Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2016

Kącik mangowy #2

W tym tygodniu otrzymałam kolejne mangi, które zamawiałam już jakiś czas temu. Zwykle na sklepie internetowym, w którym kupuję, zaglądam najpierw, czy mangi są już dostępne, jaka jest cena, itd. Biorę do koszyka dwa lub trzy tytuły, płacę i czekam cierpliwie. Czasami sprawdzając skrzynkę mailową jestem potem mile zaskoczona, że "to już" i przesyłka niedługo wpadnie w moje łapki. Tym razem są to tylko dwa tytuły, ale myślę, że wypowiem się o nich więcej, niż ostatnim razem.


Bakuman #2

Źródło: pl.bakuman.wikia.com

Ostatnim razem pisałam o pierwszym tomie "Bakumana", który troszkę skrytykowałam za jakość wydania i wpadki dotyczące błędów ortograficznym. Zdaje się, że tom drugi pod tym kątem wypada nieco lepiej, ale po kolei.

Choć tomik objętościowo jest podobny do poprzedniego, to czytelnik jednak ma wrażenie, że treści jest o wiele, wiele więcej. A dzieje się naprawdę sporo. Mashiro i Takagi decydują się zanieść ich wspólną mangę do Shuieshy, jednego z największych wydawnictw mangowych, wydającego słynny "Weekly Shounen Jump". Tam poznają jednego z redaktorów, pana Hattoriego, oraz dowiadują się, jak funkcjonuje ten biznes. Pan Hattori dostrzega w nich potencjał, ale nie chwali ich zbytnio, by chłopcy nie spoczęli na laurach i tworzyli dalej. Po kilku niepowodzeniach wreszcie odnoszą pierwszy większy sukces. Dowiadują się także, że wydawnictwo zgodziło się na serializację (czyli regularne wydawanie mangi w odcinkach) mangi pewnego 15-latka, Eijiego Niizumy. 

Tak jak wspomniałam, w tomiku mamy dużo treści. Generalnie myślę, że "Bakuman" to pozycja dla nieco starszego czytelnika, który oczekuje czegoś więcej, niż scen efektownych walk, akcji, przygody. Dla niektórych manga może być "przegadana", ale jeśli lubi ktoś temat pt. "życie artystów od kuchni", to myślę, że powinien być zadowolony. Przy okazji mamy pokazane zwykłe dylematy nastolatków, jak szkoła (bohaterowie idą do liceum) czy pierwsze miłości. Ale najważniejsze i chyba najciekawsze jest to, jak pokazana jest redakcja mangi. Pan Hattori także w anime był jedną z moich ulubionych postaci, był mentorem dla głównych bohaterów, ale też potrafił dobrze tłumaczyć, a zarazem ostrzegać. Wkrótce Mashiro i Takagi jednak mierzą się z brutalną rzeczywistością - ich debiut nie należy do udanych.

I w "Bakumanie" kryje się też pewna mądrość życiowa, której czasem brakuje mi w tych optymistycznych, amerykańskich produkcjach, w których to bohaterom zawsze się wszystko udaje, a marzenia zawsze się spełniają. Otóż chyba to w tym tytule podoba mi się najbardziej - a mianowicie przesłanie pt. "Marzenia nie zawsze się spełniają, a droga do sukcesu nie jest usłana różami". Nie zawsze wszystko nam wychodzi od razu. Często marzenia w ogóle się nie spełniają, a przed sukcesem poniesiemy niejedną porażkę. W dodatku w "Bakumanie" jest to pokazane w dość realistyczny sposób - sukces nie jest zależny bowiem tylko od talentu, dobrego pomysłu, ale czasem jest zależny po prostu od czystego przypadku. Idealnie tłumaczy to pan Hattori - są ludzie, którzy instynktownie umieją się wbić w gusta czytelników i wydadzą coś, co właściwie każdy będzie lubił. Inni natomiast kalkują, ale też nie zawsze są w stanie przewidzieć, Inna sprawa - rozmijanie się gustów. Dowiadujemy się, że manga głównych bohaterów przypadła do gustu innym mangakom (co ciekawe, są to autorzy znanych tytułów, jak "One Piece" czy "Naruto"), bo była "dojrzała", "inna", "oryginalna", natomiast sama redakcja oczekuje czegoś innego, ponieważ... Wydawnictwo to biznes, a biznes musi się opłacać. Tak wygląda dość brutalna prawda.

Co do samego wydania, to nie pamiętam już, jak to było w skanlacjach angielskich, które czytałam, ale w anime zrobiono taki zabieg, że dość znane nazwy, np. wydawnictw czy magazynów zmieniano na dość podobne, aby każdy mógł się domyśleć, o czym mowa, a jednocześnie żeby prawdopodobnie uniknąć jakichś spraw związanych z wykorzystaniem wizerunku. W tłumaczeniu Waneko nie ma jednak tego zabiegu, więc mamy nazwy prawdziwe, jak Shueisha czy "Weekly Shounen Jump". I w sumie mi się to podoba, ponieważ... Raczej przyjęło się, że to nic złego, by wykorzystywać prawdziwe nazwy - choć redaktorzy to fikcyjne postacie. 

O ile samo wydanie wygląda już lepiej, nie ma tylu rastrów ani szarości, które mnie irytowały i kojarzyły mi się ze skanami słabej jakości, ale wciąż zgrzyta mi tu "cha cha cha", które pojawia się (i będzie się pojawiać) o wiele częściej, ponieważ pan Hattori to postać, która dość często się śmieje i ten śmiech jest wtrącony na koniec zdania. Błagam was, Waneko, sprawdzajcie to lepiej, ponieważ niby to nie jest błąd, ale jednak naprawdę rzadko taki zapis jest stosowany. Mimo tego wiele pozostałych rzeczy jest tutaj na plus - m.in. slang młodzieżowy. Myślę, że będę dalej kupować tę mangę.

Wzgórze Apolla #6

Źródło: sklepwaneko.pl


Choć tutaj opisuję tom szósty, czyli bliżej niż dalej do końca (mamy dziewięć tomów + jeden bonusowy), to jednak myślę, że poświęcę też tutaj więcej miejsca na jej opisanie, ponieważ reakcja fandomu w przypadku tego tytułu to przykry przykład na to, że fandom potrafi się zachowywać często niezrozumiale, zwłaszcza w stosunku do wydawnictw. 

Akcja toczy się w latach 60, XX wieku. Kaoru Nishimi ze względu na pracę ojca przenosi się na prowincję do domu swojej ciotki. Tam ma uczęszczać do liceum. Okazuje się, że początkowo chłopak nie potrafi nawiązać kontaktu z rówieśnikami - chociażby przez to, że większość kolegów z klasy posługuje się gwarą, którą Kaoru nie do końca rozumie. Wkrótce jednak chłopak odnajduje drogę do porozumienia, a jest nią muzyka jazzowa. Zaprzyjaźnia się z Sentaro Kawabuchim oraz Ritsuko Mukae, z którymi z czasem zaczynają łączyć skomplikowane relacje. W międzyczasie Kaoru dowiaduje się wiele o swoim przyjacielu, zdąży się z nim poważnie pokłócić, a także doradzić w sprawie nieszczęśliwej miłości do dziewczyny, która jest zainteresowana starszym znajomym Sentaro.

Manga wydana przez JPF zawsze oznacza wysoką jakość. Od początku podoba mi się ładna, estetyczna kreska oraz stylizacja mowy bohaterów na gwarę śląską (tutaj pozdrawiam autorkę Lemurilli, która jest konsultantką przy tej gwarze). Dodatkowo ciekawą rzeczą przy tej mandze są bonusowe rozdziały pod koniec każdego tomiku - każdy z nich opowiada zupełnie inną, krótką historię, najczęściej połączoną z wątkami miłosnymi i fantastycznym - w tym tomie mamy opowieść o ożywionym manekinie.

Nie chcę jednak za dużo spoilerować, ponieważ myślę, że więcej opowiem o tej mandze przy recenzji całości, ale chciałabym się podzielić rzeczą, która mnie wyjątkowo smuci. Mianowicie z pewnego źródła wiem, że niestety, mimo szumnych zapowiedzi, mimo deklaracji chęci kupowania i pozytywnych komentarzy ("Wreszcie coś nowego"), manga ma niesamowicie niskie wyniki sprzedaży, co było m.in. powodem tego, że nie dostaniemy jej w Empikach - ja sama od początku kupuję ją tylko internetowo. Chciałoby się zadać pytanie, dlaczego?

Tytuł zaliczany jest do gatunku josei, czyli jest to manga przeznaczona dla dorosłych kobiet. Myślę, że głównie ze względu na poważniejszą tematykę, którą raczej nie zrozumieją młodsze dziewczyny. Jest to manga obyczajowa, lecz trzeba znać chociaż trochę rys historyczny - zwłaszcza przy opowieści Sentaro, który opowiada, dlaczego nie był akceptowany przez własną rodzinę z powodu tego, że jego biologiczny ojciec był Amerykaninem. W mandze nie ma powiedziane nic wprost, ale osoba. która nie orientuje się w historii Japonii z tamtego okresu (nie musi być ekspertem, ale po prostu trzeba kojarzyć pewne fakty) raczej nie pojmie całości wątku. Manga nie należy również do takich, gdzie dzieje się niesamowita akcja, są walki, przygody, itd. Nie. Jest to tytuł wybitnie obyczajowy, kojarzący mi się z niektórymi książkami dla młodzieży wydanymi chociażby w PRLu. Może i czasami tytuł jest przegadany, ale czy to źle? Czy to oznacza, że manga jest gorsza, bo trzeba dużo czytać? Może i komuś się ten tytuł wyda nudny, ale dziwi mnie postawa ludzi, którzy bardzo chcieli wydania josei w naszym kraju. Z jednej strony bardzo chcieli, bardzo narzekali, że tylko shouneny i seineny, ale jak wydano "coś innego", to okazało się to porażką wydawniczą. Mimo dobrego wydania, tłumaczenia i ogólnie dobrego tytułu (bo z całą pewnością nie jest on zły). Niskie wyniki sprzedaży są też przyczyną tego, że tomiki są dość rzadko wydawane (pierwszy tom był wydany prawie rok temu!) i nie są one priorytetowe, jeśli chodzi o plany JPFu. A także nie najlepiej wróży przyszłości - być może inne wydawnictwa niestety nie będą chciały zdecydować się na tytuł josei. A szkoda. Ja mimo wszystko mam zamiar skończyć tę serię, bo nie spodziewałam się, że tak mi się spodoba.

Do zobaczenia w kolejnym kąciku mangowym na początku września. :)
Share:

sobota, 4 czerwca 2016

Kącik mangowy #1 - czyli co ostatnio przeczytałam

Postanowiłam stworzyć coś nowego na swoim blogu. Wprawdzie nie jest to żadna świeżynka, ponieważ zapewne wiele osób spotkało się z czymś takim na blogach mangowych, a u mnie niekoniecznie.

Postanowiłam odejść od schematu, którego trzymałam się do tej pory, a mianowicie wstrzymywania się z recenzją, opinią aż do końca serii. Przemyślałam bowiem sprawę i uważam, że nie ma to większego sensu. Serie, które aktualnie kupuję nie należą bowiem do najkrótszych, a zanim je skompletuję, to minie trochę czasu. Najdalej jestem z Kuroshitsuji, choć nie wiadomo, ile ta seria jeszcze pociągnie (dogoniliśmy bowiem japońskie wydanie). Mangi kupuję regularnie raz na jakiś czas, zazwyczaj dwa lub trzy tytuły na raz. Dlatego chciałam po raz pierwszy spróbować zamieścić w jednym poście trzy krótkie teksty, takie zbiorcze recenzje. Kącik mangowy będę pisać nieregularnie - zależy kiedy będą kolejne wydania mang oraz wysyłki. Średnio? Obstawiam, że raz na dwa miesiące coś napiszę. Oczywiście jeśli dana seria dobiegnie końca, to podsumuję ją w osobnym tekście. Ale jakie tytuły ostatnio przeczytałam? Możecie zobaczyć to na moim zdjęciu:

Zdjęcie własne, oczywiście na biurku nieporządek. Podziwiać możecie je również na instagramie: http://instagram.com/kasianiec

Atak Tytanów #10
Zacznę od serii, o której powiem najmniej, choć teoretycznie można byłoby pisać bardzo dużo. Atak Tytanów to polski tytuł "Shingeki no Kyojin". Recenzję pierwszego sezonu anime pisałam w pierwszym poście na tym blogu, więc zapraszam do lektury tego tekstu, aby dowiedzieć się, o czym właściwie opowiada "Atak Tytanów". Nie chcę pisać za wiele o tym poszczególnym tomiku, ponieważ polskie wydanie mangi przegoniło obecnie wydarzenia, które były zawarte w anime. Prawdopodobnie wydarzenia opisane w tym tomiku będą zawarte w drugim sezonie anime (o ile taki powstanie...). Naprawdę ciężko mi cokolwiek napisać o treści, nie znając wcześniejszych tomów, w dodatku na pewno spoilerowałabym niektórym Czytelnikom. Odniosę się po prostu do samego wydania. Szybkie spojrzenie na tom pierwszy i tom dziesiąty daje dość jednoznaczną odpowiedź na temat progresu autora - bo jest doskonale widoczny. W pierwszych tomach Isayama miał problemy z proporcjami przy rysowaniu postaci, jego kreska była też dość ciężka. W tomie dziesiątym widać, że jest postęp i to znaczny - poprawiły się nie tylko takie rzeczy jak proporcje. Kreska stała się o wiele lżejsza i w dodatku autor nauczył się ładnego cieniowania. Oczywiście, Atak Tytanów nigdy nie grzeszył kreską nadzwyczajnej urody (jeśli ktoś woli podziwiać coś bardziej estetycznego, to polecam anime - character design jest o niebo lepszy), jednak miło się na takie rzeczy patrzy. Jest to jednak manga z gatunku - liczy się fabuła, a nie kreska. Bo jednak fabuła przewyższa tutaj wszystko, nawet jeśli mam wrażenie, że wstępny szał na tę mangę już minął. Wciąż jednak jestem ciekawa dalszego rozwoju wydarzeń. Nie mam też absolutnie żadnych zastrzeżeń do tłumaczenia - tłumaczem jest tutaj mój ulubiony Paweł Dybała, który świetnie stylizuje język postaci, sprawia, że tekst czyta się dość lekko, nie ma również błędów stylistycznych, a literówek w tekście nie uświadczyłam. W mandze jest dość spora ilość wulgaryzmów, jednak nawet na okładce mamy zaznaczone, że jest to manga dla czytelnika powyżej 16 lat. Dlatego nie dziwi mnie dobór słów, zwłaszcza, gdy w fabule mamy do czynienia z organizacją wojskową.

Źródło: mangarden.pl
Mam jednak wrażenie, że naprawdę wstępny "szał" na ten tytuł już minął. Nie mam pojęcia, jak przedstawiają się wyniki sprzedaży mangi w Polsce, ale też nie widzę większego zachwytu na tumblrze czy innych portalach. Myślę, że ten szał powróci, kiedy dostaniemy drugi sezon anime, ale kiedy? Na razie nic nie wiadomo, jeden artykuł mówi, że prawdopodobnie sezon drugi będzie pod koniec tego roku, acz niepokoi mnie trochę ta przerwa. Ale pożyjemy, zobaczymy. 

One Punch Man #3
Również całkiem niedawno pisałam recenzję anime, które było hitem 2015 roku. Wcześniej zakupiłam od razu dwa pierwsze tomy, w tym tygodniu doczekałam się trzeciego. Wahałam się trochę, czy tę mangę kupować czy też nie, ale zaważył fakt, że tłumaczem jest tu również Paweł Dybała, który jak nikt potrafi zadbać o komizm i dobre tłumaczenie, które będzie zrozumiałe dla Czytelnika polskiego, a jednocześnie zachowa ducha oryginału. Wtedy wiedziałam, że mangę biorę ciemno.

Trzeci tomik opowiada o wydarzeniach z połowy pierwszego sezonu anime, czyli o tym, jak Saitama i Genos dostali się do Stowarzyszenia Superbohaterów. Okazuje się, że utrzymanie się w Stowarzyszeniu nie jest takie proste, jak sądził Saitama. Zwłaszcza, że należy do najniższej klasy, czyli klasy C.

Generalnie One Punch Man w wydaniu tomikowym prezentuje świetną kreskę Yusuki Muraty. Główny autor, czyli ONE, wciąż publikuje webcomic na swoim blogu, lecz jego jakość pozostawia sporo do życzenia. Tylko dzięki świetnej historii i gagom udało mu się wybić do tego stopnia, że dostał serializację wraz z ilustracjami profesjonalnego rysownika. Kreska jest naprawdę genialna i bardzo estetyczna. Nie brakuje też elementów komediowych.
Źródło: mangarden.pl
Oczywiście nie zawodzi Paweł Dybała wraz ze swoim komizmem i stylizacją języka. Wiadomo, że Saitama jest młodym facetem, ma 25 lat, więc naturalny wydaje się slang młodzieżowy i teksty w stylu "Ale lipa" lub "o kurde". Do tego polecam się przyjrzeć nawet rzeczom napisanym drobnym druczkiem ("Stonka - codziennie lipne memy"), bo też można się uśmiać. Generalnie One Punch Man to kolejna seria, którą mam zamiar regularnie kupować i również wam ją polecam.

Bakuman #1
Jest to nowość od wydawnictwa Waneko i tytuł, na których czekało wielu. Do tej pory mam wyrzuty sumienia, że nie skończyłam recenzji anime, ale... Chyba jednak pozwolę sobie na regularną ocenę poszczególnych tomików. Manga autorów słynnego "Death Note" opowiada... o tworzeniu mangi.
Czternastoletni Moritaka Mashiro sam nie wie, co chciałby robić w swoim życiu. W wolnych chwilach, na nudnych lekcjach zdarza mu się szkicować w zeszycie. Jest też skrycie zakochany w koleżance z klasy, Miho Azuki. Wszystko się zmienia, kiedy przez przypadek zostawia zeszyt w szkole, a kolega z klasy, Akito Takagi stawia warunek zwrotu odnalezionego zeszytu - chce, aby Mashiro tworzył z nim mangę. Okazuje się, że Akito, jeden z najlepszych uczniów w szkole, jest zafascynowany mangą. Ma talent literacki, lecz nie potrafi rysować, za to rysunki Moritaki bardzo mu się podobają. Mashiro początkowo nie chce się zgodzić, mając na uwadze to, co stało się z jego wujkiem, znanym mangaką.

O Bakumanie dowiedziałam się w 2011 lub 2012 roku, dodatkowo do początkowych odcinków anime tworzyłam napisy w wersji polskiej. Naprawdę mangę czytało się bardzo szybko i bardzo polubiłam ten tytuł, bo zawiera motyw, który kocham - życie artystów od kuchni. Czytelnik może się dowiedzieć, jak powstaje manga, na czym polega ten biznes. Dodatkowo ma dość ważny morał - bohaterom nie wszystko udaje się od samego początku, ponoszą również porażki. Sam Mashiro zaznacza, że żeby osiągnąć sukces, często należy mieć po prostu szczęście. I choć może jest to dość banalne, to jednak jest to jedna z życiowych prawd, o których nie zawsze inni ludzie nam mówią, zwłaszcza w dzieciństwie czy wieku nastoletnim.
Wydaniem jestem jednak ciutkę zawiedziona. Wprawdzie Bakuman zaczął się ukazywać w 2008 roku, więc kreska ma już trochę lat, ale początkowe strony raczej nie należą do najlepszych jakościowo - choć może to mój gust, ale nie lubię po prostu zbyt ciemnych kadrów, które mają za dużo cieni i odcieni szarości. Nie oskarżam tu jednak Waneko, bo być może po prostu takie skany do edycji dostali. Nie podobała mi się jednak użyta czcionka, natrafiłam też na kilka błędów, m.in. zapis śmiechu jako "cha cha cha". Nie mam jednak zastrzeżeń do samego tłumaczenia czy użytego języka, dopasowanego do slangu młodzieżowego.

Przywiązanie do tytułu jednak sprawia, że będę dalej czekać na kolejne tomiki, zwłaszcza, że cena jest dość przystępna. Ciągle mam sentyment do głównych bohaterów, jak i do postaci, które pojawią się później. Ale o tym napiszę w kolejnym kąciku.

Dajcie znać, co sądzicie o takiej formie recenzowania - czyli kilka krótkich tekstów na raz. 

Share:

czwartek, 19 maja 2016

K. Czajka - Dwóch Panów z branży (2016)

Od razu będę szczera - trochę trudno pisać mi recenzję książki, której autorką jest nie kto inny, jak Zwierz Popkulturalny, czyli blogerka, którą regularnie czytam i cenię większość jej tekstów, nawet jeśli czasem nasze przemyślenia na temat danego filmu lub serialu kompletnie się rozmijają. No i choć to takie... "Gdzie mi do sławy Zwierza", to jest to trudne, ponieważ jeśli ktoś Zwierza nie zna, to niech wie, że ma ona fantastyczny kontakt ze swoimi Czytelnikami. Można do niej śmiało pisać, nawet wysłać kartkę pocztową, spotkać się na konwentach i nie tylko. Po prostu można poczuć nawet internetowo, że rozmawia się z nią jak z koleżanką, a nie jak z blogerką, która ma mnóstwo fanów, która osiągnęła bardzo wiele, występowała kilkukrotnie w telewizji, a teraz udało się jej wydać książkę (czego sama trochę zazdroszczę). Ale powiem też, że czekałam na ten tytuł dopiero od chwili, gdy Zwierz przyznała się, o czym będzie jej powieść. Gdyby była to inna tematyka, to byłoby duże prawdopodobieństwo, że w ogóle bym jej nie tknęła i nawet nazwisko znanego blogera by nie pomogło. Tu było inaczej. Ostatnim razem tak na książkę czekałam, gdy poznałam tytuł kolejnej powieści o Cormoranie Strike'u. Tutaj nie mogłam się wręcz doczekać. "Dwóch Panów z branży" przeczytałam w dwa dni. Czy to dobrze, czy źle? Sama nie wiem. Z jednej strony to lubię sobie dawkować książki, ale z drugiej strony nie był to kryminał, że wolałabym sobie odwlec to zakończenie, żeby nie popsuć sobie zabawy. Książka Zwierza to książka obyczajowa, a takie często czyta mi się właśnie bardzo szybko. I to chyba zaliczam na plus.
Źródło: czwartastrona.pl
Tytułowi panowie to Adam Piasecki i Marian Godlewski, Polak i Żyd, przyjaciele z dzieciństwa, których w roku 1909 wyrzucono ze studiów prawniczych. Wkrótce obaj wpadają na pomysł na życie - pomysł założenia kina, ich zdaniem najważniejszego wynalazku XX wieku, który przetrwa wszystkie inne mody. Choć zadanie wydaje się karkołomne, to panowie w przeciągu trzydziestu lat trwania powieści mają jeden cel - nie zbankrutować. W tym czasie dzieje się wiele, historia splata się z ich życiem osobistym, a ich przyjaźń jest niejednokrotnie wystawiana na próbę.

Znów się powtórzę, ale muszę to powiedzieć: przede wszystkim wielką zaletą jest to, że książkę czyta się naprawdę bardzo szybko. Jest to książka w sam raz na podróż, lekka (dosłownie i metaforycznie), pełna humoru, ale są także momenty wzruszenia i ciekawych zwrotów akcji (osobiście nie spodziewałam się takiego zakończenia, ale też nie sądziłam, że autorka da czytelnikom coś sztampowego). Powieść K. Czajki ma dużo dialogów, narracja jest prowadzona w niewymuszony sposób, przyjazny współczesnemu czytelnikowi. Chyba to sprawia, że powieść dosłownie można przeczytać podczas dłuższego, spokojnego wieczoru.

Ale myślę, że nie to jest najważniejsze. Gdyby nie tematyka i bohaterowie, to myślę, że po książkę w ogóle bym nie sięgnęła, albo odłożyłabym ją. Jeśli chodzi o tematykę, to zawsze lubiłam filmy czy książki mówiące o pracy artystów "od kuchni" - w tym przypadku chodzi tu bardziej jednak o stronę "techniczną", o ludzi, którzy dbają o to, by widzowie mogli oglądać najróżniejsze filmy, które dostarczą im rozrywki i wzruszeń. Świetnie się to zbiega z trwającym serialem "Bodo" (a właściwie kończącym się) - zarówno "Dwóch Panów...", jak i serial TVP opowiadają o tym samym okresie - czyli okresie dwudziestolecia międzywojennego, jednego z moich ulubionych w historii. I tu trzeba przyznać, że wielkim plusem jest znajomość tematu - autorka wykonała kawał dobrej roboty, wykonując research, przy którym nie popadła w suchy opis historyczny, a jednocześnie zadbała o takie szczegóły, jak poznanie dat premier poszczególnych filmów, w tym światowych produkcji (tutaj jednak muszę przyznać, że trochę mi zgrzytał ten tytuł Narodziny narodu ze względu na tematykę, lecz sama łapałam się na tym, że mowa tu o zupełnie innych czasach). Do tego przypadł mi do gustu opis niektórych filmów - czasami czytelnik dostawał najpierw sam opis fabuły, a tytuł był podawany później - nie będę jednak psuć zabawy, bo w sumie można się zdziwić, jakie filmy pokazywano w Polsce przedwojennej. Po prostu magia kina świetnie zawarta i pokazana z ciekawej perspektywy - od strony tych, którzy dbali już o to, by ludzie mogli zobaczyć dany film i cieszyć się nim.

Ogromnie przypadli mi do gustu tytułowi panowie, czyli Adam i Marian. Od początku czytelnik może dostrzec między nimi chemię, prawdziwą przyjaźń wyrażoną wsparciem w trudnych momentach, ale też i nierzadko reprymendami, gdy jeden robił coś głupiego. Do tego uśmiałam się przy początkowych dialogach i wzajemnych złośliwościach panów wobec siebie. Można im tylko pozazdrościć, że przyjaźń przetrwała te wszystkie lata. Adama i Mariana łączy wiele, ale również wiele ich dzieli - chociażby pochodzenie żydowskie Mariana, które przez te wszystkie lata niestety nie zawsze spotykało się z sympatią i tolerancją otoczenia, także samego środowiska filmowego. Każdy z panów jednak czymś się wyróżnia - Adam w przeciwieństwie do Mariana jest bardziej stateczny i poukładany, to właśnie ten drugi wpadł pomysł na kino, a przede wszystkim miał na nie pieniądze. Ale nawet Adam jest zdolny do poświęceń, czasem irracjonalnych z punktu widzenia Mariana. Nie w sposób nie polubić głównych bohaterów. Czasem może zachowują się niewłaściwie, wręcz głupio, ale jednak czytelnik od razu zyskuje ich sympatię. Do panów dołączają także ich żony, Ada oraz Róża, o których wiemy trochę mniej, ale jednak należy pamiętać, że narracja jest prowadzona z punktu widzenia Adama lub Mariana (książkę można więc podzielić na dwie części). Mimo to wydają się ciekawymi postaciami, choć panie dzieliło sporo. Mimo to również potrafiły się ze sobą zaprzyjaźnić. Do tego cała masa innych postaci, nawet postaci historycznych, które mają dość ciekawe epizody (ale również nie zdradzę, jakie).

Tu jednak chciałabym przejść do wad, a tych moich zdaniem jest kilka, choć nie umniejszają one wartości książki. Na początku przestraszyłam się narracji pierwszoosobowej. Mam do tej pory uraz po cyklu książek o Greyu, dlatego pierwsza moja reakcja to strach w oczach. Jednak okazało się, że autorka bardzo zgrabnie sobie radzi z taką narracją. Niestety, jednak narracja pierwszoosobowa w moich oczach zawsze jest jakby "trochę gorsza", niezależnie, kto by taką książkę napisał. Doskonale rozumiem, w jakich celach używa się takowej narracji, lecz jestem zdania, że przy trzecioosobowej powieść byłaby również świetna. Choć może to tylko moje wrażenie. Wynika to moim zdaniem z tego, że przy takiej narracji dużo rzeczy "umyka" i łatwo mieć poczucie, że coś zostało pominięte. Tak jest i tutaj. Momentami mam wrażenie, że pewne wątki były za krótkie, dość słabo rozwinięte, w pewnym momencie scenki jakby "goniły" jedna za drugą, lecz na szczęście autorka uniknęła takiego "stopniowego przyspieszania" w narracji, więc na końcówkę nie mogę narzekać - jest naprawdę fajnie rozwinięta. Choć momentami i tak mam niedosyt, że trochę mało, że chciałoby się czegoś więcej dowiedzieć o tych filmach. Ale wtedy książka straciłaby z realizmu (bo nierealne byłoby, gdyby Adam i Marian wyświetlali dosłownie wszystkie filmy jako pierwsi w Warszawie) i mogłaby się stać suchym opisem. Tego na szczęście tutaj nie ma.

Oczywiście też muszę to powiedzieć, że niestety nie jest to książka tak całkowicie dla każdego. Jeśli ktoś nie lubi dwudziestolecia międzywojennego, czy nie lubi kina oraz opowiadania o kinie, filmach, to raczej książka go znudzi. Nie nazwałabym jej niszową, bo raczej jest ona powieścią obyczajową, ale jednak tematykę również trzeba "czuć". A także być zaznajomionym z pewnymi ważnymi wydarzeniami z dwudziestolecia międzywojennego w Polsce.

Książka K. Czajki to jej debiut. I uważam, że jest to debiut udany. Oczekiwałam dość sporo po tej powieści i mogę powiedzieć, że się nie zawiodłam. "Dwóch Panów..." czyta się szybko i to jest lekka lektura, z dużą ilością humoru i udanych dialogów (a to też jest bardzo ważne!), ale też przede wszystkim ukazująca magię filmu, podsumowaną słowami o tym, że kino jest przyszłością, teraźniejszością i przeszłością w jednym. I chyba lepszego opisu na temat kina nie mogłabym znaleźć. Na pewno książkę mogę polecić kinomaniakom, zwłaszcza tym, którzy są zainteresowani początkami tej sztuki. No i oczywiście ludziom, których fascynuje okres międzywojenny. A na koniec tak nieco z przymrużeniem oka powiem, że książka zawiera potrzebne przecinki (to ważna informacja dla tych, którzy nie lubią bloga Zwierza tylko z tego powodu), a literówek wyłapałam może z dwie - jednak przy tak małej ilości można uznać to równie dobrze za błąd w druku. Debiutanckiej powieści K. Czajki wystawiam ocenę 8/10, czyli bardzo dobrą. Skąd taka ocena? Książkom, zwłaszcza nowym, z zasady nie daję dziesiątki, ponieważ po latach lubię sobie sprawdzić, czy dalej będzie mi się dany tytuł podobał, czy też nie. A kolejne oczko niżej to zasługa wad, o których wspominałam. Nie chcę też ustawiać za wysoko poprzeczki, bo liczę, że kolejna książka mojej imienniczki będzie po prostu jeszcze lepsza. Ale i tak polecam z całego serca. 
Share:

sobota, 6 lutego 2016

R. Galbraith - Żniwa Zła (2015)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY!

Z przyjemnością czytam i śledzę dalsze losy Cormorana Strike'a, nowego bohatera wykreowanego przez nikogo innego, jak samą J.K. Rowling, wydającą książki pod pseudonimem Robert Galbraith. Fakt, że był to swojego rodzaju eksperyment, że chciała zobaczyć, jak "początkującemu" autorowi pójdzie z wydaniem książki. Jednakże zbyt wcześnie wydało się, kim tak naprawdę jest Robert Galbraith. Wtedy sprzedaż "Wołania Kukułki" gwałtownie skoczyła do góry. Jednakże i najlepsze nazwisko nie pomogłoby, gdyby książka była kiepska. A tak nie jest w przypadku cyklu o Cormoranie Strike'u. Widać tu już doświadczenie w pisaniu, widać swoisty styl J.K. Rowling, ale w przypadku "Żniw Zła" pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest to najlepsza książka z całego cyklu, oczywiście jak do tej pory. Liczę, że będą jeszcze lepsze.
Źródło: matras.pl
Robin Ellacot w dalszym ciągu pracuje ze Strike'iem, powoli szykuje się do ślubu, a agencja detektywistyczna ma całkiem niezłe powodzenie. Pewnego dnia Robin otrzymuje makabryczną przesyłkę - uciętą kobiecą nogę. Strike podejrzewa, że być może jest to osoba, którą dobrze zna i która z jakiegoś powodu chce się na nim zemścić. Strike i Robin rozpoczynają śledztwo.

W tej książce, trzeba przyznać, dzieje się wiele. Sprawa jest dość skomplikowana, bardzo nietypowa. Tym razem do Strike'a nie zgłasza się nikt, kto chciałby rozwikłać zagadkę, a raczej Strike samodzielnie podejmuje się rozwiązania sprawy, zanim tajemniczy morderca zabije więcej ludzi. Tym razem czytelnik też od razu zna perspektywę mordercy - co jakiś czas mamy bowiem rozdziały pisane okiem mordercy (choć nie jest to narracja pierwszoosobowa, po prostu narrator wczuwa się w zabójcę), które tworzą pewne napięcie. Wiemy, że osoba, która zabija jest blisko Strike'a, wręcz go śledzi. Jednakże jest to ciekawy zabieg także z innego powodu - niemalże do końca nie znamy jego tożsamości, w zasadzie ciężko jest zgadnąć, kto nim jest - a to dlatego, że Strike ma trzech podejrzanych.

O ile w poprzedniej części trochę nie pasowało mi wtrącanie wątków prywatnych, wątków z życia Strike'a i Robin, tak tutaj mają one uzasadnienie, a czytelnik nie ma poczucia, że te wątki "przeszkadzają". Przy "Jedwabniku" miałam bowiem wrażenie, że one odciągają od głównego wątku i nie pozwalają się na nim skupić. Tutaj są wyciągane pewne fakty z życia prywatnego głównych bohaterów i jest to dużym plusem.

Robin zyskała w moich oczach. O ile pewne zachowania wydały mi się przesadzone, a sama bohaterka - nieco naiwna i dziecinna, tak tutaj wreszcie czytelnik rozumie, dlaczego Robin jest, jaka jest. Na jej życie miało bowiem wpływ straszne wydarzenie, jakim był gwałt. Przez gwałt długo nie mogła zaufać mężczyznom, przez to nie udało się ukończyć jej studiów (przeszła załamanie psychiczne). Mimo tego Robin nie poddała się, a raczej obiecała sobie, że będzie starała się, aby nie dopuścić do ponownych takich sytuacji - dzięki czemu czytelnik może zrozumieć jej zachowanie, które czasem wydaje się nieracjonalne i nazbyt emocjonalne.

Tutaj muszę się ukłonić J.K. Rowling - podeszła bowiem do bardzo trudnego tematu. Jednocześnie nie idealizowała go ani bagatelizowała tego, jak może czuć się ofiara tego okrutnego przestępstwa. Nie tworzyła zbędnej mitologii, a za to przytoczyła smutne fakty - że najczęściej gwałciciel jest osobą znaną ofierze, że policja często próbuje obwiniać ofiarę. Tak niestety wygląda rzeczywistość. Myślę, że wielu ludziom przydałaby się właśnie lektura "Żniw Zła" chociażby po to, aby zrozumieć, co może czuć takowa ofiara.

Dużym plusem jest również rozwinięcie relacji Strike'a i Robin. Narzeczony dziewczyny ulega stereotypowi, jakoby kobieta i mężczyzna nie mogliby mieć czysto platonicznych relacji. Mimo wszystko Robin i Strike mają takowe. Detektyw wspiera asystentkę mimo jej oczywistych błędów, porażek. Oferuje pomoc w trudnych chwilach, ale jednocześnie narasta między nimi konflikt, przez który zarówno jedna, jak i druga strona zaczynają mieć wątpliwości, czy Robin faktycznie nadaje się do tej pracy, czy też może lepiej nie narażać jej na niebezpieczeństwa. Przy tym wszystkim ten konflikt, który punkt kulminacyjny osiąga pod koniec książki, narasta w sposób dość naturalny, nie wybucha nagle, po prostu wszystko się "zbiera". I tworzy odpowiednie napięcie, bo czytelnik zadaje sobie pytanie, co będzie dalej. Do tego podobało mi się zakończenie otwarte książki - równie dobrze pani Rowling może zakończyć tutaj swój cykl, ale kolejne wątki mogą zostać rozwinięte w następnej książce. Niestety, nie mam informacji, czy pani Rowling pisze kolejną powieść, ale w każdym razie - czekam na nią z niecierpliwością.

Słówko o stylu - jeśli ktoś jest zaznajomiony ze stylem Rowling, czyli dokładnym opisywaniem postaci przy ich przedstawieniu, to raczej nie powinien być jakoś zaskoczony. Mimo to książkę czyta się bardzo przyjemnie, nie ma jakichś dłużyzn, zastojów, choć papierowa wersja liczy 480 stron. To bardzo lubię u pani Rowling - jej książki czyta się po prostu przyjemnie. I podoba mi się, że teraz pisze dla dorosłego czytelnika. Jedyne "ale", jakie mam, to wydanie na e-booka - nie wiem, może to wina pliku, ale momentami był on strasznie niechlujnie "poskładany" - brak wyjustowania, czasami spacje w nieodpowiednich miejscach. Nie wiem, może plik w innym formacie wygląda lepiej, ale za ten w końcu zapłaciłam, to nie jest tam, że ściągnęłam go z szemranych źródeł.

Moim zdaniem J.K. Rowling bardzo gładko przeszła od fantastyki do kryminałów, zahaczając jeszcze o książkę obyczajową. Świadczy to o dużym talencie, bowiem czytając książki o Cormoranie Strike'u, kompletnie zapomina się, że jest to autorka słynnego Harry'ego Pottera. Czekam z niecierpliwością na kolejną część, a "Żniwa Zła" dostają ode mnie notę 8,5/10, czyli bardzo dobry z plusem - obniżyłam troszkę ocenę, bo jednak sam wątek kryminalny nie był aż tak fascynujący sam w sobie, jednak książka spokojnie nadrabia rzeczami, o których wspomniałam wyżej. 
Share:

poniedziałek, 19 października 2015

R. Rowell - Fangirl (2013)

Tytuł mnie intrygował, od kiedy go tylko zobaczyłam. I miałam dość złe przeczucia, zwłaszcza, że pisałam pracę magisterską m.in. właśnie o tytułowych "fangirlach". Obaw miałam wiele - a to kolejna powieść z cyklu young adult, to raczej nie będzie nic ciekawego i odkrywczego, a to pewnie przerysuje wizerunek typowej "fangirl", a bo pewnie się skończy romansem... I powiem szczerze - książka mnie pozytywnie zaskoczyła. Wprawdzie część motywów sprawdziła się, jednakże jest to historia z cyklu "coś starego w nowej odsłonie". I chyba takie opowieści lubię najbardziej.
Źródło: rainbowrowell.com
Cath i Wren to dwie bliźniaczki, które mieszkały w Omaha razem z ojcem, który cierpi na chorobę dwubiegunową afektywną. Matka zostawiła je, gdy miały 8 lat. Teraz dorosłe bliźniaczki wybierają się na studia, jednakże po raz pierwszy w życiu decydują się pójść własnymi ścieżkami. Wren chce spróbować wszystkiego w swoim życiu, chce się bawić, imprezować, poznawać nowych ludzi. Cath pozostaje wierna starej pasji, niegdyś dzieloną z siostrą. Jako Magicath publikuje bowiem fanfiction do cyklu o Simonie Snow (cykl jest chyba sam w sobie nawiązaniem do Harry'ego Pottera), które jest niezwykle popularne w fandomie. Za cel dziewczyna stawia sobie napisanie fanfika przed publikacją ostatniej części cyklu. W międzyczasie Cath przeżywa rozterki związane z nowym etapem życia, a także poznaje coraz to nowych ludzi.

Książka ma w sobie bardzo dużo cech typowego "young adult fiction", jednakże przez długi czas obawiałam się, że prędzej czy później książka skupi się na romansie, a perypetie z nim związane będą się ciągnąć do końca. I... Może powiem otwarcie - w książce mamy wątek romansowy, jednakże jest on kompletnie inny od tego, czego się spodziewałam. Żeby dużo nie spoilerować - obiektem westchnień Cath staje się zupełnie ktoś inny, niż się spodziewałam początkowo, a i ten wątek zostaje bardzo ładnie poprowadzony, bowiem mamy sytuację podobną do tegorocznego anime "My love story" - pokazuje już daną parę będącą ze sobą i problemy związane z początkami związku. Duży plus należy się autorce również za to, że pokazuje wewnętrzne rozterki głównej bohaterki, które raczej nie są czymś na zasadzie "O Boże, dlaczego on mnie tak nie lubi, dlaczego nie możemy się dogadać", tylko dość wiarygodnie pokazują one osobę, dla której jest to raczej nowa sytuacja - a mianowicie pierwszy poważny związek i fakt, że nie bardzo ta osoba wie, jak się zachować.

Przede wszystkim jednak urzekło mnie w książce to, że raczej skupia się ona na wątku dorastania, wątku jakiegoś nowego etapu w życiu człowieka - wyprowadzka, podjęcie studiów, samodzielne życie. Niedawno sama przez to przechodziłam, więc domyślam się, że dla wielu ludzi jest to bardzo trudne. Studia to czas, kiedy możemy realizować swoje pasje, ale równocześnie musimy podejmować odpowiedzialność za własne decyzje. I wskutek tego powstają niejednokrotnie kryzysy, załamania, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy dany wybór był słuszny, czy może lepiej zrezygnować, itd. Bardzo mi się podobał również wątek dość trudnych relacji rodzinnych - siostry chcą układać sobie życie na nowo - tyle tylko, że Wren chce spróbować czegoś nowego, a Cath boi się wyjść ze swojej bezpiecznej skorupy, nie rozumie też tego, czego ludzie mogą od niej oczekiwać.

Obawiałam się, że wizerunek pisarki fanfiction zostanie przesadzony. No, może autorka przesadziła w jednym - ponieważ osobiście nie kojarzę fanfika, który osiągnąłby niemalże większą sławę od oryginału (nie liczmy "50 twarzy", bowiem te zostały opublikowane jako oddzielna książka, nie jako fanfiction). A już na pewno nie z pierwowzoru, czyli z fandomu Harry'ego Pottera - jedyny fanfiction, który stał się niejako memem i legendą, jest "My immortal", lecz to ze względu na to, jak po prostu ten tekst był źle napisane pod kątem gramatyki, stylistyki oraz fabuły. Tymczasem w książce mamy do czynienia z pisarką fanfików, która w sieci jest sławą, lecz przy tym zachowuje pewną skromność i woli pozostać anonimowa - mimo faktu, że spotyka ludzi, którzy uwielbiają jej tekst i z niecierpliwością czekają na kolejny rozdział. Mimo wszystko główna bohaterka nie jest przerysowana, nie próbuje przekładać motywów fandomowych do prawdziwego życia, jej myśli nie zajmują tylko i wyłącznie bohaterowie jej fanfików.

Choć wszystkie postacie w większym lub w mniejszym stopniu dają się lubić, tak jednak muszę przyznać, że miałam problem z główną bohaterką - teoretycznie dziewczyna mądra, nieco nieśmiała, ale za to ma swoją pasję, zainteresowania. Z czasem jednak zaczęła mnie nieco drażnić jej histeria, zbyt emocjonalne reakcje (zwłaszcza na fakt, że matka chce odzyskać z nią kontakt), a także takie wieczne niezdecydowanie. Ale mimo wszystko bohaterka dorasta i z czasem się zmienia. I myślę, że to mi się najbardziej podoba.

Z gramatyki i stylistyki nie mam co się czepiać, właściwie to jest miły powrót do tego, co znane - do narracji w czasie przeszłym i w trzeciej osobie. Podoba mi się także motyw powieści w powieści, zwłaszcza, kiedy Cath cytuje własne fanfiki.

Myślę, że "Fangirl" to jednak nie jest pozycja dla każdego. Dla kogoś, kto nie jest zaznajomiony z fandomem dzieła kultury popularnej, może to być książka lekko niezrozumiała. Ale mimo wszystko zachowuje dobrą równowagę między wątkami dotyczącymi dorastania, problemów, z którymi borykają się młodzi ludzie na studiach, a pomiędzy tym światem fandomowym, światem pasji. Moim zdaniem jest to fajna i miła propozycja na taki jesienny weekend. Ode mnie ocena [mocne] 8/10, czyli bardzo dobra. 
Share:

czwartek, 24 lipca 2014

J. Worth - Zawołajcie położną (2011)

Są wakacje, więc dobry czas na czytanie książek. I tak sobie organizuję czas - przed południem czytam książki, a po południu coś oglądam. Tym razem była to książka pani Jennifer Worth pt. "Zawołajcie położną". Przyznam, że nie wiem, czy sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie moja siostra, która ją przywiozła. I jak wypada? Całkiem nieźle, choć szczerze, mogło być lepiej.
Źródło: wydawnictwoliterackie.pl
Ciekawe jest przede wszystkim tło tej książki, bo w zakończeniu autorka mówi o tym, że inspiracją do jej napisania był artykuł w gazecie, w którym dziennikarka napisała, że w literaturze pięknej, choć występuje mnóstwo wizerunków kobiet, to brakuje wizerunku położnej, która jest też ważną osobą w życiu przyszłej matki. Dlatego autorka postanowiła sięgnąć do własnych wspomnień z czasów młodości. W latach 50. XX wieku siostra Jenny pracowała jako położna w ubogiej dzielnicy Londynu, East End. Autorka opisuje rzeczywistość tamtych czasów oraz niektóre przypadki, z którymi miała do czynienia.

I muszę przyznać, że rozumiem intencje autorki, pomysł też nowatorski, skoro faktycznie nie ma nigdzie opisanego wizerunku położnej, lecz książka sama w sobie jest nierówna. Z jednej strony mamy dość ciekawe, momentami naturalistyczne opisy porodu, w dodatku nie zawsze szczęśliwego (kogoś może to obrzydzać, ale przykro mi, natura tak nas skonstruowała, że poród nie jest ślicznym wydarzeniem, jak się nam wydaje. Bo najczęściej tylko widzimy szczęśliwą mamę z dzieckiem, a obok tego jest mnóstwo innych aspektów). Ale z drugiej strony mamy taki misz-masz.

Bo niby to są wspomnienia, niby pamiętnik, ale jednak momentami sama nie wiedziałam, jaki cel ma autorka. Miło, że przedstawiła inne postacie, że opisała ludzi, z którymi pracowała, niektórzy z nich to bardzo ciekawe postacie, ale... Niektóre rozdziały po prostu nic nie wnoszą. Nic. Tak jak ten o załamaniu rynku wieprzowiny i problemach hodowców świń. Kwestia pojawia się raz i autorka do tego nie wraca, niewiele ma to też wspólnego z zawodem położnej. Dlatego część aspektów mi się nie podobała. Podobało mi się za to zakończenie, które było bardziej w formie krótkiego artykułu, w którym autorka mówi o tym, jak wiele rzeczy się zmieniło na korzyść ogólnie, lecz niekoniecznie dla ludzi, których znała.

Pod względem językowym, czy środków stylistycznych nie mam większych zarzutów. Choć wielkie brawa kieruję w stronę tłumacza, któremu chciało się stylizować cockneya na gwarę. Dzięki temu mamy odzwierciedlenie, jakim językiem posługiwali się bohaterowie książki.

Właściwie nie wiem, komu mogłabym jednak polecić książkę. Przyznaję, że gdyby nie moja siostra, to nie sięgnęłabym po nią. Ale myślę, że w jakimś sensie byłaby przydatna dla osób, które poszukują informacji, jak wyglądało życie w latach 50. XX wieku, jak wyglądał poród bez nowoczesnych udogodnień, itd. A także chyba mogę polecić to ludziom, którzy lubią biografie, czy lubią czytać książki o tematyce społecznej. Moja ocena to 7/10, czyli dobra. 
Share:

środa, 1 stycznia 2014

M. Pieprzyca - Chce się żyć (2013)

Witam, w Nowym Roku startuję z książką. Jest to książka, na podstawie której raptem kilka miesięcy temu powstał film o tym samym tytule, film dość głośny, nagradzany i wierząc opiniom - dobry, a to ostatnio rzadkość w polskim kinie. Ja jednak najpierw przeczytałam książkę, która jest dla mnie trochę niejednoznaczna, a trochę nierówna, jeśli chodzi o konstrukcję.
Źródło: poczytaj.pl
Przede wszystkim zaczęłam od poszukiwań czegoś na temat pierwowzoru, bowiem gdzieś czytałam artykuł o tym, że pan Pieprzyca zarobił sporo na książce i na filmie, a pierwowzór nie otrzymał z tego ani grosza. Nie wiem, jak sytuacja wygląda na chwilę obecną, ale to była dość duża kontrowersja. Z drugiej strony nie wiedziałam, jak przez to traktować tę książkę. Znalazłam jednak artykuł, w którym autor wypowiada się, że książka i film są tylko oparte na faktach, a dużo rzeczy to fikcja. Dlatego myślę, że lepiej tak potraktować tę książkę - jako fikcję, choć bardzo realną.

W roku 1981 na świat po ciężkim porodzie przychodzi Mateusz Rosiński. Po kilku miesiącach matka orientuje się, że Mateusz nie rozwija się prawidłowo. Wreszcie po kilku latach lekarze stawiają diagnozę - porażenie mózgowe. Według lekarki nigdy nie będzie chodził, nie będzie się nawet czołgał, a tym bardziej trzeba zapomnieć o komunikowaniu się ze światem. Lekarka stwierdza, że Mateusz jest rośliną. Pomimo tak druzgocącej diagnozy, zarówno jego rodzina, jak i on sam próbują udowodnić światu, że tak nie jest.

Miałam z jednej strony duży problem, ponieważ książka traktuje przede wszystkim o problemie niepełnosprawności i problemie odnalezienia się niepełnosprawnego człowieka w społeczeństwie, ale mam przy tym wrażenie, że autor momentami przedobrzył i usiłował wcisnąć wszystko, co się da, zrobić taki przekrój społeczeństwa i życia w Polsce w latach 80. i 90. I nie miałabym nic przeciwko, uznałabym to nawet za duży plus, ale objętościowo książka jest krótka, więc przez to robi się bardzo nierówna. No i oczywiście ta polska tendencja do opisywania całego kontekstu historyczno-politycznego... Trochę mnie to już zaczyna nudzić. A tu nawet irytowało, a to z tego względu, że chciałam w tej książce zobaczyć coś innego. Później to dostałam.

Dostałam przykry, lecz prawdziwy obraz traktowania i stygmatyzowania niepełnosprawnych w Polsce jeszcze kilkanaście lat temu. Pamiętam sama, jak jeszcze chodziłam do podstawówki (a była to końcówka lat 90.), jak często mówiono o tym, że niepełnosprawnych należy traktować z szacunkiem, nie wyśmiewać się, itd. Dzisiaj nikt już nie robi głupich uśmieszków, gdy widzi osobę na wózku, nie budzi to takiego szoku, jak kiedyś. Jednak nie zawsze tak było, co jest świetnie pokazane w książce - rodzina wstydzi się pokazywać z Mateuszem, nie mówi o nim, inni ludzie krzywo na niego patrzą lub patrzą z politowaniem. Podoba mi się też bardziej część, kiedy w końcu Mateusz udowodnia wszystkim, że jest człowiekiem. Ma uczucia, ma swoje przemyślenia, ale nie jest rośliną, nie jest też dzieckiem. Po prostu nie potrafi się komunikować tak jak reszta ludzi. I choć kogoś mogą krępować opisy seksualności, to należy pamiętać, że to było celem tej książki - przełamanie stereotypu, pokazanie, że osoby niepełnosprawne są osobami dorosłymi i mają swoje potrzeby, także te seksualne.

Technicznie nie mam zastrzeżeń do książki. Krótkie rozdziały to chyba jakiś nowy trend w literaturze, ale nie przeszkadza mi to, sama w sobie książka jest dość krótka i można ją przeczytać bardzo szybko. Narracja jest pierwszoosobowa i choć po takich "50 twarzach Greya" mam dystans do takiej narracji, tak tutaj się udała.

Podsumowując: polecam książkę tym, którzy lubią takie tematy, tematy społeczne, tematy trudne, coś, co pokazuje problem niby znany, a jednak "o tym się nie mówi". I przy okazji przełamuje stereotypy na właśnie takie trudne tematy. Może pewne rzeczy mi przeszkadzały, ale i tak to nie umniejsza wartości książki. Być może film do mnie bardziej przemówi. Moja ocena: 7/10, czyli dobra. 
Share:

środa, 6 listopada 2013

William Wharton - Tato (1981)

Właśnie skończyłam czytać książkę, dzięki której miałam okazję zapoznać się z twórczością Williama Whartona. Nazwisko tego dość popularnego autora w Polsce miałam okazję usłyszeć już jakieś 10 lat temu - moja siostra na studiach zaczytywała się w jego książkach. I przyznaję, że po tytule "Tato" mam ochotę na więcej. Mało jest bowiem książek, które traktują o zwykłych sprawach ludzkiej egzystencji w tak niezwykły sposób. I choć minęło ponad 30 lat od oryginalnego wydania, to ta książka nie straciła na swojej aktualności.
Źródło: blogspot.com
O czym więc jest "Tato"? Jest to książka o rysach autobiograficznych (znając biogram autora, możemy się doszukać podobieństw między Whartonem, a głównym bohaterem powieści), która opowiada o trzech pokoleniach rodziny Tremontów, mieszkających w Kalifornii. Główny bohater, John (zwany również Jackiem, Jackym, Johnnym) jest artystą i mieszka ze swoją rodziną w Paryżu. Dostaje wiadomość, że jego matka przeszła zawał, a ojciec jest zbyt słaby, by mógł się nią zajmować samodzielnie. W nowych obowiązkach pomaga mu oczywiście siostra, Joan, lecz i ta ma swoje własne życie, dlatego prosi brata o dodatkową pomoc. Opieka nad starszymi rodzicami okazuje się jednak nie taka prosta. Dodatkowo ojciec głównego bohatera, który również ma na imię John, zaczyna chorować na raka. Starszy pan Tremont panicznie boi się tej choroby, która zabrała mu najbliższych. Mimo tego lekarz mówi mu o tym, przez co tytułowy Tato zamyka się w sobie. Okazuje się, że to schizofrenia. I od tej pory zaczyna się opieka nad dwójką starszych ludzi... W większości rozdziałów narratorem jest John Tremont, 52-letni artysta, jednak w części z nich narratorem jest jego syn, Billy, przedstawiciel młodego pokolenia.

Przyznam dodatkowo, że książka zrobiła na mnie duże wrażenie z przyczyn osobistych - ostatnio w mojej rodzinie miała miejsce podobna sytuacja. I choć akcja książki toczy się w roku 1977, to jednak nie straciła ona na swoim znaczeniu, wręcz przeciwnie. Obawiam się, że problem w niej opisany (czyli problem opieki dorosłych dzieci nad starszymi rodzicami) będzie coraz powszechniejszy, chociażby z tego powodu, że społeczeństwo się starzeje. I też trzeba przyznać, że mało jest książek, które opisują tę ostatnią rolę rodzica - tę rolę, gdzie niejako on staje się dzieckiem i trzeba się nim zająć. A w literaturze byli opisani różni rodzice - ci troskliwi i ci, którzy odrzucają swoje dzieci, ci nieżyjący (a przy tym idealizowani) i rodzice małych dzieci, bądź nastoletnich.

Trzeba też przyznać, że Wharton mistrzowsko przedstawia świat. W książce jest miejsce i na głębokie przemyślenia dotyczące społeczeństwa amerykańskiego lat 70. (a także problem różnic pokoleniowych), ale też i opisy zwykłych, codziennych czynności. A bohaterów w książce jest niewielu. W zasadzie można się ograniczyć do głównego bohatera i jego rodziców, gdyż oni stanowią oś fabuły. Główny bohater opisuje swoich rodziców z jego perspektywy, choć i reszta rodziny ma podobne przemyślenia na ich temat. Rodzice Tremonta, John i Elizabeth, są małżeństwem od blisko 50 lat, lecz przedstawiają kompletnie różne osobowości. Matka Johna jest jakby "czarnym charakterem" w tej powieści. Ma obsesję czystości (i miała ją przez całe życie), popada często w histerię, nie ufa nikomu, nie szczędzi gorzkich słów, jest apodyktyczna. Natomiast ojciec to całkowite przeciwieństwo - do czasu choroby spokojny i pogodny starszy człowiek, który nie wadzi nikomu. Główny bohater stara się nie załamywać pod wpływem nowej sytuacji, choć wie, że tym razem to on musi się stać tym opiekunem.

Narracja trochę mnie zaskoczyła. Dlaczego? Dlatego, że jest to narracja w czasie teraźniejszym, a sądziłam, że jest to jakaś nowa moda w pisaniu powieści. Jednak nie. Mimo wszystko podziwiam Whartona za jej płynność - ma się wrażenie, że siedzi się w głowie bohatera - często przemyślenia na temat aktualnych wydarzeń przerywają jakieś wspomnienia z przeszłości, czy inne, zupełnie niezwiązane z tematem rzeczy - tak jak ma to każdy z nas. Jest to po prostu przekrojowy obraz rzeczywistości.

Książkę naprawdę polecam każdemu, zwłaszcza, że jak wspomniałam, problem nie stracił na aktualności, a wręcz przeciwnie. I może dlatego też warto się z nią zapoznać. Moja ocena: 8/10, czyli bardzo dobra. 
Share: