Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shounen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą shounen. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 grudnia 2015

One Punch Man (2015)

Niedawno pisałam o "Scream Queens", czyli serialu, którego mi brakowało, jeśli chodzi o kategorię "parodia". W międzyczasie odkryłam inne anime, które również okazało się parodią - i to aż dwóch gatunków. Mam na myśli anime... Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to dla mnie anime roku - czyli "One Punch Man". Tytuł, który idealnie łączy humor i akcję niemalże na miarę "Dragon Balla".
Źródło: filmweb.pl
Zaczyna się bardzo niepozornie. Saitama ma 25 lat, zero włosów na głowie i "bawi się w superbohatera". Walczy z wrogami, z którymi nikt nie daje sobie rady. I co najlepsze... Pokonuje ich zawsze jednym ciosem, co doprowadza go do frustracji - chciałby bowiem z kimś walczyć dłużej. Przez przypadek Saitama poznaje nastoletniego cyborga, Genosa. Ten, widząc zdolności głównego bohatera, zaczyna go nazywać swoim mistrzem. Saitama pragnie jednak po cichu sławy, nawet własnego fanklubu - bowiem jego wyczyny w ogóle nie są dostrzegane. Okazuje się, że powinien był się zarejestrować w Stowarzyszeniu Bohaterów, które to odpowiednio klasyfikuje danych superbohaterów. Saitama i Genos przechodzą testy, jednak dopiero teraz okazuje się, że życie superbohatera nie jest takie proste.

Tytuł spełnia warunki shounena, a nawet seinena - jest trochę krwi i brutalności. Jest w nim jednak coś, co wyróżnia go spośród innych tytułów z tego gatunku. W shounenach bardzo mnie irytuje tzw. "przeskakiwanie hierarchii" - czyli dziwnym trafem główny bohater wykazuje niesamowity talent, być może ma też trochę szczęścia lub też jest "wybrańcem", dlatego przy odrobinie wysiłku udaje mu się prześcignąć wszystkich.

Schemat znany chociaż z Dragon Balla, Saint Seiyi, Naruto, Bleacha. Tutaj... Po części on występuje, ale nie do końca. Przede wszystkim w świecie przedstawionym bohaterowie wykazują odrobinę zdrowego rozsądku. Być może trochę lecą stereotypami, ale jednak nic w Saitamie nie sugeruje, że jest on silniejszy od wszystkich innych superbohaterów (a w Stowarzyszeniu jest ich trochę, są bardzo ciekawymi postaciami), dlatego często pierwsza reakcja na jego widok to śmiech. Inna - niedowierzanie i szukanie, gdzie jest haczyk. Aż w końcu także oskarżenia o oszustwo. Dlatego też Saitama - choć początkowo zakwalifikowany do najniższej klasy superbohaterów, nie od razu przeskakuje wszystkich. Nie staje się znany, nie staje się też wielkim ulubieńcem cywili, nawet jeśli ratuje ludzi z niebywałej opresji, kiedy już się wydawało, że nie ma żadnej nadziei. I chyba to mi się najbardziej podoba w One Punch Manie - to przełamanie schematu.

Kolejną rzeczą, która mi się podobała, jest niewątpliwie humor. Bardzo absurdalny, ale przy tym ukazuje też absurdalność gatunku filmów i seriali o superbohaterach. Nawet Saitama jest narysowany bardzo uproszczoną kreską tylko po to, aby sparodiować pompatycznych herosów takich jak Superman. Bardzo również podobała mi się cięta riposta Saitamy - nie pozwolił on bowiem rozwinąć skrzydeł Genosowi, kiedy opowiadał o swojej przeszłości (często też stały element gatunku) - tylko powiedział, że ma się streścić do dwudziestu słów.

Zastanawiam się przy tym, czy przy okazji Saitama nie jest antybohaterem - a przynajmniej często wykazuje takie zachowania - czasem robi coś tylko dla sławy, jest raczej dość przyziemny (nie ma czasu na walkę, bo promocja w supermarkecie ucieknie!) i czasem nie grzeszy wielką inteligencją. Trudno go zaszufladkować. Nie lubi też wielkich wzruszeń, tylko woli konkrety. Momentami również zazdrości Genosowi sławy.

Trzeba przyznać, że Mad House odwaliło kawał dobrej roboty z animacją, a także z muzyką - muzyka podczas walk przypomina klimatycznie tę z "Shingeki no Kyojin", do tego też energiczny opening i... Nawet ending, choć bardziej pasujący do shoujo, również mi się podoba.

Wady? Anime zdecydowanie za krótkie, choć wiem, że zrealizowano tylko część rozdziałów mangi. Mam nadzieję na drugi sezon, bowiem jestem też ciekawa innych superbohaterów - tu mieliśmy zaledwie ich przedstawienie tego. Pokazano, co potrafią, ale chciałabym wiedzieć coś o nich więcej.

"One Punch Man" to niewątpliwie anime roku. I skusiło mnie do zakupu mangi. Po prostu trzeba to obejrzeć. Dla mnie tytuł spełnia wszystko, co powinna spełniać parodia. I po prostu... Czekam na więcej. A anime dostaje ode mnie ocenę 9/10, czyli jest rewelacyjne.
Share:

niedziela, 27 września 2015

Saint Seiya: Soul of Gold (2015)

Może zacznę od tego, że moja relacja ze światem Saint Seiyi przypomina trochę moją relację z brytyjskim serialem „Doctor Who” – ciągle po prostu się łudzę, że jakimś cudem obie te serie się poprawią, nawet jeśli na to się w ogóle nie zapowiada. Tak samo miałam z „Soul of Gold”, z którym wiązałam wielkie nadzieje, zwłaszcza sugerując się opisami – anime poświęcone Złotym Rycerzom z klasyka, będą interakcje, będą flashbacki, a fabuła brzmiąca lekko jak zarys jednego z fanfików? Ciut ryzykowne, ale i tak wiedziałam, że spróbuję. Co otrzymałam w ostatecznym rozrachunku? Duże rozczarowanie.
Źródło: filmweb.pl
Fabuła Soul of Gold jest równoległa do fabuły Elizjum. Po poświęceniu się Złotych Rycerzy przy Ścianie Płaczu w tajemniczy sposób zostają oni ożywieni w Asgardzie. Aiolia, próbując się dowiedzieć, co się stało, spotyka niejaką Lyfię, która twierdzi, że była służącą Hildy Polaris. Dziewczyna chce, aby pomóc jej w walce z Andreasem Riise, który przejął władzę w Asgardzie podczas choroby Hildy. Lyfia uważa, że tak naprawdę Andreas jest złym władcą, który coś knuje. Po namowach Aiolia postanawia jej pomóc.

Należy zacząć od dość ważnej i ciekawej rzeczy, o której się dowiedziałam całkiem niedawno. Myślę, że jest to kluczem do zrozumienia pewnych praktyk i rozwiązań twórców anime wszelkiego rodzaju. Zapewne kojarzycie serie w stylu My Little Pony, Transformers, czy Monster High. Łączy je jedno – seriale czy filmy animowane są tylko dodatkiem do sprzedaży lalek, figurek, czy innych gadżetów związanych z danym tytułem. To teraz wyobraźcie sobie, że w Japonii praktycznie taki proceder rozciąga się na wszystkie anime, z wyjątkiem chyba Studia Ghibli, które zarabia na siebie dzięki produkcjom filmów samym w sobie. Dokładnie tak – mówiąc, że Soul of Gold powstało, by zareklamować grę czy figurki Złotych Rycerzy w Boskich Zbrojach nie jest jakimś wielkim odkryciem, czy zdziwieniem. Choć co ciekawe, przez ten proceder często producenci japońscy nie mogą dogadać się ze studiami europejskimi czy amerykańskimi, które chciałyby kupić licencję na dane anime. Przeważnie Japończycy są zdziwieni, że Europejczycy czy Amerykanie chcą jedynie anime, bez figurek, bez gadżetów, argumentując to tym, że utrzymają się z reklam.

I w zasadzie nie ma w tym nic złego, w końcu każdy chce zarobić, ale... W przypadku Soul of Gold mogliby się bardziej postarać, żeby to jakoś „ukryć”, żeby zrobić produkt dobry sam w sobie, a nie tylko jako fajną, długą reklamę dla figurek, czy gry. Myślę, że z tego wynikają wszelkie problemy związane z tą produkcją. A trochę ich jest i zacznę od ich wymienienia, by potem przejść do dobrych stron serialu.

Przede wszystkim największym grzechem już samej produkcji jest mała liczba odcinków. Soul of Gold liczy ich raptem trzynaście. To jest optymalna liczba, jeśli chodzi o krótkie anime o niezbyt skomplikowanej fabule, z niewielką ilością wątków oraz z niedużą liczbą postaci. Niestety, pomimo małej liczby odcinków brakuje pozostałych tych rzeczy, które mogłyby sprawić, że anime będzie lekkie do oglądania, a zarazem zapadnie w pamięć.

Zacznijmy od fabuły (w miarę bezspoilerowo). Ciężko mi uniknąć porównań z Doctorem Who. W tym brytyjskim serialu, zwłaszcza w ostatnich sezonach, zaczęła mi przeszkadzać tendencja głównego scenarzysty do zaczynania wątków i niekończenia ich w żaden sposób, ani nawet nawiązywania do nich. Podobną rzecz mieliśmy w Soul of Gold. W pewnym momencie wątków zrobiło się wręcz za dużo, fabuła zaczęła się gmatwać i niestety wyszło to, co przeczuwałam – część z wątków została nierozwiązana lub rozwiązana w niezbyt satysfakcjonujący sposób. Mam tu na myśli chociażby wątek obudzenia Boskich Zbroi – wytłumaczony bardzo pobieżnie i nie do końca wyjaśniający wszystko. A w związku z nim – wątek sztyletu, którym miała być zamordowana Atena. Nie będzie wielkim spoilerem, jeśli powiem, że nie zostało wyjaśnione, co się z nim stało. Podobnie wątek blizn/plam – czy jest wyjaśnione, czym one właściwie są, czemu u jednych się pojawiają, a u innych nie? Ależ skąd! Kim tak dokładnie jest Lyfia? Także nie ma żadnego wyjaśnienia. Dlaczego wszystkie tropy, symbole, imiona sugerują Ragnarok, a nic się takiego nie zdarza? A po co komu jakieś wyjaśnienia... I to jest chyba moja największa bolączka, jeśli chodzi o Soul of Gold. Niekończenie wątków, które zostały rozpoczęte. A to nie jedyna wada.

Jak już wspomniałam, mała liczba odcinków przynosi skutki również w przypadku postaci. Tu przyznaję, że bardzo się rozczarowałam, także ze względu na tak zwany „false advertising”, tj. mówiono o tym, że np. Złoci Rycerze będą mieli swoje flashbacki, dowiemy się czegoś o ich przeszłości, będzie więcej interakcji. Niestety, brak czasu oraz fabuła sama w sobie (Złoci zostali kolejno pokonywani) nie pozwalały na to, aby w zamierzeniu naprawdę fajne rzeczy zostały zrealizowane. Flashbacki mieliśmy tylko w przypadku kilku Rycerzy (a i przy nich było narzekanie fandomu, że postacie są przez to OOC, choć w późniejszej części recenzji spróbuję obronić naszych ulubieńców), interakcji też na lekarstwo, wreszcie takie nieco chamskie mruganie okiem do widza, sugestie rzekomych pairingów, tylko po to, aby je za moment rozwalić. W ostateczności Złoci Rycerze z klasyka to dalej enigma – co poniekąd może być zaletą dla ludzi tworzących fanfiki.

Do tego zakończenie całości. Ostatni odcinek niemal doprowadził mnie do płaczu i to nie tylko ze względu na to, co się stało, ale ze względu na poziom zażenowania. Był on strasznie nierówny. Nie cierpię nadmiaru patosu, a tutaj na jego brak nie mogliśmy narzekać, w przynajmniej pierwszej połowie. A gdy patosu jest za dużo, wychodzi po prostu... Coś dość żałosnego, na co nawet ciężko patrzeć. A potem... No cóż – bezspoilerowo – to chyba dalej trzeba tworzyć fanfiki, jeśli chcemy mieć jakikolwiek happy end...

Jeszcze inna rzecz to Asgard sam w sobie i Lyfia, jedna z głównych postaci. Właściwie Asgard nie podobał mi się już w klasyku z tego względu, że tam jakby czas zatrzymał się w średniowieczu (choć zapewne znajduje się on w Skandynawii), a sądząc chociażby po ubraniach niektórych Złotych Rycerzy, akcja toczy się ewidentnie w latach 80. XX wieku. Co do Lyfii... Cóż, można ją kochać, można ją nienawidzić, mi zaś przez większość czasu pozostała obojętna. Rozumiałam przynajmniej początkowo jej rolę, ale czym dalej, tym bardziej było mi obojętne, co się z nią stanie, a to chyba jest najgorsze, co mogę myśleć o danej postaci – czyli totalna obojętność wobec dalszych losów. Mnie ona ani nie ziębiła, ani nie grzała. Jednakże przyznaję, że nie do końca rozumiem decyzję twórców o jej wprowadzeniu, kiedy mieliśmy Hildę i Freyę.

Z rzeczy częściowo wadliwych – animacja i kreska. Dlaczego tylko częściowo, skoro ewidentnie było widać tutaj „quality animation”? Ano dlatego, że ponownie Japończycy zrobili zabieg „tutaj dajemy wersję demo, a na DVD wyjdzie ta poprawna”, jak to miało miejsce w przypadku Sailor Moon Crystal. Dla nich jest to dość normalne, dla widzów zachodnich – lekko niezrozumiałe, delikatnie mówiąc. I właśnie dlatego z oceną animacji wolę się wstrzymać, ponieważ kadry z odcinków na DVD prezentują się bardzo przyzwoicie.

Ale żeby nie poprzestać tylko na wad, to w końcu przejdę do zalet serii. Wprawdzie tych jest znacznie mniej, ale to nie znaczy, że ich nie ma. Po pierwsze – mimo tego, że o postaciach dalej nie wiemy zbyt dużo (i to wynika głównie z ich ilości), to jednak o Złotych Rycerzach wiemy więcej, niż wcześniej. W klasyku mieliśmy tylko zarysy charakterów, a w Soul of Gold w przypadku co niektórych postarano się o jakieś rozszerzenie. Do gustu więc przypadły mi odcinki, w których to Aiolia mówił o swoich uczuciach wobec brata, czy kiedy Shura mówił o tym, że ma wyrzuty sumienia, że musiał zabić Aiolosa. Bo właśnie tego mi zawsze brakowało, jakiejś refleksji na temat tego, jak się z czymś takim można w ogóle czuć. W Soul of Gold tutaj to mamy, przynajmniej częściowo. Porównując z klasykiem, jest naprawdę lepiej – wiemy, czym np. kieruje się Aldebaran, widzimy porywczość Milo w większym wydaniu, a nawet Camus okazuje jakieś uczucia.

Z nowych postaci, które zostały wprowadzone, generalnie do gustu przypadli mi nowi Święci Wojownicy, a także sam Andreas Riise, który jest dość ciekawym wrogiem, który ma obmyśloną strategię przede wszystkim. A też brawa dla twórców za to, że do pewnego momentu wcale oczywistym nie było, kto tu naprawdę jest tym złym. Osobiście chciałabym wiedzieć więcej o nowych Świętych Wojownikach, bo jednak nie o wszystkich dowiedzieliśmy się dużo. Mimo to jakoś bardziej ich polubiłam niż tych z klasyka.

W Soul of Gold pojawiło się też coś, czego bardzo mi brakowało zwłaszcza w Hadesie – czyli strategia. Moje ulubione odcinki to te, w których Złoci Rycerze wykazywali się umiejętnością strategicznego myślenia, współpracy i przemyślanego ataku – bardzo miła odmiana w świecie Saint Seiya (nie licząc The Lost Canvas). I pomimo błędów w animacji ataki (w tym i nowe) prezentują się całkiem nieźle.

Jedno mnie jednak zadziwiało, a mianowicie reakcje fandomu na kolejne odcinki, które jednoznacznie mówiły, że dana postać jest niekanoniczna. Przedstawiając argumenty, odnosiłam silne wrażenie, że oglądałam inne anime, zwłaszcza w przypadku klasyka. Narzekano np. na Dohko, który pomimo swojego wieku okazał się wyluzowany (co przecież jest zgodne z kanonem, przynajmniej w jakiejś części), a także na narwanego Milo (również żadna nowość). W przypadku części postaci po prostu ich charaktery były zgodne z kanonem, a przypadku innych, jak Death Mask – ciężko było cokolwiek powiedzieć w klasyku, tak więc dorobiono jakieś cechy charakteru (jedyny błąd przy jego postaci to taki, że nie ma pokazanego momentu przejścia przy zmianie charakteru). Dlatego ciężko tu zarzucić postaciom bycie „out of the character”.

I tym samym nie można się przyczepić braku kanoniczności względem głównej fabuły, co widać zwłaszcza po ostatnim odcinku. (Nie)stety, wszystko trzyma się kanonu, choć czasem chciałoby się nieco innych rozwiązań. Może jedynie rzecz z Boskimi Zbrojami jest nie do końca zgodna z kanonem i troszkę za mało widziałam powiązań w postaci chociażby wspominania jakichś konkretnych wydarzeń czy osób.

Do plusów „technicznych” mogę też zaliczyć muzykę. Może soundtrack nie zapada aż tak w ucho, jak np. ten z The Lost Canvas, ale cover „Soldier Dream” moim zdaniem można zaliczyć do bardzo udanych.

Podsumowując, Saint Seiya: Soul of Gold była serią z wielkim potencjałem i z wielką szansą na poprawienie tego, co nie dopilnował Kurumada. Wykorzystywała również najpopularniejsze postacie w fandomie, czyli Złotych Rycerzy. Niestety, potencjał ten został zaprzepaszczony głównie przez małą liczbę odcinków. Żeby mogło być lepiej, moim zdaniem odcinków powinno być przynajmniej 2 razy więcej – nie za dużo, ale jednocześnie nie za mało. Czy warto obejrzeć? Wszystko zależy od oczekiwań widza. Jeśli ktoś zadowala się jedynie walkami, to seria powinna mu odpowiadać. Jeśli oczekuje czegoś więcej – raczej nie. Na dzień dzisiejszy ocena ogólna to 6/10, czyli niezłe (głównie jednak z sentymentu, zobaczymy, czy ta ocena przetrwa próbę czasu, czy być może ją zmienię).
Share:

niedziela, 27 lipca 2014

Saint Seiya - The Lost Canvas (2009-2011)

Aby jakoś ciekawie rozpocząć tę recenzję, pozwolę nieskromnie zacytować fragment własnej pracy magisterskiej, a jest to konkretnie fragment o fanfiction: "Większość tego, co tworzą amatorzy, jest doprawdy okropna, ale kwitnąca kultura potrzebuje obszarów, w których ludzie mogą robić kiepską sztukę, otrzymywać informację zwrotną i się doskonalić.” Tak uważał pan Henry Jenkins konkretnie i od niego pochodzi dokładnie cytat, który wykorzystałam w pracy. Lost Canvas, czyli kolejna produkcja spod znaku "Saint Seiyi" jest jednak dowodem, że na fanfiction należy spojrzeć nieco inaczej, niż do tej pory. Tak, bowiem Lost Canvas to nic innego, jak fanfiction do oryginalnej pracy pana Kurumady. I dowód, że być może większość fanfiction jest mierna, skupia się tylko na pewnych wątkach, tak mogą powstać prace nawet przewyższające oryginał. Jednak tuż przed pisaniem tego tekstu dokonałam małego researchu i zanim przejdę do właściwej recenzji, warto wspomnieć o kilku rzeczach. Lost Canvas zostało stworzone jako manga przez fankę oryginalnych Rycerzy Zodiaku, przez panią Shiori Teshirogi. Niestety, nie odnalazłam informacji, na jakich zasadach się to odbyło, czy to było po jakichś konsultacjach z panem Kurumadą, czy tylko za jego zgodą, czy ogólnie jakiś niezależny projekt. W każdym razie sytuacja jest o tyle ciekawa, że Kurumada wydaje obok cały czas mangę "Next Dimension", która jest również prequelem do wydarzeń z oryginalnej serii, podobnie jak Lost Canvas. W każdym razie manga Lost Canvas została zakończona jakieś dwa lata temu, powstały jeszcze spin-offy, dotyczące wspomnień niektórych bohaterów. Next Dimension wychodzi natomiast dalej. Tymczasem w latach 2009-2011 powstała adaptacja anime do Lost Canvas, a Next Dimension nie doczekało się jak do tej pory żadnej ekranizacji... O czymś to musi świadczyć. I z góry mówię, że to moja pomyłka, bo myślałam, że Omega powstała wcześniej (a tymczasem Omega zakończyła się pod koniec marca tego roku), dlatego wychodzi, że nie obejrzałam serii chronologicznie, tak jak sądziłam. Przepraszam po prostu za wprowadzenie w błąd.
Źródło: filmweb.pl
Ale o czym opowiada Lost Canvas? Akcja toczy się 200 lat przed wydarzeniami z oryginalnej serii. Mamy koniec XVIII wieku. Reinkarnacją Ateny jest tym razem dziewczynka o imieniu Sasha, która pochodzi z Włoch. Wychowywała się w sierocińcu wspólnie z bratem, Alonem, oraz z przyjaciółmi, w tym z Tenmą. Zbliża się kolejna Święta Wojna, a Rycerze przeczuwają, że wkrótce Hades ponownie się przebudzi. Tymczasem we Włoszech Rycerz Wagi, Dohko (znany z oryginalnej serii) odnajduje przez przypadek Tenmę. Widząc, iż chłopak ma wielki potencjał, zabiera go do Sanktuarium i trenuje na Rycerza Pegaza.

Pierwsze, co muszę przyznać, to jest to, że pani Teshirogi zrobiła słuszną rzecz, a mianowicie to, że w pewnym sensie zlekceważyła kanon. Poprawiła tym samym błędy, które drażniły mnie w oryginalnych "Rycerzach Zodiaku". Podoba mi się ograniczona liczba bohaterów. Głównym "dream teamem" jest teraz bowiem nie piątka (czy w porywach szóstka) bohaterów, a tylko trzy osoby: Tenma, Yato (Rycerz Jednorożca) i Yuzuriha (wojowniczka z Jamiru, później Rycerz Żurawia). Poprzez takie ograniczenie mamy szansę na to, aby bardziej się skupić na bohaterach, na ich przeszłości, na ich relacjach. Nie jest bowiem ich dużo, a przez to łatwiej (i bezpieczniej) jest poprowadzić spójną historię. Druga sprawa: Złoci Rycerze. Nareszcie pojawili się Rycerze, których jestem w stanie polubić. W oryginalnej serii, czy w Omedze polubiłam tylko nielicznych, a tutaj nie miałam problemu, aby zapałać sympatią do każdego (miłą niespodzianką był dla mnie Rycerz Raka, czyli mojego znaku zodiaku. Nienawidziłam Maski Śmierci z oryginalnej serii, nie mogę przeboleć faktu, że ta postać dzieli ze mną datę urodzin, tak tutaj Manigoldo, choć jest też dupkiem, to jest postacią, którą bardzo polubiłam). Podczas wojny widzimy też zdecydowanie lepszą strategię, niż w przypadku serii Hades. Z czego to wynika, to jednak temat bardziej na fanowską metaanalizę, niż na recenzję. Jeśli ktoś jednak chce znać moją opinię, to niech pisze w komentarzu. Złoci Rycerze zachowują się też zgodnie ze swoją definicją, czyli skoro są najwyżsi rangą, to niejako przewodzą pozostałym. I robią to świetnie. Również wrogowie nie są jakimiś randomami, bowiem w serii Hades drażniło mnie to, że imiona wrogów są niejako puste. Tutaj zaś Thanatos włada śmiercią, a Hypnos snami, czyli dokładnie tak, jak w mitologii greckiej. Jeśli mowa o bogach, to również bardzo podoba mi się Atena. Nie jest bowiem "damą w opresji", tylko działa czynnie, jak na boginię przystało. Kiedy tylko dowiedziała się o swoim przeznaczeniu, szybko odnalazła się w tej roli, wiedziała również, co należy robić. I tak powinna wyglądać i zachowywać się bogini.

Co do animacji i muzyki. Są po prostu cudowne. Bardzo bym chciała ewentualnego remake'a (reboota) oryginalnej serii w takiej właśnie kresce, która jest ładniejsza, dojrzalsza i ogólnie jest miła dla oka, podobnie jak animacja. Będę szczera, dorównuje ona nawet amerykańskim produkcjom, przypomina mi kreskę znaną z Avatara. Muzyka jest również wspaniała, dopasowana do sytuacji, jak porządna muzyka filmowa. Również opening (śpiewany ładną angielszczyzną) jest genialny. Dlatego właśnie, jeśli już miałby powstać remake oryginalnej serii, to chciałabym taką kreskę.

Lost Canvas ma jednak jedną, zasadniczą wadę, z której wynikają rzeczy, które nie do końca mi się podobały (jak np. charakter Shiona, który moim zdaniem jest nijaki, jako postać jest trochę bezużyteczna) - zakończenie. Jest bowiem ono urwane. Twórcy anime zakończyli serię bowiem wtedy, kiedy manga jeszcze wychodziła. Nie byłoby to wadą, bo wiem, że lepsze to, niż jakby mieli zrobić własne zakończenie (a po doświadczeniach z Kuroshitsuji wiem, że takowe zazwyczaj jest kiepskie), ale niestety, twórcy anime nie mają w planach dokończenia serii, a szkoda, bo tym samym zostaje dużo rozdziałów (więc chyba pora sięgnąć po mangę).

Jakie mogę dać podsumowanie po wszystkich seriach Saint Seiyi, jakie obejrzałam? Pierwszy wniosek, jaki mi się nasuwa to taki, że jest to tytuł, który jest kurą znoszące złote jaja. Co rusz powstaje coś nowego, np. niedawno w Japonii był w kinach film zrobiony techniką CGI, który jest remake'iem części oryginalnej serii. Z ciekawości nawet go zobaczę, jeśli będzie tylko dostępny w dobrej jakości. Po drugie, jest to generalnie seria z dużym potencjałem, o czym świadczy popularność (nawet nie w samej Japonii, a w krajach hiszpańskojęzycznych, czy we Francji), a także właśnie rozwiązanie z Lost Canvas, czyli fakt, że powstała konkurencyjna manga napisana przez fankę (podobnie jest chyba z Episode G, czyli jeszcze innym prequelem). Ja osobiście również zobaczyłabym kilka spin-offów, bo postacie są naprawdę ciekawe, przez co cierpiała seria z lat 80. Miałam bowiem cały czas wrażenie, iż mamy do czynienia z sytuacją, gdzie mamy ciekawe postacie z potencjałem, ale nie bardzo autor wiedział, co może z nimi zrobić. Stąd błędy logiczne w fabule, czy głupie rozwiązania (co ciekawe, w parodii oryginalnej serii padło rozwiązanie problemu, który mnie dręczył. Jest ono bardzo proste, ale fakt, że coś takiego było w parodii, chyba źle świadczy o całości). Po trzecie, pewnie jest pytanie, jak oglądać? Od czego zacząć? Moja koleżanka Ann namawiała mnie do obejrzenia Omegi przede wszystkim. Teraz wiem, że jednak lepiej zrobiłam, że zaczęłam od początku. Serię oryginalną ogląda się szybko, jest też dobrym wprowadzeniem w całość (mimo tych oczywistych błędów), no i gdy ogląda się lepsze serie, jak Lost Canvas, czy Omegę, ma się poczucie, że można z tego stworzyć coś wręcz genialnego, jeśli tylko się chce. Po prostu mamy wtedy lepszy efekt i porównanie. A seria Lost Canvas jako całość, czyli te 26 odcinków, dostaje ode mnie notę 8/10, czyli jest bardzo dobra. Ogólnie polecam, chociażby dla samej animacji. 
Share:

środa, 23 lipca 2014

Saint Seiya Omega (2012-2014)

Jest takie powiedzenie, które głosi, że do trzech razy sztuka. I chyba ono sprawdza się w przypadku takiej serii, jaką są Rycerze Zodiaku. Serii, o której wspominałam, że nie należy do serii ambitnych, czy nawet dobrych w swojej klasie (bo są filmy rozrywkowe, które są po prostu dobre, ale w swojej kategorii. W przypadku Saint Seiyi tego nie ma). W roku 2012 powstała bowiem swoista kontynuacja przygód Seiyi. Swoista, bo wiele rzeczy zostało zmienionych. Jak wypadło? O dziwo... Zaskakująco dobrze. A z czego to wynika? O tym w dalszej części recenzji. 
Źródło: filmweb.pl
Serial, składający się łącznie z 97 odcinku można podzielić na dwie serie. Akcja rozpoczyna się około 25 lat po wydarzeniach z Hadesu (a zakładając, że Hades Chapter miał miejsce w 1988, to akcja toczy się w 2013, a później w 2014 roku). Kouga jest 13-letnim chłopcem wychowywanym przez Saori Kido i trenowanym przez Shainę, Rycerza Wężownika, znanej z poprzednich serii. Kouga ma zostać nowym Rycerzem Pegaza (z racji tego, że Seiya został Rycerzem Strzelca), więc ciężko trenuje. Nie jest do końca przekonany, co do tego, ale pewnego dnia bóg Mars porywa Saori. To sprawia, że Kouga podejmuje ostateczną decyzję, aby zostać Rycerzem. Rusza w drogę, by uratować Saori, czyli Atenę. W drugiej serii Kouga wraz z przyjaciółmi szykuje się do nowej bitwy. Na świecie bowiem pojawia się Pallas, bogini miłości, siostra Ateny. Przeznaczeniem obu bogiń jest walka. Rycerze nie chcą do tego dopuścić.

Zanim przejdę do mojej ogólnej oceny, mała dygresja, która jest luźno związana z tą serią. Przeglądałam bowiem sobie oryginalną mangę (a przynajmniej niektóre rozdziały). I... Niestety, czułam się zawiedziona, kreska jest okropna (znam amatorów, którzy rysują 100 razy lepiej), niektóre rzeczy są jeszcze bardziej poplątane, niż w anime, a inne rozwiązania, jak z telenoweli.

A więc Saint Seiya to jeden z nielicznych przypadków, gdzie anime jest lepsze od oryginału, czyli od mangi. A że z pustego i Salomon nie naleje, nawet twórcy anime nie uniknęli pewnych głupot, powielając większość rzeczy z oryginału. Dlaczego o tym mówię? Ano dlatego, że seria Saint Seiya Omega jest oryginalną serią telewizyjną. Autor mangi jedynie współpracował przy pewnych projektach, ale Omega nie ma odpowiednika w mandze. Jest to seria zrobiona od podstaw. I o dziwo, po Dragon Ballu GT nie spodziewałam się, że obejrzę serię oryginalną, jedynie nawiązującą do mangi, która jest dobra.

Teoretycznie Omega jest powtórką z rozrywki, można dostrzec w niej nawet oczywiste nawiązania do oryginału (ile z tego gifów na zasadzie "parallels" można narobić, to...), zwłaszcza w pierwszej serii, ale nie powiela błędów oryginału. I dzięki Bogu! Byłam naprawdę mile zaskoczona tym, co ujrzałam. Siła Omegi chyba tkwi przede wszystkim w bohaterach. Głównymi bohaterami są znowu nastolatkowie. Tylko teraz ci nastolatkowie są o wiele bardziej wiarygodni. Zachowują się stosownie do swojego wieku, przeżywają swoje rozterki, bunty, mają wątpliwości, wiemy dużo o ich uczuciach i motywacjach. To są bohaterowie, których daje się polubić, za którymi widz płacze, gdy coś złego się dzieje. Wrogowie mają inteligencję, motywacje, nie są źli dla samego zła, a widz nawet im współczuje. Wreszcie mamy też prawdziwą współpracę między bohaterami. Wiele można było w nich ogólnie zrobić źle, poprowadzić w kiepski sposób (np. dziewczynę ograniczyć do tego, że jest zakochana), ale tak się nie stało. I podobało mi się to, czego zabrakło w serii oryginalnej. W oryginalnych Rycerzach Zodiaku bardzo polubiłam Złotych Rycerzy, lecz przeszkadzało mi to, że tak niewiele o nich wiemy. Tutaj ten błąd jest naprawiony - wiemy dużo więcej o Złotych Rycerzach, każdy z nich opowiada historię o swojej przeszłości, mówi też o swoich motywacjach. Kolejną zaletą jest to, że mamy zachowaną spójność z oryginałem. I choć tylko część głównych bohaterów z oryginalnej serii występuje regularnie, i to w roli drugoplanowej, to jednak nie ma tak, że są oni lekceważeni, olani, itd. (to, co mi przeszkadza w seriach Doktora Who, odkąd scenariusz pisze Moffat) Co więcej, ich charakter nawet się rozwinął. Zwłaszcza w przypadku Kikiego, który w oryginale jest swoistym comic reliefem, a w tej serii jest potężnym wojownikiem, z którego mistrz byłby dumny. Inne postacie również przechodzą piękny character development. Inna sprawa, to taka, że wreszcie mamy porządne comic relieves w serii pierwszej. Raz nawet cały odcinek jest takim odetchnięciem, dzięki któremu widz może odsapnąć.

Oczywiście nie obyło się bez wad. Jednak nie są one aż tak duże, a częściej występują w serii drugiej. Raczej bym powiedziała, że to takie moje czepialstwo, jak to, że Seiya nie zwraca się do Saori jak do koleżanki, tylko mówi o niej Atena, czy to, że w serii drugiej mamy postać, która jest wyjątkowo irytująca i szczerze - niewiele mnie obchodziło, czy coś złego się z nią stanie. Choć rozwiązanie wątku (jak i całości) jest nieoczekiwane, a przy tym świetne.

Co do muzyki i animacji. Muzyka bez zastrzeżeń, bardzo mi się podobała, lubię słuchać openingów (a wszystkie są na swój sposób świetne). Z animacją jest nieco gorzej. Do kreski można przywyknąć (nawet jeśli momentami wygląda, jakby bohaterowie nie mieli nosów), ataki są ciekawie pokazane, animacja ogólnie jest dobra. Jedynie momentami, kiedy mamy scenkę oddaloną, a postacie są w tle, to kreska jest koślawa, ale i tak to nie przeszkadza w odbiorze.

Ciężko mi zebrać myśli, co do podsumowania. Początkowo chciałam bowiem najpierw oglądać samą Omegę, ale jednak widzę, że lepiej, iż zabrałam się najpierw za serię oryginalną, bowiem widać niesamowity progress i jestem w stanie docenić to anime. Ale jeśli miałabym polecić Saint Seiyę dzieciakom, to chyba pokazałabym najpierw Omegę, która jest mniej brutalna przede wszystkim i lepiej zrobiona. Długo można by wymieniać zalety, ale najlepiej poświęcić trochę czasu i obejrzeć tę serię. Moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobra. I zabieram się niedługo za prequel, czyli Lost Canvas.
Share: