Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z przymrużeniem oka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z przymrużeniem oka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 lipca 2014

Rycerze Zodiaku (1986-1989)

UWAGA! W recenzji tej będą używane częściowo nazwy oryginalne naprzemiennie z nazwami przetłumaczonymi pośrednio z języka francuskiego. Dlaczego? O tym dalej we właściwej recenzji.

Jeśli szukasz czegoś dla zabicia nudy, gdzie główny bohater jest irytujący jak diabli, postacie, choć z potencjałem, stoją w miejscu, nie grzeszą inteligencją i nie zmieniają się, a także jeśli szukasz czegoś podniosłego, gdzie czas rządzi się własnymi prawami oraz fabuła praktycznie sprowadza się do nawalanki, to jest to anime dla ciebie! Na pewno zachwycą cię płomienne przemowy, niczym z tekstów komunistycznych przywódców (o równości i braterstwie, a także o poświęceniu. Przede wszystkim o poświęceniu). Czy wspomniałam o bohaterze głównym, którego nie znoszę, jak nikogo innego? Dobrze, wnioskujecie, że właściwie moim zdaniem tytuł jest do niczego. I po co się za to brałam. Ale tak na poważniej, z czym mamy tu do czynienia?
Źródło: abystyle-studio.com
Raz na 200 lat, kiedy światu zagraża niebezpieczeństwo, przychodzi na świat reinkarnacja Ateny, greckiej bogini mądrości i wojny. Tak się dzieje i w latach 80. XX wieku. Saori Kido ma 13 lat (teoretycznie, ale do tego wrócę) i jest właśnie tym wcieleniem Ateny. Bogini służy 88 Rycerzy (mają oni swoje klasy, są Złoci, Srebrni i Brązowi), którym patronuje jakiś gwiazdozbiór. Takim Rycerzem jest m.in. główny bohater, Seiya, który jest sierotą. Trenował on długo w Grecji pod okiem Marin, Srebrnego Rycerza (notabene kobieta), aż zdobył Brązową Zbroję Pegaza, dzięki czemu stał się Rycerzem Pegaza. Saori organizuje turniej dla Brązowych Rycerzy, by mogli walczyć o Złotą Zbroję Strzelca. Sprawy się jednak komplikują, a turniej jest wstępem do o wiele dramatyczniejszych wydarzeń.

Rycerze Zodiaku to seria, która ma naprawdę mnóstwo wad. I są to wady bardzo irytujące, frustrują widza, ponieważ są to błędy kardynalne i niedopuszczalne wręcz w przypadku profesjonalistów. Niemniej jednak ma kilka ciekawych rozwiązań. Ale jakie to wady?

Przede wszystkim czas. Pamiętacie, jak pisałam, że w "Zniewolonym" nie podobało mi się to, że nie czuć było w ogóle tego, że mija 12 lat? Tak tutaj jest jeszcze gorzej. Czas w Rycerzach Zodiaku rządzi się własnymi prawami, praktycznie nic nie trzyma się kupy, zwłaszcza w momentach retrospekcji. W czym to się objawia? Chociażby w tym, że główni bohaterowie według autora mają 13-14 lat, a wcale nie wyglądają na dzieci. Osobiście dałabym im około 20 lat. Podobnie Saori wygląda dojrzale na 13-latkę. Nie mówiąc o tym, że ich zachowania są zbyt dojrzałe, a nawet nie wspominam o takich drobnostkach jak to, że Hyoga, jeden z głównych bohaterów, prowadzi auto. Inni bohaterowie również wyglądają zbyt dojrzale, jak na swój wiek, a także to, że pamiętają o różnych wydarzeniach, sugeruje, że są starsi, niż zakładał autor. Dlatego na czas trzeba bardzo mocno przymknąć oko, nawet jeśli nic się nie trzyma kupy. Z wiekiem bohaterów jest sprawa techniczna, że autor mangi musiał podać wiek, ponieważ wydawca sobie tego zażyczył. I nie mam pojęcia, on chyba ten wiek kostką losował, bo nie widzę innej możliwości.

Sprawa numer dwa. Bohaterowie sami w sobie. Nie przypominam sobie, żebym tak nienawidziła głównego bohatera, jak w przypadku Seiyi. Chłopaka nie da się w ogóle polubić, jest arogancki, chamski (do tego później dochodzi mizogynia, która przejawia się w tym, że facet unosi się za bardzo honorem, nawet jeśli kobieta jest od niego lepsza). W dodatku inteligencją on nie grzeszy. Powiecie, że przesadzam? Nie, bo nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek tak źle życzyła głównemu bohaterowi, jak źle życzę Seiyi. Z resztą nie jest lepiej, do nich można ułożyć bingo, albo pijacką grę - przykładowo jak jeden z bohaterów ślepnie, to potem odzyskuje wzrok, a za chwilę znowu go traci. Inny zdaje się, że ma kompleks Edypa, kolejny ciągle płacze... A Saori jest jak księżniczka Peach, którą trzeba ciągle ratować*. Jak na boginię, jest strasznie słaba i generalnie robi niewiele. Tak, w Rycerzach Zodiaku postacie nie przechodzą żadnej przemiany. Może jedynie taką, że z idiotów stają się jeszcze większymi bezmózgami, którzy w walce nie mają żadnej strategii, a przez kwieciste przemowy wróg mógłby ich sto razy zaatakować. Ale wrogowie również zbyt mądrzy nie są, więc... Może jedyną metamorfozę przechodzi Shun, trochę jak Usagi w "Czarodziejce z Księżyca" - z beksy staje się wojownikiem, zdolnym do poświęceń (a że z tym poświęceniem przegina czasami, to inna sprawa...). Niestety, to jest właśnie główny problem - postacie mają bowiem potencjał, prosi się wręcz o to, aby je rozwinąć, ale niestety, tak się nie dzieje. Pozostają jedynie dzieła fanowskie, głównie fandomu hiszpańskojęzycznego (więc dużo to nie zrozumiem...)

Kolejna sprawa - fabuła sama w sobie. Stara seria jest podzielona na trzy części: Sanktuarium, Asgard i Królestwo Posejdona. Od pewnego momentu fabułę można jednak streścić w następujący sposób: 1) idziemy z punktu A do punktu B, 2) załatwiamy wroga, 3) powtórz czynności z punktów 1) i 2). Całkiem dobry pomysł, ale na grę przygodową, a nie na serial. Może dlatego gry z tej serii cieszą się sporą popularnością? Przy czym Sanktuarium jest serią, która rozkręca się dopiero pod koniec, a tak to się strasznie wlecze. W dodatku rozwiązanie nie zaskakuje. Dużo lepszy jest Asgard, gdzie wrogowie głównych bohaterów mają jakieś motywacje, okazują uczucia, itd. W dodatku Asgard jest dość zwartą serią, nie trwa ani za krótko, ani za długo. Królestwo Posejdona jest także ciekawe, ale nieco gorsze, a to z powodu długości - w tamtym czasie oglądalność spadła i twórcy byli zmuszeni do zakończenia serii. Dlatego zakończenie jest trochę "na szybkiego". Co jeszcze razi? Wszechobecny patos i brak jakiegokolwiek punktu przejścia, rozluźnienia, takiego comic relief. Dlatego właśnie tu znowu fandom bardziej nadrabia, a tak nie powinno być. Brakuje odcinka w stylu nauki prawa jazdy, jak w Dragon Ball Z, brakuje nawet głupich min bohaterów, czegoś, przy czym można się śmiać. Bo kwieciste przemowy nie powinny mnie bawić...

Jednakże jak już wspomniałam, Rycerze Zodiaku mają kilka fajnych aspektów. Pierwszym z nich jest przedstawienie kobiet. Urzekło mnie, że mistrzem głównego bohatera, jego autorytetem, jest kobieta i nikt nie robi z tego wielkiego halo. Kobiety również mogą być świetnymi Rycerzami. Podobnie najbardziej też z głównych bohaterów polubiłam Shuna, który jest Rycerzem Andromedy. Ani trochę nie przeszkadza mu kolor zbroi (różowy), a także to, że jego patronką jest księżniczka Andromeda (mitologia grecka się kłania), a nie żadne potężne zwierzę. Po prostu nikt nie robi z tego najmniejszego problemu. I to jest rozwiązanie, na jakie rzadko decydują się twórcy filmowi nawet dzisiaj. Oczywiście kocham nawiązania do mitologii greckiej. W Rycerzach Zodiaku jest ich całe mnóstwo (a swego czasu czytałam chyba każdą wersję mitologii, jaka mi wpadła w ręce) i bez znajomości (nawet pobieżnej) nie można zrozumieć wielu rzeczy. I miło jest sobie przypomnieć właśnie tę mitologię. Inną zaletą jest także muzyka. Niedawno Zwierz Popkulturalny miał wpis o filmach, które ogólnie są kiepskie, ale mają dobrą muzykę. I do tej kategorii można zaliczyć Rycerzy Zodiaku. Muzyka typowo z lat 80., ale mi się podoba. Co do kreski i animacji... No cóż, modna wtedy androgynia razi. Nierzadko się zastanawiałam, jakiej płci jest dany bohater. A w animacji drażni powtarzanie sekwencji ataków (ataki widzimy tylko od jednej strony, cały czas wyglądają tak samo).

I jeszcze małe słowo o tłumaczeniu. Większość odcinków oglądałam z francuskim dubbingiem i polskim lektorem. I może Francuzi cenzurowali całość, ale muszę przyznać, że mają lepsze nazwy, bardziej adekwatniejsze, np. zamiast "Saint" mamy Rycerza, zamiast "Cloth" Zbroję, itd. Gorzej było z imionami bohaterów, bo w przypadku Seiyi źle padał akcent (na ostatnią sylabę), Hyoga był Yogą, Shun był Shenem albo Shonem, czy (o zgrozo!) Odyn został Odenem, a Asgard - Asgarem. Nie obyło się bez wpadek, ale jakoś lubię oglądać anime z lektorem.

Czy w takim razie Rycerzy Zodiaku mogę zaliczyć do guilty pleasure? Teoretycznie tak, w praktyce... Czy jest się czego wstydzić? Obiektywnie rzecz biorąc seria jest kiepska, ale miło się ją ogląda, mimo wszystko. Można się pośmiać z głupot, schematów, zabawnie komentować (chyba nie mam aż takiego talentu jak Doug Walker, ale mogłabym w zasadzie zrobić filmik, komentując te wszystkie wady, które mnie raziły), ale przede wszystkim czuję klimat lat 80. Może do widza przyzwyczajonego do lepszej animacji, lepszej fabuły, itd. Rycerze Zodiaku będą nie do przełknięcia, ale mimo miło się nadrabiało ten klasyczny tytuł. Dodam tylko, że serial ma trochę kontynuacji, dlatego kolejne serie będę oceniać oddzielnie (i pisać recenzje). Dlaczego? Prawdopodobnie wyjaśni się to w kolejnym wpisie. Na dzień dzisiejszy Rycerze Zodiaku dostają ode mnie ocenę 6/10, czyli niezły (jednak te zalety złagodziły nieco wady).

PS. A bo mi się przypomniał ten filmik Douga Walkera (polecam całość, jak od razu się nie wyświetla, to chodzi mi o część od 2:33).

Share:

wtorek, 6 maja 2014

Saga Zmierzch: Przed Świtem, cz. II (2012)

UWAGA, RECENZJA ZAWIERA SPOILERY!

W dniu przyjazdu do Krakowa obejrzałam film, po którym moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Najwspanialszy film swojego życia. W ogóle nie wiem, co robiłam przez całe swoje życie, że dopiero teraz ten film trafił do mojej kolekcji pt. "obejrzane". Film jest po prostu cudowny, ma wspaniałych bohaterów, akcję, a te przesłanie i zwroty akcji... Nie, zaraz. Wróć. Żartowałam oczywiście. Tak naprawdę to jeden z najgorszych filmów, jakie było mi dane obejrzeć.
Źródło: filmweb.pl
Co z fabułą? Szczerze, do tego filmu nie trzeba znać poprzedników, które bardziej się skupiały na wątkach romansowych. Ogólnie fabuła toczy się wokół tego, że Bella stała się wampirem po narodzinach córki, Renesmee. Próbuje przystosować się do nowego życia, a w tym czasie okazuje się, że jej córce może grozić niebezpieczeństwo.

I nie ma się co więcej rozdrabniać. Film był okropnie nudny (nawet po alkoholu), postacie są nijakie, fabuła za przeproszeniem z dupy... Nawet nie wiem, co można określić mianem najgorszej rzeczy w tym filmie. Z pewnością efekty CGI. O. Mój. Boże. Nie rozumiem, jak można komputerowo generować twarz niemowlęcia i dziecka. To wygląda koszmarnie! Jeśli takie było zamierzenie, to ok, ale jeśli nie, to nie rozumiem, po co to. Po drugie - silenie się na akcję. Już z dwojga złego wolę, żeby to pozostało romansem dla nastolatków, niż żeby się bawiło w wielką akcję, w bitwę (konkurencja dla finałowego Harry'ego Pottera? Nie wydaje mi się), cokolwiek. Zwłaszcza, że okazuje się, że bitwa wampirów, która jest najlepszą sceną filmu, jest tak naprawdę... Wizją tego, co może się stać. Tak. Przez dobre 15? 20 minut człowiek się wkręca w bitwę, której nie ma. A potem szybkie i beznadziejne rozwiązanie akcji, w stylu "Aha, teraz rozumiemy swój błąd, nie będziemy wam przeszkadzać". Naprawdę, żeby to chociaż była parodia. Ale niestety, to nie jest parodia. To było naprawdę.

Nawet Lee nie pomógł temu czemuś. Jego rola może jest fajna (no i zaleta - fajnie wygląda), ale ma niewiele do powiedzenia. Liczyłam na to, że chociaż się pośmieję z głupoty tego filmu, ale raczej nudził i sprawiał, że przysypiałam. Dlatego moja ocena (i tak łaskawa) to 3/10, czyli słaby (już lituję się dla Lee). A teraz muszę się chyba czegoś napić. 
Share:

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

30 Beats (2012)

Kiedy masz celebrity crush, to jak w przypadku prawdziwej miłości, jesteś w stanie poświęcić wiele. I to bardzo wiele. Wybaczamy różne błędy, jesteśmy wyrozumiali, nawet jak ktoś nas naprawdę rozczaruje i zawiedzie. Tak mam z Lee Pacem. Nie powiem, grywał on w przeciętniakach, ale póki co "30 Beats" to... No nie, nawet nie wiem, jak to określić. Byłam zachęcona postem z tumblra, że to jest "soft porn" z nim. Liczyłam więc na jakieś hot scenki, które chociaż umilą mi jakoś wieczór. 
Źródło: filmweb.pl
O czym jest... To coś? W skrócie: film składa się z kilkunastominutowych epizodów, opowiadających historie z życia pewnych młodych ludzi mieszkających w Nowym Jorku. Ich losy luźnie łączą się ze sobą, na zasadzie "łańcuszka", tj. na początku mamy pewną parę, potem facet spotyka inną kobietę, ta następnego faceta, itd., aż wracamy do punktu wyjścia, czyli dziewczyny, którą widzimy na początku. Jest upalne lato, więc rodzą się jakieś uczucia. A właściwie to seks. Głównie seks. Tak, w skrócie, mamy niedorobionego pornola.

Z zalet... Cóż... Miałam piwo... Chipsy... O, całkiem dobre chipsy, jakieś nowe Laysy z Netto o smaku pomidorów koktajlowych, polecam. Lee miał scenkę pod prysznicem... Ale mały spoiler: nie widać nawet tyłka. Ok, a tak nieco bardziej na poważnie, to chyba Lee i epizod z nim był jedyną zaletą tego filmu. Głównie poprzez aktorstwo, a jak wspominałam, to dobry aktor. I szczerze mówiąc, jak na coś, co miało opowiadać o seksie, to on miał najostrzejsze scenki. Tak, a nawet nie było widać pewnych intymnych części ciała, a scena seksu jest jakby urwana. Dlatego jestem zawiedziona i czuję się oszukana! Naprawdę, ostrzejsze scenki widywałam w produkcjach brytyjskich, które nawet nie były pornosami, a miały konkretną fabułę.

Sam Lee lepsze scenki seksu miał w filmie "Opętany". No i liczę też na "Halt and Catch Fire", bo plota głosi, że jego postać ma trochę przypominać Dona Drapera z "Mad Men"... Ale to swoją drogą. Moje pytanie brzmi: Lee, dlaczego mi to zrobiłeś? (gdyby to był vlog, to bym tu udawała płacz) Dlaczego zagrałeś w takim... czymś?! Nie miałeś kasy, a że akcja była w Nowym Jorku, gdzie mieszkasz, to z desperacji się zgodziłeś? O co tu chodzi? Przecież zaraz potem był Hobbit, to kasy miałeś jak lodu. Mam nadzieję, że już mi tego nie zrobisz, facet. Bo jeden taki wybryk wybaczę, ba, nawet tego Twilighta wybaczę (choć podejrzewam, że do tego trzeba będzie coś mocniejszego, niż piwo), ale od tego roku masz grać w dobrych produkcjach! No.

A teraz tak całkiem poważniej, to tego filmu nie można traktować poważnie. Bo inaczej można się popłakać i załamać nad stanem kinematografii. I to nie jest kwestia konwencji, czy tematyki, ale wykonania. Ale po kolei. Pierwszy mój zarzut dotyczy redaktorzyn z filmweba, którzy ten film określili jako komedię romantyczną (co widać chociażby w tagach). Pytanie: gdzie tu komedia? Ja nie dostrzegłam ani grama humoru, nawet tego schematycznego dla komedii romantycznej. Nie było to też dramatem. Więc może "soft porno" to dobre określenie...? Druga sprawa: akurat nie mam nic do przedstawionej konwencji, że historie to epizody, a ludzie przedstawieni łączą się na zasadzie "łańcuszka". Nie, akurat nawet to jest ciekawe. A filmy składające się z epizodów nie muszą być złe (jak np. "Kawa i papierosy" Jarmuscha). Gorzej jednak z tematyką. Tematyka seksu jest o tyle trudna, że łatwo ją spieprzyć, brzydko mówiąc. Łatwo jest przegiąć i pokazać po prostu pornosa. Chociaż o ile to jest celem twórców, to nie musi to być takie złe. Szczerze, tematyka ludzi, których łączy tylko seks, albo układ "przyjaźń + seks" jest ciekawa, ale problem w tym, że nie widziałam jeszcze dzieła, które dobrze by to uchwyciło. Albo wychodzi z tego komedia (jak w "To tylko seks"), albo mamy prawie pornosa. Nie ma nic po środku, a przynajmniej nie widziałam. Choć zastrzegam, jeśli zamiarem twórców jest pokazanie seksu po prostu, to jest okej. Ale gorzej z wykonaniem.

Tak. Poza Lee aktorstwo to kompletne drewno. Narzekałam na Wooda, na Karen Gillan, ale tutaj ci "aktorzy" pobili wszystko. Zwłaszcza aktorki, które nie okazują w ogóle emocji. Naprawdę, więcej emocji widziałam w programie typu "Trudne Sprawy" czy "Dlaczego ja?". Cóż, dobrze, że te kobiety były ładne, bo namiętność to była na poziomie zerowym. Ja nie wiem, czy tym ludziom się nie chciało? Za mało im płacili? Czy to błąd reżysera, scenariusza? Nie wiem, ale widziałam amatorskie produkcje z lepszym aktorstwem.

Podsumowując: jeśli naprawdę nie masz nic do roboty, masz jakiś alkohol w lodówce, gdzieś się chowa jakaś przekąska, albo kochasz wręcz masochistycznie danego aktora jak ja, to śmiało - "30 Beats" to film w sam raz dla ciebie! Ale w innych przypadkach naprawdę nie polecam go nikomu. Jeśli bowiem aktorstwo jest na poziomie kiepskiego pornosa (ba, nawet widziałam takie z lepszym aktorstwem), to coś jest nie tak. Dlatego moja ocena ostateczna to 4/10, czyli ujdzie. A właściwie 3/10, ale dodaję pół oceny za Lee i pół oceny za konwencję, która była po prostu fajna.
Share: