Anglii. Drugi błąd to również takie... Uwspółcześnianie na siłę. Mam na myśli wpadki w stylu przenośny telefon, czy telewizor, podczas gdy w XIX wieku można było o czymś takim najwyżej napisać w książce. Kolejną rzeczą, którą mnie drażni, jest przedstawienie niektórych wątków i pewne sugestie. Momentami mam wrażenie, że autorka chciałaby stworzyć z tego yaoi, ale powstrzymuje ją wiek postaci i być może wydawnictwo. Co nie przeszkadza jej wrzucać fanserwisu (który widać zwłaszcza w ostatnim tomie).

Miała być mowa o polskim wydaniu. Mangę kupuję regularnie i szczerze, Kuroshitsuji to jak na razie jedyny tytuł, przy którym wytrwałam, jeśli chodzi o regularne kupowanie. Przy innych planuję np. kupienie całości lub też często jest tak, że lubię tytuły, które w Polsce nie doczekały się oficjalnego wydania. Nie żałuję jednak wydanych pieniędzy na te tomiki. Każde wydanie jest porządnie zrobione, w podręcznym formacie, z estetyczną obwolutą (i małym bonusem, gdy się ją ściągnie). Tylko raz zdarzyło się, że kilka stron w tomiku miałam wydrukowane odwrotnie, jednakże to była wina druku, a nie wydawnictwa. Podoba mi się to, że w Empiku tomiki są na czas, dzięki temu mogę je przejrzeć i od razu kupić. Do tłumaczenia również nie mam większych zastrzeżeń, pani tłumaczka dobrze się spisała. Z tego, co wiem, Waneko ma dobrą strategię przy tłumaczeniu kłopotliwych imion, czy nazw - po prostu pytają czytelników, czy lepiej coś zostawić, czy jednak tłumaczyć. Tak było m.in. z Undertakerem, gdzie na życzenie fanów tłumaczka pozostała przy oryginalnej nazwie. Pomocne są również wyjaśnienia niektórych rzeczy na końcu tomiku, jak np. zasady gry w krykieta. Generalnie jestem bardzo zadowolona z polskiego wydania, co zachęca do dalszego kupna.

Moja przygoda z mangą pani Yany Toboso jeszcze się nie skończyła. Jak już wspomniałam, teraz pozostaje czekać na to, co będzie, I sądzę, że gdy manga się ostatecznie zakończy, zrobię posta w postaci może nie recenzji, ale takiego podsumowania. Lecz kiedy to będzie? Tego na razie nie wiemy, jednak jakoś nie chcę, żeby ta manga już się kończyła. Będę miała na pewno do niej sentyment. A na razie otrzymuje ode mnie ocenę 8/10, czyli bardzo dobra (mam na myśli zarówno wydanie, jak i mangę samą w sobie), 
Share: