Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawy ogólne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawy ogólne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 września 2016

Trzecie urodziny bloga!

Oczywiście przegapiłam ten moment. Trzecie urodziny bloga były wczoraj. Ale obiecałam sobie, że napiszę krótki post. Będzie to post głównie z podziękowaniami za te trzy lata. A także zrobię małe podsumowanie. Nie myślcie, że to koniec, przygody z blogowaniem raczej kończyć nie zamierzam, ale doszłam do ciekawych wniosków, z którymi chciałabym się tutaj podzielić.

Kwiatki to w ramach podziękowań są ;)

Dlaczego blogujesz? Jak to się zaczęło?

Wcześniej zaczęłam przygodę z blogiem "Krytycznym okiem młodego socjologa", na którym udzielam się trochę rzadziej, ale staram się coś pisać o sprawach społecznych, bądź też wyjaśniać pewne kwestie, które często ludzie rozumieją bardzo potocznie, zdroworozsądkowo, a nierzadko prawda wygląda trochę inaczej. Przyznaję, że blog z recenzjami miałam w głowie, gdy na swoim deviantarcie (który leży zakurzony) w journalu dawałam coraz częściej recenzje tego co przeczytałam lub obejrzałam. Krótsze lub też dłuższe. Dlatego postanowiłam jednak prowadzić takie recenzje w jednym miejscu. Oczywiście zamierzenia swoje, a życie swoje...

Co się przez ten czas zmieniło?

Przede wszystkim całkiem niedawno pisałam o tym, że zmieniłam skórkę bloga. Trochę jednak do tej pory mi wstyd, że zajęło mi to tyle czasu, a na samym blogu wisiała skórka pochodząca z domyślnych formatów bloggera. Ale myślę, że póki co nie mam się czego wstydzić - ta skórka się nie sypie, wygląda całkiem nieźle, także na urządzeniach mobilnych.

W międzyczasie powstało trochę postów, które nie są typowymi recenzjami - krótsze lub dłuższe, poradniki, taki "przegląd" pewnych filmów, czy wpisy na temat prawa autorskiego. W najbliższym czasie planuję kolejny taki wpis, który jest raczej przeglądem tematycznym, aniżeli typową recenzją. Planowałam też coś podobnego (a to z racji tego, że wkrótce napiszę tekst o drugim sezonie Boeibu!), ale jednak doszłam do wniosku, że pisałabym w nim oczywistości.

Oczywiście po drodze mam kilka zaległości, które mam nadzieję, że szybko nadrobię. Zwłaszcza, że zbliża się też mój wypad do kina na "Ostatnią Rodzinę".

Zaskoczenia?

Zaskakuje mnie popularność niektórych wpisów, przy których raczej nie zakładałam, że będą popularne. Które to? Można zobaczyć je na pasku po prawej stronie bloga. Od pewnego czasu króluje tutaj recenzja "Miraculum", która ma najwięcej wyświetleń. Nie wiem, być może to dlatego, że mój tekst pokrył się z polską premierą? Bo oglądałam odcinki z angielskimi napisami, a wersja polska dopiero jakoś wyszła - akurat wtedy, gdy zakończył się pierwszy sezon. Zadziwia mnie też "Silmarillion", choć z drugiej strony - jest to dość długi i chyba wyczerpujący tekst.

Dalsze plany, marzenia?

Wytrwać jak najdłużej! To chyba przede wszystkim. Nie sądzę, że bloga będę prowadzić całe swoje życie, ale postaram się, aby to było jak najdłużej. No i przede wszystkim - nawet jeśli zaprzestanę tej działalności, to chciałabym go pozostawić - chociażby dla potomnych. Z takich nieśmiałych marzeń - nie oczekuję wielkiej popularności także na fanpage'u - jednak tysiące fanów trochę by mnie przytłoczyły - raczej chciałabym większej aktywności na samym blogu.

No i po cichu marzy mi się, że ktoś zerknie na tę zakładkę "współpraca" i dostanę dary losu... Bo byłoby to bardzo miłe. Blog jako źródło dochodu? Raczej nieosiągalne i raczej odpada. Jest mi w sumie dobrze z tym, co mam. :)

Jakiegoś konkursu nie szykuję, bo i niespecjalnie mam pomysł. Chciałabym po prostu każdemu podziękować chociażby za to, że lajkuje mojego fanpage'a i regularnie tutaj zagląda. A przede wszystkim podziękować tym kilku osobom, które są ze mną tutaj od początku. Myślę, że gdyby nie one, to już dawno bym sobie dała spokój.

Dlatego raz jeszcze: DZIĘKUJĘ! I oby kolejne trzy lata były jeszcze lepsze dla bloga.

Share:

wtorek, 7 czerwca 2016

Zmiany na blogu



Może ciutkę niespodziewany post, ale potrzebny. Już wczoraj mogliście zauważyć zmianę na fanpage'u - zarówno logo jak i zdjęcie w tle zostały zmienione. Dzisiaj natomiast zajęłam się szablonem na bloga. 

Skorzystałam z porad znajdujących się na VademecumBlogera.pl - stąd też zmiany grafiki, zdjęcie wzięte ze strony zwanej canva, ogólne kombinowanie. Dlaczego akurat teraz takie zmiany? Czy coś w związku z tym zmieni się w treści bloga?

Odczułam potrzebę zmian - blogspot nie jest idealnym miejscem na blogowanie - wiem, że wygląda mało profesjonalnie (zwłaszcza adres), a wszelkie pole do manewrów w postaci doboru szablonu jest dość ograniczone. Mimo wszystko blogspot wciąż jest darmowy. Tak samo darmowe są grafiki tworzone za pomocą np. Canvy. Dlaczego więc z tego nie skorzystać?

Postanowiłam dobrać szablon minimalistyczny, ale responsywny - i tak było trochę zabawy z wywalaniem rzeczy, które nie są mi potrzebne. Czy jestem zadowolona? Nie do końca, bo nie jest to taki "wymarzony" szablon, ale podobnie mam z tumblrem - tyle szablonów do wyboru, a żaden mi nie odpowiada. Mimo wszystko moim zdaniem blog wygląda bardziej profesjonalnie. Kolejną rzeczą, jaką chciałabym się zająć, jest uzupełnienie grafik w miejscach, w których nie działają, przejrzenie tekstów. Ale priorytetem była przede wszystkim zmiana szablonu. 

Przy okazji, jeśli komuś obiecałam, że dodam go do linków, a wyleciało mi to z głowy, to proszę bardzo o przypomnienie tego w komentarzu ;)

Co to oznacza dla samego bloga? W sumie być może to, że zajmę się pisaniem tekstów nie w narzędziu postów na bloggerze, ale w edytorze tekstowym na komputerze. Myślę, że tak będzie łatwiej, a tu będę po prostu wklejać gotowe posty. Postaram się również o to, aby teksty były co jakiś czas zróżnicowane. Wprawdzie na początku mówiłam, że nie chcę być jak Zwierz Popkulturalny, ale... Pewne rzeczy wychodzą mimowolnie i jednak chcę porozmawiać czasem bardziej ogólnie o popkulturze, a nie o konkretnej książce czy filmie. 

No i ostatni powód zmian - blog wkrótce kończy trzy lata. Trzy lata to bardzo dużo w Internecie, a nie zmieniać przy tym prawie nic... To trochę aż wstyd.

Ten sam szablon zobaczycie również na moim blogu socjologicznym. Jeśli ktoś ma pytanie, dlaczego właściwie nie założyłam fanpage'a dla drugiego bloga, to odpowiedź jest prosta - wystarczy mi zasięg, który mam obecnie, a jest on znacznie większy niż w ogóle się spodziewałam. Dlatego wystarczy mi, że linki do notek wrzucę na fanpage'a bloga z recenzjami. 

Jeśli coś by nie działało lub szablon sprawiałby jakieś problemy na komputerach, to dajcie znać, postaram się coś pogrzebać, aby sprawić, by blog był przejrzysty. 
Share:

czwartek, 9 lipca 2015

Liebster Blog Award, czyli 10 ciekawych pytań

Przyznaję, że gdyby nie Lemurilla, w sumie nie wiedziałabym, że coś takiego istnieje. Ale bardzo mi miło. Zabawa jest całkiem fajna i ma na celu rozpromowanie blogów. Polega na tym, że po nominacji dostajesz 10 pytań i musisz na nie odpowiedzieć, a potem nominować kolejne blogi i zadać 10 swoich pytań. A zatem zaczynamy!

Nominowana zostałam przez wyżej wspomnianą autorkę Lemurilli, a oto 10 jej pytań:

1. Pierwsza manga jaką kupiłaś/eś, jak kiedyś ją oceniałaś/eś, a jak obecnie o niej myślisz?

Może to głupie, ale przyznaję, że była to dopiero Hetalia. Dlaczego? Złożyło się na to wiele czynników - wcześniej nie miałam kasy, możliwości, a poza tym wcześniej też (a konkretnie w szkole średniej) trochę odeszłam od mangi, więc nie widziałam powodu, by ją kupować. Mangę tą oceniałam jako coś bardzo fajnego, jako zabawną satyrę, choć samo wydanie miało trochę kontrowersji, chociażby te translatorskie. Dzisiaj natomiast chcę ją sprzedać, więc można domyśleć się, jaki mam stosunek. Po prostu tytuł przestał mnie interesować.

2. Najlepszy konwent na jakim byłaś/eś?

W moim przypadku - jedyny, czyli Bachanalia Fantastyczne w Zielonej Górze, o których pisałam relację. Ale bardzo, bardzo mi się podobało i na pewno pojawię się jeszcze, może nawet z panelem? ;)

3. Za komplet jakiej serii mang oddałabyś/łbyś nerkę?

Cały czas poluję na całą serię Fullmetal Alchemist w rozsądnej cenie, ale wiele bym dała również, aby któreś wydawnictwo podjęło się tłumaczenia Saint Seiyi (a tych mang i spinoffów jest wręcz masa). Bo dlaczego wszystkie klasyki zostały wydane w Polsce (a przynajmniej te, których wersja animowana leciała na Polsacie czy RTL7), a Saint Seiya akurat nie? To trochę niesprawiedliwe. Albo żeby chociaż The Lost Canvas wydano...

4. Ulubiony film animowany nie pochodzący z Japonii?

Prawdopodobnie "Król Lew", chyba jedyny film animowany, któremu dałam 10/10 na filmwebie. Dla mnie to już jest klasyka, jest ponadczasowy, piękny, zabawny i momentami smutny. I tego oczekuję po filmie familijnym. Ale swego czasu bardzo lubiłam też disnejowskiego "Herkulesa".

5. Ile najdłużej siedziałaś/eś bez przerwy nad jakimś serialu/komiksie/książce i co cię tak wciągnęło?

Zależy, jak to liczyć. Jeśli tak ciągle, to chyba Doctor Who. Oglądam ten serial od 2012 roku i choć czasami tylko ciężko wzdycham na wymysły Moffata, to dalej oglądam. Może trochę z przyzwyczajenia, ale jednak też dlatego, że mimo wszystko lubię ten serial, który wpisał się na stałe do popkultury brytyjskiej. Ale tak to... No cóż, do tej pory kocham "Czarodziejkę z Księżyca" ("Sailor Moon"), a po raz pierwszy obejrzałam ją, gdy... Byłam chyba w zerówce.

6. Na czym ostatnio byłaś/eś w kinie i jak się podobało?

Na "Mad Maxie: Drodze Gniewu" i bardzo, bardzo mi się podobało, o czym świadczy moja ostatnia, bardzo przychylna recenzja. Film dla każdego, nawet jeśli się nie przepada za sensacją.

7. Ulubiona książka?

Ale tak tylko jedna? Lubię cykl książek o Harrym Potterze, lubię "Małego Księcia", lubię inne książki J.K. Rowling... Tego jest masa. Praktycznie większość książek, które przeczytałam, podobały mi się w większym lub w mniejszym stopniu.

8. Poleć jakąś planszówkę!

Mam naprawdę miłe wspomnienia związane z "Jungle Speed". Gra na refleks i bawić się w nią powinny więcej, niż dwie osoby. Chętnie bym jeszcze w to pograła.

9. Ulubiony kraj Europy Środkowej?

Nie licząc Polski głównie pod względem turystycznym (bo naprawdę, jest co zwiedzać, nawet swojego regionu jeszcze nigdy dobrze nie zwiedziłam), to myślę, że Czechy mają swój niesamowity klimat i jeśli miałabym okazję, to znowu bym się wybrała do Pragi.

10. Czym okaże się One Piece?

Kapeluszem Luffy'ego ;)

Ok, teraz porcja pytań ode mnie :)

1. Przypomnij sobie rzecz, której jesteś fanem od bardzo, bardzo dawna. Co to za rzecz? Ciężko mi pisać bowiem, w jakim fandomie siedzisz najdłużej, bo ludzie różnie to pojmują.
2. Może coś o muzyce. Ulubiony gatunek i kilka zespołów/muzyków, których lubisz?
3. Wolisz wracać do czegoś nostalgicznie, czy lubisz odkrywać nowe filmy i seriale? Dlaczego?
4. Najukochańszy film/bajka z dzieciństwa.
5. Test: czy jesteś dzieckiem lat 90? Co łączyło ze sobą te dwie rzeczy: kasetę magnetofonową i ołówek? Gimby nie znajo
6. Czy masz jakąś ulubioną grę komputerową? Jeśli tak, to jaką?
7. Najgorsza książką, jaką przeczytałaś?
8. Jakie miejsce na Ziemi chciałabyś koniecznie zobaczyć?
9. Ulubiona forma sztuki?
10. I wreszcie: kawa czy herbata?

A nominuję dwa blogi:

Subiektywnie o kinematografii - naprawdę warto śledzić także fanpage'a ;)

Kącik krytyczno-filozoficzny - o popkulturze i nie tylko, również gorąco polecam! :)


Share:

czwartek, 21 sierpnia 2014

Jakie wersje językowe lubię najbardziej?

To jest wpis, do którego się przymierzałam od jakiegoś czasu. Inspiracją był wpis koleżanki, która pytała się o to, czy istnieje jakaś polska, zdubbingowana wersja openingu do Czarodziejki z Księżyca. Odparłam na to, że takowej nie znam, bo jej nie było. A nawet nie chciałabym, aby powstała. I jest wiele względów, dlaczego. Anime jest dość skomplikowaną sprawą i nietypową, w porównaniu do reszty. Ale kiedy i gdzie lubię dane wersje językowe? Może najlepiej od początku.

1. Oryginalna.
Oczywiście w przypadku polskich filmów i seriali nie ma się co rozdrabniać i jest to chyba oczywiste. Ale tak to jedyny język obcy, jaki znam na poziomie pozwalającym oglądać mi filmy, jest język angielski. I w tym języku staram się oglądać filmy brytyjskie, czy amerykańskie, ogólnie takie, które w oryginale są anglojęzyczne. Czasem jednak ze względu na słownictwo jest to trudne zadanie, dlatego też, gdy nie czuję się pewnie, włączam sobie napisy w tym języku (nawet mogą być te z wersji dla głuchoniemych, ale wtedy jest mniejsze ryzyko, że coś mi umknie).

2. Napisy.
Wszelkie inne filmy, które nie są po angielsku, ani po polsku w wersji oryginalnej, wymagają u mnie napisów przynajmniej w języku angielskim. Wiem, jaka to często męczarnia, żeby znaleźć odpowiednie napisy w języku polskim, dlatego ten angielski to dla mnie minimum. Albo inny, dość może zabawny przykład. Ostatnio oglądałam francuską parodię "Rycerzy Zodiaku", gdzie na youtube autor dodał napisy właśnie w języku francuskim. Dałam więc, aby automatycznie zostały one przełożone na język angielski. I o dziwo, nie wyszło nic w stylu "Kali jeść, Kali pić". To też jest częsty powód oglądania filmów z napisami angielskimi - czasami, jeśli są one dostępne po polsku, są one w okropnej jakości, niestety. No i też jeszcze jest kwestia kina - tu oczywiście preferuję napisy nad dubbingiem.

3. Lektor.
Czasami jestem zbyt zmęczona na napisy. Czasami robię kilka rzeczy na raz, więc bardziej "słucham" danego filmu, niż go oglądam. A czasem kieruje mną sentyment, bo może lektor był fajny, miał przyjemny głos, albo było przy tym dobre tłumaczenie (tak było z filmem "Jaja w tropikach", gdzie właśnie lektor czytał genialne tłumaczenie). Niekiedy jest też tak, że oglądam coś w telewizji, a tam najczęściej występuje lektor. Nie jest to jeszcze taka zła opcja.

4. Dubbing.
Powiem wprost - zależy gdzie. Dubbing produkcji animowanych (zachodnich) jest u nas wysoko ceniony, nawet gdzieś słyszałam, że zdaniem profesjonalistów (nie tylko z naszego kraju) polski dubbing do Shreka przebija oryginał. Dane mi było posłuchać dubbingu z lat 50. lub 60. ubiegłego wieku, a mianowicie dubbing do "Kopciuszka". I było to trochę dziwne doświadczenie, ponieważ wtedy była zasada, że głos powinien brzmieć tak jak w teatrze lub filmie. Dopiero później zmieniono zasadę, że głos nie musi brzmieć naturalnie, bo i kreskówki nie są czymś "naturalnym", tylko sztucznym, przerysowanym, więc głos też może być przesadzony. Ale niestety, nasi twórcy dubbingu chyba trzymają się zbyt wiernie tej zasady, przez to filmy fabularne kompletnie im nie wychodzą. Inaczej jest np. w Niemczech, o czym mówił Tomasz Knapik w ciekawym wywiadzie, że tam dany aktor głosowy jest przypisany do aktora oryginalnego. I tam dubbing stoi na wysokim poziomie. W przypadku filmów fabularnych u nas jest z tym cienko, dlatego nie rozumiem ślepej zagrywki m.in. Disneya. Ja rozumiem, że Marvel jest ich własnością, ale filmy Marvela nie są przeznaczone dla dzieci. A chyba tylko po to się robi ten dubbing - żeby przyciągnąć większą liczbę widzów. Tak samo z Hobbitem był strzał w kolano - wyszła wersja rozszerzona, więc dubbing przestał być opłacalny. I tak jak pisałam, na DVD do wyboru były napisy lub lektor.

Anime.
Anime to takie jakby poza konkursem. Nie mieści mi się bowiem w żadnych kategoriach. Po pierwsze - na pewno odpada dubbing. Polacy nie umieją robić dubbingu do anime, co widać na przykładzie chociażby Naruto - nie dość, że dostają najczęściej pociętą wersję amerykańską lub francuską, to jeszcze korzystają z ich tłumaczenia (czyli tłumaczenie jest pośrednie). Choć, żeby mnie nie posądzać zaraz o jakiś brak patriotyzmu, to powiem, że Amerykanie również nie potrafią tego robić. Nie widziałam amerykańskiej wersji anime, która moim zdaniem byłaby dobra. Głosy są zazwyczaj niedobrane, wersja jest pocięta, zmontowana czasem w niezrozumiały dla mnie sposób (tak było np. z Sailor Moon), czasem padają jakieś dodatkowe teksty, których w oryginale nie ma, lub co lepsze, teksty są tak ocenzurowane i zmienione, że kompletnie przeinaczony jest sens oryginału! W dodatku kompletnie niezrozumiała jest dla mnie zmiana ścieżki dźwiękowej. Nieco lepiej robią dubbing Francuzi moim zdaniem, ale też coś im umyka i mają cenzurę (choć uważam, że momentami nie jest ona zła. Niektóre sceny w starszych anime są bowiem bardzo brutalne). Nie wiem, z czego to wynika, ale to chyba będzie specyfika seiyuu, czyli japońskich aktorów głosowych. Są oni bardzo popularni w Japonii, ich popularność można porównać do popularności aktorów z seriali w Polsce. I ja podziwiam tychże aktorów, którzy mają siłę, by krzyczeć, wyrażać emocje całym głosem, a dodatkowo często jest tak, że nie mogę uwierzyć, że dany aktor podkładał głosy pod kompletnie różne od siebie postacie, także głosowo - czyli raz taka aktorka może podkładać głos chłopcu, a raz - pięknej i delikatnej kobiecie. I jest to dość częste. Lektor - również zależy, gdzie. Są bowiem anime, do których mam sentyment, nawet jeśli lektor przekręcał imiona, czy czytał tłumaczenie pośrednie z francuskiego, włoskiego lub angielskiego, przez co oryginał tracił nieco sens. Ale od dobrych paru lat są stacje, które robią lepsze, bezpośrednie tłumaczenia i tam też lektor brzmi całkiem fajnie, jak w Death Note, czy w najnowszym Dragon Ball Kai. Ale tak to przede wszystkim napisy wchodzą w grę. Najczęściej fanowskie, często też to jest tłumaczenie pośrednie, ale jednak mamy mniej cenzury i często wyjaśnia się wiele rzeczy, bo np. w wersji polskiej z lektorem tłumacz coś przekręcił. Ale też nie zawsze polskie napisy wchodzą w grę. Niestety, teraz dbamy o jakość fansubów, ale parę lat temu mogłam trafić na napisy z rażącymi błędami ortograficznymi lub ze składnią jak z google tłumacza. Dlatego też cieszę się, że znam dość dobrze angielski.

Jak widać, nigdy nie jest tak, że z góry odrzucam którąś wersję językową. Nie jestem jakimś snobem, który powie, że tylko jedna wersja wchodzi w grę, lub żadna. Ważne jest w końcu, aby to nam się dobrze oglądało, a nie, żeby zadowalać kogoś. Choć zawsze warto porównywać sobie wersje językowe, o ile jesteśmy w stanie. Bo często dopiero po takim krótkim porównaniu wychodzi, która wersja jest dla nas najbardziej odpowiednia.


Share:

środa, 20 listopada 2013

Jak piszę recenzje?

Hej! Post ten będzie dedykowany tym, którzy chcą pisać recenzje lub z jakichś względów muszą to robić. Obejrzałam dzisiaj film "Hej, Skarbie", lecz recenzja pojawi się dopiero... W styczniu bodajże, kiedy otrzymam ocenę (jest to moje zadanie na zajęcia).

Generalnie wiem, że teoretycznie takich rzeczy powinno się uczyć w szkole, ale teoria swoje, a praktyka swoje. I tym samym wiele osób nie wie, jak się do tego zabrać. Postaram się więc opublikować taki mały schemat, coś na zasadzie, jak ja to robię. Nie ma jednak reguły, że każdą rzecz należy ściśle pisać według tego schematu. Ostatnio miałam szansę się o tym przekonać, czytając i recenzując książkę "Chustka" (patrz poprzedni post).

Zanim jednak przejdę do schematu, to pierwsza zasada: zawsze należy szukać jakichś pozytywów i negatywów. Nigdy bilans nie wyjdzie pół na pół, rzadko się to zdarza, ale nie jestem zwolenniczką krytykowania czegoś z góry na dół (nawet w takich "50 twarzach Greya" znalazłam jeden plus), ale też i nie lubię wychwalania czegoś ponad niebiosa, bo łatwo można wpaść w pułapkę wszelakich kłótni na temat dzieła, które lubimy, a inni - niekoniecznie. W recenzji też nie chodzi o zachowanie neutralności i obiektywizmu - bo jest to nasza subiektywna opinia. Ale żeby nie tracić czasu: recenzja, jak każdy tekst, standardowo powinna się dzielić na wstęp, rozwinięcie i zakończenie. I ktoś powie: fajnie, ale coś poza tym? To ja tu postaram się opisać, jak ja to robię. Nie wszystkie elementy są obowiązkowe. Te, które uważam za niekoniecznie obowiązkowe, zaznaczę kursywą.
  1. Wstęp: Tu zwykle zamieszczam bardzo ogólnikowe informacje, typu "przeczytałam...", "obejrzałam..." oraz kilka zdań (najczęściej do trzech) o tym, co sądzę (bardzo ogólnikowo) o książce/filmie. 
  2. Streszczenie fabuły: bardzo ważny element. Bez tego nasz Czytelnik nie będzie wiedział, co właściwie oceniamy. Mówię tu o Czytelnikach, którzy nie znają danego dzieła, a po prostu chcą przeczytać recenzję, zanim np. wybiorą się do kina. Też kilka zdań, najlepiej opisywać film/książkę najogólniej, jak to możliwe, żeby nie robić spoilerów.
  3. Najważniejsze pozytywy i elementy, które nam się podobały. Lub też na odwrót, mogą tu być rzeczy, które nam się nie podobały. Tu już jest pełna dowolność. Mogą to być aktorzy, ich gra, fabuła, klimat, wszystko, byleby to nie były sprawy "techniczne". 
  4. Tu zależnie od tego, co oceniamy:
  • film/serial: ogólna realizacja, montaż, strona wizualna, efekty specjalne. Dlaczego nam się podobały lub nie podobały?
  • książka: narracja czy środki artystyczne. Czy nam się podobały?
5. Postacie. Uważam to za element nieobowiązkowy, ponieważ są różne filmy i są różne książki. Jeśli bohaterów jest dużo, to ważniejsza będzie fabuła, niż oni sami (np. teraz czytam "Silmarillion", gdzie już wiem, że ważniejszy będzie przedstawiony świat, niż postacie).
6. Muzyka. Tylko w filmie i tylko, jeśli nam przypadła do gustu i zapadła w pamięć.
7. Zakończenie: tu piszemy podsumowanie naszej recenzji, dlaczego nam się podobało dane dzieło lub też nie. Ja zwykle dodaję jeszcze zdanie w stylu, komu mogę polecić dany film lub daną książkę i dlaczego. 
8. Ocena: element nieobowiązkowy, ja podaję w skali 1-10, ktoś inny może po prostu napisać np. "dobry".

I to tyle :) Pytania w komentarzach. I powodzenia!
Share:

niedziela, 29 września 2013

Post powitalny i pierwsze dwie recenzje - Shingeki no Kyojin i Free! (2013)

Witam wszystkich, część z was zapewne mnie zna z takich portali, jak tumblr, deviantart, czy może z mojego drugiego bloga. Założyłam tego bloga, ponieważ lubię dzielić się opiniami na temat tego, co obejrzałam lub przeczytałam. Równocześnie zaznaczam, że nie chcę wchodzić w kompetencje takiego Zwierza Popkulturalnego, który pisze często ogólnie na te tematy, chcę tu po prostu pisać swoje opinie, recenzje. Dlaczego tu? Ponieważ lubimyczytac, choć jest fajnym portalem, jest bardzo dużym portalem, gdzie często te recenzje przepadają, duża część z nich mi też nie odpowiada, jakoś tak sobie się tam czuję. Filmweb z kolei mnie odstrasza - zostawiam go sobie jedynie jako "odhaczarkę" tego, co już obejrzałam, a co jeszcze nie, ale system dodawania recenzji na tym portalu jest okropny, delikatnie mówiąc. Dlatego wolę już to robić na oddzielnym blogu. Oceniać to, co czytam i oglądam, niezależnie od gatunku. Piszę wtedy, kiedy chcę i nikt nie musi tych wypowiedzi zatwierdzać. 

Lecz moje pytanie do potencjalnych Czytelników brzmi - czy życzycie sobie recenzji tematycznie, także i rzeczy, które przeczytałam/obejrzałam nawet z kilka lat temu, czy chcecie tego na bieżąco? Na dzień dzisiejszy podam próbkę możliwości, żebyście wiedzieli, jak podejść do moich recenzji, z czym je się je :) Na pierwszy ogień idą "Shingeki no Kyojin" oraz "Free!". Dlaczego tak? Ponieważ te dwa anime w tym tygodniu się skończyły. Obejrzałam dzisiaj ostatnie odcinki, więc mogę na świeżo się wypowiedzieć.

UWAGA, PONIŻSZE RECENZJE MOGĄ ZAWIERAĆ SPOILERY!

Shingeki no Kyojin (Attack on Titan)
Shingeki no Kyojin jest to tytuł oryginalny, a Attack on Titan - oficjalny angielski tytuł, tak gwoli ścisłości. Anime, które składa się na dzień dzisiejszy z 25 odcinków. Dlaczego na dzień dzisiejszy? W grudniu ma się pojawić odcinek specjalny, a z tego, co czytam, druga seria ma się pojawić albo w 2014, albo w 2015. Na podstawie mangi o tym samym tytule autorstwa Hajime Isayamy. Na chwilę obecną manga ma 49 rozdziałów, publikowana jest jednak od 2009 roku z częstotliwością jeden rozdział na miesiąc. Przeczytałam te 49 rozdziałów, jednak końca nie widać. Zajmę się dlatego anime. 
Plakat anime - źródło: blogspot.com
Anime zaczęłam oglądać, kiedy miało już około 12 albo 13 odcinków, zaraz po tym przeczytałam mangę. Jednak od pierwszej chwili mnie urzekło.

O czym jest "Shingeki no Kyojin"? Otóż akcja toczy się w alternatywnym* świecie, gdzie ludzkość żyje za murami, chroniąc się przed gigantycznymi tytanami. Tytani to stwory, o których niewiele wiadomo - są ogromne, z wyglądu przypominają zdeformowanego człowieka, choć nie mają widocznych genitaliów, jednak większość przypomina męskie osobniki. Zjadają ludzi, choć nie wiadomo, jaki w tym jest cel - inne żyjące stworzenia, takie jak konie, zostawiają w spokoju. Wiadomo też, że tytan nie je ludzi po to, aby przeżyć, ponieważ gdy zje ich za dużo, wymiotuje. Zjadają ich, zdaje się, dla zabawy. Jedynym sposobem, by zniszczyć tytana, jest uderzenie go w kark. Walką z nimi zajmuje się armia, która dzieli się na oddziały Strażników (strzegących miast), Zwiadowców (którzy szukają tytanów również poza murami, próbują się czegoś o nich dowiedzieć) i Żandarmerię, która strzeże króla. Do oddziału Zwiadowców chce dołączyć główny bohater, Eren Jaeger, który traci matkę. Gdy Eren miał 10 lat, miasto zaatakował ogromny, nietypowy tytan, wpuszczając innych tytanów. Jeden z nich pożera matkę Erena. Od tej pory chłopiec przysięga zemstę. Wraz z przybraną siostrą, Mikasą, oraz z przyjacielem, Arminem, w wieku 15 lat dostają się do oddziału Kadetów, by tam szkolić się na żołnierzy walczących z tytanami. Okazuje się, że to wszystko jednak nie jest takie proste.

Czy brzmi znajomo? Być może, zwłaszcza gdy dodam, że im dalej w las, tym więcej drzew - im pojawia się więcej wątków, zagadek, postaci, tym bardziej "Shingeki no Kyojin" zaczęło mnie zachwycać. Jeśli ktoś lubi "Igrzyska Śmierci", czy taką klasykę antyutopii, jak "Rok 1984", to śmiało mogę polecić tę mangę, pełną zwrotów akcji, zaskakujących cliffhangerów i dobrze wykreowanych postaci.

Kolejną zaletą, jaką mogę powiedzieć, są właśnie wykreowane postacie. Nie ma w zasadzie dwóch takich samych postaci, nawet te epizodyczne czymś się wyróżniają. Choć początkowo główny bohater bardzo mnie irytował, tak z czasem zaczęłam go rozumieć i doceniać to, jak został wykreowany. Po pierwsze, Eren zachowuje się jak przeciętny 15-latek. Wiadomo, że może go ogarniać złość, gniew, często to wynika z burzy hormonów w końcu. Ale jednocześnie widać, że Eren nie jest egoistą. Słucha rozkazów przełożonych, zdaje sobie sprawę ze swoich wad, z tego, że wiele rzeczy nie potrafi (Eren zostaje oceniony jako kadet, który nie ma żadnego szczególnego talentu, ale nadrabia we wszystkim pracowitością), ale ma też to szczęście, że trafia na ciekawych przełożonych. Ujęła mnie w szczególności jedna scena (nie będę jednak mówić o szczegółach i jej okolicznościach), kiedy ten przełożony, który nazywa się Levi, pozwolił Erenowi samemu zadecydować, co ma zrobić i powiedział, że nikt nie jest w stanie przewidzieć w 100% konsekwencji takiej sytuacji. Oraz, że za żaden wybór (choć oba były tragiczne) nie będzie krytykowany. Przyznam - byłam bardzo zaskoczona. Nawet w realnym życiu rzadko mamy do czynienia z ludźmi, którzy nam mówią, że coś jest naszym wyborem i będziemy za to odpowiedzialni. A tu coś takiego... Eren nie udaje również, że zna się na wszystkim, nie ma postawy roszczeniowej, że powinien być traktowany tak, czy siak, ponieważ jest tym i tym. Nie. I chwała mu za to. Pała nim pragnienie zemsty, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, czym może to grozić. Dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że Eren jest świetnie wykreowaną postacią główną.

Nie gorzej jest z główną bohaterką kobiecą, a mianowicie Mikasą Ackerman oraz z Arminem Arleltem, przyjacielem Erena. Mikasa z pozoru wydaje się idealna - jest najlepiej ocenionym rekrutem, choć nie marzyła o takiej karierze (zrobiła to dla przybranego brata), jest piękna, ale ma swoją mroczną, a zarazem smutną historię. Mikasa wydaje się głosem rozsądku dla Erena, który nie zawsze postępuje racjonalnie. Jednakże pojawia się tylko wtedy, kiedy potrzeba i również zdaje sobie sprawę z tego, że jest ograniczona w pewnych aspektach (ale do tego jeszcze dojdę). Muszę jednak przyznać, że osobiście byłam trochę zła, że oczywiście Mikasa darzy skrytym uczuciem Erena. Ale! Jest to rozwiązane w dobry sposób - nigdy nie ma powiedziane o tym wprost, a także to uczucie jest przedstawione bardzo delikatnie, tak wręcz platonicznie. I nie jest również na pierwszym planie. Ostatnim bohaterem jest Armin Arlelt. Jest on oceniony dość nisko jako rekrut, wydaje się słaby, ale jego siłą okazuje się umysł - jest on bardzo bystry i okazuje się świetnym strategiem, a także dedukcją moim zdaniem może konkurować z Sherlockiem Holmesem. I też chłopak zdaje sobie sprawę z tego, że tak naprawdę jest słaby, sam siebie pyta, co on tu robi, ale jego siłą jest właśnie rozsądek i determinacja, a także chęć przeżycia.

I tak musiałabym omawiać praktycznie każdą postać, ale jedno mogę zapewnić - na bank żadna z postaci nie jest taka sama. Nawet jeśli powiela jakiś schemat (np. szalonego naukowca), to jest to pokazane bardzo pozytywnie, na pewno nie będziemy się nudzić taką postacią. Jednocześnie podoba mi się wykreowany świat, a także armia. Nie ma tam superbohaterów. Nie ma tam tak, że "rozwalimy sobie całe miasto, a i tak ludzie będą nam wdzięczni" - wręcz przeciwnie, wyciągane są konsekwencje, a zwycięstwa są często pyrrusowe. Ludzie wiedzą, że są ograniczeni. Ich broń przeciwko tytanom nie jest też doskonała. A, i rzecz, o której dość często zapominają twórcy takich filmów/serialów - broń, jaką posługują się bohaterowie nie jest również bez ograniczeń, do unoszenia się w powietrzu np. potrzebny jest gaz, a ten może się skończyć, nie ma wiecznych zapasów. Jeden z bohaterów mówi wprost, że on się boi. I większość ludzi boi się przerażających tytanów. Ale łączy ich jedno - chęć przeżycia.

Co do samego anime - kreska jest cudowna, o wiele lepsza niż kreska w pierwszych rozdziałach mangi. Widać, że pracują nad tym profesjonaliści. Podobnie z animacją, która jest dla mnie tutaj wręcz mistrzostwem świata. Muzyka jest również świetna, choć pierwszy opening doczekał się tysiąca różnych przeróbek, a to z racji pewnej uniwersalności. Polecam zobaczyć, by się przekonać. 
Co do wad - mam bardzo mieszane uczucia względem ostatniego odcinka. Nie rozumiem decyzji twórców, że przesunęli oni pewne cliffhangery czy rzeczy istotne dla późniejszej fabuły w inne miejsca. Zmienili też część bohaterów (coś jak we "Władcy Pierścieni", gdzie zamiast Glorfindela to Arwena uratowała Frodo) i generalnie odcinek nie jest dość zgodny z mangą, czym byłam zawiedziona. Bo przez całe anime bałam się, żeby nie zaczęli iść inną drogą i zmieniać fabułę, tak jak w "Hellsingu", czy w pierwszej serii "Fullmetal Alchemist" i byłam zadowolona aż do tego odcinka. Nie mam pojęcia, dlaczego twórcy podjęli taką decyzję, skoro wiadomo, że powstanie drugi sezon. Generalnie jednak to nie przeszkadza w odbiorze. Być może jest to moja osobista preferencja, ponieważ czytałam mangę. Pewnie zabieg dotyczący końcówki anime był po prostu bardziej efektowny.

Generalnie do "Shingeki no Kyojin" idealnie pasuje cytat Hitchcocka "Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć." I tak też mamy tutaj od pierwszego odcinka, który zaczyna się tragicznie, a potem jest coraz ciekawiej. Cliffhangery i zwroty akcji sprawiają, że człowiek po prostu nie może się doczekać kolejnego odcinka lub rozdziału. Dlatego szczerze polecam, mimo tej końcówki, przez którą mam mieszane uczucia. Moja ocena na dzień dzisiejszy tego sezonu to 7,5-8/10. (Dodam tylko jeszcze, że będę stosowała skalę z filmweba), czyli generalnie bardzo dobry.

* alternatywny świat - jest to bardziej moja interpretacja, autor sam do końca się do tego nie ustosunkował.

Free! (Itawobi Swim Club)
Przyznać trzeba, że jest to anime o dość ciekawym rodowodzie. Otóż najpierw na tumblr pojawił się plakat z postaciami pływaków. Użytkownicy szybko podchwycili pomysł i ochrzcili go "Swim anime", a postacie również dostały imiona, osobowości, a nawet własne historie. Okazało się, że plotka o "Swim anime" jest prawdziwa i w lipcu można było już zobaczyć pierwszy odcinek anime... I przyznam szczerze, że krążą na temat różne opinie. Jedni uważają, że tumblr niejako "wymusił" na producentach w ogóle stworzenie takowego anime, jednak mnie to nie przekonuje. Uważam, że to była ciekawie przemyślana akcja marketingowa. Jeśli moja teza jest słuszna, to przyznaję - chwyt się sprawdził. 
Plakat - źródło: Free! wikia
Generalnie jest to przypadek, gdzie większość ludzi (zwłaszcza panów) podeszła do tematu w ten sposób, że szkoda marnować czas na "głupi fanservice, głupie yaoi i głupie anime o pływaniu". I ja też początkowo do tego tak podchodziłam, aż Free! stało się moim "guilty pleasure". Niemniej ma trochę ciekawych rozwiązań, które wyróżniają anime spośród wielu innych, które pokazały się w tym roku.

Ale o czym jest "Free!"? Otóż nie mogę powiedzieć, że o niczym. Oglądałam bowiem inne produkcje, w których to serio mogę powiedzieć, że są o niczym. To, że to anime ma łopatologiczną fabułę, nie znaczy, że jest o niczym. A "łopatologia" polega na tym, że po prostu opowiada o zmaganiach się 4 uczniów szkoły średniej Itawobi w pływaniu. Oprócz pasji łączy ich to, że mimo, że są chłopcami, mają bardziej żeńskie imiona: Haruka, Makoto, Nagisa. Po pewnym czasie dołącza do nich Rei, który wcześniej zajmował się lekkoatletyką. W zmaganiach jako menadżer pomaga im Gou, siostra Rina, który w podstawówce był przyjacielem i członkiem drużyny Haruki, Makoto i Nagisy, ale wyjechał do Australii, by tam móc trenować w lepszej szkole. Opiekunką klubu zostaje nowa nauczycielka, która z pływaniem ma tylko tyle wspólnego, że... kiedyś projektowała kostiumy kąpielowe.

I tak w zasadzie można streścić całą fabułę. Niemniej jednak wbrew pozorom i plotkom nie ma tam wątków gejowskich, fanservice jest w zdrowej dawce, a postacie i wątki również potrafią zaskoczyć. Tu mam wrażenie, że twórcy bawią się przede wszystkim odwróceniem schematów, tak puszczają oko do widza. Nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała, że zwracam uwagę na wykreowane kobiety. I one są dobrym przykładem odwrócenia schematu. Mam na myśli Gou i pannę Amakatę. Nie wyróżniają się one wyglądem. Nie są brzydkie, ale też nie stawiają urody na pierwszym planie. Była projektantka kostiumów ani razu nie występuje w kostiumie kąpielowym, nie daje się na to namówić. Gou ubiera się jak zwykła nastolatka. Owszem, lubi sobie popatrzeć na męskie ciała, ale tylko tyle. Nie podrywa żadnego z chłopaków, nie jest tam po to, aby zabiegać o uwagę, tylko serio chce pomóc jako menadżer (m.in. organizuje trening na wyspie). Zwraca uwagę kapitana drużyny rywali, ale zdaje się, że nie jest zainteresowana.
Główni bohaterowie są raczej postaciami prześmiewczymi, którzy raczej mają takie archetypowe cechy charakteru, jeśli w ogóle pokazują jakiś charakter. Tu muszę powiedzieć o Haruce. Wydawałoby się, że bohater mądry, ciekawy, zwłaszcza po pierwszym odcinku. Niestety, dalej zaczął mnie irytować, jednakże ostatni odcinek moim zdaniem uratował tę postać. Haru bowiem zachowuje się tak, jakby jedynymi jego myślami była woda i pływanie. Dochodzi do zabawnych sytuacji, to fakt, ale często są one aż żałosne, jak np. motyw do wejścia do akwarium. Trochę dobija mnie jego apatia, taki brak emocji, większego zainteresowania czymś innym, niż pływanie. Zmienia się to jednak w ostatnim odcinku, kiedy faktycznie Haru się czymś przejmuje. Z pozostałymi postaciami jest lepiej, nawet jeśli też mają zabawne momenty, to jednak jest to w granicach rozsądku. No i najważniejsze - daje się polubić tych bohaterów.

Kolejny zarzut - fanservice. Owszem, widzimy półnagie męskie ciała, ale jest to anime o pływakach, to czy mają oni pływać jak płetwonurkowie. Mają wyrzeźbione ciała, co również jest normalne, wystarczy pooglądać olimpiadę. Proporcje są wręcz świetne, w przeciwieństwie do anime, gdzie wiele dziewczyn ma za przeproszeniem cycki, które nie znają grawitacji. Jedyne, czego mogę się czepić, to nienaturalne kolory włosów, jak czerwony, czy niebieski.

Kolejny zarzut to rzekome wątki homoseksualne. Ja nie wiem, czy naprawdę to, że bohaterowie dobrze wyglądają, świadczy o ich orientacji seksualnej? Nie ma tam nic takiego, jest jedynie przyjaźń i rywalizacja. Bohaterowie są dość młodzi, chyba nie spotkali na swej drodze nikogo, kim byliby zainteresowani. Zresztą, to anime sportowe, a nie o uczuciach.

I jeszcze jedno - wiele można zarzucać anime, ale na pewno nie to, że ma kiepską animację. Bo nie ma, animacja dorównuje tej z "Shingeki no Kyojin". Zwłaszcza animacja wody. Po prostu można obejrzeć to anime śmiało (ma tylko 12 odcinków), choćby po to, by nacieszyć oko tą animacją.
Oczywiście Free! nie jest arcydziełem. Nie jest głębokie, nie ma głębokiego przesłania, nie sprawiło, że moje życie nabrało sensu. Jest to czysta rozrywka, ale czasem warto również oglądać coś także dla rozrywki. W latach 90. taką rozrywką był Kapitan Tsubasa, a w roku 2013 mamy Free!, które ogląda się przyjemnie, ma ciekawe wątki, zabawne sytuacje i miłe, zaskakujące zakończenie. Moja ocena: 7/10, czyli dobry. 

I tak będą wyglądać mniej więcej moje recenzje, choć postaram się, aby w jednym poście oceniać jedną książkę/serial/film.

I tyle ode mnie,

K. 

Share: