Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parodia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parodia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 października 2016

Cute High Earth Defense Club LOVE! LOVE! (2016)

Rok temu pisałam o anime, będącym idealną parodią gatunku "magical girls" ("mahou shoujo"). Gatunek, który wielu się przejadł, wyczerpał swoją formułę, czy nawet przechodzący już dekonstrukcję w przypadku niektórych tytułów (jak Madoka), ale jednak znaleziono miejsce na parodię, która jest odwróceniem wszelkich motywów związanych z gatunkiem. W tamtym roku Boeibu! miało pierwszy, udany sezon. Właściwie nie sądziłam, że powstanie drugi, zwłaszcza że w przypadku pierwszego mieliśmy do czynienia raczej z zamkniętą historią. A tu nagle, latem tego roku, spotkała mnie miła niespodzianka. Choć oczywiście obawiałam się tego, że poziom może być zdecydowanie niższy, jak to z sequelami bywa. I tu miło się zawiodłam. 

Plakat drugiego sezonu. Źródło: myanimelist.net

Nasi bohaterowie z poprzedniego sezonu, czyli Battle Lovers musieli pożegnać się z dawnymi wrogami, czyli radą szkoły. Antagoniści z poprzedniego sezonu wyjechali bowiem na wymianę uczniowską do innego kraju. W zamian za to do liceum Binan przybywają bliźniacy, nazywani "Beppu Brothers". Pozornie niezwykle utalentowani (są znanymi piosenkarzami śpiewającymi pod pseudonimem VEPPer) i wręcz idealni, tak naprawdę okazują się nowymi wrogami dla naszych bohaterów. Yumoto i reszta nie spodziewają się jednak, co nimi tak naprawdę kieruje.

Myślę, że przy omówieniu fabuły drugiego sezonu ciężko jest nie spoilerować. O ile pewne rzeczy spoilerami nie są, jak np. fakt, że od początku wiemy, kto jest kim, kto nasyła potwory, itd. W przeciwieństwie do poprzedniego sezonu, tutaj jednak fabuła rozwija się na całego nie pod koniec, a już w połowie sezonu. I właśnie do odcinka szóstego miałam ochotę źle ocenić sequel, ale trzeba dać szansę całości. I dobrze, że nie porzuciłam tak tego anime.

Pierwsza połowa jest z lekka rozczarowująca, ponieważ mamy powtórkę z tego, co mieliśmy. O ile naprawdę podoba mi się parodia tych wszystkich schematów związanych z magical girls, tak miałam tutaj "no ile można". Po prostu przewidywalna fabuła, czyli pojawienie się potwora i pokonanie go po prostu męczy. W dodatku niektóre z tych odcinków były tak głupie, że mogłam się łapać tylko za głowę (jak np. odcinek z bardzo stereotypowymi Włochami - choć zaskakujące jest to, że w mowie użyto tutaj pseudo-włoskiego akcentu, dość niespotykane, jak na japońską produkcję). Nie podobało mi się to, że przez pierwszą połowę miałam wrażenie, że jednak na pierwszy plan wypina się Yumoto. Strasznie dużo czasu ekranowego było poświęcone właśnie jemu. Na swój sposób trudno go nie kochać, ale jednak w poprzednim sezonie urzekło mnie to, że z początku wcale nie było oczywiste, kto jest głównym bohaterem - a i każdy z nich dostawał swój własny, dobrze rozwinięty wątek. Irytowali mnie również antagoniści - tak idealne postacie po prostu trudno znieść.

Pomimo pewnej nieścisłości (zrezygnowano z wątku zamazywania twarzy i nie było żadnej próby wyjaśnienia, dlaczego tego zaprzestano - a przecież łamanie czwartej ściany to wręcz specjalność tego anime) wszystko zmienia się na plus w odcinku siódmym, który jest o Bożym Narodzeniu. To właśnie tutaj odkrywamy, że słabością Beppu Brothers jest... Gora, brat Yumoto. I ta słabość sprawia właśnie, że antagonistów daje się polubić - a przy okazji daje wiele powodów do uśmiechu. Nie zdradzę jednak, dlaczego wrogowie wręcz obsesyjnie ubóstwiają Gorę - i tak zdradziłam zbyt dużo spoilerów. Trzeba jednak przyznać, że finał całości jest bardziej zaskakujący niż finał poprzedniej części - i daje furtkę dla sezonu trzeciego.

Nie zawodzi oczywiście komizm - wspomniane łamanie czwartej ściany (czyli coś, co kocham, jak np. słowa Wombata - "Bo w drugim sezonie jest zawsze lepsza transformacja"), czy rozmowy o błahostkach urastające niemalże do rangi dysput filozoficznych. Dodatkowo prowadzonych w dość dziwnych miejscach, jak łaźnia. Jeśli ktoś chce się pośmiać z durnych schematów występujących w niemalże każdym anime (nawet wyśmiane jest to, że w tej serii nie ma absolutnie żadnych kobiet - jest to świadomy zabieg twórców i wcale nie jest wadą, o czym powiem w podsumowaniu) - to jest to jak najbardziej tytuł dla niego.

Jeśli chodzi o ściśle techniczne rzeczy - animacja stoi na wysokim poziomie. Naprawdę to trzeba przyznać, że jest o wiele lepsza od takiego Sailor Moon Crystal. Animacja transformacji to wręcz cudeńko. Muszę też dodać, że animacja w tym sezonie naprawdę jest lepsza od poprzedniego - a przecież poprzeczka była ustawiona wysoko. Również muzyka wpada w ucho (najbardziej podobał mi się opening), choć to są raczej j-popowe kawałki. 

Podsumowując: dobra parodia nie tylko wyśmiewa dany tytuł lub gatunek, ale tym śmiechem próbuje również nam coś przekazać. Tak jest i w przypadku Boeibu. Wspomniałam wcześniej, że jest to tytuł, w którym nie ma ani jednej kobiety. Są one jedynie wspominane, ale tak to nie ma ich nawet w tle, nie są postaciami epizodycznymi. W tym przypadku nie jest to jednak wada. Mamy bowiem do czynienia z całkowitym odwróceniem schematu (w dodatku z fanserwisem). Sam gatunek magical girls jest bowiem niestety tworzony pod męską publikę, stąd kuse stroje dziewczyn, fanserwis, itd. Japońskie feministki zwracały również na to uwagę, ponieważ niestety na Zachodzie błędnie uważa się, że Sailor Moon to tytuł feministyczny - a wcale tak jest nie jest, ponieważ wpisuje się w ten schemat "male gaze". Boeibu zaś wyśmiewa to wszystko - dlatego w kusych strojach latają panowie, a nie panie. Jednocześnie obnaża to seksizm w mediach, a także głupotę - bo dlaczego faceci w tych strojach "magical boys" wyglądają po prostu głupio, a dziewczyny już nie? To podobnie jak z grami komputerowymi, gdzie zbroja kobieca odsłania niemalże całe ciało. Czy na mężczyźnie nie wygląda to po prostu głupio? I myślę, że to mi się podoba w tym anime najbardziej. Choć jest to moje "guilty pleasure", to jednak będę je zachwalać - chociażby dlatego, żeby niektórzy twórcy uświadomili sobie, jak właśnie powinna wyglądać parodia. A moja ocena to 7/10, czyli dobry - trochę ocena w dół za pierwszą część tego sezonu, która potrafiła jednak przynudzić. 



Share:

wtorek, 22 grudnia 2015

One Punch Man (2015)

Niedawno pisałam o "Scream Queens", czyli serialu, którego mi brakowało, jeśli chodzi o kategorię "parodia". W międzyczasie odkryłam inne anime, które również okazało się parodią - i to aż dwóch gatunków. Mam na myśli anime... Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to dla mnie anime roku - czyli "One Punch Man". Tytuł, który idealnie łączy humor i akcję niemalże na miarę "Dragon Balla".
Źródło: filmweb.pl
Zaczyna się bardzo niepozornie. Saitama ma 25 lat, zero włosów na głowie i "bawi się w superbohatera". Walczy z wrogami, z którymi nikt nie daje sobie rady. I co najlepsze... Pokonuje ich zawsze jednym ciosem, co doprowadza go do frustracji - chciałby bowiem z kimś walczyć dłużej. Przez przypadek Saitama poznaje nastoletniego cyborga, Genosa. Ten, widząc zdolności głównego bohatera, zaczyna go nazywać swoim mistrzem. Saitama pragnie jednak po cichu sławy, nawet własnego fanklubu - bowiem jego wyczyny w ogóle nie są dostrzegane. Okazuje się, że powinien był się zarejestrować w Stowarzyszeniu Bohaterów, które to odpowiednio klasyfikuje danych superbohaterów. Saitama i Genos przechodzą testy, jednak dopiero teraz okazuje się, że życie superbohatera nie jest takie proste.

Tytuł spełnia warunki shounena, a nawet seinena - jest trochę krwi i brutalności. Jest w nim jednak coś, co wyróżnia go spośród innych tytułów z tego gatunku. W shounenach bardzo mnie irytuje tzw. "przeskakiwanie hierarchii" - czyli dziwnym trafem główny bohater wykazuje niesamowity talent, być może ma też trochę szczęścia lub też jest "wybrańcem", dlatego przy odrobinie wysiłku udaje mu się prześcignąć wszystkich.

Schemat znany chociaż z Dragon Balla, Saint Seiyi, Naruto, Bleacha. Tutaj... Po części on występuje, ale nie do końca. Przede wszystkim w świecie przedstawionym bohaterowie wykazują odrobinę zdrowego rozsądku. Być może trochę lecą stereotypami, ale jednak nic w Saitamie nie sugeruje, że jest on silniejszy od wszystkich innych superbohaterów (a w Stowarzyszeniu jest ich trochę, są bardzo ciekawymi postaciami), dlatego często pierwsza reakcja na jego widok to śmiech. Inna - niedowierzanie i szukanie, gdzie jest haczyk. Aż w końcu także oskarżenia o oszustwo. Dlatego też Saitama - choć początkowo zakwalifikowany do najniższej klasy superbohaterów, nie od razu przeskakuje wszystkich. Nie staje się znany, nie staje się też wielkim ulubieńcem cywili, nawet jeśli ratuje ludzi z niebywałej opresji, kiedy już się wydawało, że nie ma żadnej nadziei. I chyba to mi się najbardziej podoba w One Punch Manie - to przełamanie schematu.

Kolejną rzeczą, która mi się podobała, jest niewątpliwie humor. Bardzo absurdalny, ale przy tym ukazuje też absurdalność gatunku filmów i seriali o superbohaterach. Nawet Saitama jest narysowany bardzo uproszczoną kreską tylko po to, aby sparodiować pompatycznych herosów takich jak Superman. Bardzo również podobała mi się cięta riposta Saitamy - nie pozwolił on bowiem rozwinąć skrzydeł Genosowi, kiedy opowiadał o swojej przeszłości (często też stały element gatunku) - tylko powiedział, że ma się streścić do dwudziestu słów.

Zastanawiam się przy tym, czy przy okazji Saitama nie jest antybohaterem - a przynajmniej często wykazuje takie zachowania - czasem robi coś tylko dla sławy, jest raczej dość przyziemny (nie ma czasu na walkę, bo promocja w supermarkecie ucieknie!) i czasem nie grzeszy wielką inteligencją. Trudno go zaszufladkować. Nie lubi też wielkich wzruszeń, tylko woli konkrety. Momentami również zazdrości Genosowi sławy.

Trzeba przyznać, że Mad House odwaliło kawał dobrej roboty z animacją, a także z muzyką - muzyka podczas walk przypomina klimatycznie tę z "Shingeki no Kyojin", do tego też energiczny opening i... Nawet ending, choć bardziej pasujący do shoujo, również mi się podoba.

Wady? Anime zdecydowanie za krótkie, choć wiem, że zrealizowano tylko część rozdziałów mangi. Mam nadzieję na drugi sezon, bowiem jestem też ciekawa innych superbohaterów - tu mieliśmy zaledwie ich przedstawienie tego. Pokazano, co potrafią, ale chciałabym wiedzieć coś o nich więcej.

"One Punch Man" to niewątpliwie anime roku. I skusiło mnie do zakupu mangi. Po prostu trzeba to obejrzeć. Dla mnie tytuł spełnia wszystko, co powinna spełniać parodia. I po prostu... Czekam na więcej. A anime dostaje ode mnie ocenę 9/10, czyli jest rewelacyjne.
Share:

czwartek, 26 marca 2015

Cute High Earth Defense Club LOVE! (2015)

Przyznaję, że mało które anime można uznać za jakieś arcydzieło, najczęściej zawierają one jakieś schematy, których fenomenu nie rozumiem tak do końca chyba przez różnice kulturowe. Jednak nawet wśród tych anime, które można streścić jako "what the fuck" zdarzają się perełki. W tym m.in. anime zwane w skrócie "Boeibu". Początkowo nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, a z odcinka na odcinek robiło się coraz dziwniej, tak ostatecznie przekonałam się, że to dobra parodia gatunku "magical girls". Ale po kolei.
Źródło: pinterest.com
Streszczenie fabuły samo w sobie może brzmieć dziwnie, lecz wbrew pozorom nie jest ona jakaś chaotyczna. Piątka nastoletnich chłopców uczęszcza do męskiej szkoły Binan. Choć pozornie różni, łączy ich to, że są członkami "klubu obrońców Ziemi", który to tak naprawdę jest tylko pretekstem do spędzania wolnego czasu na nicnierobieniu. Wszystko się zmienia, kiedy na Ziemi pojawia się tajemniczy kosmita, różowy wombat. Sprawia, że chłopcy stają wojownikami miłości, którzy walczą z potworami, zsyłanymi przez tajemniczych wrogów.

Przyznam wprost: prawie żadnego odcinka nie oglądałam na trzeźwo. Przynajmniej tych początkowych nie byłam w stanie, bo poziom absurdu był taki, że momentami musiałam przerwać i odejść od komputera. Ale jednocześnie absurd sprawiał, że dobrze się bawiłam i mimo wszystko śmiałam się przy każdym z odcinków.

Tak samo poziom fanserwisu jest ogromny, dlatego jeśli ktoś jest na to uczulony - to nie jest to anime dla niego. Ale chyba największą zaletą jest to, że jest idealna parodia. Tak, "Boeibu" spełnia bowiem cechy parodii, wyśmiewając gatunek (a chyba najbardziej opierał się na klasyce gatunku, czyli "Czarodziejce z Księżyca"). Wbrew pozorom ten tytuł wnosi dość sporo, zwłaszcza, że miałam okazję czytać posta z opinią japońskich feministek na temat gatunku "magical girls", w którym zauważają, że nastąpiła pełna fetyszyzacja. Czarodziejki, wojowniczki, dziewczęta obdarzone magicznymi mocami... Wszystkie one stały się niestety fetyszem i do tego są one bardzo wyzywająco ubrane, po prostu są obiektami (czyli to jest coś, co często mamy do zarzucenia u nas przy reklamach, gdzie kobiety są obiektami). Dlatego ten tytuł też odwraca schemat. Zamiast przyjaciółek mamy piątkę chłopców. Nie są oni związani żadnym przeznaczeniem, właściwie są wybrani przypadkowo do tego. Ich stroje przypominają słynne czarodziejki z "Sailor Moon", podobnie jak i transformacja. Także motywy wrogów, jak się okazuje, są typowe dla tego gatunku. I... Trzeba przyznać, że wbrew pozorom wychodzi to całkiem zgrabnie. Zwłaszcza animacja transformacji - z bólem przyznaję, że tu jest o niebo lepsza, niż w "Sailor Moon Crystal".

Zaskakująco dobrymi elementami są tu również muzyka, a także zakończenie serialu i wyjaśnienie całej sprawy. Nie będę jednak psuć zakończenia tym, którzy jeszcze go nie oglądali, mogę jedynie powiedzieć, że jest ono dość zaskakujące.

Co z wad? Szczerze, przez większość odcinków nie mogłam zapamiętać imion głównych bohaterów. To świadczy trochę źle o postaciach, które jako tako nie mają charakterów, są bardziej archetypami i parodiami, aniżeli konkretnymi postaciami z charakterami, historią, itd. Mimo wszystko zdołałam ich polubić w ostateczności. Drugą wadą będzie to, że anime jest zwyczajnie dość krótkie. Przy 12 odcinkach akcja rozkręciła się na dobre w trzech ostatnich.

Czy mimo wszystko warto sięgnąć po ten tytuł? Dla rozluźnienia, dla zobaczenia tego, jak powinna wyglądać porządna parodia - myślę, że tak. Jeśli jednak szukasz czegoś, co pozwoli Ci wejść w świat japońskiej animacji, to to anime byłoby raczej skokiem na głęboką wodę. "Boeibu" to jednak miły odpoczynek od "Sailor Moon Crystal" (z lepszą animacją...) i rozluźnienie przed "Soul of Gold". A moja ocena to 7/10, czyli dobry. 
Share:

środa, 2 kwietnia 2014

Straszny Film 5 (2013), czyli jak nie tworzyć parodii.

Myślę, że ten wpis nie będzie tyle co recenzją, jaką piszę zazwyczaj, ale bardziej dyskusją nad stanem komedii i parodii. Dlaczego? Dlatego, że "Straszny Film 5" jest filmem słabym, który nie mieści mi się w żadnej kategorii, a już na pewno nie jest parodią, czy pastiszem. Ktoś zapyta, czym jest w takim razie? Na to pytanie nie mam gotowej odpowiedzi, ale... Ponarzekać zawsze można. 
Źródło: filmweb.pl
Nie będzie tu opisu fabuły, ponieważ chociaż są jakieś jej ramy, to jednak bądźmy szczerzy - fabuła nie jest istotna w tym filmie. Film w zasadzie mógłby być o czymkolwiek, dla mnie to po prostu zlepek scen, które autorom wydawały się zabawne. Dobrze, może się zaśmiałam w kilku momentach, ale to było raczej na zasadzie "What the hell is this?", niż taki prawdziwy, niewymuszony śmiech. Ale warto wspomnieć o samej serii. Filmy z serii "Straszny Film" miały być przede wszystkim parodią horrorów. I pierwszy z nich owszem, był takową - parodiował bowiem horrory, które dzisiaj uchodzą za klasykę gatunku, jak np. "Halloween", "Krzyk", czy "Piątek 13-tego". I wypadła ona całkiem nieźle, a przy okazji odświeżyła gatunek. Było to też coś nowego, ponieważ wyśmiewało schematy występujące w niemal wszystkich horrorach. Zachęceni sukcesem twórcy poszli dalej i zaczęły powstawać kolejne części. Część druga trzymała się schematu pierwszej, ale moim zdaniem poszła w humor kloaczny i dlatego być może sporej liczbie osób nie podobała się ta część. Pomogła zmiana reżysera w trzeciej części i właściwie trzecią część uważam za najbardziej udaną. Może to też zasługa gwiazdy parodii, Lesliego Nielsena? Nie wiem. Czwarta część była taka, że niewiele z niej pamiętam, oprócz tego, że była parodią "Piły". A piąta... niestety jest porażką, na którą złożyło się wiele czynników.

Jednym z nich będzie zmiana obsady. W zasadzie tylko w pierwszych dwóch częściach obsada była podobna, potem aktorzy zaczęli się wykruszać, ale duet Anna Faris i Regina Hall sprawdzał się. Tym razem zastąpiono go Ashley Tisdale, znaną z programów z Disney Channel i mało znaną aktorką, Ericą Ash. Lubię Ashley, ale jednak ten wybór roli nie był najlepszy (bo serio, High School Musical jest takim guilty pleasure, ale bądź co bądź Sharpey była fajną postacią) i ogólnie jest to kiepska próba zastąpienia tego duetu. To samo z Simonem Rexem, który grał kompletnie inną postać w części trzeciej i czwartej! Nie mówiąc już o tym, że nie mam pojęcia, co robią tam inne gwiazdy (nie tylko filmu, ale i muzyki), jak Charlie Sheen, Lindsay Lohan, czy nawet Snoop Dogg. Chyba są tylko po to, żeby były znane nazwiska.

Drugi problem to taki, który jest widoczny od części trzeciej, a mianowicie powoli zamiast horrorów mamy także parodie innych tytułów, które były na czasie w trakcie kręcenia, jak "Czarny Łabędź". Nie podoba mi się to, ponieważ jest to dla mnie zmylenie widza. Czym w takim razie "Straszny Film" będzie się różnił od takiego "Epic Movie"?

Kolejnym problemem jest to, o czym mówi Doug Walker w swoim filmiku na temat parodii. Kiedyś parodie miały spójną fabułę, były właśnie wyśmianiem konwencji konkretnego filmu, jak np. "Kosmiczne jaja", czyli parodia "Gwiezdnych wojen". Niektóre sceny z tej parodii są wręcz równie kultowe, jak oryginał. Tego tutaj nie ma. Jest zlepek scen, które miały być śmieszne, a są żałosne. Humor kloaczny (naprawdę, czasami amatorskie filmiki z youtube są bardziej zabawne), odwołujący się do seksu, wymiotowania, czy wydalania, a także krzywdzenia dzieci. Coś takiego mnie nie bawi. Nie wspominając o ewidentnym rasizmie czy seksizmie, czego nie było w pierwszych częściach. Nie bawi to, nie rusza, raczej pozostawia niesmak.

Generalnie "Straszny Film 5" jest przykładem tego, jak całkiem fajna seria może stoczyć się dół i zaczyna mijać się z celem. Nie jest nawet parodią. Parodia jest bowiem przemyślana, humor musi być specyficzny, inteligentny (bo widz musi też znać oryginał, żeby coś go bawiło), a nie prostacki. Stąd moja ocena 3/10, czyli słaby.

PS. Na deser filmik od Douga Walkera nt. parodii. On dokładniej wyjaśnia coś, z czym także się zgadzam.



Share:

środa, 9 października 2013

Jaja w tropikach (2008)

Film obejrzałam po namowach mojej koleżanki, Beaty, którą serdecznie pozdrawiam :) I pora także zaktualizować tego bloga. Jutro albo pojutrze wrzucę tu recenzję "Wałęsy", więc wypatrujcie posta :) Ale przejdźmy do rzeczy, czyli do "Jaj w tropikach".

Szczerze, zdziwiła mnie dość niska ocena na filmwebie - raptem 5,7. Moi znajomi również różnie oceniają ten film - jedni słabo, inni dobrze. Ale chyba jest to moim zdaniem kwestia, którą niestety chyba nie wszyscy pojmują, a mianowicie istotny jest tutaj gatunek filmu. Jest to komedia. Co więcej, satyra, parodia, film z gatunku "odmóżdżający". I patrząc na ten film, jak właśnie na satyrę, to muszę przyznać, że sprawdził się świetnie.
Źródło: filmweb.pl
Ale o czym jest ten film? Krótko mówiąc, jest to satyra na show-biznes. Przede wszystkim na przemysł filmowy, na aktorów, na ich pogoń za pieniędzmi i sławą. W Hollywood ma powstać "najlepszy film wojenny", do którego zaangażowano najlepszych, a zaraz najbardziej egocentrycznych aktorów z tego światka. Producenci zaczynają się jednak obawiać, że film będzie niewypałem, więc żeby zyskał na realizmie, wysyłają oni wspomnianych aktorów do prawdziwej dżungli w Wietnamie. 

Dobra komedia opiera się na trzech rodzajach komizmu: na komizmie słownym, komizmie postaci i komizmie sytuacyjnym. Mamy tu wszystkie trzy elementy, choć jedne wypadają lepiej, a drugie gorzej. Może zacznę od komizmu sytuacyjnego. Cała sytuacja w filmie jest bowiem absurdalna, jest prześmiewczym pokazaniem przemysłu filmowego, tego, jak się te filmy kręci (konieczne wykorzystanie dużej ilości wybuchów, płaczliwa scena z dwójką przyjaciół... Zresztą, o tym dobrze wypowiadał się Jacek Braciak u Kuby Wojewódzkiego - jeśli ktoś nie widział, to polecam). Dużo zabawnych sytuacji wynika jednak bardziej z charakteru postaci. I ten komizm, komizm postaci wypada najlepiej. Ben Stiller gra podupadłego gwiazdora, który próbuje zagrać w dobrym filmie, żeby się wydostać się z dna i żeby znowu zyskać sławę. Dostaje mu się rola przywódcy, lecz nie wyróżnia się zbytnim intelektem ani siłą, żeby taką rolę wykonywać, przez co wynikają śmieszne sytuacje (zwłaszcza pod koniec filmu). Jack Black jest również dużym atutem. Gra on tutaj aktora, który z zawodu jest komikiem (jak i w prawdziwym życiu), ale jest on też parodią na tę ciemną stronę sławy, czyli uzależnienie. Moim faworytem jest jednak Robert Downey Jr., który gra napuszonego aktora, 5-krotnego laureata Oscara, który dla zagrania w tym filmie dokonał idiotycznego zabiegu zwiększenia melaniny w swoim organizmie, tylko po to, by grać rolę czarnoskórego żołnierza. Dodatkowo jego akcent i kłótnie z raperem Alpa Chino (zbieżność nazwisk zupełnie przypadkowa) sprawiały, że śmiałam się do rozpuku. Co jednak z komizmem słownym? Z tym bywało raz lepiej, a raz gorzej. Z góry mówię - film zawiera dużą ilość wulgaryzmów, więc jeśli ktoś nie lubi tego rodzaju filmów, to niech nie bierze się za oglądanie. I te wulgaryzmy czasami są śmieszne, a czasami nie. Choć kłótnie Kirka Lazarusa, granego przez Roberta Downey Jra wszystko wynagrodziły.

Co tu dużo mówić - film jest dobrze, ciekawie zrealizowany. Przypomina mi się tutaj "Straszny Film 3", który był chyba najlepszą parodią horrorów. "Jaja w tropikach" podejmują jednak temat, który lubię, czyli kulisy sztuki, show-biznesu. W dodatku robi to w prześmiewczy sposób. Jeśli ktoś chce się pośmiać, chce czegoś dla odmóżdżenia, to śmiało polecam ten film. Moja ocena: 8/10.
Share: