Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lutego 2016

R. Galbraith - Żniwa Zła (2015)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY!

Z przyjemnością czytam i śledzę dalsze losy Cormorana Strike'a, nowego bohatera wykreowanego przez nikogo innego, jak samą J.K. Rowling, wydającą książki pod pseudonimem Robert Galbraith. Fakt, że był to swojego rodzaju eksperyment, że chciała zobaczyć, jak "początkującemu" autorowi pójdzie z wydaniem książki. Jednakże zbyt wcześnie wydało się, kim tak naprawdę jest Robert Galbraith. Wtedy sprzedaż "Wołania Kukułki" gwałtownie skoczyła do góry. Jednakże i najlepsze nazwisko nie pomogłoby, gdyby książka była kiepska. A tak nie jest w przypadku cyklu o Cormoranie Strike'u. Widać tu już doświadczenie w pisaniu, widać swoisty styl J.K. Rowling, ale w przypadku "Żniw Zła" pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest to najlepsza książka z całego cyklu, oczywiście jak do tej pory. Liczę, że będą jeszcze lepsze.
Źródło: matras.pl
Robin Ellacot w dalszym ciągu pracuje ze Strike'iem, powoli szykuje się do ślubu, a agencja detektywistyczna ma całkiem niezłe powodzenie. Pewnego dnia Robin otrzymuje makabryczną przesyłkę - uciętą kobiecą nogę. Strike podejrzewa, że być może jest to osoba, którą dobrze zna i która z jakiegoś powodu chce się na nim zemścić. Strike i Robin rozpoczynają śledztwo.

W tej książce, trzeba przyznać, dzieje się wiele. Sprawa jest dość skomplikowana, bardzo nietypowa. Tym razem do Strike'a nie zgłasza się nikt, kto chciałby rozwikłać zagadkę, a raczej Strike samodzielnie podejmuje się rozwiązania sprawy, zanim tajemniczy morderca zabije więcej ludzi. Tym razem czytelnik też od razu zna perspektywę mordercy - co jakiś czas mamy bowiem rozdziały pisane okiem mordercy (choć nie jest to narracja pierwszoosobowa, po prostu narrator wczuwa się w zabójcę), które tworzą pewne napięcie. Wiemy, że osoba, która zabija jest blisko Strike'a, wręcz go śledzi. Jednakże jest to ciekawy zabieg także z innego powodu - niemalże do końca nie znamy jego tożsamości, w zasadzie ciężko jest zgadnąć, kto nim jest - a to dlatego, że Strike ma trzech podejrzanych.

O ile w poprzedniej części trochę nie pasowało mi wtrącanie wątków prywatnych, wątków z życia Strike'a i Robin, tak tutaj mają one uzasadnienie, a czytelnik nie ma poczucia, że te wątki "przeszkadzają". Przy "Jedwabniku" miałam bowiem wrażenie, że one odciągają od głównego wątku i nie pozwalają się na nim skupić. Tutaj są wyciągane pewne fakty z życia prywatnego głównych bohaterów i jest to dużym plusem.

Robin zyskała w moich oczach. O ile pewne zachowania wydały mi się przesadzone, a sama bohaterka - nieco naiwna i dziecinna, tak tutaj wreszcie czytelnik rozumie, dlaczego Robin jest, jaka jest. Na jej życie miało bowiem wpływ straszne wydarzenie, jakim był gwałt. Przez gwałt długo nie mogła zaufać mężczyznom, przez to nie udało się ukończyć jej studiów (przeszła załamanie psychiczne). Mimo tego Robin nie poddała się, a raczej obiecała sobie, że będzie starała się, aby nie dopuścić do ponownych takich sytuacji - dzięki czemu czytelnik może zrozumieć jej zachowanie, które czasem wydaje się nieracjonalne i nazbyt emocjonalne.

Tutaj muszę się ukłonić J.K. Rowling - podeszła bowiem do bardzo trudnego tematu. Jednocześnie nie idealizowała go ani bagatelizowała tego, jak może czuć się ofiara tego okrutnego przestępstwa. Nie tworzyła zbędnej mitologii, a za to przytoczyła smutne fakty - że najczęściej gwałciciel jest osobą znaną ofierze, że policja często próbuje obwiniać ofiarę. Tak niestety wygląda rzeczywistość. Myślę, że wielu ludziom przydałaby się właśnie lektura "Żniw Zła" chociażby po to, aby zrozumieć, co może czuć takowa ofiara.

Dużym plusem jest również rozwinięcie relacji Strike'a i Robin. Narzeczony dziewczyny ulega stereotypowi, jakoby kobieta i mężczyzna nie mogliby mieć czysto platonicznych relacji. Mimo wszystko Robin i Strike mają takowe. Detektyw wspiera asystentkę mimo jej oczywistych błędów, porażek. Oferuje pomoc w trudnych chwilach, ale jednocześnie narasta między nimi konflikt, przez który zarówno jedna, jak i druga strona zaczynają mieć wątpliwości, czy Robin faktycznie nadaje się do tej pracy, czy też może lepiej nie narażać jej na niebezpieczeństwa. Przy tym wszystkim ten konflikt, który punkt kulminacyjny osiąga pod koniec książki, narasta w sposób dość naturalny, nie wybucha nagle, po prostu wszystko się "zbiera". I tworzy odpowiednie napięcie, bo czytelnik zadaje sobie pytanie, co będzie dalej. Do tego podobało mi się zakończenie otwarte książki - równie dobrze pani Rowling może zakończyć tutaj swój cykl, ale kolejne wątki mogą zostać rozwinięte w następnej książce. Niestety, nie mam informacji, czy pani Rowling pisze kolejną powieść, ale w każdym razie - czekam na nią z niecierpliwością.

Słówko o stylu - jeśli ktoś jest zaznajomiony ze stylem Rowling, czyli dokładnym opisywaniem postaci przy ich przedstawieniu, to raczej nie powinien być jakoś zaskoczony. Mimo to książkę czyta się bardzo przyjemnie, nie ma jakichś dłużyzn, zastojów, choć papierowa wersja liczy 480 stron. To bardzo lubię u pani Rowling - jej książki czyta się po prostu przyjemnie. I podoba mi się, że teraz pisze dla dorosłego czytelnika. Jedyne "ale", jakie mam, to wydanie na e-booka - nie wiem, może to wina pliku, ale momentami był on strasznie niechlujnie "poskładany" - brak wyjustowania, czasami spacje w nieodpowiednich miejscach. Nie wiem, może plik w innym formacie wygląda lepiej, ale za ten w końcu zapłaciłam, to nie jest tam, że ściągnęłam go z szemranych źródeł.

Moim zdaniem J.K. Rowling bardzo gładko przeszła od fantastyki do kryminałów, zahaczając jeszcze o książkę obyczajową. Świadczy to o dużym talencie, bowiem czytając książki o Cormoranie Strike'u, kompletnie zapomina się, że jest to autorka słynnego Harry'ego Pottera. Czekam z niecierpliwością na kolejną część, a "Żniwa Zła" dostają ode mnie notę 8,5/10, czyli bardzo dobry z plusem - obniżyłam troszkę ocenę, bo jednak sam wątek kryminalny nie był aż tak fascynujący sam w sobie, jednak książka spokojnie nadrabia rzeczami, o których wspomniałam wyżej. 
Share:

środa, 16 grudnia 2015

Scream Queens (2015)

Serial, który właściwie zaczęłam oglądać przypadkiem. Zaciekawiła mnie głównie obsada: Jamie Lee Curtis, Lea Michele, Nick Jonas, Ariana Grande i Emma Roberts w jednym serialu? Stwierdziłam, że muszę to zobaczyć. I w sumie nie zawiodłam się, choć też nie oczekiwałam cudów. Mimo wszystko wiele rzeczy potrafiło pozytywnie zaskoczyć, nie tylko obsada i role, jakie dostała.
Źródło: filmweb.pl
Serial opowiada o pewnym campusie jednej z amerykańskich uczelni, na której niepodzielnie rządzi bractwo Kappa Kappa Tau, do którego przynależeć mogą tylko wybrane studentki. Dwadzieścia lat przed wydarzeniami w domu bractwa wydarzyła się rzecz, którą potem chciano zamieść pod dywan - jedna ze studentek podczas imprezy urodziła dziecko w wannie, po czym zmarła. W roku 2015 na uczelnię trafiają nowi studenci, w tym Grace, która pragnie przynależeć do bractwa Kappa Kappa Tau, którym rządzi niejaka Chanel Oberlin. W tym samym czasie uczelnię, a w szczególności dziewczyny z Kappa Kappa Tau, niepokoi seria morderstw dokonanych przez człowieka w kostiumie Czerwonego Diabła. Nikt nie spodziewa się, że wydarzenia sprzed 20 lat mają wielki wpływ na to, co dzieje się obecnie.

"Scream Queens" to serial Ryana Murphy'ego i Brada Falchuka, tego samego duetu, który stworzył "American Horror Story". Prawdopodobnie również "Scream Queens" będzie miało podobną formę, tj. każdy sezon będzie opowiadał zupełnie inną historię. Byłam nieco zmęczona "American Horror Story", zwłaszcza, że obsada, najsilniejszy punkt serialu, bardzo mocno się zmieniła. "Scream Queens" to jakby powiew świeżości, bowiem formuła jest nieco inna. "American Horror Story" oprócz wątków grozy ma w sobie głównie wątki dramatyczne (czasem aż do przesady), tak "Scream Queens" to po prostu czarna komedia. Wprawdzie wiele przerysowanych wątków klasyfikowałoby się po prostu do parodii serialu skierowanego do młodzieży czy "young adults", jednak scenki grozy, szczególnie scenki dość okrutnych zabójstw, sprawiają, że serial jest właśnie czarną komedią.

I szczerze, tego mi brakowało ostatnio. Seria "Straszny film" skompromitowała się, tworząc parodie popularnych filmów w tym czasie (a nie tylko horrorów). Myślałam, że już raczej nie pośmieję się ze schematów, które występują w horrorach, aż właśnie pojawił się ten serial. Humor zawarty w "Scream Queens" doskonale łączy ze sobą parodię szkolnej komedii oraz horroru, tworząc czasami iście absurdalną mieszankę. Połączenie, w którym wiele może się nie udać, tutaj jednak sprawdziło się świetnie.

Trzeba jednak przyznać, że głównym atutem serialu jest doborowa obsada. Wprawdzie Emmę Roberts poznałam już w "American Horror Story", tutaj po raz kolejny gra "typową zimną sukę", jednak robi to w sposób bardziej komediowy, przerysowując postać bogatej i rozpieszczonej dziewczyny, która zdaje sobie sprawę ze swojej popularności oraz władzy. Moim zdaniem jeszcze nie raz pokaże swój talent, choć liczę, że dostanie nie tylko rolę "zimnej suki". Jamie Lee Curtis prezentuje klasę i wieloletnie doświadczenie w aktorstwie i to doskonale widać w roli pani dziekan, Cathy Munsch. Z jednej strony kobieta przy władzy, a z drugiej strony potrafi nie raz zaskoczyć. Ciekawie wypada wraz z młodszymi gwiazdami. Występ Ariany Grande czy Nicka Jonasa to raczej ciekawostki, gdyż ich role są epizodyczne (choć jedna z nich dość kluczowa, ale nie zdradzę, która). Mimo wszystko całkiem ciekawie się ich ogląda. Lea Michele również zaskakuje swoją rolą. Nie cierpiałam Rachel z "Glee", jednak tutaj ciężko ją dostrzec (i całe szczęście). Jej postać początkowo również irytuje, ale ostatecznie naprawdę zaskakuje i zasługuje na uwagę. Warto też zwrócić na gwiazdy, które właściwie debiutują, w tym na Billie Lourd, córkę Carrie Fisher (wkrótce zobaczymy ją w "Gwiezdnych Wojnach"), która również pokazała talent i ciekawą rolę. Do gustu właściwie nie przypadła mi tylko Grace. Nie jest to wina aktorki, ale raczej postaci samej w sobie, która jest tą "panną idealną" i "tą dobrą". Trochę mi się przejadły takie postacie.

Co do samej fabuły - momentami odcinki są również nierównomierne, zwłaszcza te środkowe nie są aż tak ciekawe i potrafią zanudzić (zwłaszcza wątki romansowe, choć jeden z nich jest bardzo ciekawie rozwiązany). Choć domyśliłam się już w przedostatnim odcinku, kto jest mordercą, to jednak finał jest bardzo zaskakujący ze względu na to, co działo się później. Do tego fajne, otwarte zakończenie. W sumie liczę na więcej.

Myślę, że serial przypadnie do gustu tym, którzy lubią produkcje dla młodzieży, opowiadające o szkole lub studiach - "Scream Queens" ciekawie i dobrze przerysowuje znane schematy, tworząc dobrą parodię. Wątki grozy są również świetnie wplecione i to jest duży plus serii. Myślę, że również warto zaznajomić się z tytułem ze względu na obsadę. A ode mnie serial otrzymuje notę 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

niedziela, 29 listopada 2015

Jessica Jones (2015)

Przyznaję, że z produkcjami od Marvela nie jestem na bieżąco ze wszystkim, to nie jest też tak, że zaraz pędzę do kina czy wrzucam każdego newsa na ten temat. Zresztą, newsy o tym serialu już przemykały mi od jakiegoś czasu, aż w końcu stwierdziłam, że jak wszyscy, to wszyscy - i również obejrzałam Jessicę Jones. Początkowo kierowała mną ciekawość, jak wypada tam David Tennant, jeden z moich ulubionych aktorów. ale z czasem doceniłam ten serial jako całość. Bo jest bardzo dobry, najogólniej mówiąc.
Źródło: filmweb.pl
Tytułowa Jessica Jones to była superbohaterka, która cierpi na zespół stresu pourazowego. Aby poukładać sobie życie na nowo, zakłada agencję detektywistyczną. Jessica jest dość zgorzkniałą osobą, której właściwie moce superbohaterki pomagają wykonywać dość nudne w jej mniemaniu zadania, jak śledzenie niewiernych małżonków. Wszystko się zmienia, gdy dostaje zlecenie od zaniepokojonych rodziców studentki o imieniu Hope. Wtedy to okazuje się, że do życia Jessici wraca mężczyzna, od którego próbowała się uwolnić - niejaki Killgrave.

Serial był dość ciekawie zrealizowany - premiera całego sezonu nastąpiła bowiem jednego dnia, czyli 20 listopada. Ja skończyłam zaś całość dopiero dzisiaj, bo lubię sobie jednak dawkować zdrowo seriale. Premiera nastąpiła na platformie Netflix i w związku z tym pojawiły się spekulacje, że wkrótce będzie ona dostępna także i w Polsce - był bowiem dostępny polski lektor lub napisy. Miły ukłon także w stronę polskich fanów. Dlaczego serial był dostępny właśnie na tej platformie, a nie w telewizji? Myślę, że ku temu było kilka powodów, ale o tym później.

W serialu przede wszystkim urzekły mnie kreacje postaci, zwłaszcza Jessici oraz Killgrave'a. Oczywiście reszta postaci jest również ważna, można o nich powiedzieć sporo ciekawych rzeczy, ale jednak to na nich właściwie skupia się cała historia i akcja.

Jessica to klasyczna antybohaterka. Nie ma w sobie nic z dawnej superbohaterki (nie licząc oczywiście nadludzkiej siły). Niekoniecznie pomaga wszystkim, ma problemy z alkoholem oraz sama z sobą. Jest osobą zgorzkniałą i unikającą ludzi, zwłaszcza związków z mężczyznami. Wszystko to jednak idzie zrozumieć, kiedy coraz lepiej poznajemy przeszłość Jessici i fakt, że została wykorzystana przez Killgrave'a, by ten mógł osiągnąć jakieś swoje cele. Zdaje się, że jedyną osobą, którą darzy szczerym uczuciem, jest Trish, jej siostra. Trish ma również spore problemy ze sobą, z przeszłością (ciągle nie potrafi się uwolnić od toksycznej matki, która chciała z niej zrobić koniecznie gwiazdę). Podobnie jest też z Lukiem, z którym Jessica nawiązuje romans - nie wie jednak, że była superbohaterka skrywa przed nim pewien sekret dotyczący jego żony.

Wiele tych problemów właśnie wynika z tego, że Killgrave namieszał w życiu nie tylko Jessici, ale wielu innych osób. Trzeba przyznać, że David Tennant stworzył fenomalną postać czarnego charakteru, w którym najbardziej przerażające jest to, że jest on... Bardzo realny. Niestety, mam wrażenie, że wielu ludzi w swoim życiu napotkało takiego Killgrave'a, osobę toksyczną, zdolnego manipulatora, a do tego gwałciciela z obsesją. I myślę, że to przeraża najbardziej. Jasne, że zdolności do manipulacji są spowodowane nadnaturalnymi mocami, sam Killgrave ma też dość traumatyczną przeszłość, ale nic go nie usprawiedliwia w jego działaniach i w jego "odwracaniu kota ogonem", zwłaszcza, gdy próbuje siebie kreować na ofiarę. Jednoczesne brawa dla Tennanta za mistrzowską grę aktorską (gdzie Doktor, a gdzie Killgrave), ale jednocześnie raczej piszczeć na widok takiej postaci nie będę. I o to chyba chodziło.

"Jessica Jones" to produkcja zdecydowanie przeznaczona dla starszego widza. Mimo że Marvel jest częścią Disneya, to jednak słusznie nie zdecydował się na to, by serial leciał w telewizji. Jest on dość mroczny, ma mocne, dojrzałe wątki, nie wspominając o tym, że bohaterka raczej nie jest wzorem do naśladowania dla dzieci (pije na umór), w dodatku w serialu mamy trochę mocnych scenek seksu (choć też bez przegięcia), jednak najbardziej w serialu podobało mi się to, że nazywa rzeczy po imieniu. Jessica mówi wprost o tym, że została zgwałcona, jednak jest na tyle silna, że potrafi sobie radzić z tym faktem na tyle, że mówi o tym głośno i chce uchronić jednocześnie ludzi przed tym samym. Nie ukrywam, jest to dość dojrzały wątek i raczej głównie z tego tytułu serial nie powinien być przeznaczony dla dzieci.

Właściwie gdyby nie wątek mocy nadprzyrodzonych, to można byłoby uznać "Jessicę Jones" za dobry thriller. Tak jest też ten serial zrealizowany, za wiele efektów specjalnych tutaj nie ujrzymy, co jednak nie jest żadną wadą. Podobnie urzekła mnie muzyka, odpowiednio wprowadzająca w klimat serialu.

"Jessica Jones" to serial Marvela, który dotyka dość trudnych spraw, ale przy tym pokazuje, że zarzut o tym, że produkcje o superbohaterach są "dla dzieci", są naiwne i głupiutkie, jest bezpodstawny. Także seriale o superbohaterach mogą mówić o rzeczach trudnych i rzeczach ważnych. Kreować realne postacie, którym człowiek albo kibicuje, albo wręcz nienawidzi. I bardzo to cenię. Serial jako całość ogląda się świetnie i śmiało go polecam. Moja ocena: 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

poniedziałek, 15 czerwca 2015

E.L. James - Nowe oblicze Greya (2012)

UWAGA! Ta recenzja zawiera spoilery!

Nareszcie skończyłam książkę, która męczyła. Po prostu męczyła. Już nawet nie była na tyle kontrowersyjna, na tyle zła, żeby ją czytać z zapartym tchem, przy okazji śmiejąc się z tego, jak to coś jest kiepsko napisane. Była po prostu nudna, choć przy tej części zrozumiałam, co może się podobać fankom tej książki. Co nie znaczy, że ta rzecz, do której jeszcze wrócę, jest opisana w sposób dobry i wiarygodny. A wręcz przeciwnie. I nie oznacza to także, że autorka wystrzegała się błędów. Tych jest znowu cała masa. Niniejsza recenzja będzie również podsumowaniem całej trylogii.
Źródło: upolujebooka.pl

Trzecia część słynnego cyklu o związku Christiana Greya i Anastasii Steele rozpoczyna się opisem ich podróży poślubnej po Europie. Sielanka trwa w najlepsze, mimo wybuchów złości Christiana i kłótni o przysięgi małżeńskie (Ana powiedziała, że nie ślubowała mu posłuszeństwa). Okazuje się, że spokój młodego małżeństwa zakłóca kolejny raz osoba, która z jakiegoś powodu prześladuje Anę. Wkrótce okazuje się, że to jej były szef, który się na niej mści.

Muszę powiedzieć, że całość jest po prostu bardzo słaba. Z tym, że nawet nie jestem w stanie do końca określić, która z książek jest najsłabsza. Czy pierwsza, którą czyta się szybko, ale jest tak koszmarna stylistycznie, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać? Czy pozostałe dwie, które wieją nudą i od czasu do czasu dorzucają jakieś kontrowersyjne rzeczy, które powodowały u mnie wściekłość? Przy trzeciej części wiem jedno: zrozumiałam, o co chodzi fankom. Trzecia część ma bowiem przesłanie pt. "Każdy może się zmienić pod wpływem miłości, nawet najgorszy drań." Z tym, że... Takie rzeczy to chyba tylko w bajkach, niestety. Brak realizmu to chyba najgorszy z grzechów tej książki, czy nawet całej trylogii.

I nawet nie mówię o stereotypach w stylu "kobieta zawsze poleci na kasę", czy "kobieta będzie do końca życia z draniem, choćby nie wiem, co", ale o tym, że po pierwsze - dlaczego fankom książki Christian Grey nie kojarzy się z patologią ani z osobą toksyczną, która powinna siedzieć w więzieniu za przemoc psychiczną? Bo właśnie dlatego, że Christian jest obrzydliwie bogaty, a patologia kojarzy się z biedą. Do tego dochodzą smutne stereotypy i przekonania fanek, z którymi miałam okazję się spotkać - np. takie, że dziewczyny te nie wierzyły, że w książce jest scena gwałtu. Bo jest - w końcu każdy seks bez zgody drugiej osoby, czy czynności dokonywane wbrew jej woli są gwałtem. Widać przy tym, jak w naszym społeczeństwie panuje chore przekonanie, że gwałty się nie zdarzają w małżeństwie, a raczej się kojarzą ze zbirem w ciemnej uliczce, który atakuje. A co gorsza, bohaterka nic z tym nie robi. Niby Ana twierdzi, że nie leci na pieniądze, ale jednak przyczyną niemal wszystkich przykrych zajść są właśnie one, plus do tego chęć całkowitej kontroli Christiana nad tym całym życiem i otoczeniem.

I tu wyłażą kolejne problemy - lenistwo i słaby research. Lenistwo - bo łatwo jest opisać świat bogatych ludzi, którzy jeżdżą gdzie chcą, pracują właściwie po to, żeby nie siedzieć w domu po prostu, stać ich na wszystko, czego pragną. Takie rzeczy pisze się bardzo łatwo, gorzej, jakby się zastanowić, gdyby para musiała zaczynać wszystko od zera, wiązać koniec z końcem, itd. Poprzez słaby research mam na myśli głównie "brytyjskość" książki. Akcja toczy się w Stanach Zjednoczonych, a znowu - Grey lubi samochody popularne w Europie, jak Audi, czy Saab, ma także krytyczny stosunek do posiadania broni, co jest raczej dość niezwykłe w przypadku człowieka bogatego w USA.

Leży także przy tym psychologia postaci, której zwyczajnie nie ma. Christian Grey objawia się jako człowiek, który chce kontrolować wszystko - i w życiu zawodowym i w prywatnym. Przy tym... Często jest jednak tak, że wysoko postawieni kierownicy, dyrektorzy właśnie potrzebują odreagowania poprzez dość nietypowe rozrywki, a także czytałam o tym, że często bawią się w oni właśnie w BDSM, ale w roli uległego. Więc kiedy ten człowiek ma odpocząć? Ana natomiast przez cały cykl powieści nie zmienia się ani trochę. Ma 22 lata, w jej życiu w ciągu raptem kilku miesięcy zachodzi wiele zmian, a ona jakby niczego się nie uczy, jest wciąż naiwna, momentami aż zbyt łatwowierna i ostrożna. Nie rozumiem, co kierowało Greyem, że zakochał się w kimś takim. To właśnie jest typowy grzech fanfiction - tworzenie bohaterki pozornie przeciętnej, ale przy tym ubóstwianej z jakiegoś niewiadomego powodu przez mężczyznę jak ze snu. Najbardziej chyba dobiła mnie scena, w której poinformowała swojego męża o ciąży, a ten się wściekł (również niezrozumiałe, w końcu są małżeństwem, mają pieniądze, co stoi na przeszkodzie?), natomiast Ana zaczęła go... Przepraszać za to, że zaszła w ciążę. W pewnym momencie miałam nadzieję na jakąś poprawę, kiedy Anastasia stanowczo mówi o tym, co sądzi o reakcji męża, staje się twarda i obstawia na swoim. Ale to trwa tylko przez chwilę, niestety...

W książce jest wiele sytuacji, które kwalifikują się pod definicję toksycznego związku: chorobliwa zazdrość, obwinianie ofiary, nieufność, ciągła kontrola nad tym, co robi, gdzie wychodzi, z kim rozmawia. Nie wiem, jak nie uważam, żeby coś takiego było objawem romantyzmu i troski, a raczej sygnałem do zastanowienia się, czy warto z kimś takim być. Nie mówiąc o scenie gwałtu.

Całość nie prezentuje się również najlepiej także poprzez ckliwe zakończenie. Miała być pikantna opowieść o związku z elementami BDSM, zakończyło się to natomiast jak romans, aż chciało się dodać "i żyli długo i szczęśliwie, uprawiając ostry seks". Tak, Christian i Ana stają się małżeństwem, książka kończy się w momencie, kiedy spodziewają się drugiego dziecka. Tylko tyle i aż tyle. Nie rozumiem, co w tym przełomowego, a już na pewno nie pokazuje to dobrze BDSM.

Całą trylogię uważam za książki, które mogą być szkodliwe, a na pewno za takie, które nie są odpowiednie dla dziewczyn w wieku 15-16 lat. Kreują one bowiem zły obraz związku, romantyzując toksyczną relację i przedstawiając ją w dobrym świetle, na zasadzie "on na pewno się zmieni". Nie, nie zmieni się, wystarczy poczytać opowieści o ofiarach przemocy domowej. Takich Christianów Greyów mamy w naszym środowisku od groma, tylko oni są bohaterami gazet, a nie książek. I nie są po prostu bogaci. Książki pokazują kobiety jako istoty słabe, które powinny się podporządkować facetom, inaczej nie dadzą sobie rady w życiu. Poza tym przedstawiają BDSM w bardzo złym świetle i generalnie to, co jest pokazane w książce, nie jest BDSM, które ma zasady, że jest bezpieczne i dzieje się za zgodą obojga partnerów (takich zasad jest więcej, wystarczy pogrzebać, by się przekonać). Książki te mogą być szkodliwe, ale nie muszą - bo raczej sądzę, że sporo ludzi jest w stanie zdystansować się do tej (kiepskiej) fikcji.

Mimo to, druga i trzecia część są lepsze stylistycznie, acz wciąż przede wszystkim wieją nudą, poza tymi momentami pokazującymi to, jaki Christian potrafi być. Wtedy to naprawdę byłam zła. Nie polecam tych książek nikomu, raczej czytałam je po to, aby ludzi ostrzegać, a nie zachęcać. Nie dość, że promują szkodliwy obraz związku, to są zwyczajnie słabe i nudne. Dlatego zarówno całość, jak i trzecia część trylogii o Greyu otrzymuje ode mnie ocenę 3/10, czyli słaba. Podnoszę ocenę ze względu na poprawę języka. Ale tak to... Nie ruszać tego wcale. Ani to romantyczne, ani dobre, ani ciekawe. Po prostu powinno zaginąć w odmętach kiepskiej literatury, a nie zostać wypromowane.

PS. Wiem o tym, że pani James pisze książkę o tych samych wydarzeniach z perspektywy Greya. Nie wiem, czy zdecyduję się na przeczytanie, choć końcówka trzeciej części sprawia, że nie dziwi mnie taka zagrywka - ostatnim rozdziałem są bowiem opisane początkowe wydarzenia właśnie z perspektywy Greya. Wulgarny język narratora jednak mnie nie zachęca do czytania...
Share:

sobota, 30 maja 2015

No. 6 (2011)

Nie sądziłam, że znajdę kiedykolwiek tytuł, który może przedstawić w całkiem ładny sposób obiecujący pairing, a jednocześnie wątek miłosny nie jest tym głównym. Ten właściwy wątek jest za to bardzo intrygujący i należy do jednych z moich ulubionych motywów czy to w filmach, czy w literaturze. Jednakże nawet najlepsze tytuły mają swoje wady, dlatego nie mogę zaliczyć No. 6 do tych najlepszych. Co mogło pójść nie tak?
Źródło: filmweb.pl
Akcja tego 11-odcinkowego anime toczy się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ziemię dotknęły wojny, wskutek czego do życia pozostało tylko sześć większych osad. Jedną z nich jest tytułowa Numer 6, pozorna utopia. Jeśli jesteś członkiem elity, możesz liczyć na wiele przywilejów. Jednym z takich członków jest 12-letni Shion, mieszkający ze swoją matką, Karan. Pewnego dnia Shion przyjmuje pod swój dach niejakiego Szczura, chłopca w swoim wieku, który okazuje się, że uciekł z więzienia. Przez to zdarzenie Shion i jego matka zostają pozbawieni przywilejów i oboje muszą podjąć pracę, by mieć z czego żyć. Cztery lata później Numer 6 dotyka tajemnicza seria śmierci. Gdy tylko Shion próbuje zakwestionować rząd, wątpiąc, czy media podają im wszystkie informacje, natychmiast zostaje zabrany do zakładu karnego. Po drodze jednak ratuje go Szczur, który robi to ze względu na wdzięczność. Powoli Shion poznaje brutalną prawdę o świecie, w którym żyje.

Może zacznę od wad, bo tych jest mniej. Moim zdaniem seria jest po prostu za krótka. Wprawdzie jedenaście odcinków zamyka fabułę i nie pozostawia cliffhangerów (mimo otwartego zakończenia), jednakże czegoś tu zabrakło. Uwielbiam motyw pozornej utopii lub dystopii, jednakże moim zdaniem jedenaście odcinków po około 25 minut to zdecydowanie za mało, by dobrze wykreować przedstawiony świat, a także poprowadzić fabułę, odkryć, na czym polega spisek i wreszcie - żeby ładnie zakończyć całość. Dlatego pewne rzeczy musiały być kosztem innych, jak pobieżne przedstawienie co niektórych postaci - przykładowo interesował mnie Youming, który kontaktował się z matką Shiona i planował spisek przeciwko obecnej władzy - niestety, było o nim zbyt mało powiedziane, a rozwiązanie jego wątku uważam za mało satysfakcjonujące. Zdaje się również, że twórcy chcieli uchwycić za dużo wątków na raz, dlatego też zakończenie przynosi wiele pytań bez odpowiedzi. Lecz tak, jak mówię - wszelkie te problemy wynikają z tego, że anime jest za krótkie. Anime o podobnych wątkach, jak "Fullmetal Alchemist", czy "Monster" mają zdecydowanie więcej odcinków, dzięki czemu fabuła jest sprawnie poprowadzona. W przypadku "No. 6" niestety tak nie ma.

Co jednak jest główną zaletą? Myślę, że piękne wplecenie wątku relacji Shiona i Szczura. W jednej recenzji miałam okazję przeczytać, że ich relacje są "niejednoznaczne". Moim zdaniem tak nie jest i gdyby któryś z nich był dziewczyną, to wtedy nikt by nic takiego nie powiedział. Shion i Szczur początkowo nawet się nie lubią. Żyją w kompletnie różnych światach - ten pierwszy żył prawie całe swoje życie pod kloszem, będąc kwintesencją tego, o co chodziło władzom Numeru 6 - obywatel, który jest geniuszem w swojej dziedzinie, lecz ignorantem w innych, posłusznie oddany i ślepy. Do tego idealista. Momentami mogłam jednak zrozumieć Shiona, bowiem sama mam coś z idealistki. Wszystko jednak stopniowo się zmienia, kiedy na swojej drodze spotyka on Szczura - chłopaka z tajemniczą przeszłością, który początkowo jest zgorzkniały, gburowaty i ma właściwie tylko jeden cel - zniszczyć Numer 6. Przy tym jest też ciekawą postacią, miłośnikiem klasycznej literatury i teatru (a tymczasem Shion nie znał nawet "Hamleta"). Jest klasycznym antybohaterem i jak sam twierdzi - nie zależy mu na nikim. Pod wpływem znajomości z Shionem to się jednak zmienia i nawet sam tego nie widzi do końca, dopiero inni ludzie muszą mu mówić, że zaczęło mu na kimś zależeć i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. I ta relacja zmienia się z czasem w coś głębszego, można ich uczucie śmiało nazwać miłością.

Mam jeszcze mieszane uczucia, co do zakończenia - z jednej strony jest kilka wątków, które pozostawiają nas z pytaniami, a z kolei inne rzeczy podane są jakby na tacy, w związku z czym nie ma to już takiego smaczku (a jest tak z przeszłością Szczura, która dosłownie w jednym odcinku zostaje całkowicie wyjaśniona, tak mówiąc bez większych spoilerów).

Co do animacji, to bardzo mi się podoba - wprawdzie jest to tytuł, który już ma 4 lata, ale i tak animację i kreskę mogę zaliczyć do jednych z najlepszych, jakie widziałam. Co do muzyki - oprócz openingu nic tak nie zapadło mi w pamięć, niestety.

"No. 6" to jeden z tych tytułów, który mógłby być ideałem, lecz niestety, najprawdopodobniej ograniczony budżet na to nie pozwolił - w związku z czym niestety jedenaście odcinków to zbyt mało, żeby wszystko rozwinąć porządnie. Ale tym bardziej mnie motywuje to do znalezienia książek, na podstawie których powstał ten serial. A na dzień dzisiejszy otrzymuje on ode mnie ocenę 8/10, czyli bardzo dobry.
Share:

sobota, 18 kwietnia 2015

E.L. James - Ciemniejsza strona Greya (2011)

Słynne "50 twarzy Greya" przeczytałam już jakiś czas temu, jeszcze zanim w Polsce ta książka stała się tak popularna. W końcu postanowiłam przeczytać część drugą - a powstrzymywało mnie po prostu moje postanowienie, a mianowicie chciałam przeczytać to na czytniku e-booków (nie cierpię czytania na ekranie komputera). I... Mogę powiedzieć wprost, że o ile pierwsza część była naprawdę kiepska, ale szybko się ją czytało, tak druga była męczarnią, jeśli chodzi o czytanie, musiałam sobie ją dawkować, bo to była niezła lektura do poduszki. A to nie jedyny z grzechów tego czytadła.
Źródło: www.wsalonie.2drink.pl
Akcja książki rozpoczyna się tuż po zakończeniu pierwszej części - Ana i Christian rozstali się, ponieważ dziewczyna doszła do wniosku, że ostry seks to nie dla niej i nie chce już dłużej układu. Jak można się domyślać, po kilku dniach para wraca do siebie, a Christian dochodzi do wniosku, że kocha Anę i chce, żeby była jego dziewczyną, a nie partnerką seksualną. Początkowo mamy istną sielankę, para wybiera się m.in. na bal dobroczynny, gdzie pierwszy raz Grey pokazuje się ze swoją dziewczyną. Wkrótce jednak problemem staje się była partnerka Christiana, Leila, która, jak się okazuje, śledzi Anę. Christian postanawia pilnować dziewczyny za wszelką cenę.

Kiedy tak czytałam tę książkę, w końcu olśniło mnie, co jest tak naprawdę głównym problemem, jeśli chodzi o kreację świata i bohaterów. Jest nim czas powieści. Okazuje się bowiem, że akcja powieści od pierwszego rozdziału "50 twarzy" do końca drugiej książki to, uwaga, niecałe dwa miesiące. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że człowiek uświadamia sobie, że dzieje się tam tak dużo, że jest aż to nierealne. Szczególnie to się tyczy właśnie części drugiej. Mamy tam powrót skłóconych kochanków, problemy z byłymi Christiana, bal dobroczynny, problemy Any w jej pracy (która w dodatku po tygodniu dostaje awans!), wreszcie oświadczyny i wypadek Christiana, który musiał awaryjnie lądować helikopterem. To jest... zdecydowanie za dużo, mamy aż przesyt tego, dlatego nie dziwi mnie reakcja Any na oświadczyny, ani tym bardziej jej najbliższych - znają się po prostu za krótko.

Drugim grzechem jest przedstawienie Christiana. Mam naprawdę cholerne wrażenie, że Christian reprezentuje stereotyp, według którego kobieta zawsze poleci na kasę - ktoś nawet próbował wykazać, że gdyby Grey nie był bogaty, to fabuła książki mogłaby być fabułą serialu kryminalnego (i co ciekawe, taki motyw właśnie wykorzystano w serialu "Criminal Minds"). Naprawdę nie wiem, co jest w nim takiego, że spora część kobiet, która czytała książkę, uważa, że byłby on super partnerem życiowym. Grey ma ewidentnie problemy z samym sobą, kompleks Edypa i zaburzenia lękowe (wybuch paniki, kiedy bał się, że Ana znowu odejdzie, nie pozostawiał mi wątpliwości). Do tego nie panuje nad swoją agresją i wybuchami zazdrości. Swoją drogą, słaby z niego dominator, jak byle szara myszka sprawia, że nagle staje się potulny jak baranek i chce wziąć z nią ślub. Przedstawienie Any również irytuje, ponieważ ciągle jest ukazana jako naiwna bohaterka, w dodatku nieostrożna i pakująca się w kłopoty, których można było śmiało uniknąć. Mam wrażenie, że momentami Ana jest kreowana na typową ofiarę toksycznego związku. Co właściwie... Przy odpowiedniej narracji byłoby całkiem fajnym pomysłem, a książkę dałoby się uratować. Bo są bowiem sygnały, zwłaszcza od jej najbliższych, że jednak coś jest nie tak, że to wszystko dzieje się wręcz za szybko.

Trzecim grzechem jest to, że o ile książka zaczyna momentami przypominać zwykły, tandetny romans, jakich wiele, ale bywały momenty, przy których moje feministyczne poglądy nakazywały mi wręcz ciśnięcie tym o podłogę. Powstrzymywał mnie jedynie fakt, że wydałam trochę pieniędzy na zakup czytnika i nie chciałabym go popsuć. Ale w ten sposób powaliło mnie to, że Christian próbuje kontrolować życie Any od a do z - wie o niej wszystko, ma całą teczkę informacji na jej temat, nakazuje jej wręcz stosowanie antykoncepcji hormonalnej - a powodem jest to, że "nie lubi prezerwatyw". Jest chorobliwie zazdrosny, każe śledzić ją także w pracy, a kiedy nie chce, żeby Ana wyjechała na delegację, to zmienia regulamin finansowy wydawnictwa, w którym pracuje, tak, aby uniemożliwić skutecznie wyjazd. Do tego łamie dane słowo na temat seksu analnego - kiedy Ana wyraźnie mówiła, że nie chce tego próbować. To ma być romantyzm? Pieprz się, panie Grey.

Opisy seksu po raz kolejny mnie nie ruszały ani nie robiły na mnie wrażenia. Wszystkie były niemalże na jedno kopyto, nie było tam czegoś, co sprawiłoby, że uznałabym, że jest to seksowne i podniecające. Wręcz nawet je pomijałam. Ale poza tym mogę powiedzieć, że jedyną zaletą chyba będzie to, że język książki znacznie się poprawił. Choć dalej drażnią mnie marki (słynne "Blackberry"), ponieważ nie dość, że wygląda to jak reklama, to jeszcze czasami sprawia, że człowiek zapomina, o co w ogóle chodzi. Ja miałam tak z "Charliem Tango". Dopiero po iluś stronach było przypomnienie, że jest to helikopter.

Co mogę powiedzieć przy podsumowaniu? Mogę powiedzieć tyle, że dalej nie rozumiem zachwytu. Książka opowiada o toksycznym związku, nie o miłości. W dodatku jest nudna, przewidywalna i jest istną męczarnią, jeśli chodzi o czytanie. Ale mimo to poświęcę się i przeczytam trzecią część - tak, aby mieć ostateczną opinię na temat tego cyklu, który stworzyła pani James. Cyklu, który ma świetny marketing, tego nie można odmówić. Moja ocena to to 3,5/10, czyli słaba z niewielkim plusem. Mimo wszystko nie jest aż tak koszmarna, jak część pierwsza, ale nie jest też absolutnie dobra. Nie zapada w pamięć, a momentami czytając zapominałam, o czym w ogóle była mowa. Jedynie plus ma za poprawę języka i stylu.

PS. Jeśli ktoś by się upierał, że "to tylko książka", a z takimi argumentami się spotkałam, to odsyłam do wpisu Ann na ten temat. 
Share:

piątek, 6 marca 2015

50 twarzy Greya (2015)

I stało się. Tak, obejrzałam ten film, który pobił rekord sprzedanych biletów w pierwszy weekend wyświetlania w Polsce. Fenomen tej książki i całego merchandise z nią związanego jest czymś, czym mogą się zainteresować studenci socjologii - jak ktoś szuka tematu na pracę magisterską, to go podsuwam w tym momencie, bo dla mnie już jest trochę za późno, żeby zmieniać temat, ale gdybym mogła obronić magistra raz jeszcze... Żeby nie było (bo na filmwebie pojawił się już temat, który niejako jest hitem Internetu - "Nie czytałeś, nie rozumiesz, nie oceniaj") - książkę czytałam. Czytałam jakiś czas temu, jestem też w trakcie czytania drugiej części. Jeśli ktoś chce znać moją opinię o książce, to zapraszam tutaj. Nie będę się do niej za bardzo odnosić w tej recenzji, wolę ocenić aktorstwo i wykonanie filmu, aniżeli porównywać ją z książką. I jakkolwiek uważam, że książka jest bardzo szkodliwa, bowiem przedstawia toksyczny związek jako coś romantycznego, tak film jest... Po prostu nijaki. Nijaki w złym tego słowa znaczeniu. Bo są filmy tak złe, że aż dobre. Ten jest zły przez to, że wieje od niego nudą.
Źródło: filmweb.pl
Co jak co, ale trzeba przyznać, że fabuła filmu pokrywa się z fabułą książki. Tak więc młoda studentka literatury angielskiej, Anastasia Steele, ma przeprowadzić wywiad (w zastępstwie za chorą koleżankę) z wpływowym miliarderem, Christianem Greyem. Okazuje się, że Grey to młody i przystojny mężczyzna. To spotkanie nie jest ich ostatnim. Po pewnym czasie Christian proponuje Anie związek, w którym główną rolę będzie odgrywać sadomasochizm.

Długo nie wiedziałam, co właściwie napisać o tym filmie, poza tym, że jest nudny. Ale po paru przemyśleniach doszłam do wniosku, że jeśli książka brzmiała jak fanfiction, tak film też się ogląda jak fanfiction. Nawet w stylistyce filmu (ubrania, miejsca, niektóre elementy fabuły) widać, że jest to przerobiony "Zmierzch". Ja nie powiem - czytam i piszę fanfiction. Nierzadko takie, gdzie głównym wątkiem jest to, że dwie postacie żyją długo i szczęśliwie. Problem w tym, że fanfiction ma w sobie tę cząstkę "fan", co oznacza, że jest tworzone od fanów dla fanów. I oznacza, że niekoniecznie to, co czytamy, chcielibyśmy zobaczyć na ekranie. Dlaczego? Ano dlatego, że fabuła fanfiction najczęściej jest prosta - nie powiem, jest to miód na złamane serca fanów, którzy np. chcieliby, by dana postać żyła. Ale czy naprawdę chcielibyśmy, żeby fabuła opierała się tylko i wyłącznie o te dość banalne rzeczy, jak związek? Motyw w końcu bardzo oklepany. Podobnie jak i seks - mile widziany w fanfiction, niekoniecznie chcę to widzieć na ekranie. I jest to pierwszy grzech filmu - że jest po prostu bardzo fanfikowy w złym tego słowa znaczeniu.

Drugą rzeczą, którą uważam za grzech twórców jest fakt, że trochę rzeczy umknęło. Mam na myśli głównie to, że bez przeczytania książki widzowi trochę ciężko się połapać chociażby w tym, kto jest kim. Łatwo bowiem zapominamy o postaciach drugoplanowych, które w filmie robią głównie za tło. Tym samym nie wiemy np. kim jest mężczyzna, który towarzyszy Anie podczas absolutorium (w książce jest wyjaśnione). Nie wiemy, za co bohaterka uwielbia Thomasa Hardy'ego. I tak dalej. Wiadomo, że zawsze przy adaptacji trzeba uciąć kilka rzeczy, ale nie takich, bez których widz nie będzie wiedział, o co chodzi. Bo film powinien być zrozumiały nie tylko dla tych, którzy czytali książkę.

Łączy się z tym inny błąd twórców. Wprawdzie na szczęście nie ma przemyśleń Any (które w książce potrafiły niemiłosiernie irytować), ale za to kolejnym grzechem jest zbytnie ugrzecznienie filmu. Tak, żeby i wilk był syty i owca cała. Żeby zebrać jak największy target, a jednocześnie nie robić filmu powyżej 18 lat. Stąd sceny seksu są raczej dość delikatne, a o BDSM jest więcej gadania, niż robienia. Sceny seksu nie robiły na mnie właściwie żadnego wrażenia, a to znaczy, że coś jest nie tak, bo zazwyczaj w każdym innym filmie to one jakoś tam na mnie działają i podobają mi się.

A moim zdaniem to wynika z kolei z faktu, że po prostu aktorzy są strasznie niedopasowani. Między głównymi bohaterami nie ma żadnej chemii. Dakota Johnson gra, jakby teksty wymyślała na poczekaniu, choć właściwie jest to bardziej wina bohaterki, która jest tak wykreowana - jest nudna, nic sobą właściwie nie reprezentuje, nie ciekawi widza. Dlaczego więc miałaby zwrócić uwagę miliardera? Z kolei Jamie Dornan kompletnie nie pasuje do swojej roli. Gra bardzo sztucznie, jego kwestie raczej mnie żenowały, niż kręciły, gra tak, jakby już chciał tylko wziąć pieniądze i iść do domu. Wszelkie sceny miłosne między Christianem i Aną są zwyczajnie słabe. Wynika to z kompletnego braku chemii, nie widać między nimi tego, że rodzi się tam jakieś uczucie.

Czy film ma jakieś zalety? Wizualnie jest całkiem niezły, to muszę przyznać. Jak to stwierdziła Zwierz Popkulturalny, jest to "fajna reklama mebli". Naprawdę - wystrój i scenografia są świetne, aż chce się podziwiać tylko te meble. No i jeszcze muzyka jest klimatyczna i naprawdę niezła - utwory są rozmaite i chce się ich słuchać. Naprawdę, jeśli miałabym coś kupić z tego merchandise, to chyba byłby to soundtrack do filmu.

Tego filmu nie mogę polecić nawet fanom książki - będą po prostu zawiedzeni, że nie wszystko zostało odzwierciedlone, jak należy. Tak samo nie polecam go reszcie - jest po prostu nudny. Nie idźcie na to do kina. Ja sama wolałam zaczekać, aż jakaś w miarę dobra wersja będzie na Internecie. Film kreuje zły obraz związku, a sceny erotyczne są takie sobie. Jeśli ktoś chce dobry film z wątkami erotycznymi, ale i z porządną fabułą, to polecam chociażby "Nimfomankę" Larsa von Triera czy "Tureckie owoce" z Rutgerem Haurerem w roli głównej. Naprawdę - film sprzed 40 lat, bardzo naturalistyczny momentami, ale o niebo lepszy. Greya można sobie śmiało odpuścić, a nawet unikać jak ognia. A moja ocena to 2/10, czyli bardzo słaby. Nie daję 1, bo jednak te meble i muzyka są naprawdę dobre. 
Share:

sobota, 11 października 2014

Musimy porozmawiać o Kevinie (2011)

Często w mediach słyszymy doniesienia o tym, że rodzice znęcają się nad swoimi dziećmi. Potrafią uczynić z życia tych niewinnych istot piekło na ziemi. Sprawiają, że ich życie jest od początku do końca napiętnowane przemocą i innymi traumatycznymi wydarzeniami. Ale co jednak, gdy bywa odwrotnie? Gdy to życie rodzica staje się piekłem przez dziecko, które nie w sposób wychować? O tym właśnie opowiada film "Musimy porozmawiać o Kevinie". Film szokujący i poruszający tematy tabu, na które chyba nasze społeczeństwo nie jest gotowe. Jest to jednak film warty obejrzenia.
Źródło: filmweb.pl
Eva jest podróżniczką, pisze książki o swoich wyprawach. Któregoś dnia poznaje Franklina, mężczyznę, z którym chce spędzić resztę swojego życia. Wkrótce zachodzi w ciążę i rzuca karierę, by móc zająć się rodziną. Niestety, macierzyństwo dla Evy nie jest radosnym przeżyciem. Kobieta popada w depresję poporodową. Kiedy już z nią wygrywa, okazuje się, że nie ma w ogóle kontaktu z tytułowym Kevinem. Z chłopca wyrasta trudne dziecko, a potem trudny nastolatek, który zmienia życie matki w piekło i doprowadza do tragedii, która zmienia życie ich wszystkich.

W tym filmie ujęła mnie przede wszystkim dowolność interpretacji. Są bowiem ludzie, którzy za całe zło obwiniają matkę Kevina - jakoby nigdy nie kochała swojego dziecka, faworyzowała jego młodszą siostrę i nie wychowywała go jak należy. Ja jednak widzę przede wszystkim tutaj tragedię kobiety, która została rewelacyjnie zagrana przez Tildę Swinton. Kobiety, która idealizuje początkowo macierzyństwo, lecz potem zmierza się z brutalną rzeczywistością - najpierw walczy z depresją poporodową, a potem z dzieckiem, które staje się jej wrogiem. Nie można bowiem powiedzieć, że Eva się nie stara, wręcz przeciwnie - próbuje dotrzeć do swojego syna. Kevin jednak od małego jest manipulatorem, który owija sobie ludzi wokół palca tylko po to, aby przedstawiać swoją matkę w złym świetle. Eva obwinia siebie za wszystko. Czuje, że jest złą matką. choć przecież się stara, jak tylko może. Kevin nie jest właśnie aniołkiem, którego udaje przed ojcem. Dodatkowo smuciła mnie i jednocześnie szokowała reakcja otoczenia na to, co działo się bezpośrednio po tragedii. Lokalna społeczność obwiniała Evę o to, co zrobił Kevin i na co ona sama nie miała wpływu. Co dodatkowo sprawia, że współczuję głównej bohaterce.

Film przede wszystkim opiera się na grze aktorskiej. A ta jest świetna, zwłaszcza w przypadku Tildy Swinton oraz Ezry Millera, który genialnie zagrał nastoletniego Kevina. Oczywiście reszta aktorów też gra dobrze, ale jednak są gdzieś bardziej w tle, Choć spełniają swoją rolę, zwłaszcza aktorzy, którzy grają potem ludzi nieakceptujących Evy. Jedyną wadą filmu, jaką mogę wskazać, jest dość duży chaos. Ja rozumiem, że jest zrobiony na zasadzie retrospekcji, że stopniowo poznajemy wydarzenia, które doprowadziły do tego, co widzimy na początku, ale jednak do mniej więcej połowy filmu nie możemy jasno wywnioskować, o co właściwie chodzi. Potem jednak już jest lepiej.
"Musimy porozmawiać o Kevinie" to moim zdaniem film, który trzeba obejrzeć. Film traktujący o tematach tabu w naszym społeczeństwie (na przykład o tym, że matka może nie kochać swojego dziecka), ale film potrzebny. I film, który sprawia, że człowiek jeszcze długo o nim myśli. Ja sama piszę recenzję nie bezpośrednio po obejrzeniu tego filmu. Musiałam bowiem przemyśleć to, co chcę o nim napisać. Momentami szokuje i przeraża, ale jednocześnie daje pole do popisu widzowi, który może różnie interpretować dane zdarzenia. Zmusza do refleksji. Stąd również moja ocena, czyli mocne 8,5/10, czyli bardzo dobry z plusem. Polecam wszystkim, którzy nie boją się trudnych tematów. 
Share:

czwartek, 28 sierpnia 2014

Lucy (2014)

Jakby to rzekł Francis Bacon: „Wiedza to potęga”. I chyba to w tym krótkim zdaniu można zawrzeć esencję i przesłanie najnowszego filmu Luca Bessona, czyli „Lucy”. Opowieść może niezbyt skomplikowana, może każdy już gdzieś to widział, może dla niektórych jest niezrozumiała albo za krótka… Ale jednak muszę przyznać, że robi wrażenie. Nawet jeśli trailer filmu potrafił zmylić. Ale o czym opowiada film?
Źródło: filmweb.pl
Lucy jest zwykłą amerykańską dziewczyną, która obecnie przebywa na Tajwanie. Poznaje nieciekawego faceta o imieniu Richard, który siłą nalega na to, by załatwiła za niego pewną sprawę – a mianowicie poszła z tajemniczą walizką do hotelu i zostawiła ją niejakiemu Jangowi. Gdy tylko tajemniczy odbiorca walizki pokazuje się w recepcji, Richard ginie, a Lucy zostaje zabrana do pokoju, by tam mogła sprawdzić zawartość walizki. Okazuje się, że jest w niej nowy narkotyk o tajemniczej nazwie CPH4. Lucy ma przewieźć narkotyk, który został umieszczony w jej podbrzuszu. Niestety przez przypadek jego zawartość dostaje się do krwiobiegu głównej bohaterki. Od tej pory Lucy zyskuje nadludzką moc.

Zanim piszę recenzję danego filmu, zwykle zapoznaję się z innymi opiniami. Tutaj mam wrażenie, że ludzie jakby zapomnieli, czym jest gatunek science fiction. Nawet w gazetach natrafiłam na krytykę głównego motywu filmu, a mianowicie tego, że jakoby ludzie mieli wykorzystywać tylko 10% swojego mózgu. Również definicja tego, czym jest CPH4 jest nieprawdziwa. Ale właśnie o to chodzi. W końcu sci-fi tylko wzoruje się na nauce, jaką znamy, nie oznacza to, że wszystkie teorie naukowe przedstawione w danym dziele muszą być od razu prawdziwe. A w filmie „Lucy” prezentuje się to naprawdę ciekawie.

Ciekawa jest przede wszystkim główna bohaterka, grana przez Scarlett Johansson. Nie wiemy o niej nic, prawdopodobnie jest prostą dziewczyną, która chciała po prostu dobrze bawić się w obcym kraju. Nie jest żadną tajną agentką, superbohaterką. Besson jednak odpowiednio dawkuje napięcie i powoli widza zaczyna przerażać wizja tego, czym człowiek może się stać. Zaczynamy też zadawać sobie pytania na temat granic naszego poznania. Czy można wiedzieć wszystko? Skąd wiemy, że właściwie istniejemy? Czym możemy się stać? Czym jest czas? Dzięki głównej bohaterce zaczynamy właśnie o tym myśleć. A na tym moim zdaniem polega istota sci-fi, czyli wizja przyszłości, wizja technologii czy nauki ma być tylko pretekstem do szerszych rozważań głównie na temat człowieczeństwa. I to autorowi „Piątego elementu” się udaje.

Z innych zalet – na pewno w filmie wyróżnia się rola Morgana Freemana jako wybitnego naukowca, który okazuje się jednak kimś wyjątkowo głupim przy Lucy, która stopniowo zyskuje całą wiedzę i odkrywa nowe możliwości. I co najlepsze – widać, że sam sobie to uświadamia. Dość zabawnie jednak to wygląda, ponieważ Freeman ciągle będzie chyba mi się kojarzył z Bogiem z „Bruce’a Wszechmogącego”. A tu jak na ironię mamy odwrócenie schematu – największy naukowiec okazuje się kimś małym przy dziewczynie, o istnieniu której nie wiedział jeszcze przed kilkoma godzinami. Dla mnie wielką zaletą są również ujęcia i montaż. W filmie mamy ciekawie wplecione fragmenty filmów przyrodniczych czy dokumentalnych. Momentami są one symboliczne, stanowią jakby komentarz dla danej sceny, ich montaż przypomina też trochę przekaz podprogowy. Efekty specjalne również stoją na wysokim poziomie. Nie jest ich też ani za mało, ani za dużo. Nie mam tu większych zastrzeżeń.

Co z wad? Wadą może się okazać długość filmu. Dla mnie 90 minut to w sam raz, by opowiedzieć dobrą historię, wprawdzie niektóre elementy nie są istotne i trzeba było z nich zrezygnować (np. nie wiemy praktycznie nic o przeszłości Lucy, jedynie możemy się domyślać kilku rzeczy), ale czegoś zabrakło. I w ten sposób ucierpiały inne postacie, jak policjant Del Rio, który zostaje wprowadzony „na szybkiego” i wydawałoby się, że jego wątek będzie istotny, a w ostateczności pozostaje gdzieś na poboczu. Ogólnie w filmie okazuje się, że najważniejsza jest jedynie postać Lucy. A szkoda, bo mamy w ten sposób zmarnowany potencjał. Jednak nie na tyle, by drastycznie obniżać ocenę filmu.

Po obejrzeniu całości miałam skojarzenia z anime „Neon Genesis Evangelion”, które uznaję za najlepsze anime w historii tego gatunku. Osobiście lubię sprawnie wplecione wątki filozoficzne w filmach, filmy, które zmuszają do myślenia, zastanowienia się, które nie dają gotowej odpowiedzi, ale jednocześnie zapewniają dobrą rozrywkę. Tak jest też w przypadku Lucy. Jeśli liczysz na dobre sci-fi, to jest to film dla Ciebie. Jeśli nie przeszkadza Ci przy tym odrobina akcji, to również się nie zawiedziesz. A ode mnie film otrzymuje ocenę 9/10, czyli rewelacyjny.

[recenzja opublikowana także na portalu filmidlo.pl]
Share:

niedziela, 11 maja 2014

Rezydent (2011)

Jestem już przy końcówce filmów z Lee. Zostały mi praktycznie tylko takie, które rzadko przewijają mi się na tumblrze (w postaci gifów of course), czy ogólnie niewiele o nich wiadomo. Do takich filmów należy między innymi "Rezydent". Nie rozumiałam, dlaczego, skoro obsada jest bardzo dobra: oprócz Lee główną rolę gra tam Hilary Swank, a postać drugoplanową - Christopher Lee. I byłam tym mile zaskoczona, ale... To na tyle. Niestety.
Źródło: filmweb.pl
Młoda lekarka Juliet właśnie wprowadza się do nowego mieszkania. Rozstała się z chłopakiem, więc szybko szuka czegoś taniego dla siebie. Bardzo duże mieszkanie wynajmuje jej Max, przystojny mężczyzna w średnim wieku, opiekujący się swoim dziadkiem, Augustem. Szybko jednak okazuje się, że coś jest nie tak, lekarka ma przeczucie, że mieszkanie jest dziwne i coś ją śledzi. Niestety, nie myli się.

I... Miałam chyba zawyżone oczekiwania, niestety. Zwłaszcza po takiej obsadzie. Więcej jest wad, niż zalet i od tego zacznę. Po pierwsze, film jest zdecydowanie za krótki. Nie ma jakiegoś wyważenia, napięcie tworzy się w nieodpowiedni sposób. Po drugie - mylenie widza. Początkowo myślałam, że film będzie zmierzał w ciekawą stronę, zwłaszcza, że po jakichś 30 minutach dowiadujemy się, co faktycznie jest nie tak i kto śledzi główną bohaterkę. Sądziłam, że będzie to wyścig z czasem, że napięcie będzie budowane w ciekawy sposób, że właśnie będziemy się zastanawiali, kiedy i jak główna bohaterka wpadnie na ten trop. No i wyjaśnienie, dlaczego jest śledzona. Niestety, wyjaśnienie jest banalne (myślałam, że kluczem będzie postać grana przez Christophera Lee, ale jednak pomyliłam się), a zakończenie (dość otwarte) sprawia, że pozostają pytania bez odpowiedzi, a nie tego po thrillerze oczekuję.

Thriller jest trochę bowiem jak kryminał, a nie wyobrażam sobie, żeby kryminał nie rozwiązywał zagadki. I właśnie też szkoda obsady - bo np. August, dziadek właściciela mieszkania, okazał się postacią właściwie zbędną, która nie ma wpływu na rozwój wydarzeń. Szkoda więc, że talent Christophera Lee został zmarnowany. Główna bohaterka również jest dość przeciętna. Nie jest zła, ale też nie zachwyca. I momentami porażała mnie jej głupota - bo wiedzę medyczną zaczyna wykorzystywać praktycznie pod koniec filmu. Z zalet - postać faceta, który śledzi główną bohaterkę. Jest to klasyczny przykład obsesji i to chorej. Takie postacie lubię, bo choć mnie przerażają, to w pewnym sensie też mnie fascynują. Choć szkoda, że nieco ta postać została spłycona i nie wiemy tak do końca, co nią kieruje. Podoba mi się również montaż. I to chyba tyle, bo Lee nie miał za wiele do grania. No i... Jeśli scenki, które mi się najbardziej podobają w filmie, to scenki seksu, to niestety, coś jest nie tak.

Generalnie filmu nie poleciłabym, chyba, że komuś się całkiem nudzi. Albo jest fanem jakiegoś aktora tak jak ja. Bo naprawdę, gdyby nie Lee, nie spojrzałabym na ten film, choć obsada jest niezła. I szkoda mi właśnie tej obsady dla dość marnego i nieciekawego scenariusza, bo jak na thriller - słabo wciąga. Brak jednoznacznego rozwiązania, za mało napięcia i za długi finał. Dlatego też nie mogę dać oceny wyższej niż 5/10, czyli średni. 
Share:

niedziela, 9 marca 2014

Opętany (2009)

Z góry tylko zaznaczę, że w ramach nadrabiania filmów z Lee Pacem wczoraj obejrzałam również "Niezwykły dzień panny Pettigrew", jednakże nie napisałam recenzji, ponieważ jest to chyba taki film, o którym nie wiem, co napisać mądrego. Nie, nie był zły, wręcz przeciwnie, jednakże nie chciałabym, żeby recenzja ograniczała się praktycznie do kilku zdań. Dlatego mówię tutaj, że jeśli ktoś nie oglądał, to warto. Zwłaszcza, że jest dostępny legalnie i za darmo w serwisie vod.onet.pl. (Nie, to nie jest reklama strony, po prostu promuję legalne oglądanie filmów i seriali, jeśli jest to oczywiście możliwe. A skoro wiem, gdzie zobaczyć, to przy okazji podaję adres). Natomiast dzisiaj zobaczyłam film "Opętany" z roku 2009. I nie będę oszukiwać, również dla Lee, zwłaszcza, że na gifach prezentował się w tym filmie całkiem ciekawie. Choć sam film... W dużej mierze przypominają mi się filmy, jakie swego czasu serwowała telewizyjna Jedynka, coś z serii "okruchy życia", albo też jakieś thrillery z niezbyt skomplikowaną fabułą. Takie filmy były kręcone dla telewizji amerykańskich głównie w latach 90. "Possession" trzyma się tego schematu, choć jest to film z roku 2009. 
Źródło: filmweb.pl
Ale o czym jest "Opętany"? Na początku widzimy młode małżeństwo, Jess i Ryana, którzy są ze sobą bardzo szczęśliwi. Do pełni szczęścia brakuje im jednak dziecka i świętego spokoju - po wyjściu z więzienia razem z nimi zamieszkał brat Ryana, Roman, który w ogóle nie myśli o tym, żeby się od nich wynieść. Pewnego dnia Roman podsłuchuje rozmowę małżeństwa o tym, że chcą w jakiś sposób się go pozbyć. Roman decyduje się wyjechać, choć wie, że ma zakaz wyjazdu poza stan. W pościg za nim rusza jego brat. Niestety, obaj mają wypadek samochodowy, na wskutek czego znajdują się w szpitalu w stanie śpiączki. Pierwszy wybudza się Roman, który zachowuje się dziwnie. Z typowego "złego chłopca" nagle staje się zupełnie inną osobą - zaczyna mówić, że jest Ryanem, mężem Jess. I choć kobiecie wydaje się to dziwne, decyduje się na to, by pomóc w jakiś sposób swojemu szwagrowi...

Wolę być szczera: film, choć ma pewne zalety, nie należy do wybitnych. Jest to dobra rozrywka, jeśli ktoś lubi mieć jakiś dreszczyk emocji, ale niekoniecznie lubi efekty rodem z horrorów. Lubię generalnie thrillery za to, że często utrzymują w napięciu aż do końca. I czy w "Opętanym" się to sprawdziło? No... Właśnie nie.

Bo choć momentami film mnie wciągał, sprawiał, że byłam ciekawa, do czego to wszystko zmierza, a w głowie miałam kilka opcji rozwiązań całej zagadkowej sprawy (wraz z rozwojem zdarzeń oczywiście), ale jednak rozwiązanie (bez zbędnych spoilerów) rozczarowuje niestety. Zwłaszcza sama końcówka robi się dość cukierkowa i nie taka, jaką oczekiwałabym po thrillerze. Co do bohaterów, mam mieszane uczucia. Bohater, którego gra Lee, czyli Roman, jest akurat świetnym przykładem psychopaty, który potrafi bardzo dobrze grać, byleby dopiąć swojego celu. I za to należą mu się wielkie brawa. Lecz niestety, partnerująca mu Sarah Michelle Gellar, czy aktor odgrywający jego brata (sami widzicie, tak się wciągnęłam w jego historię, że nawet nie wiem, co to za aktor) już mu nie dorównują. Grają po prostu cukierkowe małżeństwo, trochę wzięte z reklamy czy z taniego romansu, gdzie mąż pisze żonie listy, sprawia małe prezenty bez okazji, są razem szczęśliwi... I właściwie tylko tyle można o nich powiedzieć. A szkoda. Inną zaletą filmu jest montaż i zdjęcia - momentami mamy dość ciekawe ujęcia i przejścia, zwłaszcza przy scenach przypominania sobie momentu wypadku, choć z drugiej strony momentami one bardziej przypominają lata 90. i filmy z tego okresu, niż filmy sprzed 5 lat (bo bywały lepsze). Muzyka bez zarzutu, choć nie zawsze budowała napięcie.

Podsumowując, film "Opętany" to dobra rozrywka, ale na jeden raz. Lekko rozczarowująca, ale na pewno nie rozczarujecie się scenkami z Lee (choć z drugiej strony nie dziwi mnie to, że na tumblrze krążą gify praktycznie tylko z kilku scenek, dość charakterystycznych). Po Sarze Michelle Gellar jednak spodziewałam się czegoś więcej, acz to nie jej wina, że bohaterka jest zwyczajnie słaba. Jeśli lubicie Lee Pace'a, to myślę, że można obejrzeć. Jeśli niekoniecznie - to tylko, jeśli komuś się nudzi. Dlatego moja ocena to 6/10, czyli niezły (i to niezły ze względu na Lee).

EDIT (04/04/2014): Małe postscriptum, ponieważ dowiedziałam się, że istnieje alternatywne zakończenie dla tego filmu. Obejrzałam je na youtube i... Szczerze, choć to nie jest to, co oczekuję po thrillerze (bo to zakończenie nie wyjaśnia całej sprawy), jednak bardziej mi się podobało, bo jest niejednoznaczne i nie przedstawia Romana jako skrajnego psychopaty bez serca. Może czasami lepiej, by pewne sprawy były niewyjaśnione? W ten sposób całość bardziej zbliża się do melodramatu, niż do thrillera, ale gdyby to zakończenie było pokazane jako pierwsza opcja, chyba byłabym bardziej zadowolona. 
Share:

sobota, 12 października 2013

Big Love (2012), czyli dlaczego unikam polskich filmów.

Od jakiegoś czasu wydaje mi się, że w polskim kinie mamy tendencję do marnowania dobrych tematów. Nie wiem, z czego to wynika. Z braku budżetu? Z braku pomysłu? Z ignorancji twórców, którym chyba nie chce się wgłębiać w problemy (zwłaszcza w problemy młodzieży) i robić przez to parodię problemu, a tym samym spłycając go? Nie mam pojęcia. Niedawno obejrzałam "Bejbi Blues" w reżyserii Katarzyny Rosłaniec. Wydawałoby się, młoda reżyserka, powinna znać problemy młodzieży. Ale widać nie, powtórzyła tym samym błędy "Galerianek" (nie mówię tu o etiudzie dyplomowej, akurat ona wypadła lepiej, niż odpowiednik kinowy). Pani Barbara Białowąs ze swoim "Big Love" również się nie popisała, lecz w tym przypadku mamy tu do czynienia z innymi błędami, niż wymyślanie problemów, których nie ma. W dodatku pani Białowąs zrobiła sobie kiepską promocję, robiąc "dyskusję" z redaktorem filmweba, ponieważ nie zgadzała się z jego recenzją. Jeśli ktoś nie widział - polecam obejrzeć, chociażby po to, żeby zobaczyć, jak się nie powinno dyskutować. Dzisiaj jednak zabrałam się w końcu za film, który był przedmiotem tamtej afery. 
Źródło: filmweb.pl
"Big Love" to historia, której akcja rozpoczyna się pod koniec lat 90. Opowiada ona o 16-letniej Emilce, która jest córką znanej aktorki. Matka jednak jest w ciągłych rozjazdach, więc nie poświęca zbyt wiele czasu córce. Ta tymczasem poznaje starszego od siebie Macieja, granego przez Antoniego Pawlickiego. Zakochuje się w nim i wkrótce ucieka z domu, by móc być z nim. W ten sposób zaczyna się ich toksyczny związek, który ma tragiczny finał.

I sama nie wiem, od czego zacząć. Z jednej strony chciałam pisać, że recenzja może zawierać spoilery, ale jednak uznałam, że jest to bez sensu, bowiem prawdopodobnie od pierwszych minut tego filmu znamy jego rozwiązanie. To jest pierwsza rzecz, jaka mnie ubodła. Ponieważ jest to kolejny przypadek, kiedy polskiego widza traktuje się jak idiotę i podaje się rozwiązanie na talerzu, zamiast pozostawić pewne rzeczy domysłom. Irytuje mnie to okropnie, ponieważ z jednej strony jest to film ewidentnie dla dorosłych, a jednak widza traktuje się jak dziecko, które trzeba prowadzić za rączkę i pokazać "Tak, to się skończyło tak, czy siak". Dlaczego choć raz nie można pozostawić zakończenia otwartego? Dlaczego w polskim kinie wiele rzeczy jest mało subtelnych? Wrócę jeszcze do tego wątku.

Sam temat jest bardzo ciekawy i ma duży potencjał - toksyczny związek, w którym jedna osoba chce mieć całkowitą kontrolę nad drugą, co prowadzi do destrukcji głównych bohaterów. Dla mnie pomysł - bomba. Myślę, że pani Białowąs chciała przedstawić ten wątek niepretensjonalnie, nie tak jak w wielu telewizyjnych filmach obyczajowych z cyklu "Okruchy życia". Rozumiem, że chciała dodać tu artyzmu, żeby nie wyszły takie "Trudne sprawy", ale jednak co za dużo, to niezdrowo. I pominięcie pewnych istotnych elementów nie sprawia, że film ma więcej artyzmu, tylko sprawia, że staje się nielogiczny. A w czym to się przejawia?

Przede wszystkim kluczem jest tu główna bohaterka. Od początku do końca nie mogłam rozgryźć jej zachowań, decyzji. Dlaczego tak łatwo ucieka od matki, mówiąc (jako 16-letnia dziewczyna!), że ona "chce mieć facetów"? Dlaczego właściwie nie jest wspomniane, co doprowadziło do tego, że jest tak rozpuszczoną nastolatką, która szkołą się nie przejmuje, pali papierosy, później nawet dochodzą narkotyki i ciągle imprezuje? Czy tylko to, że jej matka jest znaną aktorką, której ciągle nie ma? Nie wydaje mi się, ale film tego nie wyjaśnia. Tak samo postać jej matki jest dla mnie nielogiczna. Daje córce bardzo łatwo uciec, nie walczy o nią, a potem, po kilku latach zachowuje się, jakby nic się nie stało. Oj, nie popisała się tu Małgorzata Pieczyńska, choć złą aktorką nie jest - tu jest bardziej wina źle rozpisanej postaci. Kolejna sprawa - związek z Maciejem. Zaczyna się on dziwnie szybko - po prostu Emilia raz go zobaczyła w klubie. I ok, gdyby nie to, że... Nawet słowem się do siebie nie odezwali, nie nawiązali nawet kontaktu wzrokowego, nie wymienili numerów, ani nic z tych rzeczy. Później Maciej sam ją odnajduje pod szkołą. Potem jest trochę lepiej. Emilia bowiem przejawia osobowość kobiety stłamszonej, uzależnionej od drugiej osoby (objawia się to niezdecydowaniem, ciągłymi rozstaniami i powrotami do Macieja, choć ten ją rani), mimo że chce zacząć lepsze życie i robić karierę jako piosenkarka. Jednak sama końcówka (i tu uwaga, spoiler) sprawia, że jednak Emilia znowu staje się postacią nielogiczną i źle rozpisaną - po prostu chciała, żeby sam Maciej ją zabił. Wręcz go o to poprosiła, choć nic na to nie wskazywało. Daje to wiele pytań bez odpowiedzi - bo kiedy wydaje się, że decyduje się na to, by żyć normalnie, to podejmuje tu nielogiczną i niczym nieuzasadnioną decyzję, która... Nie przynosi żadnych korzyści obu stronom. Albo nie wiem, widocznie ja nie byłam tak zakochana. Albo jestem za głupia, żeby to zrozumieć. Jeśli ktoś z aktorów wypada dobrze, to jest to Antoni Pawlicki - wciela się w rolę chłopaka, który początkowo ma ciekawą, nietuzinkową osobowość, imponuje młodej dziewczynie, by stopniowo objawiać swoją psychopatię i tendencję do kontroli. I ta postać wypada wiarygodnie i jest napisana dobrze.

Z innych rzeczy, o których wspominałam wcześniej. Sceny seksu. Ani to subtelne, ani w zasadzie potrzebne. Scenki rodem z pornosa po prostu. Długie, wulgarne i zbyt dosłowne. Czyli robienie z widza idioty, który się nie domyśli tego, że para może uprawiać ze sobą seks, tylko trzeba to pokazać. W dodatku jedna scenka była strasznie kiczowata - seks na wszystkie możliwe kombinacje, niczym w tanim pornosie, a w tle animacja jak... Nie wiem, ale mi się to skojarzyło z teledyskiem. Naprawdę, gdybym chciała obejrzeć pornosa, to bym włączyła jakieś redtube, czy coś. Takie scenki powinny być bardziej subtelne, a już na pewno krótsze.

Kolejna sprawa - do połowy filmu nie mogłam się domyślić, w jakim czasie toczy się akcja tego filmu. Zwykle nie mam z tym problemu, nawet jak nie ma podanej daty, ale tutaj kilka elementów, jak na końcówkę lat 90. było mylące: po pierwsze, słuchawki Emilki w jednej z pierwszych scen - są one ewidentnie współczesne. Scena na lotnisku, scena w klubie - elementy strojów, czy muzyka też raczej są z roku 2012, niż z 1997. Niestety, jeśli za coś się brać, to należy to robić porządnie i unikać tego typu wpadek (a mam do takich rzeczy oko).

Podsumowując: film porusza naprawdę dramatyczny i ciekawy temat. Nieczęsto jest to poruszane w polskim kinie. Problem jest realny, jednak także w tym przypadku mamy do czynienia z kiepską formą. Pod względem psychologicznym postacie są niedopracowane, niektóre sceny niepotrzebne, a zakończenie - dziwne (choć już nie wspominam tego, że rozwiązanie mamy na początku, bo są filmy opierające się na retrospekcji, które są dobre). Strywializowany został również problem aborcji - główna bohaterka potraktowała to bardzo lekko i nie ma wyjaśnione, na czym opiera swoją decyzję. Z plusów - rola Pawlickiego, a także zdjęcia, czy muzyka (choć serio, nie kojarzyła mi się ona z latami 90. czy początkiem XXI wieku, który pamiętam). Chęci dobre, ale jednak nie wystarczą. Moja ocena: 4/10, czyli ujdzie (chyba głównie ze względu na temat, który jednak mi się spodobał). 
Share: