Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 listopada 2015

Czy warto kupić czytnik? Oraz Liebster Blog Award po raz drugi

Ten wpis będzie dość nietypowy, bo podwójny. To po pierwsze. A po drugie - jest to wpis, do którego chciałam się już zabrać jakiś czas temu, ale chciałam go okrasić jakimiś dobrymi zdjęciami, ale "a to czasu nie mam, a to już późno, to zdjęcia nie wyjdą, a to mi się nie chce". Aż w końcu udało mi się zmotywować.

Zanim przejdę do właściwej treści, od razu przeproszę autorkę bloga Marszowickie Pola (którego dodałam niedawno do polecanych, warto zerknąć), że jej nominacja jest w podwójnym wpisie, ale Liebster Blog Award już raz dostałam, a po drugie, nie mam za bardzo kogo nominować, więc ten wpis byłby bardzo krótki. Za to pod koniec polecę jeszcze innego bloga. 

Zacznę od tego, że o czytniku e-booków, czyli elektronicznych książek, myślałam już w tamtym roku. Długo się zastanawiałam, czy jest to opłacalny zakup, czy to nie będzie kolejna rzecz, którą odstawię, którą się znudzę, dlatego najpierw zbierałam opinie, trochę również poczytałam na Internecie. W moim przypadku przeważyło głównie to, że mam nieodpartą pokusę kupienia nowej książki, gdy tylko jestem na mieście i wchodzę do jakiegoś sklepu lub księgarni. Niestety, okazało się, że nie mam za bardzo gdzie trzymać nowych książek, więc bywa już tak, że leżą one w dość nietypowych miejscach, a w nowe regały czy w meblościankę nie bardzo mi się opłaca inwestować. Stwierdziłam więc, że dość i po zebraniu odpowiedniej kwoty w styczniu tego roku stałam się posiadaczką czytnika Kindle od Amazon. 

Dlaczego ten, a nie inny? Przeważyły dobre opinie i chyba przede wszystkim cena. Od razu jednak zaznaczam, że tego czytnika nie dostaniemy w Polsce. W sensie, można napotkać na jakieś egzemplarze w sklepach RTV/AGD, jednakże kryje się pewien haczyk. Po prostu Amazon nie ma w Polsce jakiegoś oficjalnego dystrybutora czytników, tak więc jeśli coś się zepsuje, to gwarancja nie obowiązuje i nie ma pewności, czy taki sprzedawca odeśle czytnik tam, gdzie należy.

Kindle ma ciekawe ekrany blokowania. To tylko jeden z nich. Wszystkie zdjęcia mojego autorstwa.
Jaki czytnik najlepiej wybrać? Na to pytanie nie odpowiem, mogę jedynie opowiedzieć o doświadczeniach z Kindle. Jeśli ktoś nie wie, na jaki czytnik się zdecydować lub nie wie, jak zamówić Kindle, to gorąco polecam stronę Świat Czytników - tam jest powiedziane o czytnikach wszystko od a do z, można sobie porównać różne czytniki, by potem ostatecznie wybrać. 

A tu zbliżenie na tekst książki (w tym wypadku "Fangirl", niedawno recenzowana na blogu).
Jak wspomniałam, w styczniu stałam się posiadaczką Kindle. I szczerze? Czytnik ma więcej zalet, niż wad, a przynajmniej moim zdaniem zalety niwelują wady. A jest ich naprawdę bardzo dużo. Może jednak zacznę od głównego powodu, dla którego kupiłam czytnik, czyli rozmiary. Kindle ma 7-calowy ekran, ale jest on niewiele mniejszy od przeciętnej książki. Czytnik jest idealny do torebki, plecaka, na podróż. Zawsze bowiem miałam problem, że nawet jak chciałam zabrać książki na podróż, to zajmowały one trochę miejsca, a w przypadku samolotu w grę wchodziła jeszcze waga. Na szczęście Kindle można spokojnie zabrać nawet do bagażu podręcznego w samolocie, wystarczy przy starcie jedynie wyłączyć ekran, a potem wyłączyć wifi. I można się cieszyć czytaniem książki. Dodatkowo Kindle waży niecałe 200 gram i jest cieniutki. 

A tu już Kindle w okładce, ale kupionej na allegro. I przy okazji, jakby ktoś pytał o paznokcie, to tak, są moje. Są robione przez BeBeauty Salon Kosmetyczny :) - choć już mam odrosty, niestety.
Sporo miejsca na książki. Kindle oferuje w czytniku, który akurat ja posiadam, czyli w wersji podstawowej, aż 4GB miejsca. Wydaje się to dość mało w czasach, kiedy na smartfonach mamy większe karty pamięci, ale należy pamiętać o tym, że książki na kindle to przede wszystkim format .mobi, który charakteryzuje się tym, że pliki tego formatu mają niewielkie rozmiary, w przeciwieństwie do takiego .pdf (to jest jeden z powodów, dla którego odradzam trzymanie książek na Kindle w pdfie, a kolejny z nich to taki, że często formatowanie się rozwala. Na szczęście jest fajny program, który konwertuje pdf na mobi). Dlatego na Kindle jest tak, że można trzymać nawet tysiące książek. I wiecie co? Żadnej z nich nie wywaliłam, nawet po przeczytaniu. Tak samo mitem jest to, że nagle papierowe książki zaczyna się wyrzucać. Otóż nie, ale zdecydowanie ograniczyłam ich kupowanie. A to też z innej przyczyny. 

Czytnik przyszedł w takim eleganckim pudełku.

Ceny książek.  Ceny książek na czytniki są zdecydowanie niższe od książek w księgarni. A do tego mamy na nie masę promocji. Mnóstwo ofert możemy znaleźć na chociażby portalu Lubimy Czytać. Nie mówiąc o tym, że wiele książek dostępnych jest za darmo, i nie mam tu na myśli tylko nielegalnych wersji w pdfie, ale też np. serwis Wolne Lektury, który oferuje książki będące dobrem publicznym. Wystarczy umieć szukać.

Oszczędność. Tu już mam na myśli nie tylko oszczędność na cenach książek, ale także inne aspekty. Kindle w przeciwieństwie do smartfona czy tableta nie ma podświetlenia, wykorzystuje światło zbliżone do naturalnego. Oznacza to tyle, że po ciemku bez lampki sobie wiele nie poczytamy. Oszczędzamy więc energię elektryczną. Czytnik nie wymaga również częstego ładowania - ja osobiście ładuję go raz na jakieś 3-4 tygodnie. Nawet przy częstym korzystaniu nie rozładuje się tak szybko, jak smartfon. Poza tym w obsłudze jest prosty, intuicyjny, a dodatkowo zawiera opcje, których nie ma w papierowej książce - jak np. powiększenie czcionki czy zmiana kroju czcionki, jeśli dana nam się nie podoba.

Ale oczywiście Kindle ma też wady, lecz jak wspomniałam na początku - nie przewyższają one zalet. Przede wszystkim zasadniczą wadą jest cena. Niestety, w Polsce mały tablet, wielkości Kindle, to właśnie wydatek około 150 zł (te z najniższej półki oczywiście), podczas gdy cena czytnika to około 600 zł. Ja osobiście zapłaciłam łącznie nieco mniej niż 150 dolarów - do ceny podstawowej dochodzi jeszcze cło i cena za przesyłkę. To nie jest wydatek, na który można sobie pozwolić ot tak, nawet zarabiając własne pieniądze. Choć potem autentycznie oszczędzamy na książkach (z papierowych nie rezygnuję, nie pogniewam się, gdy ktoś mi da papierową, ale jednak jeśli widzę niższą cenę e-booka, to nie waham się, co kupić). Być może ceny się trochę zmienią, jeśli Amazon zdecyduje się wprowadzić Kindle oficjalnie na rynek polski. 

Inną wadą jest to, co mamy przy każdym sprzęcie elektronicznym - możliwość uszkodzenia. Mam tu na myśli zwykłe uszkodzenie mechaniczne, ale także te wynikające nie z naszej winy, np. niedziałająca bateria. Wtedy droga naprawy jest dość trudna, ponieważ Kindle trzeba z powrotem odsyłać do USA. Mam nadzieję, że nie będę musiała tego robić. Choć np. nawet z wyjęciem baterii byłby kłopot. 

Myślę, że każdy sobie przemyśli to, czy warto kupić czytnik. Wiem, że na pewno zagorzałych zwolenników papieru nie przekonam do tego, ale jeśli ktoś się waha, to moim zdaniem odpowiedź jest prosta: zdecydowanie warto. Warto przede wszystkim, jeśli komuś zależy na oszczędzaniu na książkach (a lubi czytać) lub często podróżuje.


Po raz drugi!

1. Na 5 minut przed rozpoczęciem czegoś, co sobie planowałaś/łeś od dawna dostajesz wiadomość od kogoś kogo w sumie lubisz z prośbą o zrobienie czegoś ASAP. Jak zareagujesz?

Zależy, co to za rzecz, jak szybko ją zrobię, oraz co jest moim priorytetem. Jeśli wiem, że nie zdążę lub ta moja rzecz, którą planowałam, jest dla mnie ważniejsza, to muszę niestety odmówić. Ale tak to myślę, że bym się zgodziła.

2. Dalekie wycieczki wolisz planować w pojedynkę, aby być niezależnym, czy grupowo?

Ostatnio tak planowałam wyjazd do Grecji, że praktycznie wszystko załatwiałam sama, nawet wycieczki fakultatywne szukałam tak, aby wychodziło taniej. Jednakże zwiedzanie miasta na własną rękę miało również swoje uroki, choć szkoda, że nie miałam wcześniej mapy. Ale i tak myślę, że z chęcią jeszcze jedną taką wycieczkę bym sobie zaplanowała. Lubię też jeździć po Polsce i spotykać się z internetowymi znajomymi, którzy zawsze mnie gdzieś oprowadzą. 

3. Do jakiej książki/filmu/etc. chciałabyś/chciałbyś wejść i stać się jedną z postaci towarzyszących głównemu bohaterowi?

Czasami się zastanawiam, jaką byłabym towarzyszką dla Doktora, mimo, że nie mam jakichś super umiejętności. Ale jednak serial pokazywał nie raz, że nawet zwykli ludzie potrafią być niezwykli. 

4. Pracując nad czymś wolisz skończyć to na czas ewentualnie kosztem perfekcji, czy perfekcyjnie i niech terminy pójdą robić to na zielonym?

W pracy niestety gonią mnie terminy i nie zawsze mam do końca satysfakcję z tego, co robię, ale tak to wolę robić rzeczy w swoim tempie, a być z nich zadowolona. 

5. Twój ulubiony sposób podróżowania to?

Chyba jednak wygrywa pociąg. Tani, można przy okazji wiele zobaczyć, wiele się nauczyć (różne moje perypetie z PKP to wręcz materiał na jakieś opowiadanie). Samolot też mi się podobał, ale jednak... Nudy są w nim niemiłosierne. 

6. Kolor, na który nigdy w życiu z własnej i nieprzymuszonej woli nie pomalowałabyś/pomalowałbyś ścian.

Odcienie niebieskiego. I to nie dlatego, że go nie lubię, a dlatego, że mój pokój ma niekorzystne oświetlenie. A niebieski sprawiłby tylko, że pokój byłby ciemniejszy i przygnębiający. 

7. Morze, góry czy gdzieś pomiędzy?

Why not both? Właśnie dlatego podobało mi się na Kos - z jednej strony morze, a z drugiej góry. Zastanawiam się, czy znowu nie jechać do Grecji, acz niekoniecznie na tę samą wyspę. 

8. Bez jakiego urządzenia elektrycznego/elektronicznego byłoby ci się najtrudniej obejść w życiu?

Chyba jednak to będzie komputer. Smartfon ma wiele zalet, ale jednak nie zastąpi mi komputera. Wciąż wygodniej mi jest pisać na tradycyjnej klawiaturze, a nie na tej ekranowej. 

9. Mając do wyboru odbyć siedmiodniową podróż w czasie wybrałabyś/wybrałbyś skok w przeszłość czy w przyszłość?

To zależy, czy miałabym możliwość zmiany. Jeśli mogłabym coś zmienić, to w przeszłość, a jeśli nie - to w przyszłość, na zasadzie "pozwiedzam sobie i zobaczę, co mnie czeka". 

10. „Star Wars” czy „Star Trek”? :)

Wiem, wiem, że Star Trek to jakby geneza wielu fandomowych rzeczy, ale sentyment każe mi zostać przy Gwiezdnych Wojnach.

11. Jakiego wykonawcę/piosenkę poleciłabyś/poleciłbyś komuś, kto powinien siąść na zadku i pisać? 

Albo Rammstein (cała dyskografia jest dziwnym trafem dobra do takich twórczych rzeczy jak dla mnie, pomogła mi w trakcie sesji) albo dla inspiracji... film "Interstella 5555", który został stworzony do płyty Daft Punk "Discovery" (i szczerze polecam).

No i to by było na tyle. Pozostaje mi jeszcze jedna reklama, a mianowicie polecam nowy blog, czyli Mangowy Kącik Verien - jest to nowy blog, na razie widnieje na nim tylko post powitalny, ale mam nadzieję, że autorka się rozkręci i zgodnie z zapowiedzią wkrótce pojawiają się na nim recenzje mang i anime. Jeśli ktoś szuka czegoś tylko o mangach i anime (lub przede wszystkim o nich), to myślę, że dobrze trafi. Dlatego wspieram nową autorkę :)
Share:

czwartek, 21 sierpnia 2014

Jakie wersje językowe lubię najbardziej?

To jest wpis, do którego się przymierzałam od jakiegoś czasu. Inspiracją był wpis koleżanki, która pytała się o to, czy istnieje jakaś polska, zdubbingowana wersja openingu do Czarodziejki z Księżyca. Odparłam na to, że takowej nie znam, bo jej nie było. A nawet nie chciałabym, aby powstała. I jest wiele względów, dlaczego. Anime jest dość skomplikowaną sprawą i nietypową, w porównaniu do reszty. Ale kiedy i gdzie lubię dane wersje językowe? Może najlepiej od początku.

1. Oryginalna.
Oczywiście w przypadku polskich filmów i seriali nie ma się co rozdrabniać i jest to chyba oczywiste. Ale tak to jedyny język obcy, jaki znam na poziomie pozwalającym oglądać mi filmy, jest język angielski. I w tym języku staram się oglądać filmy brytyjskie, czy amerykańskie, ogólnie takie, które w oryginale są anglojęzyczne. Czasem jednak ze względu na słownictwo jest to trudne zadanie, dlatego też, gdy nie czuję się pewnie, włączam sobie napisy w tym języku (nawet mogą być te z wersji dla głuchoniemych, ale wtedy jest mniejsze ryzyko, że coś mi umknie).

2. Napisy.
Wszelkie inne filmy, które nie są po angielsku, ani po polsku w wersji oryginalnej, wymagają u mnie napisów przynajmniej w języku angielskim. Wiem, jaka to często męczarnia, żeby znaleźć odpowiednie napisy w języku polskim, dlatego ten angielski to dla mnie minimum. Albo inny, dość może zabawny przykład. Ostatnio oglądałam francuską parodię "Rycerzy Zodiaku", gdzie na youtube autor dodał napisy właśnie w języku francuskim. Dałam więc, aby automatycznie zostały one przełożone na język angielski. I o dziwo, nie wyszło nic w stylu "Kali jeść, Kali pić". To też jest częsty powód oglądania filmów z napisami angielskimi - czasami, jeśli są one dostępne po polsku, są one w okropnej jakości, niestety. No i też jeszcze jest kwestia kina - tu oczywiście preferuję napisy nad dubbingiem.

3. Lektor.
Czasami jestem zbyt zmęczona na napisy. Czasami robię kilka rzeczy na raz, więc bardziej "słucham" danego filmu, niż go oglądam. A czasem kieruje mną sentyment, bo może lektor był fajny, miał przyjemny głos, albo było przy tym dobre tłumaczenie (tak było z filmem "Jaja w tropikach", gdzie właśnie lektor czytał genialne tłumaczenie). Niekiedy jest też tak, że oglądam coś w telewizji, a tam najczęściej występuje lektor. Nie jest to jeszcze taka zła opcja.

4. Dubbing.
Powiem wprost - zależy gdzie. Dubbing produkcji animowanych (zachodnich) jest u nas wysoko ceniony, nawet gdzieś słyszałam, że zdaniem profesjonalistów (nie tylko z naszego kraju) polski dubbing do Shreka przebija oryginał. Dane mi było posłuchać dubbingu z lat 50. lub 60. ubiegłego wieku, a mianowicie dubbing do "Kopciuszka". I było to trochę dziwne doświadczenie, ponieważ wtedy była zasada, że głos powinien brzmieć tak jak w teatrze lub filmie. Dopiero później zmieniono zasadę, że głos nie musi brzmieć naturalnie, bo i kreskówki nie są czymś "naturalnym", tylko sztucznym, przerysowanym, więc głos też może być przesadzony. Ale niestety, nasi twórcy dubbingu chyba trzymają się zbyt wiernie tej zasady, przez to filmy fabularne kompletnie im nie wychodzą. Inaczej jest np. w Niemczech, o czym mówił Tomasz Knapik w ciekawym wywiadzie, że tam dany aktor głosowy jest przypisany do aktora oryginalnego. I tam dubbing stoi na wysokim poziomie. W przypadku filmów fabularnych u nas jest z tym cienko, dlatego nie rozumiem ślepej zagrywki m.in. Disneya. Ja rozumiem, że Marvel jest ich własnością, ale filmy Marvela nie są przeznaczone dla dzieci. A chyba tylko po to się robi ten dubbing - żeby przyciągnąć większą liczbę widzów. Tak samo z Hobbitem był strzał w kolano - wyszła wersja rozszerzona, więc dubbing przestał być opłacalny. I tak jak pisałam, na DVD do wyboru były napisy lub lektor.

Anime.
Anime to takie jakby poza konkursem. Nie mieści mi się bowiem w żadnych kategoriach. Po pierwsze - na pewno odpada dubbing. Polacy nie umieją robić dubbingu do anime, co widać na przykładzie chociażby Naruto - nie dość, że dostają najczęściej pociętą wersję amerykańską lub francuską, to jeszcze korzystają z ich tłumaczenia (czyli tłumaczenie jest pośrednie). Choć, żeby mnie nie posądzać zaraz o jakiś brak patriotyzmu, to powiem, że Amerykanie również nie potrafią tego robić. Nie widziałam amerykańskiej wersji anime, która moim zdaniem byłaby dobra. Głosy są zazwyczaj niedobrane, wersja jest pocięta, zmontowana czasem w niezrozumiały dla mnie sposób (tak było np. z Sailor Moon), czasem padają jakieś dodatkowe teksty, których w oryginale nie ma, lub co lepsze, teksty są tak ocenzurowane i zmienione, że kompletnie przeinaczony jest sens oryginału! W dodatku kompletnie niezrozumiała jest dla mnie zmiana ścieżki dźwiękowej. Nieco lepiej robią dubbing Francuzi moim zdaniem, ale też coś im umyka i mają cenzurę (choć uważam, że momentami nie jest ona zła. Niektóre sceny w starszych anime są bowiem bardzo brutalne). Nie wiem, z czego to wynika, ale to chyba będzie specyfika seiyuu, czyli japońskich aktorów głosowych. Są oni bardzo popularni w Japonii, ich popularność można porównać do popularności aktorów z seriali w Polsce. I ja podziwiam tychże aktorów, którzy mają siłę, by krzyczeć, wyrażać emocje całym głosem, a dodatkowo często jest tak, że nie mogę uwierzyć, że dany aktor podkładał głosy pod kompletnie różne od siebie postacie, także głosowo - czyli raz taka aktorka może podkładać głos chłopcu, a raz - pięknej i delikatnej kobiecie. I jest to dość częste. Lektor - również zależy, gdzie. Są bowiem anime, do których mam sentyment, nawet jeśli lektor przekręcał imiona, czy czytał tłumaczenie pośrednie z francuskiego, włoskiego lub angielskiego, przez co oryginał tracił nieco sens. Ale od dobrych paru lat są stacje, które robią lepsze, bezpośrednie tłumaczenia i tam też lektor brzmi całkiem fajnie, jak w Death Note, czy w najnowszym Dragon Ball Kai. Ale tak to przede wszystkim napisy wchodzą w grę. Najczęściej fanowskie, często też to jest tłumaczenie pośrednie, ale jednak mamy mniej cenzury i często wyjaśnia się wiele rzeczy, bo np. w wersji polskiej z lektorem tłumacz coś przekręcił. Ale też nie zawsze polskie napisy wchodzą w grę. Niestety, teraz dbamy o jakość fansubów, ale parę lat temu mogłam trafić na napisy z rażącymi błędami ortograficznymi lub ze składnią jak z google tłumacza. Dlatego też cieszę się, że znam dość dobrze angielski.

Jak widać, nigdy nie jest tak, że z góry odrzucam którąś wersję językową. Nie jestem jakimś snobem, który powie, że tylko jedna wersja wchodzi w grę, lub żadna. Ważne jest w końcu, aby to nam się dobrze oglądało, a nie, żeby zadowalać kogoś. Choć zawsze warto porównywać sobie wersje językowe, o ile jesteśmy w stanie. Bo często dopiero po takim krótkim porównaniu wychodzi, która wersja jest dla nas najbardziej odpowiednia.


Share:

czwartek, 22 maja 2014

"Uniwersalna (i przystojna) buźka", czyli Lee Pace

Przyznam, że w momencie pisania tego postu trochę oszukuję, bo obejrzałam już pierwszy odcinek "Halt and Catch Fire", ale z drugiej strony niespodzianką było dla mnie to, że AMC zrobiło swoją prapremierę internetową. Ale! Samą recenzję "Halt and Catch Fire" zamieszczę dopiero po zakończeniu sezonu. Jednakże miało być o Lee, o aktorze, z którym zrobiłam sobie małego challenge'a, polegającego na obejrzeniu wszystkich dostępnych produkcji z nim. I udało mi się to. Lecz na początek, o kim właściwie mowa?

Ten post będzie okraszany ładnymi fotkami tego pana. Bo mogę. Bo chcę. (wszystkie wykorzystane fotki pochodzą z tumblr.com)

Lee Pace urodził się 25 marca 1979 roku w mieście Chickasha w Oklahomie w USA. Ze względu na pracę ojca podróżował wiele po świecie, swego czasu mieszkał nawet w Arabii Saudyjskiej. Ostatecznie mieszka w Nowym Jorku, tam skończył studia w prestiżowej Juilliard School, z tytułem "Bachelor of Fine Arts" (nie lubię używać określenia "licencjat", bo ich "Bachelor" to nie jest to samo, jest trochę wyżej jak licencjat). Gra w teatrze, ale także w telewizji, czy w filmach. Jego filmowa kariera zaczęła się w 2002 roku, kiedy miał 23 lata i zagrał epizodyczną rólkę w "Law and Order: Special Victim Unit", lecz zauważony został po genialnej (acz kontrowersyjnej, bowiem od tego czasu krążą niesprawdzone informacje na temat jego orientacji seksualnej) roli Calpernii Addams w "Dziewczynie Żołnierza" w roku 2003. Dalej ta kariera różnie się toczyła. Muszę jednak przyznać, że rzadko dostaje role główne czy drugoplanowe w filmach (bo seriale z jego udziałem to inna bajka). Jak już wspomniałam, obecnie mieszka w Nowym Jorku z psem Carlem :) Ma młodszą siostrę i młodszego brata. Obecnie będzie można go podziwiać w serialu "Halt and Catch Fire", gdzie gra jedną z głównych ról, a także w sierpniu zobaczymy w "Strażnikach Galaktyki", no i w grudniu na ekrany wejdzie ostania część "Hobbita".


Przyznaję, że uwagę na niego zwróciłam dopiero przy okazji Hobbita i jego świetnej (acz krótkiej, nad czym ubolewam) roli Thranduila w "Hobbicie". Podczas śledzenia jego filmografii byłam momentami zszokowana, że grywał u boku takich gwiazd, jak Angelina Jolie, Ralph Fiennes, Uma Thurman, Daniel Day-Lewis (ponoć jest jego wielkim fanem), czy Colin Firth. Niemniej jednak ostatecznie moja średnia ocena na filmwebie nie jest jakaś powalająca - jest to raptem 6,7. Dlaczego tak jest? Ano dlatego, że facet miał niebezpieczną tendencję do grania w cienkich filmach, których nie mogłam ocenić wysoko, nawet mimo wielkiej sympatii do niego. Generalnie produkcje z nim dzielę na kilka kategorii: film i rola - genialne, film - średni, rola - dobra, film zły, ale rola niezła, film świetny, ale rola jest epizodyczna. Dlatego myślę, że najlepiej będzie, jak produkcje z jego udziałem wybiorę kategoriami.



Najlepszy film z udziałem Lee (rola pierwszo- lub drugoplanowa): zdecydowanie "The Fall", czyli "Magia uczuć" (2006). Film, przy którym żałowałam, że nie widziałam go wcześniej. Jest to film bardzo niedoceniany, artystyczny, Lee gra tam naprawdę głęboką postać. I chyba to jest póki co - rola jego życia. Choć liczę, że pojawią się lepsze role. Mimo wszystko, jeśli ktoś tego nie ogląda - powinien. Film warty każdych nagród, niestety, niszowy, wyprodukowany przez mało znaną wytwórnię, co zamknęło drogę do ważniejszych festiwali (z wyjątkiem Berlina). To dzięki temu filmowi Peter Jackson zauważył Lee i stwierdził, że to on musi zagrać Thranduila. Mistrzowski wybór. 

Czyż nie jest piękny? (z planu trzeciej części Hobbita)

Najlepszy film z jego udziałem ogólnie (rola nawet epizodyczna): chciałabym powiedzieć, że Hobbit, ale z racji tego, że trzy filmy traktuję jako całość, to jeszcze się wstrzymam, bo niby Thranduil ma mieć więcej do powiedzenia w trzeciej części. Ale tak to chyba "A single man", czyli "Samotny mężczyzna" (2009). Właśnie to jest jeden z (niestety) wielu przykładów, gdzie film jest dobry, albo wręcz genialny, ale Lee miał niewiele do powiedzenia. Jego scena (rozmowa z bohaterem Colina Firtha) trwa może około 2 minut. Jednakże cały film jest genialny i poleciłabym go nie tylko ze względu na Lee. Myślę, że nawet jakby on tam nie grał, to obejrzałabym go. 

Przystojny mężczyzna, koszula, krawat i kamizelka? Kupuję zawsze i wszędzie (kadr z "Niezwykły dzień panny Pettigrew")

Najgorszy film z jego udziałem (rola pierwszo- lub drugoplanowa): ciężko powiedzieć, że jest to rola więcej niż epizodyczna, ale z pewnych względów uznajmy, że tak. Będzie to film "30 Beats" (2012). Film jest podzielony na epizody, on gra w jednym z nich (na ekranie jest około 15 minut). Zastanawiałam się, co tak dobry aktor robi w tak kiepskim filmie, grając u boku kiepskich aktorów i aktorek. Nie mam zarzutów do niego samego, ani do postaci (w przypadku takiego filmu ciężko powiedzieć cokolwiek o postaci, która nie jest w żaden sposób rozwinięta), ale do całej reszty mam wielkie zastrzeżenia. Pomysł może i fajny, ale całość wypada po prostu źle, miałko, a lepsze aktorstwo widziałam w takich "Trudnych sprawach" (nie licząc właśnie Lee). Nie wiem, brakowało mu pieniędzy? Jednak duży plus za scenę pod prysznicem (tam właśnie najbardziej widać go nago, ale i tak jest to niestety tylko goła klata).



Najgorszy film z jego udziałem (rola epizodyczna): bez wątpienia "Saga Zmierzch: Przed świtem, cz. II". Jego postać miała niewiele do powiedzenia (a zapowiadała się nawet ciekawie), ale całość jest beznadziejna, delikatnie ujmując. Film bez sensu, bez ładu i składu, z niepotrzebnym plot twistem, w dodatku nudny. Szkoda, że wziął w czymś takim udział i marnował swój talent. Chyba nic więcej nie trzeba dodawać.



Film ze zmarnowanym potencjałem: można sobie mówić wiele rzeczy, ale będzie to na bank "Uroczystość" (grała tam też Uma Thurman). Film jest strasznie nierówny, tak jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy ma być komedią, czy dramatem. Ogólnie lepiej i ciekawiej wypadłby jako dramat lub melodramat, opowiadający o tym, że marzenia nie zawsze się spełniają, ale z drugiej strony Lee ma również ciekawą postać, która jest jakby parodią nadętych gwiazdorów Hollywood (on sam uważa, że Hollywood nie jest dla niego, woli żyć skromniej, z dala od tego zgiełku) i w dramacie by tej komiczności już nie osiągnął. Ale i tak to zmarnowany potencjał, bo mogło wyjść z tego coś całkiem przyzwoitego.


Film, który poleciłabym każdemu: będzie to chyba "Niezwykły dzień panny Pettigrew" (2007). No, może każdemu to przesada, ale na pewno ludziom od 15 lat wzwyż. Film, o którym nie pisałam szerzej, bo nie miałam pomysłu, ale mogę tu krótko powiedzieć, że jest sympatyczny, jest to komedia, ale też w dużej mierze skłania się ku refleksji na temat przemijania świata, jaki znają bohaterowie (za chwilę wybucha II wojna światowa). Do tego Lee bardzo ładnie tam śpiewa, a między nim a Amy Adams czuć chemię. Ogólnie polecam. 



Tylko dla masochistów prawdziwych fanów: będą to raczej filmy, po jakie bym nie sięgnęła, gdyby nie jego udział, jak np. "Marmaduke", czy thrillery - "Opętany" i "Rezydent". Thrillery te są dość nietypowe, ale w złym tego słowa znaczeniu (bo jednak wolę jakieś oklepane zakończenie, niż coś, co pozostawia więcej pytań, niż odpowiedzi). Poza tym są dość nudne. A Marmaduke to film skierowany do dzieci. I ze względu na animowane mordki w stylu filmowego Scooby Doo nie sięgałabym po ten film, gdyby nie Lee. A on się chyba zgodził ze względu na to, że kocha psy.



Najbardziej sexy sceny z nim: bo skłamałabym, gdybym powiedziała, że wizualnie mi się nie podoba, nie jest seksowny, itd. Dlatego zwracam uwagę na takie rzeczy. Miał on trochę scen miłosnych, ale chyba najbardziej mi się podobały te w "Opętanym", czy teraz w pierwszym odcinku "Halt and Catch Fire" (liczę na więcej). Ale w sumie każda taka scenka z nim (nawet, jak krótka) to uczta dla oczu (zwłaszcza pań). 

Najnowsze zdjęcie z nim, czyli wczorajsza oficjalna premiera "Halt and Catch Fire"

Pora wyjaśnić, co oznacza tytuł. Poprzez "uniwersalną buźkę" mam na myśli to, że facet ma taką dość klasyczną urodę (tak, wyróżniają go brwi, które powinny dostać własne napisy końcowe, jak to mówi Zwierz Popkulturalny, ale te brwi dodają tylko uroku, nawet jak są regulowane na potrzeby filmu) i to na tyle, że pozwala mu mieć role zarówno w filmach fantastycznych (jak Hobbit, czy Strażnicy Galaktyki), jak i przede wszystkim w filmach historycznych - pasuje mu bowiem stylizacja i z XIX wieku, i z lat 20., 30., 40., 60., czy 80. XX wieku. Dlatego liczę na więcej produkcji z nim. I więcej fajnych ról, ponieważ zgodnie z koleżanką stwierdziłyśmy, że jest bardzo niedocenianym aktorem - a bardzo utalentowanym. Liczę, że to się zmieni i miło było mi nadrabiać wszystkie produkcje z nim. Jeśli kiedyś na coś traficie z nim w telewizji - to zwróćcie uwagę i sami oceńcie. Ja w każdym razie dalej będę śledzić jego karierę. 


Share:

sobota, 17 maja 2014

Kabareton 2014 - Zielona Góra

W zasadzie nie miałam w planach pisania recenzji z takiego wydarzenia kulturalnego, z racji chociażby tego, że jest blog filmowo-książkowy, ale tym razem poczułam, że warto, bo w sumie ciekawym jest porównanie tego wydarzenia do tego, co serwuje nam telewizja. I jest to przy okazji dowód na to, że Polacy chcą się bawić w sposób kulturalny i warto obserwować takie wydarzenia. 

Kabareton odbył się w ramach Bachanaliów, czyli takich zielonogórskich juwenaliów. W tym roku święto studentów przybrało ciekawą formę - pierwszy tydzień miał być bowiem poświęcony na wydarzenia kulturalne, a drugi ma być poświęcony na imprezy, koncerty, itd. Wydarzenie zostało zorganizowane dzięki studenckiemu klubowi Gęba. I zanim w ogóle zacznę omawiać występy kabaretów, to warto wspomnieć o Zielonogórskim Zagłębiu Kabaretowym. Nazwa stworzył bowiem Piotr Bałtroczyk, ponieważ w latach 90. w studenckim środowisku Zielonej Góry powstało bardzo dużo kabaretów. Najsłynniejszy z nich to kabaret Potem z Władysławem Sikorą na czele (polecam ich "Bajki dla potłuczonych" chociażby na youtube), obecnie już nieistniejący. Powstało jednak wiele innych, jedne działają, inne nie, a kilka z nich miałam okazję podziwiać w Kabaretonie prowadzonym przez Jarosława Marka Sobańskiego z kabaretu Słuchajcie.

(Z góry przepraszam za jakość zamieszczonych zdjęć, nie brałam aparatu)
Kabaret Tiruriru

Kabaret Tiruriru. Jest to młody kabaret, choć już doceniony. I sama przyznaję, że daje radę. Ma ciekawe skecze, które głównie wyśmiewają relacje męsko-damskie, przedstawiając je nieco w krzywym zwierciadle, ale potrafili doprowadzić swoimi tekstami widzów do śmiechu. Widać jednak, że są jeszcze młodzi i dużo rzeczy przed nimi, ale zapowiadają się ciekawie i myślę, że warto im dać szansę.

Kabaret Made in China
Kabaret Made in China. Kabaret z dłuższym stażem, co widać. Są już wprawieni, dostrzeżono ich na konkursach. W swoich skeczach pokazują nieco absurdalne sytuacje, wyśmiewają tradycyjne role kobiet i mężczyzn (także w rodzinie), ale przede wszystkim podziwiam ich aktorstwo, które zostało genialnie pokazane zwłaszcza w skeczu o dziadku, który przychodzi do lekarza (aktor grający dziadka, choć jest młody, potrafił komicznie naśladować starszą osobę w swoich ruchach, mimice, a także w sposobie mówienia). Generalnie na występie tego kabaretu nie da się nudzić. 

Kabaret Adin
Kabaret Adin. Jest to formacja (na scenie duet dwóch panów), w której obecnie działa Władysław Sikora. I choć skecze były śmieszne, ciekawe, zwłaszcza świetne było wykorzystanie rekwizytów (tekst "Kaberet Adin ubierają zielonogórskie lumpeksy" powalił mnie na kolana) o tyle jednak miałam wrażenie, że Władysław Sikora zdominował tego drugiego pana (M. Osiewicza), ponieważ był zabawniejszy, miał nawet własny, solowy numer, w którym zademonstrował geniusz swojego aktorstwa. Czyli doświadczenie wygrało, jednak nie mogę powiedzieć, że kabaret ten nie był zabawny, bo był.

Kabaret Słoiczek Po Cukrze
Kabaret Słoiczek Po Cukrze.  Jest to o tyle ciekawa formacja, że jest to duet dwóch pań. I przy okazji dowód, że kobiety mogą być same w sobie zabawne, a niekoniecznie potrzebują do tego facetów. I panie perfekcyjnie sobie radzą, mówiąc nawet o relacjach damsko-męskich, czy damsko-damskich (skecz "Teściowa" był po prostu genialny), a także świetnie operują one kostiumami i grą aktorską (pani Małgorzata Szapował, grając teściową, świetnie pokazała starą, zarozumiałą babę, także w sposobie mówienia - a przecież jest młodą kobietą). Generalnie udana formacja i lubię ich występy.

Kabaret Słuchajcie
Kabaret Słuchajcie.  Czyli kabaret, z którego pochodzi prowadzący, Jarosław Marek Sobański. Osobiście jednak trochę wolałam, kiedy występowała z nimi Katarzyna Piasecka, ale ta zdecydowała się na karierę solową, ale panowie widać, że sobie świetnie radzą. Można powiedzieć, że wręcz tryskają humorem. Ich skecze są o tyle świetne, że przedstawiają rozmaite sytuacje, także dotyczące młodych ludzi (w dodatku w środku jednego ze skeczy pojawił się problem techniczny z nagłośnieniem, co wykorzystano świetnie, wplatający improwizowany tekst), a skecz z wrednym nauczycielem historii powalił wszystkich na kolana (cała sala ryczała ze śmiechu). Jeśli nie znacie tego kabaretu - koniecznie trzeba to nadrobić!

Kabaret Jurki (choć w niepełnym składzie)
Kabaret Jurki.  Ostatni kabaret, jaki pojawił się na scenie, ale jak to mówią, "last but not least". Kabaret Jurki to formacja z 20-letnim stażem i widać to doświadczenie na scenie. W swoich skeczach głównie wyśmiewają "tradycyjną" polskość i "tradycyjną" rodzinę, świetnie obnażając przywary "przeciętnej polskiej rodziny", zacofanie, zakłamanie, skłonność do przesady, a to wszystko oczywiście w krzywym zwierciadle, w wyolbrzymiony sposób. 

Całość była okraszona dodatkowo występem grupy tanecznej Slide. Jednak mam kilka refleksji po całości. Moje ulubione skecze? Chyba te, które doskonale wyśmiewają wady Polaków, czy "tradycyjną rodzinę". Czyli coś, o czym jeszcze do niedawna mówili Donatan i Cleo, że ich piosenka "My Słowianie" również to wyśmiewa (co się działo po Eurowizji, to inna kwestia...). Widownia? Zapełniona po brzegi, cała rzesza chętnych ludzi, by pośmiać się i pobawić - kwiaty, które wcześniej były rozdawane, zostały rzucone na scenę po chyba każdym występie - to mówi samo za siebie. Tak więc nie jest to prawdą, że Polacy nie interesują się kulturą. Interesują, tylko trzeba umieć dotrzeć z formą, która jest lekka, ale autentycznie bawi, nie powoduje wymuszonego śmiechu. W kabarety jest bowiem wpisana teatralność, która ma oddawać karykaturalnie to, co jest wyśmiewane. W filmie niestety to tak nie działa. No i oczywiście - przekonało mnie to, że jeśli oglądać kabarety, to właśnie na żywo. Telewizja trochę rzeczy cenzuruje i na przykład nie pokazuje bardziej pikantnych skeczów o seksie, czy cenzuruje wulgaryzmy. Na żywo, na scenie tego nie ma.

Ten wpis powstaje również po to, by pokazać, co wartościowego mam u siebie w regionie. Że jakby ktoś chciał odwiedzić Zieloną Górę, to miło by było, gdyby kojarzył ją właśnie z kabaretami. 
Share: