Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscary. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 stycznia 2017

Nostalgia i tęsknota za happy endem, czyli La La Land (2016)

Wczoraj mieliśmy nominacje do Oscarów, a więc sezon pora zacząć już na całego! I od razu jak tylko się dowiedziałam, że "La La Land" ma rekordową liczbę nominacji, to kupiłam bilet najszybciej, jak tylko mogłam. I tak miałam zamiar się wybrać na ten film, ale jednak wolałam trochę odczekać na te nominacje, ponieważ widziałam głosy, że nie można być takim pewnym tylu nominacji, nawet jeśli film zdobył aż siedem Złotych Globów. 

Chyba to będzie moja pierwsza recenzja musicalu na blogu. Przyznaję, że nie do końca potrafiłam się nigdy wciągnąć tak w ten gatunek, choć sama muzyka musicalowa podoba mi się niesamowicie, odkąd tylko pamiętam. Ale jednak czasami nie potrafiłam porządnie wysiedzieć i się skupić, jak np. na Les Mis - które to było w całości śpiewane, jak opera. Dlatego też do La La Land postanowiłam podejść właśnie jak do opery - skoro potrafię cieszyć się tą formą sztuki, siedzieć i jeszcze marudzić, że co tak krótko, to czemu nie wytrzymam na musicalu? I... Z lekka się zawiodłam, bo jednak dostaliśmy więcej partii mówionych. Ciąg dalszy z lekkimi spoilerami (choć można się ich spodziewać nawet po tytule).

Źrodło: filmweb.pl
Mia Dolan pracuje w kawiarni na terenie Hollywood. Jej wielkim marzeniem jest aktorstwo, w wolnych chwilach chodzi więc na przesłuchania do różnych filmów czy seriali. Niestety, na razie bycie aktorką pozostaje w sferze jej marzeń. Przypadkowo Mia poznaje Sebastiana, który z kolei jest utalentowanym pianistą jazzowym. Jego marzeniem jest prowadzenie klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia. Sebastian i Mia zakochują się w sobie i razem walczą o spełnienie swoich marzeń, lecz na drodze do ich spełnienia stoi wiele przeszkód.

Łatwiej będzie mi opisać, co w filmie mi się podobało. Bo jest tego bardzo dużo, ale słowa aż same się piszą. Przede wszystkim jest to porządnie zrealizowana produkcja. Wizualnie jest to wręcz cudeńko. Kolorystyka jest przepiękna (już widzę te gify i przeróbki graficzne na tumblrze, ten film aż o to się prosi - i nawet nie trzeba wiele kombinować z filtrami). Scenki takie jak wyjście Mii z przyjaciółkami i ich sukienki w soczystych kolorach - to po prostu majstersztyk. Sama radość dla oka, po prostu wręcz film jest stworzony dla gifów.

Nie zawsze ten efekt przypada mi też do gustu, ale tu akurat się sprawdził i bardzo mi się spodobał - a mowa o długich ujęciach. A nawet bardzo długich, gdzie kamera wędruje wraz z bohaterem, nie ma cięć. W przypadku piosenek jest to trochę nowatorskie podejście (wiadomo, że na takim Broadwayu raczej by się to nie sprawdziło, bo i jak), ale wypada ono tutaj świetnie. Ogólnie nie mam zarzutu do montażu - czasem mamy bowiem właśnie scenki z długimi ujęciami, a czasem tradycyjne (choć bardzo podobała mi się scena kolacji Sebastiana i Mii, gdzie były zbliżenia tylko na ich twarze - to też wyzwanie aktorskie, by operować właściwie jedynie samą mimiką i dialogami, a nie całym ciałem). Również montaż to dla mnie bardzo wysoki poziom.

Przy okazji montażu warto wspomnieć o pewnym hołdzie reżysera dla tradycyjnego kina. Widać to nie tylko w tym, o czym mówią bohaterowie (jak np. Mia opowiadająca o tym, że lubiła oglądać z ciotką Casablancę), ale też w takich smaczkach jak namalowana Ingrid Bergman na ścianie pokoju Mii, czy mural z gwiazdami starego Hollywood... Ale też sam film technicznie łączy w płynny sposób (nie widzę nigdzie jakichś zgrzytów) nowoczesność z tradycją - część scen przypomina te kręcone w latach 50. XX wieku, zwłaszcza takie klasyczne musicale, jak "Deszczowa piosenka", ale też i same napisy początkowe, końcowe czy przejścia między aktami przypominają "stare kino". Poszczególne numery muzyczne czy taneczne tak samo. Dlatego dla kogoś, kto lubi klasyczne kino, "La La Land" będzie miłym i nostalgicznym wspomnieniem - w końcu dzisiaj się już tak filmów właściwie nie robi.

Oczywiście przy musicalu nie można zapomnieć o najważniejszym jego elemencie - o muzyce. Ta jest bardzo dobra - wpadająca w ucho, kojarząca się ze starymi piosenkami musicalowymi, ale także i muzyka będąca w tle do tego nawiązuje (osobiście kojarzyła mi się z kinem z lat 50. czy 60.). Nawet teraz w tle leci mi piosenka otwierająca - czyli "Another Day of Sun". Warstwa muzyczna to najwyższy poziom, ale i również aktorzy potrafili tu śpiewać i te role były jakby stworzone dla nich.

Jeśli mowa o aktorstwie, to również jest niesamowite to, jak film przedstawia ten zawód od kuchni - ciekawie jest patrzeć na Emmę Stone, która gra początkującą aktorkę, niepewną siebie i sfrustrowaną, ponieważ kolejny casting jej nie poszedł. Sami główni bohaterowie grani przez Ryana Goslinga i Emmę Stone są bardzo ciekawi - dość złożeni, stopniowo poznajemy ich motywacje, charaktery, sami zmieniają się (także dzięki znajomości - wcześniej np. Mia mówiła, że nie lubi jazzu, a polubiła go dzięki Sebastianowi). Między Goslingiem i Stone jest niesamowita chemia, aż momentami ciężko uwierzyć, że to tylko film, a oni naprawdę nie są parą.

I właśnie... Tu muszę przejść do wad. Dlaczego w tytule wspominam o "happy endzie"? Po części też dlatego, że właśnie widziałam dyskusję u Kasi Czajki, czyli u Zwierza Popkulturalnego na temat tego, że ludzie mają dziwne przekonanie, że musical powinien się kończyć szczęśliwie. Otóż nie, i jest to dość nietypowe założenie, bo to trochę tak, jakby założyć, że opera ma się dobrze skończyć. Musicale potrafiły się kończyć różnie, a często te zakończenia były dalekie od happy endu. I nic w tym złego, ale właśnie La La Land jest jednym z takich filmów, gdzie człowiek chciałby takiego sztampowego szczęśliwego zakończenia z radosną piosenką na koniec. Tu natomiast... Przyznaję, że końcówka mnie powaliła. Niby sugeruje, że wcale nie jest to takie złe rozwiązanie, że w gruncie rzeczy główni bohaterowie są szczęśliwi i nie mają do siebie żalu, a jednak ja jako widz czułam ogromny smutek, widząc to, że bohaterowie z niesamowitą chemią ostatecznie kończą samotnie. Oczywiście w tego typu filmach nie może być dobrego wyboru - a tu wybór był pomiędzy marzeniami a miłością. Mimo wszystko czasem by się chciało inaczej.

Osobiście uważam też, że pomimo licznych zalet to film ma dość zasadniczą wadę - fabularnie jest on dość przeciętny. Jest to historia, jaką każdy zna, niemal każdy może powiedzieć, że już to gdzieś widział. Nie ma w tym nic złego, ponieważ jest ona serwowana w ciekawy sposób, przystępny w odbiorze, ale jednak... No czasem chciałoby się zobaczyć jakąś inną odsłonę głównego problemu. Być może oprócz zakończenia dość łatwo można było przewidzieć konkretne zdarzenia w filmie -  w końcu nawiązuje to do klasyki, a w klasycznym musicalu musi być miejsce na miłość.

Co z oscarowymi przewidywaniami? Na razie nie chcę prorokować, póki nie widziałam innych nominowanych tytułów - a jakąś część chcę zobaczyć. Osobiście widzę Emmę Stone, która otrzymuje upragnioną statuetkę, Ryana Goslinga trochę mniej, ale ma też spore szanse. Reżyseria? Być może tak. W technicznych kategoriach dałabym "La La Land" wszelkie możliwe nagrody. Ale scenariusz czy najlepszy film? Przy pierwszym to raczej nie, a drugie... Też wątpliwa sprawa, zwłaszcza, że film ma trochę konkurencji. Jestem pewna, że La La Land otrzyma sporo nagród, ale czy te najważniejsze też? Trudno ocenić. Ja sama daję filmowi 7/10 - obniżam ocenę ze względu na scenariusz oraz zakończenie, które wybitnie mnie zasmuciło. Nie było złe samo w sobie, ale po prostu pewnych rzeczy nie robi się widzowi. 

Share:

sobota, 5 marca 2016

Pooscarowo, czyli "Carol" oraz "Pokój" (2015)

Niedawno obejrzałam jeszcze dwa filmy związane z Oscarami, czyli "Carol" i "Pokój". Choć wyniki Oscarów są już znane, to postanowiłam te dwa filmy opisać wspólnie. Co je łączy? Na pewno ciekawe kreacje kobiet, stworzone przez znakomite aktorki. O ich postaciach można pisać bardzo dużo. Scenariuszowo filmy również są dopracowane. Co je jednak dzieli? Zupełnie inne historie, zupełnie inne problemy oraz... Wyniki Oscarów. Jeden z tych filmów to dość niespodziewana, choć zasłużona wygrana. Drugi zaś, choć dość szeroko reklamowany, bardzo dobry, wysmakowany, to jednak został zmiażdżony przez konkurencję, czemu się nie dziwię. Choć przyznaję, że oba filmy mi się podobały, to każdy na inny sposób. I każdy z nich wywołał inne odczucia.

Carol (2015)
Zacznę od filmu, który obejrzałam wcześniej, czyli od dość szeroko reklamowanej "Carol". Miała być nazwana "lesbijskim Brokeback Mountain", opowiadać niebanalną historię rodzącego się uczucia między dwiema kobietami. Wyszło faktycznie kino wysmakowane, delikatne i niewulgarne. Jednakże nie do końca oscarowe. Temat moim zdaniem już tak nie szokuje, jak w przypadku Brokeback Mountain, choć na to składa się wiele przyczyn. Mimo wszystko z całą pewnością nie można powiedzieć, że wyszedł film zły.
Źródło: filmweb.pl
Tytułowa Carol, grana przez Cate Blanchett, to kobieta rozczarowana swoim małżeństwem. Jest w trakcie rozwodu, walczy też o prawa do opieki nad córką. Pewnego dnia, tuż przed Bożym Narodzeniem, przypadkowo poznaje Therese Belivet, młodą dziewczynę pracującą w luksusowym domu towarowym, marzącą o karierze fotografki. I w zasadzie ich spotkanie w sklepie byłoby prawdopodobnie ostatnim, gdyby nie to, że Carol zostawia skórzane rękawiczki, które Therese odsyła na jej adres. W podzięce Carol proponuje młodej dziewczynie spotkanie. Z czasem zaczyna się rodzić między nimi głębokie uczucie, które z pewnością nie będzie do zaakceptowania przez społeczeństwo amerykańskie w latach 50. ubiegłego wieku.

Przede wszystkim moim zdaniem na oscarową porażkę tego filmu złożył się fakt, że kobieca seksualność jest czymś trudnym do opisania przez wielu. Podobnie jak w przypadku "Dziewczyny z portretu" transseksualizm okazał się trudnym tematem, tak tutaj mam wrażenie, że Akademia miała (mylne moim zdaniem) wrażenie pt. "Ale to już było". Łatwo wpaść w pułapkę, opisując związek dwóch kobiet, zbyt subtelnego przedstawienia sytuacji. Oczywiście wulgarność nie jest również wskazana, ale nierzadko udaje się, że gdy kobiety żywią do siebie ciepłe uczucia, to wcale to nie jest miłość, a "głęboka przyjaźń". W filmie "Carol" jednak nie można tego odczuć.

Za to widz od początku czuje niesamowitą chemię między Cate Blanchett a Rooney Marą. Widać, że Carol i Therese ciągnie do siebie, uczucie rozwija się stopniowo, bez pośpiechu, aż prowadzi w końcu do zbliżenia. Sama scena seksu jest również wysmakowana, nie jest wulgarna, przedstawia piękno kobiecego ciała i piękno uczucia łączące obie panie. Kiedy Carol mówi do Therese "Mój aniele", to można się rozpłynąć i wręcz wzruszyć. Wielu twórców powinno się uczyć od twórców "Carol", jak należy przedstawiać właśnie romans. Bo choć film jest właśnie romansem, to jest w pewnym stopniu niebanalny i wręcz perfekcyjnie przedstawiony. Warto też dodać, że scenariusz opiera się o książkę wydaną w latach 50., a mimo to film uniknął wrażenia bycia "niedzisiejszym", tak jak w przypadku filmu "Brooklyn". Po prostu w tamtych czasach (jeszcze w dodatku wciąż obowiązywał Kodeks Haysa) nikt by się nie ośmielił na realizację filmu na podstawie "takiej" książki. A przyznaję, że byłam też zaskoczona faktem, że książka liczy już sobie tyle lat.

Kreacje Cate Blanchett oraz Rooney Mary stoją na bardzo wysokim poziomie, czemu nie dziwią nominacje do Oscara. O grze aktorskiej nie trzeba wiele mówić, ponieważ wiadomo, że obie panie mają doświadczenie w swojej grze, potrafią przedstawiać emocje bez słów. Ale przede wszystkim liczą się kreacje postaci.

Można się zastanawiać, czy Carol i Therese były osobami homoseksualnymi czy biseksualnymi. Zapewne w czasach dzisiejszych raczej każdy powiedziałby, że są biseksualne, bo obie były zaangażowane w związek z mężczyzną, ale nie jest to takie oczywiste, kiedy mowa o czasach, w których otwarte przyznanie się do orientacji innej, niż heteroseksualna, groziło wykluczeniem ze sfer towarzyskich. Twórcy jednak pozostawiają to pytanie bez odpowiedzi - i słusznie. Można się więc zastanawiać, czy Therese po prostu dopiero odkrywa swoją prawdziwą seksualność (jest w końcu młodą dziewczyną, ma dopiero 19 lat), a w przypadku Carol, czy po prostu ukrywała ją przez długie lata, a główną przyczyną tego ukrywania było środowisko, w którym się obracała (zwłaszcza, że pewne sceny sugerują, że Carol wiedziała już wcześniej, że pociągają ją kobiety).

Jakby nie patrzeć, to obie tkwią w dość nieszczęśliwych związkach z mężczyznami. Carol chce rozwieść się z apodyktycznym mężem, który dba tylko o to, aby towarzystwo go dobrze postrzegało, właściwie nie widać, aby żywił do swojej żony jakieś głębokie uczucia. Z kolei Therese jest w związku z chłopakiem o imieniu Richard, który również nie pozwala się jej rozwijać i widać, że w tym związku najważniejszy jest tylko on i jego potrzeby. Nie interesują go marzenia ukochanej o byciu fotografem, ciągle sam decyduje o ich przyszłości. Wreszcie Therese ma dość, co jest impulsem do tego, by zacieśnić więzy z Carol.

Oczywiście nie jest to historia z oczywistym happy endem. Związek obu pań nie jest akceptowany, a wręcz wykorzystany w batalii o prawa do opieki nad dzieckiem. Carol wycofuje się, przez co Therese cierpi. Bohaterka grana przez Cate Blanchett mówi, że dla ich dobra na razie nie może się z nią widywać, choć bardzo tęskni. Myślę, że jednak Carol nie robi tego ze względu na jakieś konwenanse, ale po prostu z miłości do swojej córki. Jest w końcu matką i chce wychować swoje dziecko, które jej potrzebuje.

Minusy filmu? Przede wszystkim jak dla mnie zakończenie. Choć nie jest ono oczywiste, jest dość subtelne i zagadkowe, ale możemy się domyślać, że jednak mamy upragniony happy end, mimo wcześniejszych przeciwności losu. Poza tym? Dość słaba kreacja pozostałych postaci, m.in. Abby, granej przez Sarah Paulson. Bardzo zaciekawiła mnie postać przyjaciółki Carol, wykluczonej z towarzystwa ze względu na swoją orientację seksualną. Chciałabym wiedzieć o niej więcej.

Z całą pewnością film jest również dopracowany technicznie - piękne zdjęcia, kostiumy, do tego muzyka. Z łatwością możemy wczuć się w klimat lat 50. ubiegłego wieku. Pod względem wizualnym ogląda się go bardzo dobrze. Mimo, że jest filmem dość cichym, podobnie jak i cicha jest Therese. Czasem jednak warto skusić się na coś tak pięknego oraz na refleksję.

Dlaczego jednak film odniósł porażkę? Moim zdaniem zbyt duża konkurencja. Rooney Mara grała świetnie młodą Therese, ale nie miała szans z Alicią Vikander w roli Gerdy, która wypadła w mojej opinii o wiele lepiej. Cate Blanchett natomiast otrzymała Oscara dwa lata temu. Choć rola Carol jest świetna, to jednak nie jest to całkowity popis jej umiejętności aktorskich. Poza tym Brie Larson w filmie "Pokój" również wypadła o wiele lepiej, o czym za chwilę. No i ostatnia rzecz - nie jest to moim zdaniem "lesbijskie Brokeback Mountain". Film z udziałem Heatha Ledgera dziesięć lat temu wywołał sensację. Teraz temat homoseksualizmu w kinie nie jest już takim tematem tabu. Poza tym "Brokeback Mountain" jest filmem pięknym, a zarazem smutnym, opowiadającym o uczuciu bez szans na spełnienie, co wypadło bardziej przekonująco, niż w przypadku "Carol". Stąd też moja ocena 7,5/10, czyli bardzo dobry z minusem. 

Pokój (2015)
Film jak dla mnie bardzo zaskakujący oraz z gatunku tych, które wręcz uwielbiam - czyli pokazuje, że jak w sumie niewielkim budżetem można stworzyć coś naprawdę dobrego. Film również cichy, skromny, moim zdaniem jedyna poważna konkurencja dla "Spotlight". Gdyby to ten film zwyciężył, to również byłabym zadowolona. Film, który opiera się przede wszystkim na wstrząsających kreacjach postaci, film, który po prostu trzeba zobaczyć. 
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada o młodej dziewczynie o imieniu Joy, która od siedmiu lat jest przetrzymywana przez człowieka, którego nazywa Starym Nickiem, w jakiejś szopie. Od pięciu lat jest również matką chłopca o imieniu Jack. Chłopiec jest przekonany, że tytułowy pokój to cały świat, a pozostałe rzeczy, w tym telewizja, są nieprawdziwe. Kiedy Jack kończy pięć lat, Joy postanawia powiedzieć mu prawdę. Jednocześnie szykuje plan ze swojego więzienia, by wreszcie mogła dać szansę synowi na normalne życie.

Bardzo podobało mi się w tym filmie to, że jest on opowiedziany właściwie z perspektywy dziecka. To Jack jest narratorem i przedstawia świat, który dla nas jest czymś normalnym, a dla niego jest jakby obcą planetą (nawet zadaje takie pytanie matce). Jest czymś zrozumiałym, że dziecko, choć naturalnie powinno być ciekawe świata, to boi się tego, co może zastać poza swoim Pokojem. Dla Jacka to mama jest jego całym światem. A Joy robi wszystko, by mimo bycia więzioną zapewnić mu w miarę normalne dzieciństwo, na tyle, na ile to możliwe. I udaje jej się, ale nawet do takiego stopnia, że jej syn boi się tego, o czym mówi. Początkowo uważa, że historia o świecie zewnętrznym jest zmyślona, nie chce też wydostać się z szopy (mówi matce, że może spróbują za rok, jak skończy sześć lat), ale dzięki determinacji udaje im się to. I choć teoretycznie powinno to być szczęśliwym zakończeniem dla obojga, to tak się jednak nie dzieje.

Okazuje się, że w ciągu siedmiu lat wiele się zmieniło. Rodzice Joy rozeszli się, jej ojciec nie jest w stanie zaakceptować faktu, że ma wnuka, a głównym bohaterom wcale nie jest łatwo przystosować się do nowej rzeczywistości. Co ciekawe, mogłoby się wydawać, że dziecko będzie miało z tym większe problemy, ponieważ wcześniej Jack znał tylko swój pokój, nie znał żadnego innego świata. I tak też jest początkowo, jednak z czasem widzimy, że dziecku łatwiej jest się zaadaptować, mimo przykrych czy wręcz traumatycznych doświadczeń (dowodem na to jest scena, kiedy Jack wychodzi na dwór pograć w piłkę z chłopcem z sąsiedztwa). Mimo tego podoba mi się, jak realistycznie jest to pokazane - Jack bał się, wstydził się nowo poznanych ludzi, początkowo rozmawiał tylko ze swoją mamą. Mimo tego to on okazuje się silniejszy, niż bohaterka grana przez Brie Larson.

Joy mówi do syna, że uratował ją dwa razy. Po raz pierwszy dzięki temu, że udało im się zrealizować ich plan, a Stary Nick trafił do więzienia, a po raz drugi, kiedy wspierał ją jak tylko mógł po powrocie do "normalnego świata". Narracja z perspektywy dziecka jedynie nam sugeruje, że Joy popada w depresję. Jest to jednak zrozumiałe, ponieważ siedem lat zostało wyrwane z jej życiorysu. Została porwana, gdy miała 17 lat. Teraz ma lat 24, ale nie wiemy, czym w życiu mogłaby się zająć, jaki ma cel. W szopie miała jeden cel - przetrwać i zapewnić szczęśliwe życie swojemu dziecku. Po wyjściu z Pokoju jednak okazuje się, że nic nie jest takie proste, a ponowne zaadaptowanie się do życia, które już kiedyś wcześniej znała, wcale nie jest takie łatwe i przyjemne. Tu brawa dla twórców za realny portret psychologiczny ofiary sekty lub po prostu kogoś, kto przez wiele lat był odizolowany od świata.

Film zdecydowanie broni się świetnymi kreacjami. Nie dziwi mnie Oscar dla Brie Larson. To młoda aktorka, raptem rok starsza ode mnie, jednak wiarygodnie wcielająca się w rolę młodej matki, rolę ofiary przetrzymywania, czy wreszcie w rolę kobiety cierpiącej na depresję. To naprawdę trudne zadanie, a mimo tego wypadła naprawdę znakomicie i bardzo naturalnie. Podobnie też Jacob Tremblay, który zagrał jedną z najlepszych postaci dziecięcych chyba ostatnich lat. Dobrze czuje się przed kamerą i świetnie wcielił się w rolę dziecka, które również było długo odizolowane od świata. Dobrze pokazuje emocje takie jak strach, smutek, ale też i ciekawość czy miłość. Jest też momentami nieznośny, ale... Cóż, takie są dzieci. Co niektórych dziwi brak nominacji do Oscara dla niego, a mnie nie do końca. Dlaczego? Cóż, Akademia bywa bardzo ostrożna w swoich wyborach - znakomici aktorzy dziecięcy niekoniecznie stają się potem wybitnymi aktorami dorosłymi. Życzę Jacobowi jak najlepiej, ale co będzie, to czas pokaże.

Mimo wszystko film "Pokój" to film, który po prostu trzeba zobaczyć. Opowiada ciekawą historię, rzadko poruszaną w kinie (choć serialem o podobnej tematyce jest "Unbreakable Kimmy Schmidt", jednak jest on utrzymany w konwencji komediowej). Jest wstrząsający, a przy tym pokazuje, jak niewiele trzeba, by zrealizować dobry film, z porządnie narysowanymi postaciami, oddającymi realizm psychologii i wreszcie film, przy którym można odczuwać całą gamę emocji - od wzruszeń po radość współodczuwaną z resztą bohaterów. Oscar dla Brie w pełni zasłużony. Jak dla mnie "Spotlight" oraz "Pokój" powinny otrzymać Oscary ex quo w kategorii "Najlepszy film". A moja ocena to 9/10, czyli rewelacyjny. Po prostu trzeba zobaczyć. 
Share:

poniedziałek, 22 lutego 2016

Brooklyn (2015)

Powiem wprost, że czasem wybory Akademii przy nominacjach mnie zadziwiają. A w tym roku to już wyjątkowo - bo nie natrafiłam jeszcze na "pewnego" jak dla mnie kandydata do statuetki w kategorii "najlepszy film". Tak samo jest z filmem "Brooklyn". Nie mam pojęcia, skąd nominacja. Chyba poprzez źle rozumianą "poprawność polityczną". Wprawdzie film nie opowiada bezpośrednio o samym procesie imigracji, ale jednak nie wierzę w przypadek, że film, który opowiada o imigrantce akurat teraz otrzymuje nominację do Oscara. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jak zwykle w tematach, które raczej dotyczyłyby zupełnie odmiennych ras i grup etnicznych, i tak przemyca się białych. Nie to, że historia byłaby niemożliwa, nieprawdziwa, bynajmniej. Po prostu czasem pewne rzeczy się wręcz przejadają. Tak jest i tym razem, choć film niewątpliwie posiada także zalety.
Źródło: filmweb.pl
Lata 50. XX wieku. W Irlandii mieszka młoda i zdolna dziewczyna, Ellis Lacey, która mieszka ze swoją matką i dorabia w sklepie w swoim miasteczku. Pewnego dnia otrzymuje wielką szansę od losu - jej siostra, która mieszka w Nowym Orleanie, kontaktuje się z pewnym irlandzkim księdzem, mieszkającym w Nowym Jorku. Ten załatwia Ellis pracę w luksusowym domu handlowym oraz mieszkanie na Brooklynie. Dziewczyna wyjeżdża do Stanów, początkowo niepewna siebie i osamotniona, odczuwa też dużą tęsknotę za swoimi rodzinnymi stronami. Z czasem jednak wszystko zaczyna się układać, Ellis chodzi na kurs księgowości, a dodatkowo poznaje sympatycznego Włocha, Tony'ego, w którym zakochuje się z wzajemnością. Wszystko jednak komplikuje się, kiedy siostra dziewczyny nagle umiera, więc jej matka zostaje całkowicie sama. Ellis wraca do Irlandii, by przemyśleć wiele spraw i podjąć ostateczną decyzję.

Z całą pewnością jest to film, w którym główną gwiazdą jest Saoirse Ronan. Ta młoda aktorka pokazała swój talent i z całą pewnością nominacja do Oscara nie jest tu nad wyraz. Właściwie jej postać jest najmocniejszym punktem całego filmu. Może zabrzmi to dość banalnie, ale lubię, gdy właśnie młode dziewczyny obsadza się... W rolach młodych dziewczyn, w przeciwieństwie do takiej Jennifer Lawrence.

Saoirse ma raptem 22 lata i gra dziewczynę w podobnym wieku. Należy pamiętać, że gra jednak swoją rówieśniczkę sprzed 60 lat, kiedy to dziewczyny wychodziły za mąż znacznie wcześniej, niż dzisiaj, szybciej zakładały rodziny, a żeby zyskać dobrą posadę, nie trzeba było studiować, wystarczyło skończyć dobrą szkołę średnią. I w tej roli Saoirse się odnajduje, wypada też bardzo wiarygodnie. Do tego też korzystnie wypada charakteryzacja i stylizacja - stroje z lat 50. dobrze na niej wyglądają, podobnie jak i fryzura. Ale przede wszystkim w postaci Ellis podoba mi się jej wewnętrzna przemiana. Z zahukanej, prowincjonalnej dziewczyny staje się kobietą pewną siebie i swojej wartości, do tego stopnia, że podejmuje bardzo trudne, ale i konieczne decyzje w swoim życiu, zwłaszcza, gdy przekonuje się, że tęsknota za domem sprawiła, że bardzo idealizowała swoje rodzinne strony, podczas gdy tak naprawdę momentami jej rodzinne miasteczko było miejscem pełnym fałszu, "dulszczyzny", każdy musiał o każdym wiedzieć dosłownie wszystko. W Nowym Jorku zdecydowanie tego nie ma, tam Ellis spotyka na swojej drodze różnych ludzi, ale przeważnie pomocnych, choć nie wtrącających nosa w nieswoje sprawy.

I choć rola Saoirse to cudeńko, to jednak film sam w sobie jest strasznie banalny, w dodatku kończący się happy endem, że w ogóle nie powiedziałabym, że jest to oscarowe kino. Nie jest zły, ale zdecydowanie nie jest też jakimś arcydziełem, a już ostatnie skojarzenie to "nominacja do Oscara". Do tego przeszkadza mi długość - film jest zdecydowanie za krótki, żeby właśnie dokładniej opowiedzieć całą historię i przedstawić dobrze nieco więcej postaci, niż tylko Ellis. W jednej recenzji miałam też okazję przeczytać, że jest on "niedzisiejszy". Coś w tym jest, bowiem manierą film przypomina często kino lat 50. czy 60. ubiegłego wieku. I nakręcony wtedy prawdopodobnie odniósłby wielki sukces. Dziś jednak świat jest trochę bardziej skomplikowany, człowiek jest uwikłany w inne problemy, a i kino porusza często znacznie bardziej trudniejsze tematy i rozterki. I tylko młody człowiek może patrzeć z pewną zazdrością na to, że 60 lat temu wszystko wydawało się takie proste. Że ze zwykłej pracy można było z łatwością odłożyć sobie pieniądze na zakup mieszkania czy nawet domu. Można było założyć rodzinę nie obawiając się o stabilność finansową. Nawet dobra szkoła średnia gwarantowała przyzwoitą pracę. Dzisiaj tego nie mamy i można tylko wzdychać, oglądając takie filmy, jak Brooklyn.

I choć cała estetyka lat 50. (łącznie z kostiumami i fryzurami) bardzo mi się podoba, tak jednak w filmie przeszkadza mi rzecz, o której wspomniałam po części na początku: niestety, nie ma w nim ani trochę różnorodności. Brooklyn to miejsce zamieszkałe przez wiele mniejszości etnicznych, a tymczasem bliżej poznajemy tylko Irlandczyków i Włochów. Nie ma czarnych, poza jakimś tam tłem, w co już kompletnie nie jestem w stanie uwierzyć. Być może zapowiadany serial oparty o film trochę to zmieni, ale patrząc na sam film niestety bardzo mi się to nie podoba. I sprawia, że rozumiem, skąd wielkie oburzenie i akcje w stylu #OscarsSoWhite nabierają sensu. Zdjęcia piękne, kostiumy piękne, ale co z tego.

"Brooklyn" to po prostu dobre, obyczajowe kino. Jednakże jest to bardziej film, który raczej prędzej spodziewałabym się zobaczyć w jakimś paśmie "okruchy życia", niż w kinach. A tym bardziej nie pojmę decyzji Akademii o nominacji filmu do Oscara w kategorii "Najlepszy film". Ja rozumiem, że imigranci tacy na czasie, ale jednak o wiele lepiej wypadają tutaj takie historie jak francuski film Audiarda o tych współczesnych imigrantach. Dlaczego? Ano dlatego, że historia przedstawiona w "Brooklynie" dzisiaj to raczej tylko sentyment. Irlandczycy już masowo nie uciekają do Stanów Zjednoczonych. Taki film miałby szanse, ale właśnie kręcony z 50 lat temu. Dzisiaj jakby trochę nie pasuje do dzisiejszych czasów, stąd moja ocena 7/10, czyli tylko dobry. Kibicuję jednak Saoirse. 
Share:

sobota, 20 lutego 2016

Spotlight (2015)

Choć zwykle staram się, by moje teksty były w miarę obiektywne, na tyle, na ile mogą być tylko recenzje, staram się, aby oceniać jedynie aspekty techniczne, jak fabułę, aktorstwo, reżyserię, tak tutaj sądzę, że chyba nie dam rady w 100% napisać tekstu, który będzie oceniał jedynie film. Bo i cały kontekst jest istotny, także z mojej perspektywy, jako osoby, która jest wierząca. I czuje zwyczajny wstyd i wściekłość. Dlatego mój czytelniku, jeśli nie życzysz sobie takich wtrąceń, to skończ czytać tekst tutaj, w tym miejscu. Uważam ogólnie, że jeśli tematyka filmu byłaby oddzielną kategorią przy Oscarach, to film miałby nagrodę w kieszeni. Tak jednak nie jest. Spotlight dostał zasłużone nominacje, ale czy ma szanse na wygraną?

Źródło: filmweb.pl
Tytułowy "Spotlight" to grupa reporterska w redakcji "The Boston Globe", która zajmuje się tematami trudnymi, wymagającymi dokładnego researchu, poszukiwań i rzetelności. Jednym tematem zajmują się nawet kilka miesięcy przed publikacją danego tekstu. Redakcja zyskuje nowego redaktora naczelnego, Marty'ego Barona, który chciałby, aby Spotlight zajęło się tematem molestowania dzieci przez katolickich księży w samym Bostonie. Dziennikarze podejmują się zadania i rozpoczynają żmudne i trudne poszukiwania.

Historia jest oparta na faktach, więc wystarczy jedno spojrzenie na wikipedię, aby dowiedzieć się, jak się skończyła - "The Boston Globe" otrzymało Nagrodę Pulitzera za cykl reportaży "zaangażowanych społecznie", sprawili również, że ujawniono skandal, dzięki któremu kardynał Law, który wiedział o wszystkim, ustąpił ze stanowiska. Niestety, najbardziej smuci i frustruje to, że mimo publicznego ujawnienia tak wielkiej afery, nic z tym nie zrobiono. Niestety, w dalszym ciągu takie sprawy zamiata się pod dywan, ciągle dowiadujemy się o nowych przypadkach pedofilii w Kościele. Dlatego film jest zdecydowanie bez happy endu. Wprawdzie kończy się dobrze dla samych dziennikarzy - ich artykuł (a właściwie seria artykułów) ukazuje się w gazecie, cieszy się wielkim sukcesem, sprawia, że wiele ofiar zgłasza się do gazety, by opowiedzieć swoje historie. Przeraża jednak długa lista miejsc, w którym ujawniono podobne przypadki - mam na myśli listę na samym końcu filmu.

"Spotlight" jednak opowiada przede wszystkim o dziennikarzach. O ich rzetelnej pracy. Dzisiaj rzadko można znaleźć takich dziennikarzy, zaangażowanych społecznie, poświęcających jednemu tematowi bardzo dużo czasu. Po części jednak można zrozumieć, dlaczego tak się dzieje - powodem są głównie finanse (którą redakcję stać na utrzymanie takiego zespołu), jak i smutne prawa rynku, które są widoczne w mediach - liczy się klikalność, szybkość podania informacji (nawet kosztem tego, czy jest prawdziwa, czy też nie). Film natomiast przypomniał mi inne produkcje, które oglądałam kilkanaście lat wcześniej i dzięki którym chciałam też zostać taką dziennikarką, zaangażowaną, piszącą o ważnych tematach. W międzyczasie wiele się zmieniło, ale film "Spotlight" przypomniał mi, jak bardzo lubiłam takie produkcje, opowiadające o bardzo żmudnej, rzetelnej pracy, ale przynoszącej też dobre owoce. Dlatego też muszę przyznać, że ten film jest bardzo wymagający. Jest w nim mało takiej typowej akcji, a bardzo dużo dialogów. Przyznaję, że oglądałam go na raty, byłam zmęczona i zachciało mi się wczoraj spać, ale to nie dlatego, że film był nudny, a dlatego, że wymagał dużo skupienia. Dlatego raczej to nie jest pozycja na wieczór, a bardziej na wolne popołudnie. No i oczywiście trzeba mieć odpowiednie nastawienie psychiczne, bo osobiście momentami płakałam. czując wściekłość i pewnego rodzaju bezsilność.

"Spotlight" to również plejada gwiazd, których aktorstwo jest wyrobione i stoi na najwyższym poziomie. Mimo to uważam troszkę, że nominacja Rachel McAdams jest trochę nad wyraz. Do postaci Sachy Pfeifer, jedynej kobiety w zespole, nie można mieć dużych zastrzeżeń, jest po prostu dobrą dziennikarką w swoim fachu, opanowaną, dążącą do prawdy. Mimo to uważam, że dano jej nominację, bo "komuś wypadało dać". Nie jest to jednak rola oscarowa i wciąż kibicuję Alicii Vikander w tej kategorii. Mark Ruffalo wypada też naprawdę bardzo fajnie, bardzo polubiłam jego postać. Grał on nieco narwanego dziennikarza, któremu z kolei zależało na tym, aby szybko dotrzeć do informacji i robi to za wszelką cenę. I choć darzę aktora dużą sympatią, to z Tomem Hardym raczej nie ma szans.

Film "Spotlight" nie jest bowiem filmem, w którym najważniejsze są postacie, czy aktorstwo. Do tego nie można mieć zastrzeżeń, interakcje między bohaterami są zagrane mistrzowsko, zwłaszcza te, których pokazana jest sytuacja kryzysowa (czy ważniejsza jest szybkość czy pewny dostęp do informacji). Film jednak broni się przede wszystkim przedstawioną historią. W zasadzie nie ma głównego bohatera, jest po prostu filmem poświęconym ofiarom. I to one powinny być tym "głównym bohaterem". To im należy się szacunek.

Na wielki plus także zdjęcia i muzyka, ale jednak chyba w kategorii zdjęcia "Spotlight" również nie zwycięży. "Zjawa" wypada pod tym kątem o wiele lepiej, choć naprawdę wizualnie film robi również duże wrażenie.

Sześć nominacji do Oscara to całkiem sporo, lecz moim zdaniem "Spotlight" ma szansę w kategorii "Najlepszy film" (choć ma sporą konkurencję, nawet teraz ciężko mi ocenić, kto zwycięży) oraz w kategorii "Najlepszy scenariusz oryginalny". Nawet jeśli nie zwycięży, jest to film, który powinno obejrzeć wielu. Jego przesłaniem nie jest "wszyscy księża to pedofile", bo wiadomo, że nie jest to prawdą i jest krzywdzącym generalizowaniem. Nie o to chodzi. Jego przesłanie jest jednak szersze - mówi o całym systemie, który z całą pewnością jest skażony - wreszcie Kościół powinien coś z tym zrobić i przestać kryć takie przestępstwa. Mówię to jako katoliczka. Myślę, że żaden katolik nie powinien bronić takiego księdza, który powinien być autorytetem, wzorem, nie zaś przestępcą seksualnym, krzywdzącym bezbronne dzieci. Film pod tym kątem jest wstrząsający, ale mam nadzieję, że coś zmieni. Choć tylko jedna ofiara dzięki temu filmowi zgłosiła się gdzieś i powiedziała o tym, co ją spotkało, to już trzeba uznać to za sukces. Jeśli ktoś jest bardzo zainteresowany tematem i nie boi się (bo nie przeczę, że jest to bardzo trudne i wstrząsające), to polecam obejrzeć dokument HBO "Milczenie Kościoła", w którym również jest poruszona sprawa Bostonu. A "Spotlight" otrzymuje ode mnie notę 8/10, czyli bardzo dobry. Tematyka to jedno, ale właśnie też urzeka przedstawienie pracy dziennikarza. 
Share:

wtorek, 16 lutego 2016

Dziewczyna z portretu (2015)

Odkąd tylko pojawiły się wieści o filmie, którego głównym tematem miała być pierwsza osoba transpłciowa, która przeszła całkowitą operację korekty płci, już budził kontrowersje. Zwłaszcza kontrowersje budziła obsada, w tym Eddie Redmayne w głównej roli Einara Wegenera/Lili Elbe. Już jakiś czas temu widywałam posty w stylu, że osoba cispłciowa nie powinna odgrywać roli osoby transpłciowej. Ja osobiście byłam sceptyczna wobec takich postów, bo uważam, że aktor powinien umieć grać każdą rolę. Jednakże po seansie filmu "Dziewczyna z portretu", a po wcześniejszym obejrzeniu "Orange is the New Black" nabrałam wątpliwości. 
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada historię pierwszej osoby transpłciowej, która przeszła korektę płci, czyli Lili Elbe. Lili, urodzona jako Einar Wegener, była znanym malarzem, pozostająca w szczęśliwym związku małżeńskim z Gerdą, która również jest malarką. Pewnego dnia Gerda nagle potrzebuje kogoś, kto zastąpi jej modelkę przy kolejnym obrazie. Einar zgadza się, a w międzyczasie ich wspólna przyjaciółka, Ulla, nazywa Einara Lili. Małżeństwo zgodnie stwierdza, że takie przebieranki są zabawne, aż w końcu Einar jako Lili pojawia się na balu. Od tego momentu wszystko się zmienia, a Einar coraz bardziej odczuwa, że tak naprawdę jest kobietą. Prowadzi to do problemów w małżeństwie.

Moim zdaniem największy problem tego filmu to scenariusz. Jeśli dostałby nominację do Oscara właśnie w tej kategorii, to byłabym wręcz załamana. A problem polega na tym, że opowiada on historię może nie prostą, nie banalną, ale bardzo uproszczoną i dość spłycającą problem osób transpłciowych. Estetykę ten film to ma, temu nie można zaprzeczyć. Z każdej strony jest piękny - piękne kolory, kadry, piękne kostiumy, wreszcie piękna charakteryzacja i jakże piękny Eddie Redmayne w roli Lili. Tyle tylko, że z tym pięknem wiąże się coś dość płytkiego. Problem nietolerancji wobec odmienności głównej bohaterki pojawia się w filmie tylko raz. Tak to cała bohema artystyczna Kopenhagi jest wręcz zachwycona Lili, nie ma słów pogardy, nie ma nietolerancji. Nie wynika z tego jednak, czy to jest kwestia podejścia, które nakazuje postrzegać Lili jako dobry żart, czy faktycznie bohemie nie przeszkadza ta odmienność. Pojawiają się również piękne gesty, typowo kobiece. Tylko za tą fasadą piękna nie ma absolutnie żadnej głębi.

Przez cały film miałam okropne wrażenie, że Einar/Lili cierpi po prostu na rozdwojenie jaźni lub schizofrenię, a nie jest osobą transpłciową. Cała ta przemiana następuje dość nagle, a granica między zabawą a poczuciem bycia odmiennej płci szybko zanika. Może nie wiem aż tyle o osobach transpłciowych, ale sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Takie osoby nie mają tego poczucia przez to, że raz czy dwa założyły strój charakterystyczny dla odmiennej płci. Owszem, w filmie pada zdanie, że Einar cały czas czuł się Lili, a Gerda dzięki swojej zabawie pomogła ją przebudzić, ale to wszystko wypada mało przekonująco. Eddie Redmayne jest piękny także jako kobieta, ale z jego urodą nie jest to trudne zadanie. Ten występ nie zaliczam do udanych, ale głównie jest tu wina scenariusza i kreacji postaci, a nie aktorstwa. Do tego uważam za lekko krzywdzące sprowadzanie kobiecości do pięknych gestów, strojów, makijażu. Każda kobieta wie, że bycie nią to coś znacznie więcej, a do tego piękne sukienki czy makijaż nie są warunkami koniecznymi do bycia kobietą. I tego też w filmie jest jak na lekarstwo.

Co na plus? Alicia Vikander jako Gerda. Ta szwedzka, młoda aktorka dosłownie ukradła show. I mam wrażenie, że nominacja dla niej jako najlepszej aktorki drugoplanowej jest krzywdząca, bo raczej film opowiada historię Gerdy, to, jak musiała sobie z tym wszystkim radzić. Że niewinne rysowanie portretów Einara jako Lili (stąd też polski tytuł) jej zdaniem sprawiło, że straciła męża. Choć Lili zarzeka się, że to nie jej wina, ciężko nie współczuć Gerdzie, a jej podejrzenia, że być może z jej winy Einar podjął się ryzykownej operacji, by wreszcie stać się Lili, nie są takie bezpodstawne - a przynajmniej człowiek może je zrozumieć. Dla mnie jest to dramat przede wszystkim Gerdy. I Alicii Vikander należą się wszelkie nagrody.

Do tego oczywiście cała oprawa - zdjęcia, kostiumy, charakteryzacja, czy scenografia - to po prostu jest mistrzostwo. Gdyby filmy nagradzano tylko za bycie pięknymi, to ten by zgarnął każdą możliwą nagrodę. Tak się jednak nie dzieje i nawet te rzeczy nie wynagrodzą słabego scenariusza.

Wracając do wątku z początku tej recenzji - jednak coś w tym jest, że historie osób transpłciowych powinny opowiadać one same. Ja, jako osoba cispłciowa, nie do końca pojmuję to, jak taka osoba może się czuć. I myślę, że choć nie wiem, jak się starała, to zawsze wyjdzie to, że to jednak nie jest osoba trans. Dlatego choć "Dziewczyna z portretu" porusza trudny temat, robi to w sposób dość płytki. Trochę jednak mnie uderzyła niekonsekwencja - bo skoro Ben Whishaw mógł zagrać geja, to nie mogli znaleźć aktorki transpłciowej do takiej roli? Lub czy Eddie nie mógł grać tylko Einara? Mam nadzieję, że twórcy wyciągną jakieś wnioski. Co do Oscarów, to duże szanse ma Alicia Vikander, a także trzymam kciuki za kostiumy i scenografię. Jednak Eddie, przykro mi, to nie był twój występ. Wciąż wolę Leo. A film otrzymuję notę 7/10, czyli dobry (oczko wyżej za Alicię i całą oprawę). 
Share:

środa, 3 lutego 2016

Zjawa (2015)

Sezon oscarowy czas zacząć! Zapewne jeszcze będę oglądać filmy po ich rozdaniu, ale chciałam się przekonać, czy faktycznie te dwanaście nominacji należą się filmowi o tajemniczym tytule "Zjawa". Oczywiście wśród nominowanych pojawia się Leonardo DiCaprio, któremu kibicuję gorąco od pewnego czasu. Akademia niezasłużenie ciągle ma focha za wypowiedź sprzed prawie dwudziestu lat, do tego ciągle mają gdzieś ten obraz "chłopaczka z Titanica". Tymczasem Leo aktorsko bardzo się rozwinął i pokazuje swój wszechstronny talent i gotowość do poświęcenia za rolę. Czy w tym roku otrzyma Oscara? Przekonamy się, ja jemu gorąco kibicuję.
Źródło: filmweb.pl
Film "Zjawa" opiera się luźno na książce o tym samym tytule, jak i na prawdziwych wydarzeniach. Rok 1822, Stany Zjednoczone. Wraz z Kompanią Futrzarską podróżuje znany traper, Hugh Glass, wraz ze swoim synem, Hawkiem, którego matka była Indianką. Pewnego dnia na obóz napada grupa Indian, przez co mężczyźni muszą uciekać ze skórami, które udało im się zdobyć. W środku lasu na Glassa napada niedźwiedzica. Mężczyźnie udaje się pokonać dzikie zwierzę, ale Glass wychodzi z tego ciężko ranny. Niestety, jest jedynym członkiem Kompanii, który zna drogę okrężną do Fortu Kiowa, drogę, która nie znajduje się na terytorium Indian. W ostateczności z rannym Glassem pozostają jego syn, inny młodszy członek Kompanii, Bridger, oraz Fitzgerald. Temu ostatniemu bardzo ciąży czuwanie nad rannym, ciągle szuka sposobu, aby się go pozbyć i uciec. Prawie się mu to udaje, kiedy Hawk ratuje ojca w ostatniej chwili. Fitzgerald zabija chłopaka na oczach Glassa, po czym wkrótce udaje mu się uciec. Fitzgerald sądzi, że pozostawił Glassa na pewną śmierć, lecz ten już planuje zemstę.

Łatwiej będzie mi zacząć od wad. Przede wszystkim wadą filmu jest fabuła, która próbuje się ratować symbolicznymi scenkami, wrzucanymi od czasu do czasu, jednakże nic z tego - fabuła wbrew pozorom jest bardzo prosta, a momentami wręcz przewidywalna. Nie jest to kino bardzo wymagające, ot film przygodowy, osadzony w realiach XIX wieku. Kolejną wadą są moim zdaniem dłużyzny - dla mnie film mógłby spokojnie zamknąć się w dwóch godzinach, a jednak ciągnął się i ciągnął, a w pewnej chwili człowiek już sam nie wiedział, w którym momencie on się skończy. Do gustu nie muszą również przypaść dość drastyczne scenki (chociażby te podczas walki z niedźwiedziem. Ja momentami zamykałam oczy).

Film jednak ma całe mnóstwo zalet. Przede wszystkim brawa należą się dwóm aktorom: Leonardo DiCaprio oraz Tomowi Hardy'emu. Obaj są nominowani do Oscara i obom panom kibicuję. O ile Leonardo DiCaprio pokazał, do czego jest zdolny, by dobrze grać (naprawdę podziwiam zawsze ludzi, którzy są zdrowi i grają osoby niepełnosprawne, czy jak w przypadku Glassa - ciężko ranne i poturbowane). Jak to głosił jeden tweet - "dajcie mu tego Oscara, zanim się zabije"  - o tyle jednak postać Fitzgeralda, grana przez Toma Hardy'ego, jest po prostu ciekawsza. Jest niejednoznaczna, niby kreowana na antagonistę, jednak moim zdaniem nie można go surowo oceniać za to, że głównie chciał ratować własną skórę. Z drugiej zaś strony świetnie przedstawia rasistę, człowieka uprzedzonego do kogoś tylko dlatego, że ma inny kolor skóry. Postać Fitzgeralda dobrze oddaje (niestety) wciąż aktualny wątek rasizmu, ważnego problemu społecznego.

Film jest bardzo mroczny i klimatyczny. Niebywałą zaletą są cudowne zdjęcia, ujęcia przede wszystkim natury, gór, lasów, niepodrasowane komputerowo. Oddają one nie tylko piękno przyrody, ale też wprowadzają widza w odpowiedni nastrój. Do tego muzyka, która idealnie komponuje się w całość. Scenki symboliczne, głównie związane z żoną Glassa, choć moim zdaniem czasem przedłużały ten film, to jednak mają u mnie duży plus za niejednoznaczność przy interpretowaniu. Montaż, podobnie jak przy "Birdmanie", jest również bardzo ciekawy. Może to nie jest ciągła praca kamery, są cięcia, ale jednak takie ujęcia nadają się do scen akcji.

"Zjawa" nie jest może przerostem formy nad treścią, byłoby to zbyt odważne oskarżenie, jednak moim zdaniem mimo dwunastu nominacji do Oscara, zasługuje jedynie na kilka nagród. Jeśli Leonardo DiCaprio nie zdobędzie za tę rolę statuetki, to ja już nie wiem, kogo musiałby zagrać i jak, by ją zdobyć. Kibicuję również Tomowi Hardy'emu - również ma duże szanse. Nie wróżę jednak Oscara za najlepszy film (choć za reżyserię już tak). Podobnie niekoniecznie film dostanie nagrody we wszystkich kategoriach technicznych - choć za charakteryzację, scenografię, zdjęcia, dźwięk i montaż się należą. I w tych kategoriach będę gorąco kibicować "Zjawie". Jak będzie? Wkrótce się przekonamy. A moja ocena to 7,5/10, czyli dobry z dużym plusem - film fabularnie nie powala na kolana, ale ma za to inne zalety, dla których warto zobaczyć go zwłaszcza w kinie. 
Share:

poniedziałek, 23 lutego 2015

Birdman (2014)

Jesteśmy po Oscarach, a więc wiemy, że tegorocznym wielkim wygranym jest "Birdman, czyli nieoczekiwane pożytki z niewiedzy". Widocznie miałam pewne przeczucie, oglądając wczoraj ten film. Czy zasłużył na akurat te statuetki? Czy jest tym "najlepszym filmem"? Z całą pewnością jest to film dobry i ciekawy. Jednak w mojej opinii nie w każdej kategorii te zachwyty powinny być uzasadnione.
Źródło: filmweb.pl
Riggan Thomson był kiedyś znanym i lubianym aktorem, odgrywającym rolę superbohatera, niejakiego Birdmana. Obecnie jednak jego sława nieco przygasła. Mężczyzna postanawia wystawić sztukę na Broadwayu, według własnego scenariusza, we własnej reżyserii, z sobą samym w roli głównej. Oprócz tego angażuje mnóstwo innych aktorów. Nie wszyscy jednak podzielają jego zachwyt, a tym samym Riggan próbuje udowodnić światu, że jest jeszcze znaczącym artystą.

Przede wszystkim bardzo lubię filmy opowiadające o artystach, o kulisach powstawania jakiegoś dzieła, czy to filmowego, czy teatralnego. I "Birdman" właśnie taki jest. Momentami w dość surrealistyczny sposób ukazuje nam ten światek artystów, którzy muszą się mierzyć z własnymi problemami, a na scenie pokazywać nam zupełnie inną twarz.

Każda z postaci w tym filmie ma własne problemy i próbuje na je na pewien sposób rozwiązać. Mamy córkę Riggana (świetnie zagraną przez Emmę Stone), która dopiero co wyszła z odwyku i nie potrafi porozumieć się z ojcem. Sam nie rozumie tego, dlaczego ojciec próbuje udowodnić za wszelką cenę, że jeszcze jest coś wart. Jej zdaniem bowiem Riggan już nikogo nie interesuje. Dodatkowo główny bohater jest skonfliktowany z pozostałymi aktorami grającymi w jego sztuce - nie potrafią się oni między sobą dogadać, w dodatku ich osobiste problemy sprawiają, że wystawienie sztuki może w ogóle nie dojść do skutku.

W filmie zaskakują również elementy surrealistyczne. Są one wplecione w fabułę tak, że widz nie jest do końca pewien, czy główny bohater ma faktycznie supermoce, czy może jest to jakiś wytwór jego wyobraźni, symbol zmagania się z przeszłością? Do tego niejednoznaczna końcówka również zaskakuje, a przy tym pozostawia wolne pole do interpretacji.

"Birdman" otrzymał Oscara za zdjęcia. I choć byłam całym sercem za "Idą", to wczoraj przestałam mieć wątpliwości - film ten okazał się zbyt poważną konkurencją. Praca kamerzysty zasługuje na szczególną uwagę, bowiem w filmie nie ma praktycznie cięć, a jedynie są długie ujęcia, tak jakby kamerzysta cały czas śledził daną postać.

I... Choć jest to ciekawy zabieg, to na dłuższą metę jednak męczący. I to moim zdaniem jest główną wadą filmu. Przez te ujęcia widz może się pogubić i zwyczajnie znudzić i podczas oglądania w zasadzie zająć się czymś innym. Za dodatkową wadę uznałabym fakt, że nie wszystkie postacie w filmie zapadają w pamięć.

W podsumowaniu warto wspomnieć o Oscarach. Łącznie "Birdman" otrzymał ich bowiem 4. Czy jest "najlepszym filmem 2014 roku"? Moim zdaniem ciężko stwierdzić. Jest z całą pewnością dobry, na pewno lepszy od "Boyhooda", który momentami nudził swoją banalnością. Ale z kolei to moim zdaniem "Boyhood" powinien otrzymać Oscara za reżyserię. Scenariusz moim zdaniem zasługiwał na Oscara. Jednakże po cichu liczyłam, że to "Grand Budapest Hotel" zdobędzie statuetki w głównych kategoriach, a nie tylko w tych technicznych. Mimo wszystko warto zobaczyć ten film, a moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

niedziela, 22 lutego 2015

Grand Budapest Hotel (2014)

Oscarowa noc przed nami, a ja jestem w trakcie nadrabiania kilku produkcji (dlatego dzisiaj być może jeszcze jedna recenzja się ukaże). Film Wesa Andersona chciałam obejrzeć już jakiś czas temu, dlatego też narzekałam, że polski dystrybutor udostępnił go tylko w większych miastach. Na moje miasto, czyli na Zieloną Górę, nie miałam niestety szans. Ale udało mi się obejrzeć go wczoraj. I mogę powiedzieć, że żałuję, że nie znałam wcześniejszej twórczości tego reżysera. 
Źródło: filmweb.pl
Film jest w pewnym sensie opowiedziany jak powieść szkatułkowa. Zaczyna się bowiem od wspomnień pisarza z fikcyjnego kraju w Europie Środkowo-Wschodniej, Republiki Żubrówki. Pisarz ten wspomina, jak w roku 1985 poznał Zero Moustafę, najbogatszego człowieka tego kraju. Mężczyzna z kolei opowiada mu historię z czasów przedwojennych, kiedy był pracownikiem słynnego Grand Budapest Hotel. Moustafa poznał tam ekscentrycznego konsjerża, niejakiego Gustave'a. Dwaj panowie po śmierci pewnej hrabiny pakują się w kłopoty, związane z kradzieżą renesansowego obrazu oraz podziałem majątku.

Przede wszystkim zachwyca świat przedstawiony w filmie. Właściwie jest on ważniejszy niż sama fabuła, która jest intrygująca, ale jednak prosta. Mimo wszystko należy podziwiać reżysera za to, że stworzył niejako hołd dla Europy Środkowo-Wschodniej. Republika Żubrówki bowiem w żaden sposób nie wyśmiewa tej części naszego kontynentu, ale raczej stanowi taki misz-masz, zawierający wszystko to, co charakterystyczne. Podobało mi się to, że w tym tyglu można znaleźć całe mnóstwo różnorodnych postaci, które niekoniecznie pochodzą z kraju, w którym dzieje się akcja, a raczej są gośćmi eleganckiego hotelu. Postaci jest sporo, ale każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa. Druga sprawa to cała oprawa filmu, operowanie dźwiękiem (muzyka jest świetna), kolorem, całą estetyką. Tak samo montaż, zbliżenia i oddalenia kamery, tak, że widz ma wrażenie, że obserwuje rozkładany domek dla lalek, w którym dzieje się prawie cała akcja. I myślę, że film warto obejrzeć chociażby dla samej tej estetyki.

Wśród postaci prym wiedzie Gustave, grany przez Ralpha Fiennesa. Jest on nieco ekscentryczny, zaskakujący, ale jednak jest bardzo dobrym konsjerżem, choć jest uwikłany w dziwną sprawę związaną z podziałem majątku. Jego postać aż kipi od ironicznego poczucia humoru. I właśnie to poczucie humoru sprawia, że film jest strawny i podany w dość lekkim sosie. Myślę, że nie zawiedzie się ten, kto jest np. fanem Monty Pythona.

Co z wad? Możliwe, że właśnie fabuła, która początkowo wydaje się intrygująca, ale z czasem okazuje się wręcz banalna. Ale nie jest tak jak w przypadku "Boyhood", gdzie banał goni kolejny, ale właśnie cała oprawa i humor sprawiają, że film jest wręcz genialny. Dlatego "Grand Budapest Hotel" mogę z całą pewnością polecić tym, którzy cenią estetykę i ładną formę w kinie. A ja filmowi życzę deszczu nagród na Oscarach. Moja ocena: 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

piątek, 21 marca 2014

Lincoln (2012)

Zniesmaczona lekko "Zniewolonym" i w ramach "nadrabiania filmów z Lee Pacem" postanowiłam tym razem sięgnąć po "Lincolna", film znanego reżysera, Stevena Spielberga o życiu tego znanego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Co natomiast otrzymałam? Obraz przyzwoity, ale niestety, w zasadzie tylko tyle można o tym powiedzieć. Chciałam sięgnąć po inną stronę historię, jaka była zaprezentowana w "Zniewolonym", a jest to jednocześnie ten kawałek historii, który mnie fascynuje, czyli jeden z pierwszych kroków do zniesienia rasizmu w Stanach Zjednoczonych, kiedy ludzie pojęli, że chyba coś jest nie tak z wolnością, która jest główną wartością USA.
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada o ostatnich kilku miesiącach życia Abrahama Lincolna - od momentu ponownej elekcji na prezydenta, poprzez przegłosowanie 13. poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych (która znosiła niewolnictwo), aż do momentu tragicznej śmierci w teatrze. A w tle tych całych wydarzeń - wojna secesyjna i rodzinne oraz małżeńskie problemy prezydenta.

Moje uczucia wobec tego filmu są dość mieszane. Warto jednak zacząć od zalet. W porównaniu do "Zniewolonego", lepiej wypadają przede wszystkim kreacje postaci. Nie mamy tutaj już przesłania pt. "wszyscy biali są źli, nawet jak im się wydaje, że nie są". Mamy wielką różnorodność postaci, oczywiście, mamy takich rasistów, jak Fernando Wood (właśnie fenomenalnie zagrał go Lee Pace), ale mamy też Stevensa, granego równie świetnie przez Tommy'ego Lee Jonesa, dla którego główną wartością jest wolność. Nie brakuje również obiektów zainteresowania poprawki - czyli ludności czarnoskórej USA. To już nie jest ten sam obraz, co w "Zniewolonym", choć akcja toczy się niewiele później. I te postacie są różnorodne - mamy żołnierzy, którzy chcą wiernie służyć swojej ojczyźnie, mamy matkę, która straciła syna podczas walki o wolność (a przy okazji byłą niewolnicę, która tylko wspomina o tym, że była bita, co jest bardziej wymowne), czy kamerdynera Lincolna, który był człowiekiem wolnym. Przede wszystkim różnorodność postaci jest wielkim atutem filmu. Daniel Day-Lewis również zasłużył w pełni na Oscara, grając prezydenta Lincolna. Z jednej strony był to człowiek, który miał wielkie zasługi dla USA - walczył w końcu o wolność, ale z drugiej strony widać było, że nie radzi sobie w życiu rodzinnym - nie rozumie swojej żony, z którą często się kłóci, nie potrafi także dogadać się z synem. I takie postacie są właśnie najbardziej fascynujące. Inną zaletą jest przesłanie, aktualne także do dziś. Szczególnie wymowne wydaje mi się zdanie wypowiedziane przez Stevensa. Zdanie, którego niektórzy nie pojmują chyba nawet dzisiaj: "Nie wierzę w całkowitą równość, ale wierzę w równość wobec prawa."

Nie będę się wypowiadać o aspektach technicznych, typu zdjęcia, czy muzyka, bo stoją one na wysokim poziomie. Jednak film "Lincoln" ma też swoje wady. Przede wszystkim jest momentami nudny i przegadany. Rozumiem, że jest bardziej "teatralny", ale znam filmy teatralne, które nie nudzą. W "Lincolnie" przede wszystkim na szkodę wypada przedstawienie czasowe. Większość akcji toczy się w ciągu miesiąca - od początku stycznia 1865 do momentu uchwalenia poprawki, czyli do 31 stycznia 1865. Zostaje niewiele czasu, by dokładnie opowiedzieć o następnych trzech miesiącach (Lincoln zginął w kwietniu), a sama scena śmierci jest strasznie niesatysfakcjonująca. Spielberg chciał po prostu za dużo upchnąć, stąd film jest przeładowany i w którymś momencie człowiek traci zainteresowanie.

Podsumowując: "Lincoln" jest dla mnie lepszą próbą przedstawienia problemu niewolnictwa, ale to nie to. Chwała za to twórcom, że nie przedstawia całego życia prezydenta, a jednak... Nie potrafi zaciekawić widza. Może, jeśli ktoś uwielbia politykę, to ten film go zaciekawi. Ja, choć polityką się interesuję, nie uznałam ten film za tak interesujący, na jaki liczyłam. Mimo wszystko będzie on gratką dla tych, którzy interesują się historią USA. Zastanawiam się teraz, czy nie sięgnąć po "Kamerdynera"... Moja ocena: 6,5/10, czyli niezły z plusem. 
Share:

środa, 5 marca 2014

Zniewolony. 12 years a slave. (2013)

Nie mam pojęcia, jak zacząć tę recenzję. Powiem wprost - od filmu, który dostaje Oscara za najlepszy film, oczekuję znacznie więcej, niż to, co tutaj dostałam. Obejrzałam kilka produkcji, które zostały nominowane, i szczerze, mam duże wrażenie, że w przypadku "Zniewolonego" wygrała poprawność polityczna, bo całość prezentuje się dość słabo, niestety. Wielkie rozczarowanie, choć ma swoje zalety. Choć wiele aspektów prezentuje się dość przyzwoicie, jak aktorstwo, zdjęcia, czy muzyka, to jednak leży najważniejszy składnik filmu: fabuła. Ale po kolei.
Źródło: filmweb.pl
Solomon Northup jest czarnoskórym skrzypkiem żyjącym w XIX wieku. Ma żonę, dwójkę dzieci i jestszczęśliwy, do pewnego dnia, kiedy na swojej drodze spotyka oszustów podających się za artystów. W wyniku podstępu Solomon zostaje pozbawiony wolności i jest sprzedany jako niewolnik, który przez 12 lat spędza czas na różnych plantacjach, obserwując przy tym krzywdę, jaka spotyka innych niewolników.

Żeby nie było: ja nie twierdzę, że takie filmy są niepotrzebne. Ja nie twierdzę, że problem rasizmu nie istniał, czy nie istnieje, wręcz przeciwnie, niewolnictwo to jedna ze wstydliwych kart historii Stanów Zjednoczonych. Co nie znaczy jednak, że nie mogło to zostać przedstawione w lepszy sposób. Przede wszystkim głównym mankamentem jest fabuła. Jeśli scenariusz leży, niestety, ale żadne inne aspekty nie uratują filmu czy serialu. Fabuła praktycznie składa się ze zlepku różnych scenek, które często są wtrącone... Dosyć przypadkowo i praktycznie nie ma wyjaśnienia, po co była dana scenka, czy po co są dane dłużyzny (np. scenka z Indianami, czy scenka, gdzie Solomon patrzy się w nicość przez prawie dwie minuty). Można przewidzieć niektóre wydarzenia, jak np. to, że niewolnica Patsy jest źle traktowana, ponieważ jest kochanką plantatora. Ale przede wszystkim razi mnie brak wyjaśnienia, jakim cudem Solomon zostaje porwany i sprzedany. Jakim prawem? Dlaczego nie mógł udowodnić tego, że jest wolnym człowiekiem?

Dostajemy jedynie taki zlepek scen, które szczątkowo informują nas o tym, co miało miejsce. Sprawia to, że film się dłuży i jest niemiłosiernie nudny. Dodatkowo innym problemem jest upływ czasu - w ogóle w filmie nie czuć, że minęło aż 12 lat. Bohaterowie się nie zmieniają ani fizycznie, ani psychicznie. Upływ czasu dopiero pokazuje nam ostatnia scena.

Kolejny mankament to bohaterowie, zwłaszcza główny bohater, który szybko zaczyna się zachowywać w dość nielogiczny sposób. A co dla mnie gorsze, jest momentami bardzo stereotypowo. Dlaczego? Bo przypomina mi się "Django" i kwestia Leonardo DiCaprio, która miała przedstawiać stereotypowy sposób myślenia - że czarni są stworzeni do niewolnictwa. Dlaczego Solomon więc to pokazuje? Owszem, tłumaczy się, że próbuje przeżyć, dlatego też ukrywa fakt, że nie był niewolnikiem, że jest osobą wykształconą. Ale szczerze? Jakoś ciężko mi powiedzieć, czy to jest gra, czy to jest już taka rutyna, że Solomon przyzwyczaił się do bycia niewolnikiem, nawet nie ma już nic przeciwko nazywaniu go Plattem. Ratunek przychodzi niczym "deus ex machina", bowiem nic na to nie wskazuje, że bohater miałby się wyzwolić. A jednak. I tak samo z całym szacunkiem dla Lupity Ngoy'o, ale niestety, to nie jest to, co myślę, gdy słyszę hasło "rola drugoplanowa". Postać Lupity, Patsy, pojawia się na ekranie łącznie może około 15 minut (choć i tak jest lepiej, niż z Anne Hathaway, która dosłownie była postacią epizodyczną) i nie ma zbyt dużo tekstu. Zdecydowanie lepiej wypadła Sarah Paulson, grając wredną żonę plantatora - choć można ją zrozumieć, kiedy mąż nie jest zbyt wierny. No i do takich postaci trzeba mieć też talent aktorski. Inne postacie są po prostu nijakie, czarno-białe. Mamy albo takich okrutników, jak plantator grany przez Fassbendera, albo "szlachetnych białych, którzy tak naprawdę są przeciwko niewolnictwu, ale sytuacja jest taka, a nie inna" - jak np. postać Cumberbatcha. Inni niewolnicy są również przedstawieni bardzo stereotypowo, praktycznie oprócz głównego bohatera i Patsy nie wyróżnia się tam nikt. Ale te wszystkie problemy wynikają ze scenariusza.

Innym problemem jest zbyt dosłowne pokazywanie przemocy. Przemoc w kinie nie robi na mnie wrażenia emocjonalnego już, a gdy jest jej za dużo, to robi się po prostu niesmacznie. Owszem, przecież wiem, że niewolników nie głaskano po główkach, ale na litość boską - czy trzeba pokazywać całą chłostę, a później jeszcze rany? Czy nie bardziej wymowna byłaby scena jednego uderzenia, a potem pokazania ran? Jeśli to ma sprawić, że będę płakać, to się twórcy filmu mylą. Podobnie jak i końcówka - jest do bólu sztampowa i przewidywalna.

Oczywiście, jak wspomniałam, film ma swoje zalety. Ale będą to zalety stricte techniczne, takie jak aktorstwo (nie mam nic do aktorów, grali dobrze, to nie ich wina, że postacie są kiepskie), zdjęcia (ujęcia są dosyć ładne, choć momentami nieco naturalistyczne), czy muzyka. Ale niestety, to będzie tylko tyle, i aż tyle.

W podsumowaniu wrócę jeszcze do "Django". Bo ktoś mi może zarzucić rasizm, znieczulicę, itd. To nie tak. Ale właśnie Django przedstawiał niewolnictwo w ciekawszy sposób, bowiem to była wariacja na ten temat, hołd dla klasycznego westernu w ciekawszym wydaniu. I wiadomo było, że film "Django" nie można było traktować dosłownie, choć jest pewna różnica. O ile w "Django" stereotypowe zachowania były pokazane w sposób celowy, to w "Zniewolonym" prawdopodobnie nie były one zamiarem twórców. I to bardzo boli. A "Django" nie dostał Oscara (prawdopodobnie Akademia podziękowała już Tarantino). Jest wiele innych produkcji, gdzie mamy problem niewolnictwa, "Zniewolony" nie jest filmem przełomowym, a już na pewno nie zasługuje na Oscara. Niestety. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć coś z tego tematu, to o niebo lepszy jest francuski miniserial "Gorycz tropików" - tam przynajmniej postacie są jakoś lepiej rozwinięte. Czy nawet "Przeminęło z wiatrem", choć niewolnictwo to wątek poboczny. W każdym razie jestem bardzo rozczarowana. Moja ocena to 5,5-6/10, czyli niezły z dużym minusem (i tak ocenę zawyżam, bo aspekty techniczne są na wysokim poziomie, no i jeszcze podobała mi się postać Sarah Paulson). 
Share:

poniedziałek, 3 marca 2014

Witaj w klubie (2013)

Dzisiaj w nocy mieliśmy ceremonię wręczenia Oscarów. I gdy piszę ten tekst, jestem po obejrzeniu filmu "Witaj w klubie", który zgarnął trzy statuetki: za rolę męską pierwszoplanową (Matthew McConaughey), rolę męską drugoplanową (Jared Leto) oraz za najlepszą charakteryzację. Czy słusznie? Ja osobiście uważam, że tak, przy czym w ostatniej kategorii mam pewne wątpliwości, ale o tym za moment.
Źródło: filmweb.pl
Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1985. Ron Woodroof, miejscowy elektryk i jeździec rodeo z Teksasu przypadkowo, mając wypadek przy pracy, dowiaduje się, że jest nosicielem wirusa HIV i zostało mu 30 dni życia. Wkrótce dowiaduje się o eksperymentalnej terapii lekiem AZT, co do którego lekarka, która pomaga Ronowi, ma wątpliwości, lecz zdobywa on ten lek nielegalnie. Niestety, czuje się po nim coraz gorzej. Niedługo potem udaje się do Meksyku, do lekarza, który stracił licencję. Lekarz ten mówi mu o tym, że lek AZT jest toksyczny i tak naprawdę wyniszcza organizm, lecz koncerny farmaceutyczne chcą na nim zarobić. Zamiast tego proponuje mu inną terapię, która przynosi lepsze skutki. Ron postanawia wrócić do USA i wraz z transwestytą Rayonem zakłada tytułowy klub, w którym nielegalnie sprzedaje leki, na które nie wydał pozwolenia urząd ds. żywności i leków. Płacąc niewielką składkę, członkowie klubu mogą zdobyć leki, które pomagają im w walce z wirusem HIV.

Moje pierwsze skojarzenia przy filmie to "Filadelfia" z Tomem Hanksem. Ciekawie wyglądają oba filmy skonfrontowane ze sobą. Podejmują temat ciężkiej choroby, jaką jest AIDS, lecz w zupełnie inny sposób. Niedawno przeczytałam opinie, jakoby "Filadelfia" była filmem słabym, a Hanks dostał Oscara za poświęcenie się dla roli.

Mi osobiście się podobała, i warto też patrzeć na ten film z perspektywy czasu. "Filadelfia" powstała na początku lat 90. ubiegłego wieku, w czasach, kiedy temat HIV/AIDS był tematem tabu, krążyło wokół niego wiele mitów, niesprawdzonych informacji, a przede wszystkim powszechna była nietolerancja dla osób cierpiących na tę chorobę. Dlatego był to odważny krok, aby zacząć mówić o tym głośno. Dziś już wiadomo, że ta choroba dotyczy nie tylko homoseksualistów czy narkomanów. "Witaj w klubie" opowiada właśnie mniej więcej o tych samych czasach, kiedy HIV/AIDS było dla społeczeństwa wielką niewiadomą. Ludzie bali się kontaktów z takimi osobami i to widać. Ron z dnia na dzień zostaje odrzucony przez dawnych znajomych, ponieważ zaczynają myśleć, że jest homoseksualistą - choć Ron już w szpitalu, kiedy tylko się dowiaduje o chorobie, zastrzega, że nie bierze przecież narkotyków ani nie jest gejem (choć później przypomina sobie, że uprawiał seks bez zabezpieczeń z prostytutką).

Przede wszystkim właśnie na film składa się w tym momencie gra aktorska. Matthew McConaughey wiele poświęcił dla tej roli - schudł, dał się odpowiednio ucharakteryzować, by właśnie pokazać typowego "red necka", takiego "buraka z prowincji", który jest wrogo nastawiony do wszystkiego, co obce. Z czasem choroba wiele w nim zmienia. Nie tylko fizycznie (co widzimy stopniowo), ale i psychicznie. Ron zaczyna być bardziej otwarty na ludzi. Zaprzyjaźnia się z transwestytą Rayonem, co wcześniej było dla niego nie do pomyślenia. Zaczyna pomagać innym ludziom, dowiadywać się czegoś o świecie, a także zaczyna domagać się swoich praw do takiego leczenia, jakie mu odpowiada, a nie do takiego, do którego zmuszają go lekarze. Jest to postać dynamiczna, choć Ron chce żyć pełnią życia i nie rezygnuje z rodeo. Również Oscar dla Jareda Leto jest w pełni zasłużony - świetnie się wczuł w postać transwestyty, nawet zachowywał się jak kobieta - co nie jest łatwe dla aktora, jak podejrzewam. Momentami Rayon dodaje nieco humoru opowieści, ale generalnie jest on świetnym supportem - tak dokładnie wyobrażam sobie rolę drugoplanową (nawet jeśli momentami przebijał główną postać), bo nie jest go ani za dużo, ani za mało.

Mam trochę kontrowersji, co do tej charakteryzacji, a to dlatego, że "Witaj w klubie" miał sztuczną konkurencję, nie oszukujmy się. Praktycznie kategoria charakteryzacja jest dla mnie jedynym nieporozumieniem w nominacjach (naprawdę? Jackass i "Jeździec znikąd"?), dlatego nie wiem, czy gdyby taki "Hobbit" był również nominowany, to czy film "Witaj w klubie" wygrałby w tej kategorii. Owszem, Jared Leto był świetnie ucharakteryzowany, ale to nie jest pierwszy mężczyzna, który gra transwestytę (chociażby warto zajrzeć do mojej recenzji filmu "Dziewczyna żołnierza" - Lee Pace też sobie świetnie poradził, a miał 24 lata, a nie 42, jak Jared). Ale to jest w zasadzie moja jedyna uwaga, co do filmu. Muzyka może jakoś się nie wyróżnia, ale za dźwięk jest świetny, zdjęcia też mi się podobały. Jednak tak, jak wspomniałam - ten film tworzą wspaniałe kreacje aktorskie.

Moim zdaniem warto obejrzeć film "Witaj w klubie", chociażby po to, żeby na własnej skórze się przekonać, czy Matthew McConaughey i Jared Leto zasłużyli na Oscary w swoich kategoriach. Bo ja uważam, że tak. Temat jest dość trudny i też myślę, że ciężko film zrozumieć, nie znając kontekstu społecznego (lata 80. jako początek rozwoju AIDS to był ciężki czas dla tych osób), ale i takie filmy są potrzebne. Dlatego moja ocena to 8,5/10, czyli bardzo dobry z plusem. 
Share:

niedziela, 2 marca 2014

Ona (2013)

Oscary wprawdzie już dzisiaj w nocy, więc zdecydowałam się obejrzeć kolejny z nominowanych filmów. Tym razem zdecydowałam się na "Her" (polski tytuł: "Ona"), a to ze względu na coś, co bardzo lubię - banalny temat w nietypowej odsłonie. I muszę przyznać, że jest to jeden z tych filmów, który powinien być nazywanym prawdziwym sci-fi - bo może niekoniecznie przedstawia on świetne efekty specjalne, ale skłania do filozoficznych refleksji. Jestem pod dużym wrażeniem, i to na tyle, że w zasadzie nie wiem, jak ułożyć słowa do tejże recenzji...
Źródło: cinekatz.com
Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości. Theodor Twombly zajmuje się zawodowo pisaniem listów (najczęściej dla zakochanych par) i idzie mu to bardzo dobrze, ma bowiem talent literacki i jest bardzo wrażliwym człowiekiem. Jednakże Theodor jest w trakcie rozwodu ze swoją żoną, Catherine. Mieszka samotnie. Od czasu do czasu spotyka się z przyjaciółmi, ale tak to czas wypełniają mu gry komputerowe i cyberseks z nieznajomymi kobietami. Wszystko się zmienia, gdy pisarz zakupuje nowy system operacyjny, który wykazuje się wysokim poziomem inteligencji oraz jest spersonalizowany. System mówi do niego kobiecym głosem, nazywa siebie Samanthą i z czasem uczy się ona także ludzkich emocji.

Pierwsza rzecz, jaka mi się spodobała, to wizja przyszłości. Ostatnio modna jest wizja bardzo tragiczna, postapokaliptyczna, gdzie Ziemia jest właściwie zniszczona, a jeśli nie zniszczona, to jakiś kraj jest pod rządami totalitarnymi, itd. Tu wizja jest zupełnie inna. Jest spokojniejsza, zakłada po prostu większy rozwój technologii informacyjnych (choć część z tych rzeczy już jest w pewnym stopniu dostępna), a w wystroju minimalizm i ekologię (łatwo zauważyć dość sporą liczbę zieleni, nawet bohaterowie udają się na wakacje w piękne miejsce na łonie natury). To oczywiście pozytywna strona tejże przyszłości, jednak jest też druga strona medalu, a mianowicie samotność.

Od pierwszych chwil filmu można zauważyć, że ludzie żyją obok siebie, w swoich światach, a tak naprawdę są bardzo samotni, przez co szukają kontaktu zastępczego. Na przykładzie głównego bohatera widzimy, że ma on duże problemy z własnymi emocjami i z samym sobą. Żona opuszcza go właśnie z tego powodu - uważa, że nie potrafi on przeżywać prawdziwych emocji. Z jednej strony Theodor jest pisarzem, potrafi tworzyć świetne listy, które wzruszają czytelnika lub go bawią, lecz nie potrafi on ułożyć sobie własnego życia pod tym kątem. Widać, że jest bardzo wrażliwy, a jednocześnie boi się nawiązać prawdziwego kontaktu z drugą osobą. Takie zastępstwo daje mu Samantha. Jako wirtualny twór jest bardzo ciekawa - początkowo jest tylko programem, który musi się dostosować do potrzeb swojego odbiorcy, lecz z czasem ich relacja pogłębia się. Moje ulubione momenty filmu to niekoniecznie sceny miłosne (choć muszę przyznać, że opis wykonywanych czynności przez Theodora działa na mnie, ale to chyba dlatego, że jestem kobietą ;)), ale momenty, kiedy Samantha wszystkiemu się dziwi, zastanawia się, jak to jest mieć ciało, widzieć je, czuć emocje. Relacja Theodora i Samanthy jest dość niezwykła, choć nie taka nadzwyczajna w świecie bohatera - jego przyjaciółka mówi mu o tym, że jest coraz więcej takich związków ludzi z "wirtualnymi". Przez większą część filmu możemy nawet uwierzyć, że ten związek praktycznie niczym się nie różni od takiego "tradycyjnego". Jednak czym dalej, tym bardziej się zastanawiamy, czy może faktycznie Catherine miała rację? Czy Theodor może po prostu unika prawdziwych uczuć? Czy taką miłość można nazwać prawdziwą? Z tymi pytaniami pozostawia nas reżyser bez jednoznacznej odpowiedzi.

Dziwi mnie brak nominacji dla Joaquina Phoenixa. Zagrał on bowiem postać, która nie jest łatwa do oceny - z jednej strony Theodor jest bardzo wrażliwy, a z drugiej strony - ciągle przed czymś ucieka i szuka pocieszenia w grach i w seksie. Dodatkowo ucharakteryzowali go tak, że nie wygląda on na postać z typowego romansu (co widać na plakacie) - wręcz można powiedzieć, że odbiega on bardzo od współczesnego ideału mężczyzny, nie jest atrakcyjny (pomijam, że ogólnie Phoenix nie jest dla mnie atrakcyjny, dodatkowo ciągle mam przed oczami jego Kommodusa z "Gladiatora", ale ta rola mnie urzekła). Natomiast nie dziwi mnie brak nominacji dla Scarlett Johansson, ponieważ operowała ona w swojej grze jedynie głosem - gdyby aktorów nominowano tylko za to, to pokrzywdzeni byliby aktorzy dubbingowi. Choć to nie umniejsza faktowi, że nawet jej głos był urzekający, że faktycznie zapominało się, że Samantha to tylko system operacyjny. Dla mnie praktycznie jedyną wadą filmu było to, że miałam niedosyt, jeśli chodziło o te rozterki na temat emocji i człowieczeństwa, a więcej uwagi poświęcono seksowi. Nie należę do osób pruderyjnych, ale trzeba umieć zachować pewną równowagę.

Warstwa wizualna prezentuje się ciekawie, podobnie jak i zdjęcia do filmu. A pod kątem scenografii mam dylemat, bo kibicuję w tej kategorii także "Wielkiemu Gatsby'emu", a tutaj scenografia również przedstawia się bardzo ciekawie. Muzyka również jest bardzo dobra, wyważona, momentami bardzo poruszająca. Tu nie mam zastrzeżeń.

Ogólnie bardzo kibicuję "Her" w wyścigu po Oscary. Jest to film, który, jak wspomniałam na początku, łączy temat prosty, oklepany, z motywami bardzo oryginalnymi, a jednocześnie film skłania do refleksji, czym powinien się charakteryzować ten gatunek. Liczę na to, żeby "Ona" zdobyła jak najwięcej Oscarów w kategoriach, w których jest nominowana. A moja ocena to 9/10, czyli rewelacyjny. 
Share:

sobota, 1 marca 2014

Kraina Lodu (2013)

Wreszcie obejrzałam "Krainę Lodu" (aka "Frozen"), czyli najnowszą produkcję Disneya, również nominowaną do Oscara. Już wkrótce przekonamy się, czy faktycznie ten film dostanie nagrodę Akademii (choć moje osobiste zdanie jest takie, że tak, bo nie ma za bardzo konkurencji. Na przykład "Minionki rozrabiają" to sympatyczny film, ale jednak moim zdaniem wypada nieco gorzej). Dodatkowo kilka osób mi mówiło "Weź obejrzyj Frozen, weź obejrzyj", przewijały mi się gify, to wzięłam i obejrzałam, lecz angielską (czyli oryginalną) wersję. W sumie od początku tak mówiłam, że chcę zobaczyć ten film, choć nie wiedziałam, czy wybiorę się do kina. Chciałam go też zobaczyć z powodu kilku kontrowersji. Ale od początku.
Źródło: filmweb.pl
Akcja filmu toczy się w królestwie Arendelle (wg twórców oficjalnie jest ono oparte na XIX-wiecznej Norwegii), którym rządzą król i królowa. Mają oni dwie córki, starszą Elsę i młodszą Annę. Przyszła następczyni tronu ma niezwykłą moc, bowiem potrafi panować nad śniegiem i lodem. Często bawi się z młodszą siostrą. Ich dzieciństwo upływa szczęśliwie do dnia wypadku, kiedy Anna dostaje... Nazwijmy to "lodowym pociskiem" Elsy prosto w głowę. Przed śmiercią ratują ją trolle, które jednak mówią, że od tej pory Anna nie może sobie przypomnieć o mocy Elsy, a starsza z sióstr z kolei musi się nauczyć kontrolować swój niezwykły dar. Kilkanaście lat później rodzice Elsy i Anny toną w trakcie podróży statkiem, więc ich starsza córka tym samym zostaje królową. Podczas koronacji księżniczka Anna poznaje tajemniczego księcia Hansa, który robi na niej wrażenie i od razu zgadza się na jego oświadczyny, czemu Elsa sprzeciwia się. Gdy królowa denerwuje się podczas kłótni z siostrą, jej moce ponownie ujawniają się. Elsa ucieka w góry i tam tworzy lodowy pałac, w którym może być sama i wolna. Anna postanawia ją uratować.

Pierwszą kontrowersją filmu jest to, że fabuła pierwotnie miała opierać się na "Królowej Śniegu" Hansa Christiana Andersena. Jest to jedna z moich ulubionych baśni, dodatkowo bohaterką jest tam kobieta, zwykła dziewczyna, a nie książę, jak to w większości baśni. Po obejrzeniu filmu uważam, że "Kraina Lodu" bardzo, ale to bardzo luźno nawiązuje do tej baśni, dlatego moim zdaniem lepiej darować sobie wszelkie porównania. Wiąże się z tym kolejna kontrowersja, a mianowicie zmiany scenariusza. Z tego, co się dowiedziałam, scenariusz był zmieniany aż trzy razy, stąd pewne dziury fabularne. Pierwsze pytanie, które mnie męczy, to takie, skąd Elsa ma moc? Jest wspomniane tylko, że ma ją od urodzenia, rodzice się temu nie dziwią. Czyżby była dziedziczna? Dobra zagadka. Tak samo inną dziurą są trolle - zero wyjaśnienia, czym są, jakie mają moce i dlaczego pamiętają Kristoffa, a Anny już nie? Tak samo kolor włosów Elsy (żadne z rodziców takiego nie ma) - czy ma to związek z mocą? Takich kwiatków troszkę jest. Mimo tych mankamentów, nie mogę powiedzieć, że film jest zły.

Nie jest nowością w filmach Disneya to, że film opowiada o siostrach. Jednak jest to opowieść bardzo zgrabna, relacje i charaktery Elsy i Anny są ciekawe. Zwłaszcza charakter Elsy. Każdy myślał, że to Elsa będzie złą bohaterką, właśnie tą królową śniegu. Tak się nie okazało. Elsa nie jest zła, jest bardziej rozdarta psychicznie. Rozdarta między obowiązkami królowej, uczuciami do siostry, a własnymi pragnieniami. Brakuje jej przede wszystkim oparcia, bo królową zostaje w bardzo młodym wieku, dość niespodziewanie (wg oficjalnych danych Disneya, Elsa ma 21 lat, a Anna - 18). Nie ma oparcia w siostrze, którą bardzo kocha, bowiem Anna, nie pamiętając o jej mocach, nie jest w stanie jej pomóc. Anna jest bohaterką momentami bardzo naiwną, zbyt uczuciową, ma trochę cechy takiej "manic pixie dream girl" (ale tylko do pewnego stopnia), a przy tym jest buntownicza, jednak szczerze kocha Elsę. I to jest głównym motywem tego filmu, co bardzo mi się podoba. Miłość do mężczyzny jest w tym momencie sprawą drugoplanową, ważniejsze jest uczucie dwóch sióstr, ich zdolność i gotowość do poświęceń. Mogę też dodać, że "Kraina Lodu" to chyba jeden z nielicznych filmów Disneya, gdzie nie ma klasycznego antagonisty, a przynajmniej takowy nie od razu się objawia i nie jest to również oczywiste. Typowym comic relief jest w filmie bałwanek o imieniu Olaf. I szczerze, nie rozumiem, dlaczego spora część ludzi z góry go nie lubiła, nawet przed tym, jak wyszedł film. Miał on pełnić rolę komediową i moim zdaniem wypada bardzo sympatycznie, nie jest też wrzucony na siłę.

Warstwa wizualna i muzyka. Choć warstwa wizualna i animacja stoją na bardzo wysokim poziomie, to nie ukrywam tego, że chciałabym zobaczyć ten film zrealizowany w technice 2D (widziałam trochę concept artów i wszystkie były świetne). Nie wiem, to pewnie taki sentyment do Disneya i do mojego dzieciństwa, gdzie czekało się na kolejną bajkę. Technika 2D ma w sobie jakąś magię, której nie ma technika 3D. Jeśli koniecznie Disney chce realizować tę politykę, że tylko 3D (z drugiej strony po porażce kasowej "Księżniczki i żaby" im się nie dziwię), to lepiej, by poszli w stronę krótkometrażowego "Papermana", łączącego techniki 2D i 3D. Bajka o księżniczkach nie ma takiej magii, gdy tworzy się ją techniką komputerową, niestety. Podobny problem miałam z "Zaplątanymi" (choć to świetny film!). Natomiast muzyka jest genialna. Chyba wszystkie utwory w wersji oryginalnej bardzo mi się podobały, w końcu były wykonywane przez gwiazdy Broadwayu. Najbardziej jednak przypadł mi do gustu początek, wykonywany w języku saami (lapońskim) oraz pokochałam "Let it go" (choć za pierwszym razem średnio mi się ta piosenka podobała) i liczę na Oscara dla tej piosenki.

Podsumowując: mimo pewnych wad, niedociągnięć wynikających ze zmian scenariusza, czy nawet mimo tego, że wolałabym ten film wykonany techniką tradycyjną, to uważam go za bardzo dobrą rozrywkę na wysokim poziomie. Jak w niemalże każdym filmie Disneya, i dzieci i dorośli znajdą tu coś dla siebie, można się pośmiać i popłakać. Dlatego moja ocena to 7,5/10, czyli bardzo dobry z minusem (i minus głównie za te wady, o których mówiłam). Warto obejrzeć. 
Share:

poniedziałek, 24 lutego 2014

Blue Jasmine (2013)

Wahałam się, czy obejrzeć ten film, czy też nie. Ostatecznie zachęciła mnie recenzja Zwierza Popkulturalnego. I choć nie widziałam (jeszcze) "Tramwaju zwanego pożądaniem" (a obejrzę, żeby mieć porównanie), to jestem pod dużym wrażeniem. Przy okazji zastanawiam się (także po Ceremony), czy nie wykupić pakietu na platformie Ipla - 20 zł to nie jest dużo, a ma się dostęp do wielu fajnych filmów i seriali. Muszę jednak przejrzeć dokładnie ich listę, by stwierdzić, czy warto wydać, bo dla jednego filmu to nie bardzo. Na ipli ogląda się filmy przystępnie (po zakupie nie ma reklam), a co ważne - legalnie. Co do samego filmu, to powiem tak, że pamiętam, jak niecały rok temu byłam mocno zawiedziona "Poradnikiem pozytywnego myślenia". Spodziewałam się innego filmu, a problem chorób psychicznych, który bardzo mnie interesuje, został wyjątkowo spłaszczony. Również gra Jennifer Lawrence nie była niczym odkrywczym, wręcz momentami była czymś przerysowana. W dodatku "Poradnik..." w pewnym momencie zrobił się przewidywalny. Te wszystkie wady nie występują w "Blue Jasmine". 
Źródło: blog.mohito.pl
Tytułowa Jasmine jest kobietą, której niczego nie brakuje - mieszka w Nowym Jorku z bogatym mężem i adoptowanym synem, opływa w luksusie, czuje się naprawdę szczęśliwa, pomimo tego, iż wie, że interesy męża nie są do końca uczciwe. Jasmine wspiera go nawet, kiedy dochodzą do niej plotki, że Hal ją zdradza - gdy siostra mówi jej o tym, zamiast jej uwierzyć, staje się to powodem długoletniej waśni. Pierwszym ciosem jest jednak odejście syna, który ma dość życia w kłamstwie. Drugim - kiedy Jasmine sama na własne oczy przekonuje się, że Hal w rzeczywistości ją zdradza. Wtedy to kobieta dzwoni do FBI, Hal zostaje aresztowany za oszustwa finansowe. Ona sama wkrótce przenosi się do San Francisco, do swojej adoptowanej siostry, Ginger, by tam zacząć nowe życie.

Szczerze, nie rozumiem kolejnej zagrywki dystrybutora, który reklamuje ten film jako komedię. Owszem, ma momentami dowcipne dialogi, ale z całą pewnością nie można go nazwać komedią. Jest to przede wszystkim dramat. Dramat jednostki, a konkretnie Jasmine. Niedawno usłyszałam zdanie, że lubimy takie postacie, z którymi możemy się utożsamić. I muszę przyznać, że po części utożsamiam się z Jasmine. Kobieta bowiem, odkąd traci wszystko, nie ma pomysłu na siebie. Raz chce skończyć studia, potem decyduje się na kurs dekoracji wnętrz... I w tym wszystkim siostra nie potrafi jej pomóc. Ginger jest całkowitym przeciwieństwem Jasmine. Ciągle uważała się za gorszą, zdecydowała się pójść inną ścieżką. Pracuje jako kasjerka i jest matką dwójki dzieci, a mężczyzna, z którym się ostatnio spotyka, lubi wypić, lecz, jak sama przyznaje "przynajmniej nie kradnie". Cały czas jednak porównuje się z Jasmine, a swój los uważa zdeterminowany przez geny - choć siostra mówi, że to wcale nieprawda. Próbują sobie pomóc nawzajem, lecz żadna nie potrafi pomóc sobie. I na tym polega dramat tych jednostek, a zakończenie jest strasznie gorzkie.

Należą się przede wszystkim brawa Cate Blanchett (życzę jej Oscara za tę rolę), która świetnie pokazała kobietę załamaną nerwowo, z pewnymi zaburzeniami psychicznymi - Jasmine często mówi sama do siebie, brała leki (choć później nadużywa alkoholu), łatwo się denerwuje, płacze, często wygłasza monologi na temat swojego życia nawet nieznanym osobom. Boi się także nowo spotkanych mężczyzn, a kiedy już znajduje kogoś, z kim mogłaby na nowo ułożyć sobie życie, okłamuje go. Podobnie i Ginger, która ciągle trafia na nieodpowiednich mężczyn. Tu gra Cate Blanchett i Sally Hawkins jest bez zarzutu.

Co do kwestii technicznych - film trzeba oglądać uważnie. Chronologia jest nieco zaburzona i często mamy retrospekcje, które pokazują nam, jak doszło do tego, że Jasmine przeprowadziła się do San Francisco. Przy tym te retrospekcje są tak wtrącane, że czasami trudno wychwycić przejście. I nie do końca mi to odpowiada, dlatego nazwałabym to jedną z wad filmów (choć miałam okazję wcześniej oglądać produkcje Allena). Zdjęcia przedstawiające współczesny Nowy Jork, czy San Francisco są cudowne i nie mam tu również żadnych zarzutów. Również pochwalam decyzję dystrybutora o nietłumaczeniu tytułu, ponieważ jest on dość niejednoznaczny. Jasmine często nawiązuje do utworu "Blue Moon", przy którym poznała męża, ale też sam przymiotnik "Blue" po angielsku znaczy niekoniecznie "Błękitny", czy "Niebieski", ale też "Smutny". Dlatego tytuł jest bardzo ciekawy.

Ostatecznie jednak film "Blue Jasmine", choć nie opowiada skomplikowanej historii, jest filmem dobrym, ale głównie dobrym przez grę aktorską. Sam jest oparty na sztuce teatralnej, dlatego gra jest tak istotna. Jest ona na wysokim poziomie, a to, co pokazuje Cate Blanchett, jako wizerunek postaci chorej psychicznie, jest zdecydowanie lepszy od tego, co było przedstawione w "Poradniku...". Dlatego moja ocena to 7/10, czyli dobry. Dobry w sam sobie, choć gdybym miała oceniać samo aktorstwo, zdecydowanie byłaby to najwyższa ocena. 
Share: