Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biograficzny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biograficzny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2017

Jak odczarować tabu w demoludzie, czyli Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017)

Oczywiście nie przerywam cyklu oscarowego, ale póki co zastanawiam się, który film zobaczyć jako kolejny. A na razie postanowiłam zobaczyć kolejną polską produkcję, która już po zwiastunie zapowiadała się ciekawie. Jest to historia dość barwnej postaci z czasów PRL, która swoim życiorysem mogła zaszokować wielu ludzi nawet dzisiaj. W dodatku (przynajmniej częściowo) zmieniła podejście Polaków do spraw seksu, czyli właśnie odczarowywała pewne tabu, pewną hipokryzję, która sprawiała niejednokrotnie, że ludzie cierpieli. Mowa oczywiście o Michalinie Wisłockiej. Ginelożka i seksuolożka, autorka "Sztuki kochania". Jej życie mogłoby właściwie posłużyć na scenariusz niejednego filmu. Tu jednak Maria Sadowska postanowiła wybrać najważniejsze i najciekawsze elementy jej biografii.

Źródło: film.wp.pl

Lata 70. XX wieku. Niezwykle popularna ginekolożka, Michalina Wisłocka, po rozmowach z wieloma pacjentkami decyduje się wydać książkę pt. "Sztuka kochania", pierwszy poradnik dla par na temat życia seksualnego. Oczywiście w PRL-u nie jest to zadanie łatwe, a Wisłocka spotyka po drodze wiele przeszkód, łącznie z wyciąganiem dość ciekawych fragmentów jej życiorysu, jak życie w trójkącie czy romanse z wieloma mężczyznami.

W filmie Marii Sadowskiej jest kilka elementów, które drażniły i które trzeba zaznaczyć na samym początku. Po pierwsze, widz nie dowie się z filmu, czym była książka "Sztuka kochania". Może wnioskować, że był to rewolucyjny jak na tamte czasy poradnik, prezentujący różne pozycje łóżkowe, omawiający kwestie antykoncepcji czy kobiecego orgazmu (tytułowa bohaterka najbardziej się wścieka właśnie wtedy, gdy cenzor mówi jej, że rozdziały o orgazmach zostaną wycięte). Otóż jest to częściowo prawda. W czasach PRL-u edukacja seksualna mocno kulała (nie poruszam nawet tematu czasów dzisiejszych, bo to zupełnie inna bajka), w dodatku antykoncepcja, oprócz tego, że była słabo dostępna, to była też mocno zawodna - dlatego najczęstszą jej formą była aborcja, czasami dokonana tajemnie, w niesterylnych i nieprofesjonalnych warunkach. Na lekcjach biologii omawiano tematy związane z seksem bardzo ogólnikowo, jeśli w ogóle, a wśród młodych ludzi krążyło wiele mitów. W filmie właśnie widzimy, że gdy Wisłocka chce już się poddać po nieskutecznej walce z cenzorami, impulsem do działania była rozmowa z młodą pacjentką po powikłaniach po dokonanej aborcji. Zapłakana dziewczyna zwierza się lekarce i mówi jej, że myślała, że "raz to się nic nie stanie", przez co ani ona ani jej partner nie zabezpieczyli się. Książka była więc swojego rodzaju "bombą", bowiem pisano w niej o sprawach, o których ludzie wstydzili się mówić głośno. Co więc mi się takiego nie podoba? Po prostu książka jest bardzo przestarzała. Wydana w 1976 roku nie przystaje do dzisiejszych czasów, a niektóre porady w niej zawarte mogą przyprawić o ból głowy. Polecam wpis na blogu koralowamama.pl, który mówi więcej o tym, dlaczego ta książka nie powinna być dzisiaj traktowana jak poważny poradnik (w wpisie jest też kilka "ciekawych" cytatów). Dlatego drażni mnie fakt, że w filmie nie mamy powiedziane, o czym dokładnie pisała Wisłocka (choć rozumiem, że film kieruje się pewnymi uproszczeniami), ale także końcowa scena pokazująca druk najnowszego wydania (i przy okazji jest pewna reklama? Takie miałam wrażenie, a takiego lokowania produktu to nie znoszę). 

Jeśli o reklamach mowa, to także niecierpliwiłam się ilością sponsorów przed właściwym seansem. Niekoniecznie może to dobrze świadczyć o danym filmie, a także reklama na plakacie "Twórcy filmu "Bogowie" przedstawiają" także wzbudza czujność. A ostatnią rzeczą, jaką najbardziej drażniło mnie w filmie, był fakt, że Magdalena Boczarska grała Wisłocką w każdym etapie jej życia - nawet będąc 18-letnią dziewczyną. Ogólnie do aktorstwa Boczarskiej nie mam zastrzeżeń, jedna z jej ciekawszych ról (zwłaszcza starsza Wisłocka w jej wydaniu wypada genialnie). ale tu raczej zarzut do reżyserki - czy nie można było zatrudnić na te kilka scenek młodszej aktorki? Wypadałoby to troszkę bardziej wiarygodnie.

Ale! Film ogólnie podobał mi się, ponieważ lubię patrzeć na realia, które już są dla nas tylko historią. I choć film trochę miesza epoki - mamy taką przeplatankę, raz widzimy lata 70., potem mamy wspomnienia z czasów wojny, później znów lata 70., powrót do wspomnień z lat 50. itd. Widz jednak się w tym nie gubi, ponieważ każda epoka jest bardzo dobrze oddana nawet poprzez takie szczegóły jak ubiór bohaterów, odpowiednią scenografię. Dzięki temu wcale nie musimy się zgubić, nawet jeśli historia sama w sobie jest takim przekładańcem. 

Druga rzecz - aktorstwo. Aktorzy dobrani do tego filmu są naprawdę niesamowici. Mamy mnóstwo znanych nazwisk, a przy tym chyba niemal każda rola jest ważna i jest w jakiś sposób zapamiętana - nawet krótkie cameo Tomasza Kota w roli profesora Religi - ot taki smaczek od twórców. Film bardzo broni się aktorsko. Można narzekać, że ciągle te same twarze, jak Adamczyk czy Szyc, jednak... Nawet oni wypadają w tym filmie. Bardziej urzekło mnie aktorstwo kobiet z Boczarską na czele. Oprócz tego mamy przecież też Karolinę Gruszkę, Danutę Stenkę, a także mniej znane aktorki, a przy tym wypadające fajnie i naturalnie.

Można też mieć pewne obawy, że film chce "jechać" na "Bogach" - tu jednak mamy bardzo podobny klimat, scenarzysta fajnie oddaje tamtejsze realia, a przy tym dialogi nie są sztuczne. Może jedynie w Bogach było momentami więcej powagi, a tutaj jednak mamy więcej humoru, dowcipów, a także scen erotycznych (nie jest ich jednak zbyt dużo, więc raczej się nie zgorszymy). Jednak właśnie film doskonale się broni przede wszystkim obsadą oraz scenariuszem. 

Sam główny wątek również jest ciekawy. Bo właśnie to w biografiach lubię najbardziej - kiedy to nie jest cała historia życia danej osoby, a tylko pewien fragment. "Sztuka kochania" to właściwie opowieść o zmaganiach się z systemem PRL-u, jeśli chodzi o wydanie książki. I dopięcie swego. Uśmiechnęłam się, kiedy widziałam finał całości - zadowolona Michalina Wisłocka cieszy się, gdy widzi po prostu ludzi chętnych do czytania książki - nawet jeśli jest to kopia odbita na powielaczu, a nie oficjalne wydanie. Wątki poboczne, czyli życie w trójkącie, czy ogólnie życie prywatne Michaliny również prezentują się ciekawie. A miło patrzyłam na fragmenty, które miały miejsce w Lubniewicach, w miejscowości znajdującej się w moim województwie. 

Na pochwałę zasługuje również realizacja filmu. O ile w "Powidokach" Andrzeja Wajdy obraz Polski komunistycznej był ponury i przygnębiający, tak tutaj jest... Dość kolorowo, zwłaszcza w latach 70. I absolutnie nie jest to zły obraz. Bo wielu ludzi nawet dzisiaj zapomina, że Polska komunistyczna to nie tylko te ponure czasy stalinowskie, ale też całe dekady, w których ludzie żyli, pracowali, kochali się, zakładali rodziny i po prostu cieszyli się życiem. Do tego długie ujęcia, które również bardzo mi się ostatnio w filmach podobają. No i przede wszystkim muzyka - czy to jazz, czy też muzyka rozrywkowa tamtych lat - idealnie wpisują się w klimat całości.

Czy warto wybrać się na "Sztukę kochania"? Moim zdaniem tak, zwłaszcza, jeśli przypadł wam do gustu film "Bogowie". Jest to bardzo podobny klimat, podobny humor, a tematyka również nie tak odległa - jak Religa walczył z tym, aby otworzyć klinikę, tak Wisłocka walczyła o to, by wydać książkę uświadamiającą ludzi o seksie i wszystkim, co z nim związane. Do tego część scen jest mistrzowska, jak np. ta, w której kobiety solidaryzują się i wspólnie walczą o wydanie "Sztuki kochania", nawet jeśli sama Wisłocka już straciła nadzieję. Jednocześnie należy mieć w głowie pewien dystans do treści głoszonych w jej dziele - mocno nieaktualnych. Ale jeśli ktoś chce mieć pogląd, jak wyglądały tamte czasy - to naprawdę warto. A moja ocena to mocne 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

czwartek, 6 października 2016

Ostatnia rodzina (2016), czyli wszystkie dziwactwa Beksińskich

Gdy tylko dowiedziałam się o tym filmie, wiedziałam, że po prostu muszę go zobaczyć. Daleko mi do wielkich fanów Beksińskiego, ale jednak jego mroczne obrazy od zawsze mnie fascynowały, a zwłaszcza dowolność ich interpretacji. Dodatkowo historia Beksińskich jest tragiczna i mroczna zarazem - całkowicie pasująca do ekscentrycznego malarza, który wręcz ekshibicjonistycznie obdzierał życie swojej rodziny z prywatności. Dlatego od razu wiedziałam, na co pójdę do kina w październiku. I nie rozczarowałam się. "Ostatnia rodzina" to chyba jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat - choć nie mieliśmy ostatnio złych tytułów, jak chociażby "Bogowie", nie wspominając o oscarowej "Idzie". Ale ten film przenosi nas na zupełnie nowy poziom.

Źródło: filmweb.pl

Opisując fabułę ciężko uniknąć "spoilerów" (o ile spoilerami można nazwać wydarzenia, które są opisane na wikipedii). Film przedstawia opowieść o rodzinie Beksińskich na przestrzeni niemalże trzydziestu lat. Beksińskich poznajemy w roku 1977, kiedy to przeprowadzają się z Sanoka do Warszawy. Obserwujemy ich życie codzienne, widząc tragiczne momenty śmierci każdego z członków rodziny.

Zanim przejdę do recenzji właściwej, to muszę jednak rozpisać taką małą dygresję: mianowicie znów uderzają mnie komentarze, które chyba wciąż świadczą o tym, że ludzie nie rozumieją, że film biograficzny nie jest dokumentem. Pisałam o tym prawie trzy lata temu podczas oglądaniu filmu o Wałęsie (choć Wałęsa jest dość kontrowersyjną postacią). Jeszcze przed premierą tamtego filmu było głośno o tym, że film przeinacza pewne fakty, przedstawia Wałęsę w takim, a nie w innym świetle, itd. To samo mamy przy filmie "Ostatnia rodzina". Film o Beksińskich jest tylko oparty na prawdziwych wydarzeniach, nie odtwarza ich wiernie, bo to nie jest rola filmu biograficznego, który jest filmem fabularnym. Owszem, może tu lekko zawiódł marketing, bo w zwiastunie mamy napis "Poznaj prawdziwą historię Beksińskich", ale sam film niczego takiego nie sugeruje. Główne zarzuty są tutaj do roli Dawida Ogrodnika, ale o tym wspomnę dalej.

Film nie mówi nam wiele również o twórczości Zdzisława jako malarza, ani o karierze radiowej Tomka. Te rzeczy są jakby prowadzone w tle. Film opowiada właśnie o życiu rodzinnym i towarzyszącej śmierci, która wręcz prześladuje bohaterów od pierwszych chwil na ekranie. Dlaczego więc wybrano rodzinę Beksińskich, skoro można było wybrać każdą inną, nawet fikcyjną? Być może dlatego, że ich losy są aż nieprawdopodobne. O samym Zdzisławie można rzec, że umarł tak, jak żył - czyli nietypowo, niespodziewanie. Każdy z rodziny Beksińskich jest świadkiem śmierci lub śmierć próbuje ich jakoś dopaść. I tak po kolei widzimy opiekę nad matką Zdzisława i matką Zofii - a przecież to też jest dość trudny temat. Temat nieco pomijany w filmie, czy w książkach, ale jednak widząc sceny opieki nad osobą starszą, która już leży (i cała reszta wręcz czeka na jej śmierć), to aż przypomina się książka Whartona pt. "Tato". Myślę, że temat będzie coraz szerzej poruszany, zwłaszcza dlatego, że nasze społeczeństwo się starzeje i siłą rzeczy będzie to coraz większy problem. Widzimy od początku próby samobójcze Tomka - choć gdy jest ryzyko, że zginie on w katastrofie lotniczej, to widzimy w jego oczach strach przed tą nagłą i niespodziewaną śmiercią. W końcu widzimy nagłą i druzgocącą diagnozę Zofii - tętniaka aorty. Zofia jednak zdaje się być oswojona z tą śmiercią, lecz chce przygotować na nią swoich najbliższych. Po samobójstwie Tomka widzimy w końcu brutalne morderstwo Zdzisława, wieńczące całość.

Mimo dość depresyjnego tematu, jakim jest śmierć, jest też w filmie miejsce na dość zabawne zdarzenia, a także na te wzruszające - ale niekoniecznie z powodu śmierci. Po prostu widz dostrzega życie rodzinne takie, jakim ono jest. Oczywiście bardzo pomaga tu gra aktorska i niesamowite operowanie głosem wszystkich aktorów - przez to mamy wrażenie, że podsłuchujemy prawdziwe rozmowy, a nie sztucznie recytowane dialogi. Podobnie sama realizacja jest interesująca - większość akcji rozgrywa się w dwóch mieszkaniach - Zdzisława i Tomasza. Czasami można się poczuć klaustrofobicznie, ale przy tym widz ma wrażenie, że jest w mieszkaniu razem z resztą bohaterów i dosłownie może "wejść do ich świata". Byłam również pod wielkim wrażeniem wszelkich zmian, jakie widać na przestrzeni lat - a jest to rzecz często zaniedbywana przez twórców filmowych. Widzimy zmieniające się wnętrza mieszkań z typowo prlowskich aż po "ukochaną" w latach 90. boazerię na ścianach. Sprzęty - coraz mniejsze kamery, aparaty, lepsze telefony, aż w końcu mamy komputer. Naprawdę w detalach i w scenografii można się wręcz zakochać.

Teraz najważniejsze i najlepsze, co w tym filmie, czyli gra aktorska i główni bohaterowie. Dobrego aktora poznaję po tym, że na ekranie widzę jego postać, a nie jego samego. Tak miałam tutaj z Andrzejem Sewerynem w roli Zdzisława. Nikomu nie trzeba udowadniać wielkości tego aktora, ale tutaj pokazał wręcz mistrzostwo świata. I mowa nie tylko o charakteryzacji, ale o zmianie sposobu mówienia, poruszania się (z wiekiem jest też inaczej). Sama kreacja Zdzisława jest wręcz niebywała. Na ekranie widzimy postać wyjątkowo ekscentryka, który w oczach fana, Piotra Dmochowskiego, jest właściwie wesołym człowiekiem, mimo tematyki swoich dzieł. W obrazach było widać jego masochistyczne skłonności, natomiast w życiu rodzinnym - narcyzm i egoizm. Nie mam na myśli tu scen, kiedy Zdzisław uwielbia nagrywać czy fotografować siebie (choć to też jest dość symboliczne). To on jest tym, który nadaje rytm swojej rodzinie, ale jednocześnie nie chce się przystosować do pewnych zwyczajów (chociażby Wigilia, gdzie zlekceważył potrzeby religijne swojej żony, matki i teściowej). To on prowadzi dysputy na najróżniejsze tematy, mówi, że rodzina to po prostu ludzie, którzy się kochają i nie znoszą jednocześnie. Mimo to widać pewną porażkę na wielu polach. Przez stoicyzm i takie jakby wypranie z emocji trudno mi było stwierdzić, czy on kiedykolwiek kogoś kochał naprawdę. Czuł przywiązanie do swojej żony, czuł się odpowiedzialny za syna, ale czy była to miłość? Uderzyła mnie zwłaszcza scena, gdy Tomek po śmierci matki próbował się zbliżyć do ojca, jakoś go przytulić, a Zdzisław gestem pokazał, że sobie tego nie życzy. Na śmierć patrzył kompletnie bez emocji. Obdzierał też rodzinę z intymności - właśnie poprzez nagrywanie takich rzeczy jak śmierć najbliższych. A być może właśnie to jest najbardziej intymny moment w życiu człowieka (coś jak "live together, die alone" z Lost). Zdzisław przez cały film okazał jakieś emocje może z dwa razy - tak to cały czas zachowuje się aż za spokojnie. Przez to nie potrafi zareagować w odpowiedni sposób - np. w scenie, gdy Tomek przychodzi do mieszkania rodziców i demoluje kuchnię bez większego powodu, sprawiając przy tym przykrość matce. Beksiński po prostu nagrywa na kamerze całe zajście, ale ani trochę nie pomaga potem żonie. Tym bardziej swojemu synowi. Myślę, że rola Andrzeja Seweryna jest niesamowita i bardzo wymagająca - grać kogoś niemalże bez emocji to wielka sztuka. I ta się udała.

Całkowitym kontrastem Zdzisława jest jego syn, Tomasz, grany przez Dawida Ogrodnika. Z jego rolą pojawiło się mnóstwo kontrowersji i dość negatywnych komentarzy, zwłaszcza od fanów Tomka - tłumacza, redaktora, dziennikarza muzycznego. Nic dziwnego, że dla jego fanów może to być szok - specyficzna gra Dawida Ogrodnika (gesty, sposób wymowy) oraz cała kreacja Tomka mogą być wątpliwości. Tomasz niewątpliwie jest przeciwieństwem i kontrastem dla Zdzisława, swojego ojca. Ma on problem z kontrolowaniem własnych emocji, wybuchów gniewu, nie potrafi ułożyć sobie życia osobistego, jest też właściwie zależny od rodziców, a zwłaszcza od matki, która to chodzi sprzątać do niego, gotuje mu obiad, itd. Tomasz jednak nie docenia tych wszystkich starań i nie potrafi odnaleźć porozumienia z rodzicami, którzy chcą mu w jakiś sposób pomóc. Zamiast tego podejmuje kilka prób samobójczych. W gruncie rzeczy jest to postać nieszczęśliwa, niezrozumiała. Ma on swoją pasję - muzyka rockowa oraz filmy (zwłaszcza anglojęzyczne, których był tłumaczem) to całe jego życie. Lecz nie odnajduje on wsparcia ani zrozumienia nawet wśród najbliższych, a zwłaszcza u swojego ojca. To od Tomka dowiadujemy się czegoś więcej o twórczości Zdzisława, jest on nią autentycznie zafascynowany, ale jednak kontrast i odległość od ojca są zbyt olbrzymie, by to wszystko unieść. Jest coś smutnego w zdaniu Tomka: "gdybyś dał mi chociaż raz w dupę, to wiedziałbyś, gdzie są granice". Owszem, gra Ogrodnika może męczyć, może jego postać jest przerysowana, przeszarżowana, ale swoją rolę spełnia znakomicie - mam tu na myśli przede wszystkim Tomasza jako przeciwieństwo własnego ojca. Jestem też w trakcie lektury książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny". Jeśli obraz z książki jest prawdziwy, to Tomek grany przez Ogrodnika jest idealnym odzwierciedleniem na ekranie. Należy także pamiętać, że człowiek w życiu zawodowym i w życiu prywatnym może mieć całkowicie różne twarze.

Jest jeszcze Zofia. Najnormalniejsza z całej rodziny, ale przy tym zdaje się, że najtrudniejsza rola do zagrania. I dlatego podziwiam tu Aleksandrę Konieczną za fantastyczną grę. Zofia Beksińska jest cicha, wycofana, mimo swojego wykształcenia jest też osobą skromną. Przykładna matka i żona, towarzyszka życia Zdzisława. Choć też popełniała błędy, zwłaszcza w wyręczaniu Tomasza ze wszystkiego (mimo, że Tomek miał około 30 lat, to ona chodziła do niego sprzątać), to jednak jako matka starała się go zawsze zrozumieć i wspierać. To właściwie dzięki niej obserwujemy te wszystkie dziwactwa, jakie mają miejsce w domu Beksińskich. Zofia jest ostoją normalności, choć i nawet nią stać na rozmowy egzystencjalne w trakcie codziennych czynności - choć czy czasem nie jest tak w każdym domu? Nie można też powiedzieć jednego o Zofii - że jest zahukana. Postawiła się mężowi, gdy wydano o nich książkę, w której zawarte były rodzinne sekrety. Myślę, że rola Aleksandry Koniecznej zasługuje na wiele nagród i jest również fenomenalna.

Na uwagę oczywiście zasługuje (oprócz udźwiękowienia) ścieżka muzyczna - a na niej zarówno muzyka klasyczna, jak i znane rockowe kawałki - nawet muzyka obrazuje idealnie kontrast między Zdzisławem a jego synem, dlatego, że słynny malarz raczej nie podzielał gustu muzycznego Tomka.

Co z wad? Oprócz dość kontrowersyjnej gry Ogrodnika - trochę niektóre scenki są nad wyraz. Nie można powiedzieć, że są niepotrzebne, ale tak jakby trzeba było coś tam jednak wspomnieć, że Zdzisław to był malarzem i artystą, a Tomek był tłumaczem i dziennikarzem muzycznym. Widz nie zaznajomiony z biografią Beksińskich może czuć się trochę pogubiony, na szczęście takich scenek nie ma za wiele. Brakuje jednak pewnego słowa wyjaśnienia, skąd się wzięły takie, a nie inne relacje. Nawet brak wyjaśnienia, dlaczego Beksińscy wyprowadzili się z Sanoka, może sprawić, że widz może czuć się pogubiony.

Przy filmie "Ostatnia rodzina" ciężko uwierzyć, że jest to właściwie debiut reżyserski, ponieważ Jan Matuszyński poradził sobie fenomenalnie z takim zadaniem. Jest to chyba jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Aktorstwo jest na najwyższym, światowym poziomie, historia jest także dość uniwersalna - w końcu chyba każdy widz odnalazł jakieś odniesienia do własnego życia rodzinnego. Idealnym uzupełnieniem tematu będzie też moim zdaniem książka Magdaleny Grzebałkowskiej, którą czytam i ciągle fascynuję się ciekawymi faktami z życia Beksińskich. Jeśli "Wołyń" czy "Powidoki", które również chcę zobaczyć, są jeszcze lepsze, to polskie kino ma niesamowity rok. A moja ocena to 9/10, czyli film jest rewelacyjny. Naprawdę warto zobaczyć. 

Share:

poniedziałek, 30 maja 2016

Bodo (2016)

Na ten serial też troszkę się naczekałam. Wprawdzie nigdy nie byłam jakąś wybitną i wielką fanką Eugeniusza Bodo, a raczej wiele o tym aktorze dowiedziałam się dzięki autorce bloga Subiektywnie o kinematografii (która także w prywatnych rozmowach wiele mi o nim opowiadała), ale nie byłabym sobą, gdybym przegapiła serial o dwudziestoleciu międzywojennym, o środowisku artystycznym, no i przede wszystkim, gdybym przegapiła polską produkcję, która nie jest telenowelą. Myślę, że w tym ujawnia się trochę mój patriotyzm - mimo wszystko chcę śledzić te polskie produkcje i wierzyć, że będą one przynajmniej dobre. Czy tak było w przypadku serialu "Bodo"? Będąc szczera, to muszę powiedzieć, że tylko po części. Wyszedł bowiem serial z dużym potencjałem, jednak niestety, nie bez wad. Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że był beznadziejny, choć zdarzały się pewne momenty, w których chciałam jednak rzucić serial. Tak się nie stało i obejrzałam dzisiaj ostatni odcinek. I powiem też, że ciekawie wypada w kontraście do książki Zwierza Popkulturalnego, którą niedawno przeczytałam. I możliwe, że nie uniknę pewnych porównań. 
Źródło: filmweb.pl
Serial rozpoczyna się w roku 1916, a jego akcja trwa prawie 30 lat - od nastoletnich lat Eugeniusza Bodo, aż do jego tragicznej śmierci podczas II wojny światowej. Nastoletni Bogdan Junod nie ma zapału do nauki, jego oceny pozostawiają wiele do życzenia. Ma jednak inne marzenie - chce za wszelką cenę zostać aktorem. Mimo wielu niepowodzeń i braku doświadczenia próbuje się piąć się po szczeblach kariery, nawet wbrew życzeniom swoich najbliższych. Wszystko to doprowadza do wielkiej sławy, lecz jego jedyna słabość, czyli młodzieńcza miłość, doprowadza do tragedii.

Wspominałam o tym na facebooku, ale tu się powtórzę, ponieważ czuję, że po prostu muszę to podkreślić. Mam wrażenie, że serial trochę "źle zaczęto". Mam tutaj na myśli to, że zrobiono to tak, jak wspomniała Zwierz w recenzji pierwszego odcinka - "po Bożemu", jakby twórcy się bali zacząć od środka życiorysu lub od końca, bawiąc się w retrospekcje. O ile na samym początku mi to nie przeszkadzało, bo chciałam dać serialowi szansę, o tyle w trakcie piątego odcinka mnie olśniło - o ile sam w sobie odcinek był wręcz nudny, to jednak idealnie nadawałby się na odcinek pierwszy - odcinek, w którym Bodo już coś osiągnął, zaczyna stawać się osobą znaną i sławną, a przy tym wraca do niego młodzieńcza miłość - Ada. W połączeniu z dobrymi retrospekcjami odcinek byłby idealny na początek, ale jako pierwszy odcinek z Tomaszem Schuchardtem w tytułowej roli, odcinek znajdujący się w połowie opowieści - wypadł bardzo blado.

Do tego przeogromną wadą były wątki, które zostały wymyślone przez scenarzystów. Poza przyjacielem Bodo, Żydem Morycem, nie potrafiono stworzyć w miarę ciekawej postaci (choć i jemu dano happy end - właściwie dano szczęśliwe zakończenie każdemu poza głównym bohaterem), która zyskałaby sympatię widza. Prym wiedzie w tym Ada, czyli pierwsza i w zasadzie jedyna prawdziwa miłość Bodo. Rozumiem zamiary twórców - chciano jakoś ubarwić pewne wątki, sprawić, by nie była to sucha biografia, którą znamy z książek czy filmów dokumentalnych, by główny bohater miał jakieś motywacje (przyznaję, ten wątek nawet ciekawie powiązano z prawdziwymi wydarzeniami), ale jednak... Po prostu Ady nie daje się lubić. Widz nie cierpi jej od pierwszego odcinka. Nie mam na myśli tutaj tego, że bohaterka odrzuca uczucia młodego aktora, ależ skąd - ma do tego pełne prawo. Nie drażni mnie nawet fakt zabawy z Bodo, zwodzenia jego uczuć, ale całkowicie inna rzecz. Otóż Adę kreowano na dobrą koleżankę głównego bohatera, lecz miałam usilne wrażenie, że jest ona nią tylko w deklaracjach. Naprawdę było mi przykro, gdy dziewczyna wręcz wyśmiewała pasję aktorską Bodo, mówiąc, że nie jest to poważne zajęcie, a wręcz traktując je z wyższością, ponieważ porównywała aktorstwo do kłamstwa lub też życia w kłamstwie. Ostatecznie wybrała małżeństwo z rozsądku (?) z Niemcem, Hansem, które z czasem również się nie układa. Do twórców mam również żal, że jej wątek był bardzo słabo rozwijany. Najpierw Ada była, później zniknęła, za chwilę Bodo sobie o niej przypomina i myśli, że ciągle ją kocha i chciałby z nią być... Szczerze? Tak to nie działa. Zawaliła tu dość mocno psychologia, ponieważ przez długi czas nie było w ogóle widać, że główny bohater wzdycha do tej Ady, pisze do niej, tęskni za nią, po czym nagle bohaterka Anny Pijanowskiej znowu się pojawia i uczucia... Nawet nie wracają, a one cały czas jakby były żywe. Jeśli główny bohater nie miał kontaktu ze swoją młodzieńczą miłością, to byłoby to więcej niż pewne, że z czasem uczucie by wygasło. Twórcy postanowili jednak pójść inną kliszą i moim zdaniem poszło to źle. Rozumiem zamiary - życie uczuciowe Eugeniusza Bodo było owiane tajemnicą, do tej pory autorzy książek głowią się, czy Bodo miał jakąś prawdziwą miłość, czy stronił od romansów, czy też może je dobrze ukrywał. W serialu ukazane jest, że raczej romanse ukrywał, ale ciągle czekał na prawdziwą miłość - w sumie nie różnił się wiele od typowego mężczyzny z tamtych lat - nawet przypadkowy seks nie był uważany za coś złego dla faceta, ale raczej się tymi podbojami oni nie chwalili. Niestety, wątek Ady (a także Hansa, z którego później zrobiono oficera SS - i miałam przy tym zagwozdkę, bo jak lekarz nagle stał się oficerem? Nie było to wyjaśnione) został zawalony na całego.

Trochę sobie ponarzekałam, to teraz przejdę do rzeczy, które mi się podobały i które chcę obronić. Spora część widzów czepiała się wyboru Antoniego Królikowskiego do roli młodego Bodo, jak i jego późniejszej gry. Moim zdaniem jednak ciężko mi było dostrzec jakąś kiepską grę. Antoni Królikowski, mimo tego że jest starszy ode mnie o rok, czyli ma już 27 lat, to wciąż ma taką urodę nastolatka, Przez to idealnie nadawał się do roli młodego, niedoświadczonego i nieco naiwnego chłopaka, który po prostu ma marzenie i chce je za wszelką cenę zrealizować. A że nie zawsze mu wychodziło czy miewał wręcz komiczne wpadki? Myślę, że zyskiwało to na autentyczności - bo nawet mając wielki talent, należy go szlifować. Dlatego moim zdaniem wybór był dobry, nawet jeśli początkowe odcinki nieco zwalniały akcję, to myślę, że Antoni Królikowski poradził sobie z rolą młodzieńca, który dopiero zaczyna, dopiero debiutuje. I chce spełnienia swoich marzeń.

Inni widzowie mieli zarzuty do aktorek, które wystąpiły w serialu. Sądzę jednak, że większość z nich miała jednak zbyt małe role, by cokolwiek o nich powiedzieć dobrego lub złego. Nie liczę Agnieszki Wosińskiego w roli Doroty, matki Bodo, która poradziła sobie nieźle, a charakteryzacja na starszą kobietę wyglądała całkiem dobrze. Serial postawił jednak na młode aktorki, takie jak Roma Gąsiorowska, Anna Próchniak czy Patricia Kazadi. Do gustu przypadła mi zwłaszcza ta druga w roli Nory Ney. Do tego stopnia podobały się te kreacje, że szczerze zainteresowałam się tymi przedwojennymi aktorkami. Podobnie nie można mieć większych zażaleń do gry panów. To, że właśnie czasem leżał scenariusz (patrz wątek o Adzie), nie znaczy, że aktorzy byli beznadziejni.
Oczywiście serial jest dopracowany, jeśli chodzi o ukazanie Warszawy przedwojennej. Nie mówię "Polski", nawet jeśli akcja toczyła się w kilku miejscach, ponieważ w serialu mieliśmy tylko jedną twarz, tę rozwiniętą, kulturalną Polską sprzed II wojny światowej. Nie był to serial, w którym człowiek spodziewałby się ukazanie biedy na wsi np. na Kresach, dlatego nie należy się czepiać tego, że ten wizerunek był taki elegancki, bogaty - w końcu było pokazane tu głównie środowisko artystyczne. Zwierz Popkulturalny poruszyła w swojej książce nieco inne wątki, lecz jednak ona ukazywała kino od innej strony, od tej, którą niekoniecznie musiał znać Bodo wraz ze swoimi przyjaciółmi. Jest to Warszawa artystyczna, pełna radości i entuzjazmu. Całości dopełnia świetna choreografia oraz piosenki, a nawet muzyka w tle - jazz idealnie pasuje do tego serialu.

Można oczywiście się czepiać, że wiele faktów jest przeinaczonych, że są wpadki historyczne, że język postaci nie pasuje do języka Polski przedwojennej (można to sobie porównać, oglądając filmy z tamtego okresu) - jednak jest to serial stworzony współcześnie, skierowany do współczesnego widza, żyjącego w roku 2016. Wszystkie fakty historyczne nie muszą być ściśle pokazane, bo jak wiadomo - część z nich zawsze będzie "niefilmowa". Pewne rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć, inne trochę skrócić czy przeinaczyć. Mimo to można poczuć klimat okresu międzywojennego, a nawet wzruszyć się na końcu, kiedy ukazana jest tragiczna i wyjątkowo niesprawiedliwa śmierć Bodo - który zginął niestety przez niefortunny przypadek.

Czy TVP poradziło sobie z produkcją, którą bardzo mocno promowało i podkreślało wręcz, że jest to superprodukcja? I tak i nie. Gdyby to była produkcja w stylu BBC, skrócona do powiedzmy sześciu odcinków, nieco odchudzona z niepotrzebnych i nieudanych wątków - śmiało mogłaby konkurować z innymi serialami europejskimi o podobnej tematyce. Jednakże czegoś mi zabrakło. Osobiście nie przypadło mi do gustu również rozłożenie akcji - z jednej strony pierwsze cztery odcinki szło wolno, a później wszystko było trochę "po łebkach". Oprócz tego nietrafione postacie fikcyjne trochę rażą w całości. Mimo wszystko... Uwielbiam ten okres, uwielbiam produkcje, które opowiadają o czasach przedwojennych i uwielbiam historie, które opowiadają o artystach - a Eugeniusza Bodo z całą pewnością można nazwać artystą z niebanalnym życiorysem. Do tego mogę powiedzieć, że serial mnie zachęcił do obejrzenia kilku filmów z udziałem Bodo. Polecam spojrzeć na nie, przy części z nich prawa autorskie już wygasły, więc mogą być umieszczono chociażby na YouTube. Przeszkadzać może trochę fakt, że takie filmy tworzyło się zupełnie inaczej niż dzisiaj oraz to, że przy części z nich niestety brakuje trochę klatek, co utrudnia oglądanie. Mimo wszystko komedie mają uniwersalny humor, który potrafi bawić i dzisiaj. Do tego, jak już wspomniałam wcześniej, ciekawie serial wygląda w połączeniu z książką Zwierza Popkulturalnego - aż trochę żal, że w serialu Bodo nie spotkał gdzieś na swojej drodze Mariana i Adama. Warto też obejrzeć ten serial dla roli Tomasza Schuchardta - jednego z bardzo utalentowanych aktorów młodego pokolenia, do tego podobnego do swojego bohatera w serialu. A całość otrzymuje ode mnie ocenę 6,5-7/10, czyli dobry z minusem. Jednak wady, o których wcześniej wspomniałam, trochę przeszkadzają w odbiorze. Duży potencjał, a czasem po prostu pewne wątki były po prostu irytujące. Mimo wszystko warto spojrzeć i dać szansę. 
Share:

wtorek, 16 lutego 2016

Dziewczyna z portretu (2015)

Odkąd tylko pojawiły się wieści o filmie, którego głównym tematem miała być pierwsza osoba transpłciowa, która przeszła całkowitą operację korekty płci, już budził kontrowersje. Zwłaszcza kontrowersje budziła obsada, w tym Eddie Redmayne w głównej roli Einara Wegenera/Lili Elbe. Już jakiś czas temu widywałam posty w stylu, że osoba cispłciowa nie powinna odgrywać roli osoby transpłciowej. Ja osobiście byłam sceptyczna wobec takich postów, bo uważam, że aktor powinien umieć grać każdą rolę. Jednakże po seansie filmu "Dziewczyna z portretu", a po wcześniejszym obejrzeniu "Orange is the New Black" nabrałam wątpliwości. 
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada historię pierwszej osoby transpłciowej, która przeszła korektę płci, czyli Lili Elbe. Lili, urodzona jako Einar Wegener, była znanym malarzem, pozostająca w szczęśliwym związku małżeńskim z Gerdą, która również jest malarką. Pewnego dnia Gerda nagle potrzebuje kogoś, kto zastąpi jej modelkę przy kolejnym obrazie. Einar zgadza się, a w międzyczasie ich wspólna przyjaciółka, Ulla, nazywa Einara Lili. Małżeństwo zgodnie stwierdza, że takie przebieranki są zabawne, aż w końcu Einar jako Lili pojawia się na balu. Od tego momentu wszystko się zmienia, a Einar coraz bardziej odczuwa, że tak naprawdę jest kobietą. Prowadzi to do problemów w małżeństwie.

Moim zdaniem największy problem tego filmu to scenariusz. Jeśli dostałby nominację do Oscara właśnie w tej kategorii, to byłabym wręcz załamana. A problem polega na tym, że opowiada on historię może nie prostą, nie banalną, ale bardzo uproszczoną i dość spłycającą problem osób transpłciowych. Estetykę ten film to ma, temu nie można zaprzeczyć. Z każdej strony jest piękny - piękne kolory, kadry, piękne kostiumy, wreszcie piękna charakteryzacja i jakże piękny Eddie Redmayne w roli Lili. Tyle tylko, że z tym pięknem wiąże się coś dość płytkiego. Problem nietolerancji wobec odmienności głównej bohaterki pojawia się w filmie tylko raz. Tak to cała bohema artystyczna Kopenhagi jest wręcz zachwycona Lili, nie ma słów pogardy, nie ma nietolerancji. Nie wynika z tego jednak, czy to jest kwestia podejścia, które nakazuje postrzegać Lili jako dobry żart, czy faktycznie bohemie nie przeszkadza ta odmienność. Pojawiają się również piękne gesty, typowo kobiece. Tylko za tą fasadą piękna nie ma absolutnie żadnej głębi.

Przez cały film miałam okropne wrażenie, że Einar/Lili cierpi po prostu na rozdwojenie jaźni lub schizofrenię, a nie jest osobą transpłciową. Cała ta przemiana następuje dość nagle, a granica między zabawą a poczuciem bycia odmiennej płci szybko zanika. Może nie wiem aż tyle o osobach transpłciowych, ale sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Takie osoby nie mają tego poczucia przez to, że raz czy dwa założyły strój charakterystyczny dla odmiennej płci. Owszem, w filmie pada zdanie, że Einar cały czas czuł się Lili, a Gerda dzięki swojej zabawie pomogła ją przebudzić, ale to wszystko wypada mało przekonująco. Eddie Redmayne jest piękny także jako kobieta, ale z jego urodą nie jest to trudne zadanie. Ten występ nie zaliczam do udanych, ale głównie jest tu wina scenariusza i kreacji postaci, a nie aktorstwa. Do tego uważam za lekko krzywdzące sprowadzanie kobiecości do pięknych gestów, strojów, makijażu. Każda kobieta wie, że bycie nią to coś znacznie więcej, a do tego piękne sukienki czy makijaż nie są warunkami koniecznymi do bycia kobietą. I tego też w filmie jest jak na lekarstwo.

Co na plus? Alicia Vikander jako Gerda. Ta szwedzka, młoda aktorka dosłownie ukradła show. I mam wrażenie, że nominacja dla niej jako najlepszej aktorki drugoplanowej jest krzywdząca, bo raczej film opowiada historię Gerdy, to, jak musiała sobie z tym wszystkim radzić. Że niewinne rysowanie portretów Einara jako Lili (stąd też polski tytuł) jej zdaniem sprawiło, że straciła męża. Choć Lili zarzeka się, że to nie jej wina, ciężko nie współczuć Gerdzie, a jej podejrzenia, że być może z jej winy Einar podjął się ryzykownej operacji, by wreszcie stać się Lili, nie są takie bezpodstawne - a przynajmniej człowiek może je zrozumieć. Dla mnie jest to dramat przede wszystkim Gerdy. I Alicii Vikander należą się wszelkie nagrody.

Do tego oczywiście cała oprawa - zdjęcia, kostiumy, charakteryzacja, czy scenografia - to po prostu jest mistrzostwo. Gdyby filmy nagradzano tylko za bycie pięknymi, to ten by zgarnął każdą możliwą nagrodę. Tak się jednak nie dzieje i nawet te rzeczy nie wynagrodzą słabego scenariusza.

Wracając do wątku z początku tej recenzji - jednak coś w tym jest, że historie osób transpłciowych powinny opowiadać one same. Ja, jako osoba cispłciowa, nie do końca pojmuję to, jak taka osoba może się czuć. I myślę, że choć nie wiem, jak się starała, to zawsze wyjdzie to, że to jednak nie jest osoba trans. Dlatego choć "Dziewczyna z portretu" porusza trudny temat, robi to w sposób dość płytki. Trochę jednak mnie uderzyła niekonsekwencja - bo skoro Ben Whishaw mógł zagrać geja, to nie mogli znaleźć aktorki transpłciowej do takiej roli? Lub czy Eddie nie mógł grać tylko Einara? Mam nadzieję, że twórcy wyciągną jakieś wnioski. Co do Oscarów, to duże szanse ma Alicia Vikander, a także trzymam kciuki za kostiumy i scenografię. Jednak Eddie, przykro mi, to nie był twój występ. Wciąż wolę Leo. A film otrzymuję notę 7/10, czyli dobry (oczko wyżej za Alicię i całą oprawę). 
Share:

czwartek, 16 października 2014

Bogowie (2014)

Ostatnio w kinie zapanowała moda na filmy biograficzne. Nie ukrywam, że lubię ten gatunek, choć podchodzę do niego z pewnym dystansem. Nie oczekuję bowiem dokumentu na temat życia danej osoby, ale dobrze opowiedzianej historii przede wszystkim. Nie musi to być hagiografia, żadna laurka, nie trzeba danej osoby traktować jako świętą, by film wypadł dobrze. Nie powinna też to być "historia życia", opowiedziana jak biogram na wikipedii, lecz raczej jakiś istotny fragment życia danej osoby. Wtedy film biograficzny mogę uznać za dobry. I do takich filmów zaliczam także "Bogów".
Źródło: filmweb.pl
Rok 1983. W warszawskiej klinice pracuje docent Zbigniew Religa, który bezskutecznie próbuje przeforsować program transplantacji serca w Polsce. Kiedy po operacji serca na stole operacyjnym umiera mała pacjentka, Religa otrzymuje reprymendę od przełożonych. Po tym wydarzeniu podejmuje decyzję - jedzie do Zabrza, by tam budować nową klinikę kardiochirurgiczną. Niestety od samego początku napotyka na mnóstwo problemów.

Przede wszystkim urzekło mnie to, że jak już wspomniałam wcześniej, film nie jest żadną laurką ku czci Religi. Oczywiście, jego zasługi dla polskiej medycyny są ogromne, ale nie jest on pokazany jako ideał, a wręcz przeciwnie. Pali jak smok, nie stroni od kieliszka, klnie jak szewc. Do tego porywczy i narwany (gdy tylko coś mu się nie spodobało, pod wpływem emocji potrafił zwolnić człowieka, a za chwilę go przyjąć). Czy można Religę nazwać antybohaterem? Mimo tych cech - raczej nie. Dlaczego? Ano dlatego, że Religa potrafił walczyć o to, co słuszne. Chciał leczyć ludzi, ratować im życia. A że miał choleryczny charakter? To tylko daje dodatkowo "ludzkie" cechy danej postaci. Albert Camus w książce "Dżuma" pisał o "świętym bez Boga". I z całą pewnością można tak nazwać Religę, który nie krył się ze swoim ateizmem, ale jednocześnie pokazywał, że mimo ciężkiego charakteru (był też trudny we współpracy) można być dobrym człowiekiem.

Podoba mi się też to, że film był pokazany bez zbędnego patosu. Jest to bowiem niebezpieczna tendencja w polskim kinie ostatnio - pokazywanie wydarzeń czy ludzi w bardzo podniosły sposób, żeby nie rzec - ciężkostrawny. Tutaj jednak starczyło miejsca na scenki czy dialogi dość zabawne, które nie powodowały wymuszonego śmiechu wśród widowni, a właśnie taki był ich zamiar. Ale cóż, takie jest życie. Czasem zabawne, a uronimy łzy. Dodatkowo wielką zaletą jest to, że film nie ma jakiegoś happy endu, ale też i nie można nazwać tego zakończenia złym. Jest po prostu życiowe i pokazuje, że w życiu także potrzebne są porażki, by coś osiągnąć. W filmie "Bogowie" nie ma klasycznego schematu pt. bohater musi przejść swoje, by osiągnąć sukces. Tu jednak zwycięstwo jest pyrrusowe i tylko chwilowe, pokazujące, że jeszcze wiele musimy się nauczyć i wielu rzeczy nie wiemy do tej pory.

Film "Bogowie" ukazuje również świetnie zmiany w polskim społeczeństwie, choć niektóre rzeczy mogą szokować, ale właśnie na przykład 30 lat temu polska wieś niewiele się różniła od tej wsi przedwojennej, a przynajmniej pod pewnymi względami, głównie pod względami mentalnymi. Przełomowym było przekonywanie ludzi 30 lat temu, że śmierć mózgu jest śmiercią człowieka, choć pewne organy jeszcze żyją przez jakiś czas. Przełomowym było wprowadzanie nowatorskich przedsięwzięć, ale jak to mówi jeden z bohaterów filmu, ten, kto nie idzie naprzód, niczego w życiu nie osiąga.

Wadą i zaletą filmu jednocześnie jest to, że jest to film Kota. Tomasz Kot jako Zbigniew Religa jest rewelacyjny i nie ulega to żadnej wątpliwości (i nie chodzi tu tylko o charakteryzację, ale o posturę, mimikę, itd.), ale jednak chyba żaden z aktorów nie dorównuje mu. Nawet takie sławy, jak Jan Englert, czy Zbigniew Zamachowski, grają role raczej drugoplanowe i nie mają za wiele do powiedzenia. Nie przypadła mi również do gustu Magdalena Czerwińska jako Anna Religa. Może to jest też kwestia tego, że jej bohaterka raczej nie miała wiele do powiedzenia? Nie wiem. W każdym razie to chyba mój jedyny zarzut, co do filmu.

Początkowo nie rozumiałam, skąd tytuł filmu, póki nie usłyszałam pewnego zdania, które wymawia jeden z bohaterów: Wy, kardiochirurdzy, myślicie, że jesteście jakimiś bogami. I chyba tak ten film można reklamować. Nie jest to film tylko o Relidze. Jest to obraz opowiadający o ciężkich zmaganiach się w medycynie, o determinacji i poświęceniu, by ratować ludzkie życie. Jest to też naprawdę świetnie wykonany polski film, śmiało może on konkurować z filmami zachodnimi, zwłaszcza tymi biograficznymi. Dlatego moja ocena to mocne 8/10, czyli bardzo dobry. I zachęcam do pójścia do kina. Na pewno to nie będzie stracony czas. 
Share:

niedziela, 1 czerwca 2014

Całkowite zaćmienie (1995)

Po obejrzeniu filmów z Lee raczej nie mam jakiejś konkretnej listy w stylu "co dalej". Dlatego wybór może padać różnie i generalnie ze mną to nigdy nie wiadomo, co następnego zobaczę. Ewentualnie zapraszam na mojego filmweba, gdzie tam mam zaznaczone, co już obejrzałam. Ale do rzeczy. Ten film, w reżyserii Agnieszki Holland, miałam na oku już od dawna. Głównie ze względu na tematykę (w sumie oprócz poezji Verlaine'a czy Rimbauda interesowało mnie też to, co dowiedziałam się na lekcji języka polskiego - a mianowicie fakt, że byli razem), ale też i ze względu na obsadę, czyli młodego Leonardo DiCaprio, a także Davida Thewlisa, który szerszej widowni jest znany jako Remus Lupin z serii filmów o Harrym Potterze. Leonardo DiCaprio to również bardzo niedoceniony aktor (choć doceniony przez szeroką publiczność, to jednak nie przez Akademię, czy krytyków filmowych - no, choć też czasami go doceniają), a szkoda. I uważam, że czasem warto sobie przypomnieć filmy z początku jego kariery, zwłaszcza sprzed "Titanica" (być może to właśnie "Titanic" mu zaszkodził i stąd brak Oscara).
Źródło: film.wp.pl
Film opowiada o ostatnich chwilach z życia Paula Verlaine'a, którego sława już przygasła, jest nieco zapomnianym poetą. Pocieszenia szuka głównie w alkoholu. Pewnego dnia przychodzi do niego siostra Arthura Rimbauda, Isabelle, która oznajmia mu, że brat nie żyje i życzy sobie, aby Verlaine zwrócił listy i wiersze, by mogły zostać spalone i zapomniane. Verlaine przypomina sobie historię burzliwego romansu z o wiele młodszym o siebie Rimbaudem - do momentu tragicznego postrzelenia (w przypływie zazdrości) i ostatecznego rozstania dwóch poetów.

Przede wszystkim zaskoczyła mnie dramatyczna forma przedstawienia związku. Nie jest on w żaden sposób wyidealizowany, za co wielki plus. Dlaczego? Ano dlatego, że dzisiejsza tendencja do przedstawiania związków homoseksualnych w kinie jest raczej na zasadzie "my vs. reszta świata", czyli "to cały świat jest okrutny, że nas nie akceptuje, a my jesteśmy w sobie zakochani i jesteśmy idealną parą". Problem w tym, że idealnych par, czy to homoseksualnych, czy heteroseksualnych po prostu nie ma. A związek Verlaine'a i Rimbauda był po prostu toksycznym związkiem, w pełnym znaczeniu tego pojęcia. Właściwie do końca się zastanawiałam, czy Verlaine kochał Arthura, czy też może raczej to było zafascynowanie połączone z zaspokojeniem pewnych potrzeb?

W końcu bardzo wiele ich różniło. Obaj byli poetami, ale jednak różnica wieku, czy oczekiwania, co do życia, czy drugiej osoby były chyba nie do pogodzenia. I tu należą się wszelkie brawa przede wszystkim dla Leonardo DiCaprio, który świetnie zagrał... Jakby to nie patrzeć, rozwydrzonego nastolatka, poetę, który chce żyć, pisząc tylko wiersze, człowieka szokującego, ale także niedojrzałego, pewnego rodzaju geniusza, a jednocześnie wariata. To była jedna z jego wczesnych ról, ale już tam zaznaczał się pewien talent. Verlaine grany przez Thewlisa jest z kolei człowiekiem rozdartym, czasem myśli rozsądnie o życiu (np. mówi kochankowi o tym, że z czegoś trzeba żyć, a nie tylko pisać wiesze), kocha też swoją żonę, ale jednocześnie potrafi on krzywdzić swoich bliskich. Jest też piekielnie zazdrosny, co widać w jego burzliwej i destrukcyjnej relacji z Rimbaudem - momentami zdaje się, że dwóch poetów łączy jedynie seks, ale dzieli wszystko inne, co doprowadza ostatecznie do tragedii. Jeśli chodzi o inne aspekty filmu, jak pozostałe role, czy scenografia, itd., to pozostałe role aż tak wyraziste już nie są. Współczułam żonie Verlaine'a, Matyldzie, ale jednak aktorka wydawała mi się nijaka. Może to tylko moje wrażenie. Pewne efekty, czy scenografia zdążyły się także zestarzeć, w końcu film jest z 1995 roku.

Czy warto jednak obejrzeć "Całkowite zaćmienie"? Moim zdaniem tak, nie tylko jako uzupełnienie ciekawego tematu z języka polskiego, ani nawet nie tylko jako przedstawienie artystów, poetów, ale przede wszystkim jako nietypowe, niewyidealizowane przedstawienie związku homoseksualnego, który w przypadku głównych bohaterów miał destrukcyjny wpływ. Jeszcze jednym, wielkim plusem jest to, że film nie przedstawia "historii życia" głównych bohaterów, a ten najważniejszy, najbardziej twórczy i burzliwy okres, kiedy byli razem. To sprawia, że film jest ciekawszy i stąd moim zdaniem zasługuje na ocenę 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

środa, 21 maja 2014

Bez skrupułów (2006)

Są filmy, które miewają pecha i przez to są często niezauważane przez szerszą widownię, a szkoda. W przypadku filmu "Bez skrupułów" pech chciał, że niecały rok wcześniej ukazał się film "Capote", który opowiadał dokładnie o tym samym. I "Capote" został dostrzeżony, zaś "Bez skrupułów" (z bardzo dobrą obsadą) - kompletnie pominięty. Czy warto jednak sięgnąć po ten film? Moim zdaniem tak.
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada o Trumanie Capote - znanym amerykańskim pisarzu, który pewnego dnia widzi w gazecie informację o tym, że w stanie Kansas dokonano brutalnego morderstwa na farmerze i jego rodzinie. Capote jest zainteresowany tym, jak to się stało i postanawia napisać o tym książkę z kompletnie nowego gatunku. W tym celu udaje się do Kansas, by spotkać się ze sprawcami - Dickiem Hickockiem i Perrym Smithem. Z czasem jednak między Trumanem a Perrym nawiązuje się bliższa znajomość, bowiem Perry nie jest takim bezmózgim mordercą bez uczuć, jaki się wydaje. Wręcz przeciwnie, jest wrażliwy, kocha sztukę i literaturę. Pisarza tym bardziej zaczyna intrygować motyw morderstwa. W ten sposób powoli powstaje powieść "Z zimną krwią".

Przede wszystkim zaskoczyła mnie obsada. Aktora Toby'ego Jonesa znam z roli epizodycznej w Doctorze Who. Facet ma specyficzną urodę, jednak jak zobaczyłam zdjęcie prawdziwego Capote, to uznałam, że podobieństwo jest. Daniel Craig z kolei jest teraz bardziej znany jako Agent 007, a tu gra świetną, intrygującą postać. Ale przede wszystkim, film, jak na film biograficzny, jest dość nietypowy.

W sumie nie zdarzyło mi się oglądać filmu, który mówiłby o kulisach powstawania książki, a tym bardziej o procesie twórczym. Jest to też film o wrażliwych jednostkach, które z różnych przyczyn nie pasują do społeczeństwa. Capote, choć szanowany jako pisarz, był uznawany za ekscentryka, w dodatku nie krył się ze swoim homoseksualizmem, co w latach 50., czy 60. było dość ryzykowne. Z kolei drugi bohater - Perry, wydaje się z czasem być jednostką zagubioną w życiu, której poszło po prostu coś nie tak. Jak sam mówi, próbował zaistnieć jako artysta. A jednak zdobył sławę jako morderca. Reszta ról, choć bardziej w tle, również zasługuje na uznanie, zwłaszcza Sandra Bullock jako Harper Lee (autorka "Zabić drozda"), która pomaga Trumanowi w zbieraniu materiałów do książki. No i oczywiście Lee Pace w roli właśnie typowego bandziora, który nie waha się zabić, gdy jest taka potrzeba. W sumie takie role mu wychodzą, jakby nie patrzeć. Z wad? Może jedynie pewna kontrowersja, a mianowicie sugestia, że relacja Perry'ego i Trumana była więcej, niż platoniczna, co rzeczywiste relacje tego nie potwierdzają. Ale w sumie to film, a nie dokument.

Bardzo jestem zdziwiona tym, że film przeszedł bez echa, mimo świetnej obsady. Ale właśnie na niekorzyść było to, że rok wcześniej powstał film o dokładniej tej samej tematyce, czyli o kulisach książki "Z zimną krwią". A moim zdaniem warto sięgnąć i zobaczyć dość nietypową biografię pisarza. Chciałabym, żeby było więcej takich filmów, które mówią o tym, jak trudny potrafi być proces twórczy, jak żmudny i że czasami przynosi pytania natury etycznej. Dlatego ode mnie film dostaje notę 8/10, czyli bardzo dobry.

PS. Jutro w końcu zbiorczy post o Lee. Skończyłam oglądać z nim wszystko, co wyszło do tej pory. 
Share:

niedziela, 23 marca 2014

Kamerdyner (2013)

Obejrzałam w końcu film "Kamerdyner", reżyserii Lee Danielsa. Zachęcona jego świetnym obrazem "Hej, Skarbie", tym bardziej chciałam zobaczyć ten film. Tematyka problemów takich jak rasizm również bardzo mnie interesuje. I jak "Zniewolony" mnie zawiódł, "Lincoln" troszeczkę to poprawił, ale również też znudził, to jak prezentuje się "Kamerdyner"?
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada historię Cecila Gainesa, który w 1926 roku, jako małe dziecko traci swojego ojca. Właścicielka plantacji, na której pracuje, uczy go, jak być kamerdynerem. Gdy Cecil dorasta, postanawia opuścić plantację i szukać lepszej pracy. Znajduje ją przypadkowo w hotelu, gdzie starszy i doświadczony barman uczy go zawodu. Po pewnym czasie dostaje propozycję pracy w luksusowym hotelu w Waszyngtonie. Tam zauważa go jeden z pracowników Białego Domu, a Cecil otrzymuje posadę kamerdynera samego prezydenta Stanów Zjednoczonych. W tle ważnych wydarzeń z historii USA widzimy również rodzinne problemy Cecila, a w szczególności brak porozumienia z synem, który staje się aktywistą na rzecz walki o równość rasową.

Ogólnie film prezentuje się przyzwoicie. Przedstawia również problem rasizmu, ale w wieku XX, w mniej więcej podobnych czasach, kiedy toczy się akcja słynnych już "Służących". Dużym plusem jest na pewno przedstawienie poszczególnych wątków, jak i obsada aktorska. Zaletą jest głównie to, że film nie skupia się tylko na tytułowej roli kamerdynera, a kolejni prezydenci USA - od Eisenhowera, aż do Reagana są pokazani raczej w tle, choć ich role są bardzo ważne. Wątek problemów rodzinnych głównego bohatera jest również świetnie ukazany - żona Gloria (w tej roli świetna Oprah Winfrey) nadużywa alkoholu, ponieważ czuje się samotna i zaniedbana przez męża, którego często nie ma całymi dniami w domu. Dodatkowo Cecil nie potrafi się dogadać z synem Louisem - i widać w nich różnicę pokoleniową, bowiem Cecil uważa, że tylko ciężką i uczciwą pracą można coś osiągnąć w życiu, a Louis oczekuje czegoś więcej, zwłaszcza na studiach dowiaduje się o ruchach obywatelskich na rzecz równych praw rasowych. Jak już wspomniałam, wielką zaletą jest obsada. Dzięki niej niemal każda rola zapada w pamięć, dodatkowo to właśnie znane gwiazdy, takie jak Robin Williams, Alan Rickman, Jane Fonda, czy nawet Lenny Kravitz lub Mariah Carey grają drugoplanowe czy epizodyczne role. I wypadają w nich świetnie, dlatego, że na ekranie nie widzimy tych gwiazd, tylko te postacie. Choć jest tu też spora zasługa charakteryzacji.

Film ma jednak jedną, dość uciążliwą wadę - zakończenie. Krytycy zarzucali, że film jest "ugrzeczniony", "poprawny politycznie". I takie wrażenie odnosi się przez końcówkę, która pokazuje rok 2008 i wygraną Obamy w wyborach prezydenckich. Przedstawienie obecnego prezydenta może budzić kontrowersje. Dodatkowo pod względami technicznymi końcówka przeciąga niepotrzebnie ten film, mimo iż wszystkie wątki zostały rozwiązane. Ale być może to był właśnie powód braku jakiejkolwiek nominacji do Oscara (choć moim zdaniem Oprah mogła być chociaż nominowana. Może nie zasługiwała na nagrodę, ale na nominację z całą pewnością).

Myślę, że film można z całą pewnością polecić każdemu, kto lubi biografię, czy współczesną historię, a także ciekawe przedstawienie problemów społecznych, czy dramatów rodzinnych. Z całą pewnością "Kamerdyner" nie nudzi widza i warto obejrzeć, zwłaszcza, jeśli ktoś wrażliwy na problemy takie, jak równouprawnienie. Dlatego moja ocena to 7/10, czyli dobry. 
Share:

piątek, 21 marca 2014

Lincoln (2012)

Zniesmaczona lekko "Zniewolonym" i w ramach "nadrabiania filmów z Lee Pacem" postanowiłam tym razem sięgnąć po "Lincolna", film znanego reżysera, Stevena Spielberga o życiu tego znanego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Co natomiast otrzymałam? Obraz przyzwoity, ale niestety, w zasadzie tylko tyle można o tym powiedzieć. Chciałam sięgnąć po inną stronę historię, jaka była zaprezentowana w "Zniewolonym", a jest to jednocześnie ten kawałek historii, który mnie fascynuje, czyli jeden z pierwszych kroków do zniesienia rasizmu w Stanach Zjednoczonych, kiedy ludzie pojęli, że chyba coś jest nie tak z wolnością, która jest główną wartością USA.
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada o ostatnich kilku miesiącach życia Abrahama Lincolna - od momentu ponownej elekcji na prezydenta, poprzez przegłosowanie 13. poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych (która znosiła niewolnictwo), aż do momentu tragicznej śmierci w teatrze. A w tle tych całych wydarzeń - wojna secesyjna i rodzinne oraz małżeńskie problemy prezydenta.

Moje uczucia wobec tego filmu są dość mieszane. Warto jednak zacząć od zalet. W porównaniu do "Zniewolonego", lepiej wypadają przede wszystkim kreacje postaci. Nie mamy tutaj już przesłania pt. "wszyscy biali są źli, nawet jak im się wydaje, że nie są". Mamy wielką różnorodność postaci, oczywiście, mamy takich rasistów, jak Fernando Wood (właśnie fenomenalnie zagrał go Lee Pace), ale mamy też Stevensa, granego równie świetnie przez Tommy'ego Lee Jonesa, dla którego główną wartością jest wolność. Nie brakuje również obiektów zainteresowania poprawki - czyli ludności czarnoskórej USA. To już nie jest ten sam obraz, co w "Zniewolonym", choć akcja toczy się niewiele później. I te postacie są różnorodne - mamy żołnierzy, którzy chcą wiernie służyć swojej ojczyźnie, mamy matkę, która straciła syna podczas walki o wolność (a przy okazji byłą niewolnicę, która tylko wspomina o tym, że była bita, co jest bardziej wymowne), czy kamerdynera Lincolna, który był człowiekiem wolnym. Przede wszystkim różnorodność postaci jest wielkim atutem filmu. Daniel Day-Lewis również zasłużył w pełni na Oscara, grając prezydenta Lincolna. Z jednej strony był to człowiek, który miał wielkie zasługi dla USA - walczył w końcu o wolność, ale z drugiej strony widać było, że nie radzi sobie w życiu rodzinnym - nie rozumie swojej żony, z którą często się kłóci, nie potrafi także dogadać się z synem. I takie postacie są właśnie najbardziej fascynujące. Inną zaletą jest przesłanie, aktualne także do dziś. Szczególnie wymowne wydaje mi się zdanie wypowiedziane przez Stevensa. Zdanie, którego niektórzy nie pojmują chyba nawet dzisiaj: "Nie wierzę w całkowitą równość, ale wierzę w równość wobec prawa."

Nie będę się wypowiadać o aspektach technicznych, typu zdjęcia, czy muzyka, bo stoją one na wysokim poziomie. Jednak film "Lincoln" ma też swoje wady. Przede wszystkim jest momentami nudny i przegadany. Rozumiem, że jest bardziej "teatralny", ale znam filmy teatralne, które nie nudzą. W "Lincolnie" przede wszystkim na szkodę wypada przedstawienie czasowe. Większość akcji toczy się w ciągu miesiąca - od początku stycznia 1865 do momentu uchwalenia poprawki, czyli do 31 stycznia 1865. Zostaje niewiele czasu, by dokładnie opowiedzieć o następnych trzech miesiącach (Lincoln zginął w kwietniu), a sama scena śmierci jest strasznie niesatysfakcjonująca. Spielberg chciał po prostu za dużo upchnąć, stąd film jest przeładowany i w którymś momencie człowiek traci zainteresowanie.

Podsumowując: "Lincoln" jest dla mnie lepszą próbą przedstawienia problemu niewolnictwa, ale to nie to. Chwała za to twórcom, że nie przedstawia całego życia prezydenta, a jednak... Nie potrafi zaciekawić widza. Może, jeśli ktoś uwielbia politykę, to ten film go zaciekawi. Ja, choć polityką się interesuję, nie uznałam ten film za tak interesujący, na jaki liczyłam. Mimo wszystko będzie on gratką dla tych, którzy interesują się historią USA. Zastanawiam się teraz, czy nie sięgnąć po "Kamerdynera"... Moja ocena: 6,5/10, czyli niezły z plusem. 
Share:

środa, 5 marca 2014

Zniewolony. 12 years a slave. (2013)

Nie mam pojęcia, jak zacząć tę recenzję. Powiem wprost - od filmu, który dostaje Oscara za najlepszy film, oczekuję znacznie więcej, niż to, co tutaj dostałam. Obejrzałam kilka produkcji, które zostały nominowane, i szczerze, mam duże wrażenie, że w przypadku "Zniewolonego" wygrała poprawność polityczna, bo całość prezentuje się dość słabo, niestety. Wielkie rozczarowanie, choć ma swoje zalety. Choć wiele aspektów prezentuje się dość przyzwoicie, jak aktorstwo, zdjęcia, czy muzyka, to jednak leży najważniejszy składnik filmu: fabuła. Ale po kolei.
Źródło: filmweb.pl
Solomon Northup jest czarnoskórym skrzypkiem żyjącym w XIX wieku. Ma żonę, dwójkę dzieci i jestszczęśliwy, do pewnego dnia, kiedy na swojej drodze spotyka oszustów podających się za artystów. W wyniku podstępu Solomon zostaje pozbawiony wolności i jest sprzedany jako niewolnik, który przez 12 lat spędza czas na różnych plantacjach, obserwując przy tym krzywdę, jaka spotyka innych niewolników.

Żeby nie było: ja nie twierdzę, że takie filmy są niepotrzebne. Ja nie twierdzę, że problem rasizmu nie istniał, czy nie istnieje, wręcz przeciwnie, niewolnictwo to jedna ze wstydliwych kart historii Stanów Zjednoczonych. Co nie znaczy jednak, że nie mogło to zostać przedstawione w lepszy sposób. Przede wszystkim głównym mankamentem jest fabuła. Jeśli scenariusz leży, niestety, ale żadne inne aspekty nie uratują filmu czy serialu. Fabuła praktycznie składa się ze zlepku różnych scenek, które często są wtrącone... Dosyć przypadkowo i praktycznie nie ma wyjaśnienia, po co była dana scenka, czy po co są dane dłużyzny (np. scenka z Indianami, czy scenka, gdzie Solomon patrzy się w nicość przez prawie dwie minuty). Można przewidzieć niektóre wydarzenia, jak np. to, że niewolnica Patsy jest źle traktowana, ponieważ jest kochanką plantatora. Ale przede wszystkim razi mnie brak wyjaśnienia, jakim cudem Solomon zostaje porwany i sprzedany. Jakim prawem? Dlaczego nie mógł udowodnić tego, że jest wolnym człowiekiem?

Dostajemy jedynie taki zlepek scen, które szczątkowo informują nas o tym, co miało miejsce. Sprawia to, że film się dłuży i jest niemiłosiernie nudny. Dodatkowo innym problemem jest upływ czasu - w ogóle w filmie nie czuć, że minęło aż 12 lat. Bohaterowie się nie zmieniają ani fizycznie, ani psychicznie. Upływ czasu dopiero pokazuje nam ostatnia scena.

Kolejny mankament to bohaterowie, zwłaszcza główny bohater, który szybko zaczyna się zachowywać w dość nielogiczny sposób. A co dla mnie gorsze, jest momentami bardzo stereotypowo. Dlaczego? Bo przypomina mi się "Django" i kwestia Leonardo DiCaprio, która miała przedstawiać stereotypowy sposób myślenia - że czarni są stworzeni do niewolnictwa. Dlaczego Solomon więc to pokazuje? Owszem, tłumaczy się, że próbuje przeżyć, dlatego też ukrywa fakt, że nie był niewolnikiem, że jest osobą wykształconą. Ale szczerze? Jakoś ciężko mi powiedzieć, czy to jest gra, czy to jest już taka rutyna, że Solomon przyzwyczaił się do bycia niewolnikiem, nawet nie ma już nic przeciwko nazywaniu go Plattem. Ratunek przychodzi niczym "deus ex machina", bowiem nic na to nie wskazuje, że bohater miałby się wyzwolić. A jednak. I tak samo z całym szacunkiem dla Lupity Ngoy'o, ale niestety, to nie jest to, co myślę, gdy słyszę hasło "rola drugoplanowa". Postać Lupity, Patsy, pojawia się na ekranie łącznie może około 15 minut (choć i tak jest lepiej, niż z Anne Hathaway, która dosłownie była postacią epizodyczną) i nie ma zbyt dużo tekstu. Zdecydowanie lepiej wypadła Sarah Paulson, grając wredną żonę plantatora - choć można ją zrozumieć, kiedy mąż nie jest zbyt wierny. No i do takich postaci trzeba mieć też talent aktorski. Inne postacie są po prostu nijakie, czarno-białe. Mamy albo takich okrutników, jak plantator grany przez Fassbendera, albo "szlachetnych białych, którzy tak naprawdę są przeciwko niewolnictwu, ale sytuacja jest taka, a nie inna" - jak np. postać Cumberbatcha. Inni niewolnicy są również przedstawieni bardzo stereotypowo, praktycznie oprócz głównego bohatera i Patsy nie wyróżnia się tam nikt. Ale te wszystkie problemy wynikają ze scenariusza.

Innym problemem jest zbyt dosłowne pokazywanie przemocy. Przemoc w kinie nie robi na mnie wrażenia emocjonalnego już, a gdy jest jej za dużo, to robi się po prostu niesmacznie. Owszem, przecież wiem, że niewolników nie głaskano po główkach, ale na litość boską - czy trzeba pokazywać całą chłostę, a później jeszcze rany? Czy nie bardziej wymowna byłaby scena jednego uderzenia, a potem pokazania ran? Jeśli to ma sprawić, że będę płakać, to się twórcy filmu mylą. Podobnie jak i końcówka - jest do bólu sztampowa i przewidywalna.

Oczywiście, jak wspomniałam, film ma swoje zalety. Ale będą to zalety stricte techniczne, takie jak aktorstwo (nie mam nic do aktorów, grali dobrze, to nie ich wina, że postacie są kiepskie), zdjęcia (ujęcia są dosyć ładne, choć momentami nieco naturalistyczne), czy muzyka. Ale niestety, to będzie tylko tyle, i aż tyle.

W podsumowaniu wrócę jeszcze do "Django". Bo ktoś mi może zarzucić rasizm, znieczulicę, itd. To nie tak. Ale właśnie Django przedstawiał niewolnictwo w ciekawszy sposób, bowiem to była wariacja na ten temat, hołd dla klasycznego westernu w ciekawszym wydaniu. I wiadomo było, że film "Django" nie można było traktować dosłownie, choć jest pewna różnica. O ile w "Django" stereotypowe zachowania były pokazane w sposób celowy, to w "Zniewolonym" prawdopodobnie nie były one zamiarem twórców. I to bardzo boli. A "Django" nie dostał Oscara (prawdopodobnie Akademia podziękowała już Tarantino). Jest wiele innych produkcji, gdzie mamy problem niewolnictwa, "Zniewolony" nie jest filmem przełomowym, a już na pewno nie zasługuje na Oscara. Niestety. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć coś z tego tematu, to o niebo lepszy jest francuski miniserial "Gorycz tropików" - tam przynajmniej postacie są jakoś lepiej rozwinięte. Czy nawet "Przeminęło z wiatrem", choć niewolnictwo to wątek poboczny. W każdym razie jestem bardzo rozczarowana. Moja ocena to 5,5-6/10, czyli niezły z dużym minusem (i tak ocenę zawyżam, bo aspekty techniczne są na wysokim poziomie, no i jeszcze podobała mi się postać Sarah Paulson). 
Share:

poniedziałek, 3 marca 2014

Witaj w klubie (2013)

Dzisiaj w nocy mieliśmy ceremonię wręczenia Oscarów. I gdy piszę ten tekst, jestem po obejrzeniu filmu "Witaj w klubie", który zgarnął trzy statuetki: za rolę męską pierwszoplanową (Matthew McConaughey), rolę męską drugoplanową (Jared Leto) oraz za najlepszą charakteryzację. Czy słusznie? Ja osobiście uważam, że tak, przy czym w ostatniej kategorii mam pewne wątpliwości, ale o tym za moment.
Źródło: filmweb.pl
Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1985. Ron Woodroof, miejscowy elektryk i jeździec rodeo z Teksasu przypadkowo, mając wypadek przy pracy, dowiaduje się, że jest nosicielem wirusa HIV i zostało mu 30 dni życia. Wkrótce dowiaduje się o eksperymentalnej terapii lekiem AZT, co do którego lekarka, która pomaga Ronowi, ma wątpliwości, lecz zdobywa on ten lek nielegalnie. Niestety, czuje się po nim coraz gorzej. Niedługo potem udaje się do Meksyku, do lekarza, który stracił licencję. Lekarz ten mówi mu o tym, że lek AZT jest toksyczny i tak naprawdę wyniszcza organizm, lecz koncerny farmaceutyczne chcą na nim zarobić. Zamiast tego proponuje mu inną terapię, która przynosi lepsze skutki. Ron postanawia wrócić do USA i wraz z transwestytą Rayonem zakłada tytułowy klub, w którym nielegalnie sprzedaje leki, na które nie wydał pozwolenia urząd ds. żywności i leków. Płacąc niewielką składkę, członkowie klubu mogą zdobyć leki, które pomagają im w walce z wirusem HIV.

Moje pierwsze skojarzenia przy filmie to "Filadelfia" z Tomem Hanksem. Ciekawie wyglądają oba filmy skonfrontowane ze sobą. Podejmują temat ciężkiej choroby, jaką jest AIDS, lecz w zupełnie inny sposób. Niedawno przeczytałam opinie, jakoby "Filadelfia" była filmem słabym, a Hanks dostał Oscara za poświęcenie się dla roli.

Mi osobiście się podobała, i warto też patrzeć na ten film z perspektywy czasu. "Filadelfia" powstała na początku lat 90. ubiegłego wieku, w czasach, kiedy temat HIV/AIDS był tematem tabu, krążyło wokół niego wiele mitów, niesprawdzonych informacji, a przede wszystkim powszechna była nietolerancja dla osób cierpiących na tę chorobę. Dlatego był to odważny krok, aby zacząć mówić o tym głośno. Dziś już wiadomo, że ta choroba dotyczy nie tylko homoseksualistów czy narkomanów. "Witaj w klubie" opowiada właśnie mniej więcej o tych samych czasach, kiedy HIV/AIDS było dla społeczeństwa wielką niewiadomą. Ludzie bali się kontaktów z takimi osobami i to widać. Ron z dnia na dzień zostaje odrzucony przez dawnych znajomych, ponieważ zaczynają myśleć, że jest homoseksualistą - choć Ron już w szpitalu, kiedy tylko się dowiaduje o chorobie, zastrzega, że nie bierze przecież narkotyków ani nie jest gejem (choć później przypomina sobie, że uprawiał seks bez zabezpieczeń z prostytutką).

Przede wszystkim właśnie na film składa się w tym momencie gra aktorska. Matthew McConaughey wiele poświęcił dla tej roli - schudł, dał się odpowiednio ucharakteryzować, by właśnie pokazać typowego "red necka", takiego "buraka z prowincji", który jest wrogo nastawiony do wszystkiego, co obce. Z czasem choroba wiele w nim zmienia. Nie tylko fizycznie (co widzimy stopniowo), ale i psychicznie. Ron zaczyna być bardziej otwarty na ludzi. Zaprzyjaźnia się z transwestytą Rayonem, co wcześniej było dla niego nie do pomyślenia. Zaczyna pomagać innym ludziom, dowiadywać się czegoś o świecie, a także zaczyna domagać się swoich praw do takiego leczenia, jakie mu odpowiada, a nie do takiego, do którego zmuszają go lekarze. Jest to postać dynamiczna, choć Ron chce żyć pełnią życia i nie rezygnuje z rodeo. Również Oscar dla Jareda Leto jest w pełni zasłużony - świetnie się wczuł w postać transwestyty, nawet zachowywał się jak kobieta - co nie jest łatwe dla aktora, jak podejrzewam. Momentami Rayon dodaje nieco humoru opowieści, ale generalnie jest on świetnym supportem - tak dokładnie wyobrażam sobie rolę drugoplanową (nawet jeśli momentami przebijał główną postać), bo nie jest go ani za dużo, ani za mało.

Mam trochę kontrowersji, co do tej charakteryzacji, a to dlatego, że "Witaj w klubie" miał sztuczną konkurencję, nie oszukujmy się. Praktycznie kategoria charakteryzacja jest dla mnie jedynym nieporozumieniem w nominacjach (naprawdę? Jackass i "Jeździec znikąd"?), dlatego nie wiem, czy gdyby taki "Hobbit" był również nominowany, to czy film "Witaj w klubie" wygrałby w tej kategorii. Owszem, Jared Leto był świetnie ucharakteryzowany, ale to nie jest pierwszy mężczyzna, który gra transwestytę (chociażby warto zajrzeć do mojej recenzji filmu "Dziewczyna żołnierza" - Lee Pace też sobie świetnie poradził, a miał 24 lata, a nie 42, jak Jared). Ale to jest w zasadzie moja jedyna uwaga, co do filmu. Muzyka może jakoś się nie wyróżnia, ale za dźwięk jest świetny, zdjęcia też mi się podobały. Jednak tak, jak wspomniałam - ten film tworzą wspaniałe kreacje aktorskie.

Moim zdaniem warto obejrzeć film "Witaj w klubie", chociażby po to, żeby na własnej skórze się przekonać, czy Matthew McConaughey i Jared Leto zasłużyli na Oscary w swoich kategoriach. Bo ja uważam, że tak. Temat jest dość trudny i też myślę, że ciężko film zrozumieć, nie znając kontekstu społecznego (lata 80. jako początek rozwoju AIDS to był ciężki czas dla tych osób), ale i takie filmy są potrzebne. Dlatego moja ocena to 8,5/10, czyli bardzo dobry z plusem. 
Share:

piątek, 11 października 2013

Wałęsa. Człowiek z Nadziei (2013)

Wczoraj się wybrałam do kina na film, na który czekałam, odkąd tylko w mediach pojawiły się informacje na ten temat. Z racji, że lubię okres historii najnowszej, zwłaszcza naszego kraju, jak i z racji obsady, wiedziałam, że muszę ten film koniecznie zobaczyć. 
Źródło: dziennikteatralny.pl
Oczywiście przeglądając filmweba, spodziewałam się tego, co zastałam, a mianowicie kłótni na temat przeszłości Wałęsy, czy informację o tym, że ktoś stawia 1 tylko z racji tego, że Wałęsy nie lubi. Być może dużo było takich osób, bo ocena moim zdaniem jest zaniżona (wczoraj to było bodajże 5,7), a głosów rozsądku było niewiele. Nie chcę wyrażać tu swoich poglądów politycznych, choć też chciałabym się ustosunkować do tego, co można było przeczytać jeszcze przed premierą (!) tego filmu.

Krótko streszczając fabułę: film opiera się na wywiadzie Lecha Wałęsy ze słynną włoską dziennikarką, Orianą Fallaci, której opowiada historię tego, w jaki sposób został wręcz legendą za życia. Film opowiada o okresie od roku 1970 (i strajków w grudniu) aż do listopada 1989 roku, kiedy to Lech Wałęsa wystąpił w amerykańskim kongresie ze słynnym przemówieniem "My, naród...".

Zacznę od tego, że wielu ludzi zarzuca "przekłamanie" w niemal każdym filmie historycznym, czy biograficznym. Ja odpowiem krótko: film biograficzny nie jest filmem dokumentalnym. Jeśli ktoś chce zarzucać brak rzetelności, to proszę bardzo, ale niech to dotyczy filmów dokumentalnych. Ten film jest filmem biograficznym, więc wiadomo, że pewne fakty trzeba było podkoloryzować, czy przeinaczyć, a z pewnych postaci zrezygnować, żeby po prostu pasowało to do wizji artystycznej reżysera.

Bo właśnie o to chodzi - o artyzm. Gdyby go nie było, dostalibyśmy film dokumentalny. Mam na myśli tu np. śmieszny zarzut na temat tego, że jedną z pierwszych scen są strajki w grudniu 1970 r., a w tym samym czasie Wałęsie rodzi się pierwszy syn, podczas gdy tak naprawdę urodził się on dwa miesiące wcześniej. Dla mnie jest to absurdalne, ponieważ wiadomo, że taka scena lepiej wygląda, jest bardziej wyrazista, w dodatku wyraża pewien symbolizm (ja to odebrałam jako "nowe życie" = "początek zmian"). Albo oczywiście zarzut "marginalizacji postaci Anny Walentynowicz". Fakt, jej postać jest tylko wspominana, pokazana, nie ma jednak w zasadzie żadnej kwestii. Ja jednak powiem tak: co by reżyser, pan Wajda w tym przypadku nie zrobił, to by było źle. Zdecydował się na najbardziej dyplomatyczne wyjście z sytuacji, ponieważ sprawa z Anną Walentynowicz moim zdaniem budzi kontrowersje także z tego powodu, że zginęła ona w katastrofie smoleńskiej, która ciągle jest wyjaśniana. Ale generalnie nie mam zastrzeżeń, co do formy, ponieważ nie powtórzył on błędu wielu filmów biograficznych. To nie jest jeszcze "Jak zostać królem", ale jest ta sama forma, czyli nie jest przedstawione tu całe życie Lecha Wałęsy, a jedynie jakiś jego aspekt. I za to wielki plus.

Podobało mi się także zachowanie chyba większości realiów tamtych czasów. Mam na myśli tu życie codzienne - stroje, sprzęty, zwyczaje. Chociażby scena z porodówką. Może młodemu człowiekowi dzisiaj wydaje się to dziwne, że ojciec nie mógł zobaczyć w szpitalu własnego dziecka, ale jeszcze do lat 90. tak było. Wspólne oglądanie serialu "Pogoda dla bogaczy", samochody, wszechobecny nawyk palenia, nawet w miejscach publicznych... Zwracam na takie "błahostki" uwagę i tu się świetnie z tego wywiązano. Nie zauważyłam niczego, co mogłoby się rzucać w oczy, bo np. było typowe dla lat 90., a nie 80.

I najważniejszy aspekt - kreacje aktorów. Więckiewicz powinien moim zdaniem zostać doceniony nie tylko w Polsce, ale także i za granicą. Został genialnie ucharakteryzowany, wyuczył się takiego sposobu mówienia i bycia, że momentami przebijał oryginał - a już na pewno zapominało się, że na ekranie mamy aktora, a nie prawdziwego Wałęsę. Za tę rolę należałaby mu się wszystkie możliwe nagrody. Agnieszka Grochowska wypada dobrze, ale już nie przypomina tak bardzo oryginału, czyli Danuty Wałęsowej. Swoją rolę opierała głównie na wspomnieniach pani Danuty, zawartych w książce "Marzenia i tajemnice". I z tego zadania wywiązała się dobrze, z Robertem Więckiewiczem tworzy zgrany duet, ale to jednak nie to. Inne role może się tak nie wyróżniały, bo jednak bardziej to "film Roberta Więckiewicza", ale zapamiętałam z pewnością Dorotę Wellman, która charyzmatycznie zagrała Henrykę Krzywonos (ponoć miała nawet od oryginału błogosławieństwo), czy Mirosława Bakę, grającego dyrektora Stoczni Gdańskiej, a także Zbigniewa Zamachowskiego, grającego agenta SB. Również włoska aktorka Maria Rosaria Omaggio dobrze wypada w roli Oriany Fallaci (choć szkoda, że to nie jednak Monica Belluci, jak miało być pierwotnie, ale nie jest źle).

Podobała mi się również muzyka - polski rock z lat 80. Poza tym, że lubię taką muzykę, to moim zdaniem pasowała do klimatu filmu i do czasów, w jaki toczy się akcja. Miły dodatek i z pewnością z chęcią posłuchałabym jeszcze ścieżki dźwiękowej do "Wałęsy".

Z wad - cóż, z pewnością efekty komputerowe. Nastała jakaś dziwna moda, że do materiałów archiwalnych wrzuca się scenki nagrane z aktorami. Jedne wypadły nieźle, ale inne niestety nie - np. wklejona twarz Grochowskiej do prawdziwego nagrania z Danutą Wałęsową odbierającą Nagrodę Nobla razi w oczy i jest po prostu brzydko wykonana. Mogli już po prostu zostawić prawdziwe materiały archiwalne, bez takich "kombinacji". I rzecz, którą inni uznają za wadę, a ja nie mam zdania na ten temat w zasadzie - a mianowicie wrzucanie napisów w filmie w stylu "4 czerwca 1989 roku odbyły się wybory, w których zwyciężyła Solidarność...". Jedni zarzucają, że jest to dostosowanie do młodego widza, ze szkoły i stylizacja na dokument, ja uważam jednak, że jest to przejęcie mody z krajów zachodnich. W filmach biograficznych ostatnio można często znaleźć takie napisy. I myślę, że są również one zrobione pod widza zachodniego - w końcu film był wyświetlany chociażby na festiwalu w Wenecji.

Wiem, że zdania niektórych nie zmienię, że dalej będą mówić, że Wałęsa to zdrajca narodu, choć w filmie reżyser starał się ukazać jego postać dość neutralnie (sam pierwowzór po pokazie przedpremierowym stwierdził "Ja takim bucem nie byłem", choć osobiście mi się wydaje, że Więckiewicz pod tym względem się popisał. No i czy postać główna zawsze musi być idealna?), nie uciekał od tematu współpracy z SB, przedstawił też ten fakt, że ludzie Wałęsę jednego roku nosili na rękach, a następnego już opluwali i winili za wprowadzenie stanu wojennego. Moim zdaniem jednak w pełni Lecha Wałęsę osądzi nie film, lecz historia. Film jest warty zobaczenia. Ma pewne braki, jak wspomniałam, to nie jest "Jak zostać królem" (ten film postawił mi poprzeczkę w przypadku filmów biograficznych), ale jednak kawałek historii to jest. I każdy z nas sam powinien ocenić, jak ta postać, ta żywa legenda została przedstawiona. I choć teraz czuję się zobligowana do zobaczenia "Człowieka z Marmuru" i "Człowieka z Żelaza", to nie żałuję wydanych pieniędzy. Moja ocena: 7/10, czyli dobry. 
Share: