Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 maja 2017

Kim ty jesteś, Aniu Shirley? Czyli kilka słów o pierwszym sezonie serialu "Ania, nie Anna" (2017)

To jeden z seriali, na które czekałam w tym roku. Jak do tej pory przeżyłam już kilka pozytywnych zaskoczeń, a w przypadku serialu o słynnej Ani Shirley wiedziałam, że po prostu muszę to zobaczyć. Zwłaszcza, gdy ujrzałam najpierw krótki teaser, a później zwiastun - wręcz zakochałam się w nim. Co otrzymałam? Serial przede wszystkim bardzo zaskakujący, choć nie pozbawiony kontrowersji. 

Źrodło: mobirank.pl
Prawdopodobnie w tym miejscu daruję sobie streszczenie fabuły. Książka Lucy Maud Montgomery powinna być znana każdemu w Polsce, kto skończył podstawówkę. W końcu do tej pory jest to lektura szkolna. Serial ekranizuje zaś tylko część wątków znanych z książki: od pojawienia się Ani w domu Cuthbertów aż do momentu, kiedy tytułowa bohaterka ratuje siostrę swojej przyjaciółki. Część wątków jest jednak dodana, a część zmieniona. I na tym chciałabym się skupić.

Przede wszystkim mamy tu odwieczny dylemat, czym powinna być dobra ekranizacja. Długo byłam zdania, że ekranizacja w zasadzie powinna być 1:1 zgodna z oryginałem - a moje podejście wynikało z tego, że zazwyczaj ekranizacje książek, które miałam okazję widzieć, były jakby streszczeniem pierwowzoru, a nierzadko były pomijane akurat te wątki, które mnie bardzo interesowały. Z czasem jednak doszłam do wniosku, że porządna ekranizacja powinna dodawać coś od siebie. Bo skoro serial lub film na podstawie danej książki mają być tylko przełożeniem na ekran, to w zasadzie jaki jest w tym cel? Książkę można byłoby przeczytać już dawno. Dlatego też obecnie jestem dość liberalnie nastawiona do ekranizacji różnych powieści. Wciąż nie lubię "ekranowych streszczeń", ale nie rwałam włosów z głowy, gdy do Hobbita dodano nowe wątki. I tak samo było w przypadku nowej Ani. Wolałam się przekonać, co najpierw dostaniemy, a później ewentualnie lamentować. 

Być może będzie to kiepskie sformułowanie, ale warto zaznaczyć, że właściwie nie jest to serial dla każdego. A wynika to z podejścia, o którym wspomniałam wcześniej. Jeśli ktoś jest przykładowo bardzo mocno przywiązany do filmu z Megan Follows, jeśli to Megan jest dla niego tą Anią, to raczej serial nie przypadnie mu do gustu. Podobna rzecz ma się z tymi, którzy bardzo cenią książki - a serial naprawdę momentami mocno od niej odbiega.

Przede wszystkim książka Lucy Maud Montgomery jest książką opowiadającą o dorastaniu i pokonywaniu przeciwności losu, które spotykają bohaterkę. Całość jest bardzo pogodna i zabawna, co można docenić nawet po latach. Serial natomiast wprowadza nas w trochę mroczniejszy klimat w porównaniu do pierwowzoru. Przede wszystkim Ania Shirley jest nieco starsza. Podobnie jak w oryginale, chętnie fantazjuje i ucieka do świata swojej wyobraźni, lecz wynika to z dość nieciekawych wspomnień, które widzimy na ekranie - mianowicie główna bohaterka nie była zbyt dobrze traktowana w poprzednich domach, w których mieszkała. W zasadzie takie wspomnienia dla dziecka mogą być bardzo traumatyczne, stąd duże udramatyzowanie serialu. Wiem, że dla niektórych było to nie do przełknięcia, też momentami chciałam powiedzieć, że za dużo dramy, dość mrocznych i poważnych wątków, ale warto sobie uświadomić, że wynika to z tego, że na całość patrzymy bardziej z perspektywy bohaterki.

Serial momentami jest dość mocno uwspółcześniony. Mam tutaj na myśli głównie sceny, w których Ania jest w szkole, a także jej kontakty z rówieśnikami. Czasami miałam wrażenie, że oglądam współczesnych nastolatków przebranych w ciuchy z XIX wieku. I znowu, jednym to będzie zgrzytało (mi momentami też), ale podczas oglądania zadawałam sobie pytanie, co właściwie twórcy próbują nam przekazać. I myślę, że przede wszystkim dla twórców jest to współczesna wizja tamtej książki, próba odpowiedzi na pytanie "Co by było, gdyby Anię napisał ktoś żyjący współcześnie?" I faktycznie to widać. Zwłaszcza, gdy widzimy sceny, które z całą pewnością autorka nie ośmieliłaby ich opisać, jak np. pierwsza miesiączka (choć przyznaję, że rzadko jest to też nawet współcześnie poruszane w serialach dla młodzieży, a szkoda), czy rozmowy o dorastaniu lub nawet seksie.

Dodanym wątkiem, który jest wyjątkowo na plus, a jednocześnie nie odbiega mocno od książki, są wątki feministyczne. Sceny, w których Maryla zapoznaje się z ideałami sufrażystek - mistrzostwo. Ania, która mówi, że dziewczynki nie są w niczym gorsze od chłopców? Również. I takie sceny wciąż sprawiają, że książka przypomina się jak żywa - w końcu w oryginale Ania była również inspiracją dla wielu dziewczyn, by zmienić swoje życie (ja bardzo długo się z nią utożsamiałam). Bardzo przypadła mi do gustu postać Jerry'ego, chłopca, który pomagał Cuthbertom w gospodarstwie. Sądziłam, że będzie on postacią epizodyczną, ale okazał się kimś naprawdę ciekawym. Diana Barry? W końcu tutaj nie jest tłem dla Ani, ale faktycznie jej przyjaciółką, która pomaga jej w zaaklimatyzowaniu się w Avonlea. O innych wątkach nie będę szczegółowo mówić za wiele, ponieważ nie chcę zdradzić spoilerów, a zwłaszcza zakończenia, które jest mocno cliffhangerowe. 

Mieszane uczucia mam jedynie przy wątku Gilberta. Przy tej postaci zmieniono wiele (moim zdaniem głównie na plus), ale nie wiem, co sądzić o jego relacjach z Anią. Charakterystycznym w książce było to, że Ania nie cierpiała Gilberta i nie odzywała się do niego przez ładnych kilka lat za nazwanie ją "marchewką". Tymczasem tutaj Ania wścieka się bardziej na Gilberta, ponieważ chce bardziej dostosować się do pewnych niepisanych zasad, o których mówiły dziewczęta z klasy Ani. 

Trzeba przyznać, że aktorstwo jest naprawdę na wysokim poziomie. Amybeth McNulty jest taką Anią, jaką sobie wyobrażałam, gdy czytałam książkę (bez urazy dla Megan Follows, ale była ona za ładna do tej roli). W dodatku dziewczę radzi sobie fenomenalnie z dość trudną rolą (bardzo dużo kwestii do nauczenia się) - i życzę jej powodzenia w dalszej karierze. Naprawdę mistrzowscy są aktorzy odgrywający Cuthbertów - również tak ich sobie wyobrażałam w książce. Również dziewczynka grająca Dianę bardzo mi przypadła do gustu, podobnie jak odtwórcy Jerry'ego i Gilberta.

Wizualnie serial jest przepiękny, a zwłaszcza czołówka, od której trudno oderwać wzrok. Nawet dramatyczne scenki mają odpowiednią, chłodną kolorystykę kadru. Co akurat bardzo sobie cenię w różnego rodzaju filmach lub serialach.

Podsumowując: być może można zadać sobie pytanie, kim jest właściwie Ania Shirley. Ania, nie Andzia, lub Anna. Czy będzie to ta książkowa postać, czy któraś z przedstawionych w różnych ekranizacjach? Dla mnie najwierniejszym obrazem będzie "Akage no Anne", czyli anime o Ani z 1979 roku, które ciągle ogląda się bardzo przyjemnie i które ładnie pokazuje zmiany bohaterów - także te fizyczne, które wydają się dość naturalne. Ale serial, który zaprezentował nam Netflix można również śmiało oglądać, jeśli ktoś chce się przekonać, jak inaczej można spojrzeć na tę klasyczną powieść dla młodzieży. No i nie mogę się doczekać sezonu drugiego, a ten na razie otrzymuje ode mnie 8,5/10, czyli ocenę bardzo dobrą z plusem. 
Share:

niedziela, 12 lutego 2017

You're doing it wrong - wydanie w wersji anime

Czasem mam tak, że obejrzę jakiś serial lub też film, to mam wewnętrzną załamkę. Najczęściej nie z powodu, że coś jest tak kiepskie, że aż głowa boli, ale raczej przez to, że pewien problem przedstawiony jest albo spłycany na maksa, albo przedstawiony w kompletnie zły sposób - i widać to w przypadkach, gdy po prostu kuleje research danego autora. 

Można zapytać (w nawiązaniu do tytułu), czemu się na anime uwzięłam, a nie na dzieła kultury zachodniej. Zgoda, popkultura amerykańska ma również pewne problemy, co widać chociażby na przykładzie Bożego Narodzenia - z założenia święto chrześcijańskie, w wielu kreskówkach czy filmach jest świętem ku czci... Nie wiadomo czego. Mimo to jednak spotkałam się także z nastawieniem takim, jakoby anime byłoby bardziej "dojrzałe", mówiło o "prawdziwych problemach", podczas gdy tytuły zachodnie były "płytkie" i "nastawione na rozrywkę". Nic bardziej mylnego. I właśnie przy okazji trzech tytułów, które wbrew pozorom łączy niewiele, chcę pokazać, że nierzadko twórcy anime również mają problem z researchem - lecz często może on wynikać z zupełnie różnych przyczyn.



"Watashi ga Motenai no wa Dou Kangaete mo Omaera ga Warui!" czyli "Watamote" (2013) - jak nie pisać o zaburzeniach psychicznych.

Ten jakże długi tytuł można przetłumaczyć w równie ciekawy sposób - "Z której strony by nie patrzeć, to wasza wina, że nie jestem popularna!". Zabawny, prawda? Ironiczny, taki cool? Tyle tylko, że nie. Jest to jeden z tych tytułów, o których już od dawna chciałam coś napisać, ale nie mogłam kompletnie zebrać myśli. I niby człowiek po pięciu latach socjologii ma świadomość, że kultura japońska podchodzi do pewnych spraw inaczej, tak tutaj jednak mój zachodni punkt widzenia wygrywa.

Ale co sprawiło, że czułam taką bezsilność wobec tego, co mi przedstawiono? Sama fabuła, jak i podejście twórców i co niektórych fanów. Tytuł sugeruje, że mamy do czynienia z komedią. Sama konwencja jest też dość komediowa, tyle tylko, że za tym wszystkim kryje się prawdziwy dramat. Szkoda tylko, że twórcy zdają się pewnych rzeczy nie widzieć.

Zagadka: po czym poznać główną bohaterkę anime? Źrodło: aminoapps.com

Tomoko Kuroki jest uczennicą liceum (jak w wielu innych anime...), która ma pewien problem. Jest nim chorobliwa nieśmiałość połączona z bardzo dużym ego - w swojej wyobraźni Tomoko kreuje się na wielką piękność, geniusza i osobę popularną, którą po prostu nikt nie chce docenić z powodu swojej głupoty. Tymczasem prawda jest inna - Tomoko cierpi wręcz na fobię społeczną, która przeszkadza nawet w złożeniu zamówienia w restauracji szybkiej obsługi. A żeby było tego mało, nasza główna bohaterka jest otaku - co już z perspektywy japońskiej sprawia, że jest traktowana mało poważnie.

Tytuł ten byłby świetnym pomysłem na dramat. Bowiem w Watamote uderza to, że bohaterka, kiedy nawet podejmuje próby przełamania swojej nieśmiałości, jest z tym wszystkim całkowicie sama. Ma wprawdzie przyjaciółkę z czasów gimnazjum, ale ta z kolei chodzi do innej szkoły i ma chłopaka - w dodatku nie rozumie problemów Tomoko. Bardziej uderza jednak, że dziewczyną nie interesuje się dosłownie nikt - ani rodzina (łącznie z bratem, który marzy tylko o tym, by siostra się od niego odczepiła), ani nauczyciele (a przecież w szkole powinni zauważyć takie rzeczy), ani sama klasa.

I w sumie właśnie najciekawsze w tym anime jest to całe tło, które mamy. Gdyby przyglądać się jemu bardzo uważnie, to zobaczymy bardzo zwyczajną historię o pewnej klasie w szkole średniej. Nawet łatwo sobie wyobrazić, co by było, gdyby Tomoko nie było w danej klasie - w swojej głowie nazywa tych uczniów idiotami, choć w zasadzie... Sama nie daje absolutnie żadnego powodu, by ją polubić i się nią zainteresować.

Znam opinie, które mówią, że właśnie przez charakter Tomoko mamy do czynienia z komedią, ponieważ jest ona nieśmiała, ale przy tym bardzo przekonana o swojej wyższości nad innymi. Owszem, ten kontrast uderza bardzo mocno i sprawia, że w pewnym sensie jest to element humorystyczny, ale... Po ostatnim odcinku nazwałam to anime "kopaniem leżącego". I zdania nie zmieniam.

Nie wiem, ale po prostu nie bawi mnie akurat humor opierający się na wyśmiewaniu kogoś, kto ewidentnie ma zaburzenia psychiczne. Spłyca to bardzo problem i może sprawić, że takie osoby przestaną szukać pomocy. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w Japonii wszelkie zaburzenia psychiczne to tabu, stąd np. plaga hikikomori - rodzina takiej wycofanej osoby woli po cichu akceptować ten fakt i udawać, że nic się nie dzieje, niż starać się jej pomóc - bo wymagałoby to w końcu pomocy specjalisty. Jednocześnie nie jestem w stanie jednak zrozumieć i zaakceptować tego faktu - głównie dlatego, że mam po prostu przekonanie o tym, że takim osobom należy pomagać, a nie je wyśmiewać. Ani nie czynić z choroby psychicznej materiału na komedię.

To nie znaczy jednak, że trudnych tematów nie można podjąć w sposób komediowy i lekki. I tu się właśnie kłania ta "płytka" kultura zachodnia - a mam na myśli serial Netflixa "Unbreakable Kimmy Schmidt". Tytułowa bohaterka przez kilkanaście lat była uwięziona w sekcie, ale po wydostaniu się na wolność postanawia zacząć swoje życie układając sobie je tak, jak tego chce - znajduje pracę, mieszkanie i mimo przeciwności losu stara się iść do przodu. Serial, mimo podjęcia bardzo trudnego tematu, jest jednocześnie bardzo pozytywny i optymistyczny. I tak należy to robić.

Bądźmy niezłomni jak Kimmy Schmidt. Źródło: vanityfair.com
Watashi ga Motete Dousunda (2016) - czyli jak nie wciskać wszystkich stereotypów jednocześnie.

Kolejne "szkolne" anime o dość długim tytule, znane równocześnie jako "Kiss him, not me" (lub jak to przełożyli polscy tłumacze mangi - "Pocałuj jego, kolego" - co bardzo mi się podoba). Anime, które było emitowane niemal jednocześnie z "Yuri on ice" i mogło komuś umknąć. Tytuł na podstawie mangi Junko, znanej głównie z tytułów shounen-ai. I tutaj tematyka "Boys Love" wcale nie jest taka odległa.

Kae Serinuma jest uczennicą liceum (jakie to oryginalne...), która jest gruba, nieatrakcyjna, w dodatku jest otaku i wielbicielką yaoi - do tego stopnia, że razem z koleżankami paruje klasowych kolegów. Nie jest kompletnie zainteresowana związkiem z jakimkolwiek chłopakiem, nie jest jej z tego powodu źle, aż nagle... główny bohater jej ukochanego anime ginie w ostatnim odcinku. Kae jest tym faktem tak zszokowana, że przez tydzień nie wychodzi z łóżka. Po przejściu traumy okazuje się, że dziewczyna schudła do tego stopnia, że stała się nagle klasową pięknością. I od razu czterech facetów wykazuje natychmiastowe zainteresowanie! Niestety, w głębi duszy Kae wciąż pozostaje otaku, co powoduje wiele niezręcznych sytuacji.

Zagadka nr 2: a tu czym się charakteryzuje główna bohaterka? Źródło: bbs.ruliweb.com

Co może się rzucić w oczy? Ano na pewno chciałoby się rzec - bo oni zaczęli lecieć na nią dopiero wtedy, jak schudła! Po części to racja (choć z czasem okazuje się, że przynajmniej dwóch facetów z "haremu" polubiło Kae za to, jaka jest, a nie za wygląd), jednak tutaj trzeba powiedzieć "stop". Bo może nie od razu, ale z czasem bardzo zaczyna się rzucać w oczy to, że Kae również taka święta nie jest.

Parowanie kolegów? Przynajmniej dość niezręczne. Ciągłe podniecanie się na widok dwuznacznych sytuacji? Zaczyna się robić coraz gorzej. Otóż nie ma co bronić głównej bohaterki - nie jest to pokrzywdzona dziewczyna, ofiara tego, że "ocenia się po wyglądzie", ale również sama zachowuje się jak najgorsza yaoistka, traktując dość przedmiotowo swoich kolegów.

Mogę zrozumieć, że Kae nie jest do końca zainteresowana żadnym z nich - w końcu jest to dla niej nowa sytuacja (choć szkoda mi Mutsumiego, który jest chyba najlepszą postacią w całym tym anime), nie wie, co ma robić - a być może jest lesbijką? W końcu do "haremu" dołącza także dziewczyna, również zapalona yaoistka. Chodzi jednak o to, że Kae widzi w chłopcach bohaterów swoich ulubionych seriali - na miejscu chłopaków czułabym się co najmniej niezręcznie, widząc obiekt swoich westchnień śliniący się do wyobrażenia o tym, że chłopcy okazują sobie uczucia.

Jeśli kogoś to nie do końca przekonuje, to niech sobie odwróci sytuację - czy byłoby to równie zabawne, gdybyśmy mieli do czynienia z przystojnym chłopakiem, zakochanymi w nim dziewczętami, a on wolałby patrzeć, jak one się ze sobą zabawiają? Chyba każdy przyznałby, że chłopak byłby stereotypowym dupkiem.

Nie oznacza to jednak, że "Kiss him, not me" jest tak do końca beznadziejne. Mimo to widać, że autorka wprawiona w shounen-ai nie ma do końca pomysłu na gatunek shoujo. Bo w sumie manga wychodzi nadal, a ile można ciągnąć też fabułę pt. główna bohaterka wyobraża sobie swoich kolegów jako gejów? Niemniej jednak można przecierpieć. Chociażby dla samych bohaterów.

Junketsu no Maria (2015), czyli prawie dobrze, ale to jeszcze nie to.

A teraz coś zupełnie innego. Anime z gatunku fantasy historyczne, czyli opowieść o Marii, dziewiczej czarownicy. Jest to dość dobitny przykład tego, jak Japończycy traktują religię chrześcijańską - czyli jako totalną egzotykę, której do końca nie rozumieją. Przy poprzednich tytułach poprzez brak odpowiedniego researchu rozumiałam brak próby wgłębienia się w problemy psychiczne czy zrozumienie pewnych stereotypów (czasami szkodliwych), tak tutaj jest to przykład tego, że można przedobrzyć. I o ile nie można się czepiać tego, jak pokazana jest średniowieczna Europa (a jest pokazana wręcz idealnie, także pod względem czysto militarnym), tak jeśli chodzi o religię... No cóż, z tym jest różnie.

A tu zgadniecie, kto to jest? Choć światło na twarzy może utrudnić zadanie. Źródło: anime-blog.info

Trwa wojna stuletnia, a Maria, tytułowa czarownica, ma dość nietypowe marzenie. Nie cierpi konfliktów, więc pragnie za wszelką cenę doprowadzić do pokoju, co też czyni za pomocą czarów. Ogólnie Maria jest dość dziwna, jak na kogoś ze swojej "branży" - głównie przez dziewictwo. Nie do końca podoba się to niebiosom - wściekły archanioł Michał stawia więc warunek - jeśli Maria straci dziewictwo, straci również swoje moce czarownicy.

Naprawdę nie ma się czego czepiać, jeśli chodzi o stronę czysto historyczną - kostiumy, zbroje, narzędzia - to jest pokazane świetnie. Można się przyczepić wprawdzie do strojów czarownic, lecz są one w końcu istotami fantastycznymi. Natomiast fascynuje mnie to, jak przewrotnie może być rozumiane chrześcijaństwo oraz jego ogólne dogmaty.

Żeby nie było - rozumiem, że jak dla przeciętnego Europejczyka buddyzm jest czymś egzotycznym, tak dla Japończyka chrześcijaństwo to nie jego bajka. Ale zastanawia mnie jednak, jak można zrobić coś dobrego pod jednym kątem, a zapomnieć o religii? Zwłaszcza, że religia odgrywa w tytule istotną rolę.

Muszę przyznać, że samo przedstawienie Michała mnie wręcz zachwyciło, gdyż jest zgodne z biblijnym opisem - anioły nie mają płci i są jakby "nieludzkie", stąd Michał o androgynicznym wyglądzie, głosie, który nie jest ani kobiecy, ani męski, a w dodatku zachowuje się trochę jak robot (lub kosmita), który nie rozumie świata ludzi.

Uderzyło mnie jednak to, co Michał wyłożył głównej bohaterce, a jest osią całej fabuły - a mianowicie to, że "niezbadane są wyroki boskie". W tym sensie, że Bóg zadecydował sobie wcześniej, jak świat ma wyglądać, a osoby takie jak Maria tylko zawadzają boskiemu planowi - nawet jeśli czynią dobro, bo pragną pokoju. Tymczasem nie można zmienić tego przeznaczenia, toteż... Karą dla Marii ma być utrata mocy wraz z utratą dziewictwa, a tym samym Michał pragnie właśnie tego, aby tak się stało.

Ktoś powie - ale w kalwinizmie przecież jest predestynacja, tam Bóg o wszystkim zadecydował wcześniej itd. Zgoda, ale mamy tu do czynienia.., Ze średniowieczną Francją, czyli troszkę za wcześnie jak na kalwinizm. No i do tego te pragnienie, aby Maria utraciła dziewictwo, które w końcu jest cnotą w rozumieniu chrześcijańskim.

Chciałoby się rzec - wszystko pięknie, ładnie, a tutaj akurat trochę się nie popisano. Mimo to uważam, że z tych trzech tytułów to Junketsu no Maria jest najlepsze, w dodatku z ciekawą muzyką i fantastycznymi bohaterami.

Oczywiście przykładów można mnożyć - nie tylko w przypadku anime, ale oczywiście również w przypadku tytułów zachodnich, o czym mówiłam na samym początku. Czy oznacza to, że każdy musi się znać na wszystkim? Oczywiście, że nie. Jednak zazwyczaj filmy czy seriale nie tworzy jedna osoba. Od czego są więc osoby zajmujące się researchem czy też od czego są konsultacje ze specjalistami? Można byłoby wtedy się ustrzec wielu zarzutów, a przy okazji przedstawić coś o wiele, wiele lepiej. Spotkałam się ze zdaniem, że przeciętny Japończyk ma w swoim języku niewiele dobrych źródeł na temat np. Europy, a zwłaszcza jej historii.

Czy jednak usprawiedliwia to kogoś, kto chce się nazywać profesjonalistą? Na to pytanie musimy sobie odpowiedzieć już sami.

PS. Jeśli ta "Ciemniejsza strona Greya" okaże się dokładnie tak samo kiepska jak książka (ale będzie przynajmniej wierną ekranizacją), to chyba się wkurzę i napiszę coś bardzo krótkiego po prostu.
Share:

sobota, 4 lutego 2017

Jak odczarować tabu w demoludzie, czyli Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017)

Oczywiście nie przerywam cyklu oscarowego, ale póki co zastanawiam się, który film zobaczyć jako kolejny. A na razie postanowiłam zobaczyć kolejną polską produkcję, która już po zwiastunie zapowiadała się ciekawie. Jest to historia dość barwnej postaci z czasów PRL, która swoim życiorysem mogła zaszokować wielu ludzi nawet dzisiaj. W dodatku (przynajmniej częściowo) zmieniła podejście Polaków do spraw seksu, czyli właśnie odczarowywała pewne tabu, pewną hipokryzję, która sprawiała niejednokrotnie, że ludzie cierpieli. Mowa oczywiście o Michalinie Wisłockiej. Ginelożka i seksuolożka, autorka "Sztuki kochania". Jej życie mogłoby właściwie posłużyć na scenariusz niejednego filmu. Tu jednak Maria Sadowska postanowiła wybrać najważniejsze i najciekawsze elementy jej biografii.

Źródło: film.wp.pl

Lata 70. XX wieku. Niezwykle popularna ginekolożka, Michalina Wisłocka, po rozmowach z wieloma pacjentkami decyduje się wydać książkę pt. "Sztuka kochania", pierwszy poradnik dla par na temat życia seksualnego. Oczywiście w PRL-u nie jest to zadanie łatwe, a Wisłocka spotyka po drodze wiele przeszkód, łącznie z wyciąganiem dość ciekawych fragmentów jej życiorysu, jak życie w trójkącie czy romanse z wieloma mężczyznami.

W filmie Marii Sadowskiej jest kilka elementów, które drażniły i które trzeba zaznaczyć na samym początku. Po pierwsze, widz nie dowie się z filmu, czym była książka "Sztuka kochania". Może wnioskować, że był to rewolucyjny jak na tamte czasy poradnik, prezentujący różne pozycje łóżkowe, omawiający kwestie antykoncepcji czy kobiecego orgazmu (tytułowa bohaterka najbardziej się wścieka właśnie wtedy, gdy cenzor mówi jej, że rozdziały o orgazmach zostaną wycięte). Otóż jest to częściowo prawda. W czasach PRL-u edukacja seksualna mocno kulała (nie poruszam nawet tematu czasów dzisiejszych, bo to zupełnie inna bajka), w dodatku antykoncepcja, oprócz tego, że była słabo dostępna, to była też mocno zawodna - dlatego najczęstszą jej formą była aborcja, czasami dokonana tajemnie, w niesterylnych i nieprofesjonalnych warunkach. Na lekcjach biologii omawiano tematy związane z seksem bardzo ogólnikowo, jeśli w ogóle, a wśród młodych ludzi krążyło wiele mitów. W filmie właśnie widzimy, że gdy Wisłocka chce już się poddać po nieskutecznej walce z cenzorami, impulsem do działania była rozmowa z młodą pacjentką po powikłaniach po dokonanej aborcji. Zapłakana dziewczyna zwierza się lekarce i mówi jej, że myślała, że "raz to się nic nie stanie", przez co ani ona ani jej partner nie zabezpieczyli się. Książka była więc swojego rodzaju "bombą", bowiem pisano w niej o sprawach, o których ludzie wstydzili się mówić głośno. Co więc mi się takiego nie podoba? Po prostu książka jest bardzo przestarzała. Wydana w 1976 roku nie przystaje do dzisiejszych czasów, a niektóre porady w niej zawarte mogą przyprawić o ból głowy. Polecam wpis na blogu koralowamama.pl, który mówi więcej o tym, dlaczego ta książka nie powinna być dzisiaj traktowana jak poważny poradnik (w wpisie jest też kilka "ciekawych" cytatów). Dlatego drażni mnie fakt, że w filmie nie mamy powiedziane, o czym dokładnie pisała Wisłocka (choć rozumiem, że film kieruje się pewnymi uproszczeniami), ale także końcowa scena pokazująca druk najnowszego wydania (i przy okazji jest pewna reklama? Takie miałam wrażenie, a takiego lokowania produktu to nie znoszę). 

Jeśli o reklamach mowa, to także niecierpliwiłam się ilością sponsorów przed właściwym seansem. Niekoniecznie może to dobrze świadczyć o danym filmie, a także reklama na plakacie "Twórcy filmu "Bogowie" przedstawiają" także wzbudza czujność. A ostatnią rzeczą, jaką najbardziej drażniło mnie w filmie, był fakt, że Magdalena Boczarska grała Wisłocką w każdym etapie jej życia - nawet będąc 18-letnią dziewczyną. Ogólnie do aktorstwa Boczarskiej nie mam zastrzeżeń, jedna z jej ciekawszych ról (zwłaszcza starsza Wisłocka w jej wydaniu wypada genialnie). ale tu raczej zarzut do reżyserki - czy nie można było zatrudnić na te kilka scenek młodszej aktorki? Wypadałoby to troszkę bardziej wiarygodnie.

Ale! Film ogólnie podobał mi się, ponieważ lubię patrzeć na realia, które już są dla nas tylko historią. I choć film trochę miesza epoki - mamy taką przeplatankę, raz widzimy lata 70., potem mamy wspomnienia z czasów wojny, później znów lata 70., powrót do wspomnień z lat 50. itd. Widz jednak się w tym nie gubi, ponieważ każda epoka jest bardzo dobrze oddana nawet poprzez takie szczegóły jak ubiór bohaterów, odpowiednią scenografię. Dzięki temu wcale nie musimy się zgubić, nawet jeśli historia sama w sobie jest takim przekładańcem. 

Druga rzecz - aktorstwo. Aktorzy dobrani do tego filmu są naprawdę niesamowici. Mamy mnóstwo znanych nazwisk, a przy tym chyba niemal każda rola jest ważna i jest w jakiś sposób zapamiętana - nawet krótkie cameo Tomasza Kota w roli profesora Religi - ot taki smaczek od twórców. Film bardzo broni się aktorsko. Można narzekać, że ciągle te same twarze, jak Adamczyk czy Szyc, jednak... Nawet oni wypadają w tym filmie. Bardziej urzekło mnie aktorstwo kobiet z Boczarską na czele. Oprócz tego mamy przecież też Karolinę Gruszkę, Danutę Stenkę, a także mniej znane aktorki, a przy tym wypadające fajnie i naturalnie.

Można też mieć pewne obawy, że film chce "jechać" na "Bogach" - tu jednak mamy bardzo podobny klimat, scenarzysta fajnie oddaje tamtejsze realia, a przy tym dialogi nie są sztuczne. Może jedynie w Bogach było momentami więcej powagi, a tutaj jednak mamy więcej humoru, dowcipów, a także scen erotycznych (nie jest ich jednak zbyt dużo, więc raczej się nie zgorszymy). Jednak właśnie film doskonale się broni przede wszystkim obsadą oraz scenariuszem. 

Sam główny wątek również jest ciekawy. Bo właśnie to w biografiach lubię najbardziej - kiedy to nie jest cała historia życia danej osoby, a tylko pewien fragment. "Sztuka kochania" to właściwie opowieść o zmaganiach się z systemem PRL-u, jeśli chodzi o wydanie książki. I dopięcie swego. Uśmiechnęłam się, kiedy widziałam finał całości - zadowolona Michalina Wisłocka cieszy się, gdy widzi po prostu ludzi chętnych do czytania książki - nawet jeśli jest to kopia odbita na powielaczu, a nie oficjalne wydanie. Wątki poboczne, czyli życie w trójkącie, czy ogólnie życie prywatne Michaliny również prezentują się ciekawie. A miło patrzyłam na fragmenty, które miały miejsce w Lubniewicach, w miejscowości znajdującej się w moim województwie. 

Na pochwałę zasługuje również realizacja filmu. O ile w "Powidokach" Andrzeja Wajdy obraz Polski komunistycznej był ponury i przygnębiający, tak tutaj jest... Dość kolorowo, zwłaszcza w latach 70. I absolutnie nie jest to zły obraz. Bo wielu ludzi nawet dzisiaj zapomina, że Polska komunistyczna to nie tylko te ponure czasy stalinowskie, ale też całe dekady, w których ludzie żyli, pracowali, kochali się, zakładali rodziny i po prostu cieszyli się życiem. Do tego długie ujęcia, które również bardzo mi się ostatnio w filmach podobają. No i przede wszystkim muzyka - czy to jazz, czy też muzyka rozrywkowa tamtych lat - idealnie wpisują się w klimat całości.

Czy warto wybrać się na "Sztukę kochania"? Moim zdaniem tak, zwłaszcza, jeśli przypadł wam do gustu film "Bogowie". Jest to bardzo podobny klimat, podobny humor, a tematyka również nie tak odległa - jak Religa walczył z tym, aby otworzyć klinikę, tak Wisłocka walczyła o to, by wydać książkę uświadamiającą ludzi o seksie i wszystkim, co z nim związane. Do tego część scen jest mistrzowska, jak np. ta, w której kobiety solidaryzują się i wspólnie walczą o wydanie "Sztuki kochania", nawet jeśli sama Wisłocka już straciła nadzieję. Jednocześnie należy mieć w głowie pewien dystans do treści głoszonych w jej dziele - mocno nieaktualnych. Ale jeśli ktoś chce mieć pogląd, jak wyglądały tamte czasy - to naprawdę warto. A moja ocena to mocne 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

środa, 25 stycznia 2017

Nostalgia i tęsknota za happy endem, czyli La La Land (2016)

Wczoraj mieliśmy nominacje do Oscarów, a więc sezon pora zacząć już na całego! I od razu jak tylko się dowiedziałam, że "La La Land" ma rekordową liczbę nominacji, to kupiłam bilet najszybciej, jak tylko mogłam. I tak miałam zamiar się wybrać na ten film, ale jednak wolałam trochę odczekać na te nominacje, ponieważ widziałam głosy, że nie można być takim pewnym tylu nominacji, nawet jeśli film zdobył aż siedem Złotych Globów. 

Chyba to będzie moja pierwsza recenzja musicalu na blogu. Przyznaję, że nie do końca potrafiłam się nigdy wciągnąć tak w ten gatunek, choć sama muzyka musicalowa podoba mi się niesamowicie, odkąd tylko pamiętam. Ale jednak czasami nie potrafiłam porządnie wysiedzieć i się skupić, jak np. na Les Mis - które to było w całości śpiewane, jak opera. Dlatego też do La La Land postanowiłam podejść właśnie jak do opery - skoro potrafię cieszyć się tą formą sztuki, siedzieć i jeszcze marudzić, że co tak krótko, to czemu nie wytrzymam na musicalu? I... Z lekka się zawiodłam, bo jednak dostaliśmy więcej partii mówionych. Ciąg dalszy z lekkimi spoilerami (choć można się ich spodziewać nawet po tytule).

Źrodło: filmweb.pl
Mia Dolan pracuje w kawiarni na terenie Hollywood. Jej wielkim marzeniem jest aktorstwo, w wolnych chwilach chodzi więc na przesłuchania do różnych filmów czy seriali. Niestety, na razie bycie aktorką pozostaje w sferze jej marzeń. Przypadkowo Mia poznaje Sebastiana, który z kolei jest utalentowanym pianistą jazzowym. Jego marzeniem jest prowadzenie klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia. Sebastian i Mia zakochują się w sobie i razem walczą o spełnienie swoich marzeń, lecz na drodze do ich spełnienia stoi wiele przeszkód.

Łatwiej będzie mi opisać, co w filmie mi się podobało. Bo jest tego bardzo dużo, ale słowa aż same się piszą. Przede wszystkim jest to porządnie zrealizowana produkcja. Wizualnie jest to wręcz cudeńko. Kolorystyka jest przepiękna (już widzę te gify i przeróbki graficzne na tumblrze, ten film aż o to się prosi - i nawet nie trzeba wiele kombinować z filtrami). Scenki takie jak wyjście Mii z przyjaciółkami i ich sukienki w soczystych kolorach - to po prostu majstersztyk. Sama radość dla oka, po prostu wręcz film jest stworzony dla gifów.

Nie zawsze ten efekt przypada mi też do gustu, ale tu akurat się sprawdził i bardzo mi się spodobał - a mowa o długich ujęciach. A nawet bardzo długich, gdzie kamera wędruje wraz z bohaterem, nie ma cięć. W przypadku piosenek jest to trochę nowatorskie podejście (wiadomo, że na takim Broadwayu raczej by się to nie sprawdziło, bo i jak), ale wypada ono tutaj świetnie. Ogólnie nie mam zarzutu do montażu - czasem mamy bowiem właśnie scenki z długimi ujęciami, a czasem tradycyjne (choć bardzo podobała mi się scena kolacji Sebastiana i Mii, gdzie były zbliżenia tylko na ich twarze - to też wyzwanie aktorskie, by operować właściwie jedynie samą mimiką i dialogami, a nie całym ciałem). Również montaż to dla mnie bardzo wysoki poziom.

Przy okazji montażu warto wspomnieć o pewnym hołdzie reżysera dla tradycyjnego kina. Widać to nie tylko w tym, o czym mówią bohaterowie (jak np. Mia opowiadająca o tym, że lubiła oglądać z ciotką Casablancę), ale też w takich smaczkach jak namalowana Ingrid Bergman na ścianie pokoju Mii, czy mural z gwiazdami starego Hollywood... Ale też sam film technicznie łączy w płynny sposób (nie widzę nigdzie jakichś zgrzytów) nowoczesność z tradycją - część scen przypomina te kręcone w latach 50. XX wieku, zwłaszcza takie klasyczne musicale, jak "Deszczowa piosenka", ale też i same napisy początkowe, końcowe czy przejścia między aktami przypominają "stare kino". Poszczególne numery muzyczne czy taneczne tak samo. Dlatego dla kogoś, kto lubi klasyczne kino, "La La Land" będzie miłym i nostalgicznym wspomnieniem - w końcu dzisiaj się już tak filmów właściwie nie robi.

Oczywiście przy musicalu nie można zapomnieć o najważniejszym jego elemencie - o muzyce. Ta jest bardzo dobra - wpadająca w ucho, kojarząca się ze starymi piosenkami musicalowymi, ale także i muzyka będąca w tle do tego nawiązuje (osobiście kojarzyła mi się z kinem z lat 50. czy 60.). Nawet teraz w tle leci mi piosenka otwierająca - czyli "Another Day of Sun". Warstwa muzyczna to najwyższy poziom, ale i również aktorzy potrafili tu śpiewać i te role były jakby stworzone dla nich.

Jeśli mowa o aktorstwie, to również jest niesamowite to, jak film przedstawia ten zawód od kuchni - ciekawie jest patrzeć na Emmę Stone, która gra początkującą aktorkę, niepewną siebie i sfrustrowaną, ponieważ kolejny casting jej nie poszedł. Sami główni bohaterowie grani przez Ryana Goslinga i Emmę Stone są bardzo ciekawi - dość złożeni, stopniowo poznajemy ich motywacje, charaktery, sami zmieniają się (także dzięki znajomości - wcześniej np. Mia mówiła, że nie lubi jazzu, a polubiła go dzięki Sebastianowi). Między Goslingiem i Stone jest niesamowita chemia, aż momentami ciężko uwierzyć, że to tylko film, a oni naprawdę nie są parą.

I właśnie... Tu muszę przejść do wad. Dlaczego w tytule wspominam o "happy endzie"? Po części też dlatego, że właśnie widziałam dyskusję u Kasi Czajki, czyli u Zwierza Popkulturalnego na temat tego, że ludzie mają dziwne przekonanie, że musical powinien się kończyć szczęśliwie. Otóż nie, i jest to dość nietypowe założenie, bo to trochę tak, jakby założyć, że opera ma się dobrze skończyć. Musicale potrafiły się kończyć różnie, a często te zakończenia były dalekie od happy endu. I nic w tym złego, ale właśnie La La Land jest jednym z takich filmów, gdzie człowiek chciałby takiego sztampowego szczęśliwego zakończenia z radosną piosenką na koniec. Tu natomiast... Przyznaję, że końcówka mnie powaliła. Niby sugeruje, że wcale nie jest to takie złe rozwiązanie, że w gruncie rzeczy główni bohaterowie są szczęśliwi i nie mają do siebie żalu, a jednak ja jako widz czułam ogromny smutek, widząc to, że bohaterowie z niesamowitą chemią ostatecznie kończą samotnie. Oczywiście w tego typu filmach nie może być dobrego wyboru - a tu wybór był pomiędzy marzeniami a miłością. Mimo wszystko czasem by się chciało inaczej.

Osobiście uważam też, że pomimo licznych zalet to film ma dość zasadniczą wadę - fabularnie jest on dość przeciętny. Jest to historia, jaką każdy zna, niemal każdy może powiedzieć, że już to gdzieś widział. Nie ma w tym nic złego, ponieważ jest ona serwowana w ciekawy sposób, przystępny w odbiorze, ale jednak... No czasem chciałoby się zobaczyć jakąś inną odsłonę głównego problemu. Być może oprócz zakończenia dość łatwo można było przewidzieć konkretne zdarzenia w filmie -  w końcu nawiązuje to do klasyki, a w klasycznym musicalu musi być miejsce na miłość.

Co z oscarowymi przewidywaniami? Na razie nie chcę prorokować, póki nie widziałam innych nominowanych tytułów - a jakąś część chcę zobaczyć. Osobiście widzę Emmę Stone, która otrzymuje upragnioną statuetkę, Ryana Goslinga trochę mniej, ale ma też spore szanse. Reżyseria? Być może tak. W technicznych kategoriach dałabym "La La Land" wszelkie możliwe nagrody. Ale scenariusz czy najlepszy film? Przy pierwszym to raczej nie, a drugie... Też wątpliwa sprawa, zwłaszcza, że film ma trochę konkurencji. Jestem pewna, że La La Land otrzyma sporo nagród, ale czy te najważniejsze też? Trudno ocenić. Ja sama daję filmowi 7/10 - obniżam ocenę ze względu na scenariusz oraz zakończenie, które wybitnie mnie zasmuciło. Nie było złe samo w sobie, ale po prostu pewnych rzeczy nie robi się widzowi. 

Share:

czwartek, 22 grudnia 2016

Marzenia (nie)spełnione, czyli Yuri!!! On Ice (2016)


Wprawdzie recenzję planowałam na piątek, ale jednak chyba wolę, kiedy napiszę coś na świeżo. Zwłaszcza, że już po kilku odcinkach Yuri!!! On Ice (lub jak to polski fandom ochrzcił ten tytuł - "Jurki") okrzyknięto anime sezonu, a nawet roku. Czy sportowa historia, jakich wiele jest warta obejrzenia? Co wyróżnia ją spośród innych tytułów? Myślę, że przede wszystkim podejście do tematu. I sądzę, że nie bez znaczenia jest fakt, że twórczynią tego anime jest kobieta. Stąd pewien nacisk na uczucia, na spojrzenie nie tylko sportowe, ale także spojrzenie czysto ludzkie, psychologiczne. Jest wiele rzeczy, które mnie oczarowało w tym anime, co nie znaczy, że nie brakuje wad.

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY. 

Główni bohaterowie, na pierwszym planie Yuri Katsuki. Źródło: yurionice.com
Yuri Katsuki ma 23 lata i jest znanym łyżwiarzem figurowym w Japonii. Przez pewien czas trenował w Stanach Zjednoczonych, tam też skończył studia. Choć osiągnął wiele, nie brakuje mu talentu, to brakuje mu jednak pewności siebie, która sprawia, że na lodzie za bardzo się stresuje i w efekcie popełnia podstawowe błędy. Jego idolem jest Wiktor Nikiforow*, rosyjski łyżwiarz, który, zdaje się, osiągnął już wszystko. Pewnego dnia Yuri powtarza sławny układ Wiktora, tańcząc na lodowisku w swojej rodzinnej miejscowości. Łyżwiarz jest nagrywany bez swojej wiedzy, a nagranie szybko podbija Internet. Dociera ono nawet do samego Wiktora, który wkrótce zjawia się w Japonii i oznajmia, że zostanie trenerem Yuriego. Wkrótce przyjeżdża także nowa, młoda gwiazda, która chce konkurować z Yurim i Wiktorem, czyli 15-letni Jurij Plisecki. Zaskoczony Yuri przystaje jednak na propozycję Wiktora.

Wprawdzie część ludzi, która mnie zna, zaraz powie, że najbardziej podobał mi się fanserwis, jakiego jeszcze nie było w tego typu anime, ale tu zaskoczę chyba wielu i powiem, że nie. Wprawdzie do fanserwisu jeszcze wrócę (bo mam do niego kilka zastrzeżeń), ale chyba najbardziej podoba mi się w tym anime fakt, że jest to opowieść o tym, że do pewnych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć. 

Yuri Katsuki to postać, z którą dość łatwo można się utożsamić. Ma swoje wzloty i upadki, ale jednak jego największym problemem jest to, że brakuje mu wiary w siebie i swoje możliwości - nawet jeśli wiele osób mówiło mu, że nie brakuje mu talentu ani umiejętności. Problem jednak leży w pewnej blokadzie psychicznej. Zdaje się, że wielu ludzi ma podobny problem - i nawet nie trzeba być sportowcem. Ale często wystarczy jedna krytyka, jedna porażka, by się zamknąć w sobie i nie rozwijać tego talentu. Yuri potrzebował jakiegoś motywatora, a tym okazuje się miłość. Miłość... Cóż, jedni uważają, że jest to po prostu czysty podziw i przyjaźń do nowego trenera, a inni, że jest to miłość romantyczna (ja skłaniam się ku drugiej opcji). Anime ma raptem dwanaście odcinków, a po prostu byłam zachwycona, kiedy patrzyłam na rozwój charakteru postaci, który był płynny, ale nie sztucznie przyspieszony. Miło było patrzeć, jak Yuri nabierał pewności siebie i z zakompleksionego faceta, który w dodatku zmagał się z nadwagą (wiem, że niektórzy krytykują ten wątek, ale spójrzmy prawdzie w oczy - mowa tutaj o łyżwiarzu figurowym, który nie może sobie pozwolić na dodatkowe kilogramy) stał się pewnym siebie mężczyzną, który osiąga sukces. Być może nie są to te wyśnione osiągnięcia, ale czasem, jak to w sporcie mówią, progres jest o wiele ważniejszy niż wszystkie medale. 

Pierwsza połowa anime to raczej rozwój relacji i rozwój charakteru - w tym także dość urocze podziwianie drugiej osoby z perspektywy kogoś zauroczonego, zafascynowanego - czy to samym talentem, czy może osobą - to w tej chwili nie jest istotne. Wprawdzie jest to dość sztampowy zabieg w anime, ale jednak często tzw. sportówki (jak chociażby Free!, o którym również pisałam) nie wychodzą poza ten schemat i poza ten etap relacji. W Yuri!!! On Ice stało się zupełnie inaczej. Nie dość, że pokazano coś niemalże wprost, to kolejna rzecz, która urzekła mnie w tym anime to fakt, że pokazuje ono, że w każdym związku są również wzloty i upadki, a pocałunek, czy wszelkie wyznania nie sprawiają, że od tej pory jest wszystko super i można by było tylko dodać "i żyli długo i szczęśliwie". Doskonale rozumiałam Yuriego, który płacząc mówił o tym, że czuje się źle ze swoimi porażkami, ponieważ nie odpowiada już tylko sam za siebie, ale także ewentualna porażka będzie także rzutować na trenera. Wzajemna odpowiedzialność i lęki z nią związane są czymś niby oczywistym, a jednak w mediach nieczęsto spotykamy taki motyw. W drugiej połowie widzimy, jak "odmieniony" Yuri zmierza się w finałach mistrzostw w łyżwiarstwie figurowym. Ta druga część jest również ciekawa, ponieważ poznajemy nowych bohaterów, ich motywacje (lub przynajmniej ich część), a nawet zdążymy zmienić stosunek co do nich - np. Chris Giacometti wydawał mi się początkowo osaczający, a jego seksapil wręcz powodował zażenowanie połączone z... strachem? Trudno mi to ująć, był to po prostu typ faceta, jakiego nie chciałabym spotkać. Pod koniec jednak - a właściwie w ostatnim odcinku - okazał się całkiem sympatyczny. Podobnie jak Jean Jacques Leroy, zwany JJem - początkowo chłopak z wybujałym ego, zbyt pewny siebie, a później zaczęłam mu współczuć, ponieważ pierwszy raz poważnie poczuł presję - a jednocześnie naprawdę miło było widzieć wsparcie ze strony bliskich dla niego.

Czas powiedzieć troszkę o fanserwisie. Do tego trochę odwołuje się tytuł tej recenzji - te "marzenia niespełnione" dotyczą głównie fabuły - w końcu Yuri nie wygrał mistrzostw (ale na to nie liczyłam). "Marzenia spełnione" to te dotyczące wątku miłości homoseksualnej - i tu wyjaśnię, dlaczego jestem za opcją pt. "to jest normalny związek, Wiktor i Yuri są po prostu parą" - po prostu dlatego, że czasem za bardzo patrzymy z perspektywy heteronormatywnej. Gdyby któryś z nich był dziewczyną, to myślę, że dla wszystkich byłoby oczywiste, że są parą. I nawet nie trzeba byłoby przedstawiać wiele rzeczy wprost. W tym anime zaś po sławnej scenie z odcinka siódmego pojawiły się kłótnie, czy był pocałunek, czy go nie było. A ja jestem zdania, że nawet jak go nie było, to uścisk był zbyt oczywisty i zbyt intymny jak na przyjaciół. Nie widzę także sprzeczności w pokazywaniu relacji czysto zawodowych i przyjacielskich - w sporcie nie raz się zdarzało, że trener i sportowiec (obojętnie jakiej płci) zostawali parą lub nawet małżeństwem. A że byli też na stopie przyjacielskiej? A co może być piękniejszego od przyjaźni, która w naturalny i niewymuszony sposób przeradza się w miłość? 

Nie oznacza to jednak, że fanserwis nie przeszkadzał mi tak w stu procentach. O ile początkowe odcinki wraz z pewnymi "hintami" typu wspólna kąpiel, czy para w strategicznym miejscu, albo teksty "Yuri, chodźmy spać razem" to potrafiły śmieszyć, bo dawka była dość rozsądna, tak potem zaczynało to lekko przeszkadzać, zwłaszcza nagromadzenie tego mieliśmy w odcinku dziesiątym, gdzie niemal każdy pytał się "czy to się wydarzyło naprawdę?" - obrączki jako symbol obietnicy? No błagam... Złączone łóżka w hotelu? Na pewno przypadek. Zdecydowanie było tego za dużo, a wolałam oglądać treningi czy zmagania się na lodowisku, ponieważ w końcu miało to być anime o jeździe figurowej na lodzie. Niemniej jednak cieszyło mnie w tym wszystkim jedno - rozsądny wiek bohaterów. Yuri miał 23 lata (pod koniec już skończył 24), a Wiktor - 27. Dlatego podobało mi się też rozsądne podejście Wiktora do choreografii Jurija - dla piętnastolatka choreografia nacechowana seksapilem byłaby zbyt dojrzała i nieodpowiednia, natomiast Wiktor wybrał temat czystej miłości dla młodego łyżwiarza.

Czas powiedzieć trochę o animacji. Animacją zajęło się małe studio MAPPA. Małe studia mają swoje zalety, ale niestety, również i wady. A najgorszą z nich jest ograniczony budżet. Być może w początkowych odcinkach tego nie widać (sama byłam zachwycona kreską i animacją), ale czym dalej w las... Niestety, CGI (prawdopodobnie nie do uniknięcia w dzisiejszych czasach) było dość widoczne w tych miejscach, gdzie miało być właśnie niewidoczne, a być jedynie pomocą - czyli głównie w sekwencjach jazdy głównych bohaterów. Często też podczas jazdy figurowej było widać zachwianie proporcji, niestaranne rysowanie, itd. Problem słabej jakości animacji w Japonii to jednak temat na oddzielny post, a przyczyn takiego stanu jest wiele. 

Technicznie za to nadrabia muzyka. Mowa tu zarówno o openingu (śpiewanym ładną angielszczyzną!) oraz endingu (graficznie również ciekawy, pokazujący zdjęcia z Instagrama głównych bohaterów), jak i o utworach wykorzystanych przez łyżwiarzy do swojej choreografii - mowa tu o muzyce klasycznej (opera czy balet, które są bardzo częste w jeździe figurowej), jak i kawałkach specjalnie ułożonych na potrzeby serialu, które łatwo wpadają w ucho, nawet jeśli pokazane były tylko raz.

Yuri!!! On Ice to z pewnością pozycja wyjątkowa w anime. Dała też nadzieję, że może więcej twórców ośmieli się w końcu wrzucać rozsądnie wątki homoseksualne - bez fanserwisu czy queerbaitingu, nie tworząc jednocześnie z tytułu kolejnego yaoi czy yuri. Marzy mi się, żeby tak fajnie poprowadzony wątek (nawet bez takiej ilości hintów jak w YoI) był pokazany w jakimś shounenie... To byłby chyba znak naszych czasów, jednocześnie pokazujący, że liczy się miłość, a nie płeć czy inne cechy bohaterów, na które kompletnie nie mieli wpływu. Piękna kreska, bohaterowie, z którymi można się utożsamiać oraz cudowna muzyka... Czego więcej potrzeba do szczęścia? No, może drugiego sezonu, choć było zasugerowane, że taki powstanie. I na takowy czekam. A moja ocena to na dzisiaj 7,5/10, czyli bardzo dobry z minusem. Ocena troszkę niższa, ponieważ jednak animacja często zgrzytała, fanserwisu było trochę za dużo, a także niepotrzebnie twórcy wprowadzali historie bohaterów, którzy nie odegrali jednak większej roli - na to będzie czas w sezonie drugim.

* Wiem, jak to jest zapisane w oficjalnym tłumaczeniu angielskim, ale mamy taką piękną, polską transliterację cyrylicy, więc wolę z niej korzystać.
Share:

czwartek, 6 października 2016

Ostatnia rodzina (2016), czyli wszystkie dziwactwa Beksińskich

Gdy tylko dowiedziałam się o tym filmie, wiedziałam, że po prostu muszę go zobaczyć. Daleko mi do wielkich fanów Beksińskiego, ale jednak jego mroczne obrazy od zawsze mnie fascynowały, a zwłaszcza dowolność ich interpretacji. Dodatkowo historia Beksińskich jest tragiczna i mroczna zarazem - całkowicie pasująca do ekscentrycznego malarza, który wręcz ekshibicjonistycznie obdzierał życie swojej rodziny z prywatności. Dlatego od razu wiedziałam, na co pójdę do kina w październiku. I nie rozczarowałam się. "Ostatnia rodzina" to chyba jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat - choć nie mieliśmy ostatnio złych tytułów, jak chociażby "Bogowie", nie wspominając o oscarowej "Idzie". Ale ten film przenosi nas na zupełnie nowy poziom.

Źródło: filmweb.pl

Opisując fabułę ciężko uniknąć "spoilerów" (o ile spoilerami można nazwać wydarzenia, które są opisane na wikipedii). Film przedstawia opowieść o rodzinie Beksińskich na przestrzeni niemalże trzydziestu lat. Beksińskich poznajemy w roku 1977, kiedy to przeprowadzają się z Sanoka do Warszawy. Obserwujemy ich życie codzienne, widząc tragiczne momenty śmierci każdego z członków rodziny.

Zanim przejdę do recenzji właściwej, to muszę jednak rozpisać taką małą dygresję: mianowicie znów uderzają mnie komentarze, które chyba wciąż świadczą o tym, że ludzie nie rozumieją, że film biograficzny nie jest dokumentem. Pisałam o tym prawie trzy lata temu podczas oglądaniu filmu o Wałęsie (choć Wałęsa jest dość kontrowersyjną postacią). Jeszcze przed premierą tamtego filmu było głośno o tym, że film przeinacza pewne fakty, przedstawia Wałęsę w takim, a nie w innym świetle, itd. To samo mamy przy filmie "Ostatnia rodzina". Film o Beksińskich jest tylko oparty na prawdziwych wydarzeniach, nie odtwarza ich wiernie, bo to nie jest rola filmu biograficznego, który jest filmem fabularnym. Owszem, może tu lekko zawiódł marketing, bo w zwiastunie mamy napis "Poznaj prawdziwą historię Beksińskich", ale sam film niczego takiego nie sugeruje. Główne zarzuty są tutaj do roli Dawida Ogrodnika, ale o tym wspomnę dalej.

Film nie mówi nam wiele również o twórczości Zdzisława jako malarza, ani o karierze radiowej Tomka. Te rzeczy są jakby prowadzone w tle. Film opowiada właśnie o życiu rodzinnym i towarzyszącej śmierci, która wręcz prześladuje bohaterów od pierwszych chwil na ekranie. Dlaczego więc wybrano rodzinę Beksińskich, skoro można było wybrać każdą inną, nawet fikcyjną? Być może dlatego, że ich losy są aż nieprawdopodobne. O samym Zdzisławie można rzec, że umarł tak, jak żył - czyli nietypowo, niespodziewanie. Każdy z rodziny Beksińskich jest świadkiem śmierci lub śmierć próbuje ich jakoś dopaść. I tak po kolei widzimy opiekę nad matką Zdzisława i matką Zofii - a przecież to też jest dość trudny temat. Temat nieco pomijany w filmie, czy w książkach, ale jednak widząc sceny opieki nad osobą starszą, która już leży (i cała reszta wręcz czeka na jej śmierć), to aż przypomina się książka Whartona pt. "Tato". Myślę, że temat będzie coraz szerzej poruszany, zwłaszcza dlatego, że nasze społeczeństwo się starzeje i siłą rzeczy będzie to coraz większy problem. Widzimy od początku próby samobójcze Tomka - choć gdy jest ryzyko, że zginie on w katastrofie lotniczej, to widzimy w jego oczach strach przed tą nagłą i niespodziewaną śmiercią. W końcu widzimy nagłą i druzgocącą diagnozę Zofii - tętniaka aorty. Zofia jednak zdaje się być oswojona z tą śmiercią, lecz chce przygotować na nią swoich najbliższych. Po samobójstwie Tomka widzimy w końcu brutalne morderstwo Zdzisława, wieńczące całość.

Mimo dość depresyjnego tematu, jakim jest śmierć, jest też w filmie miejsce na dość zabawne zdarzenia, a także na te wzruszające - ale niekoniecznie z powodu śmierci. Po prostu widz dostrzega życie rodzinne takie, jakim ono jest. Oczywiście bardzo pomaga tu gra aktorska i niesamowite operowanie głosem wszystkich aktorów - przez to mamy wrażenie, że podsłuchujemy prawdziwe rozmowy, a nie sztucznie recytowane dialogi. Podobnie sama realizacja jest interesująca - większość akcji rozgrywa się w dwóch mieszkaniach - Zdzisława i Tomasza. Czasami można się poczuć klaustrofobicznie, ale przy tym widz ma wrażenie, że jest w mieszkaniu razem z resztą bohaterów i dosłownie może "wejść do ich świata". Byłam również pod wielkim wrażeniem wszelkich zmian, jakie widać na przestrzeni lat - a jest to rzecz często zaniedbywana przez twórców filmowych. Widzimy zmieniające się wnętrza mieszkań z typowo prlowskich aż po "ukochaną" w latach 90. boazerię na ścianach. Sprzęty - coraz mniejsze kamery, aparaty, lepsze telefony, aż w końcu mamy komputer. Naprawdę w detalach i w scenografii można się wręcz zakochać.

Teraz najważniejsze i najlepsze, co w tym filmie, czyli gra aktorska i główni bohaterowie. Dobrego aktora poznaję po tym, że na ekranie widzę jego postać, a nie jego samego. Tak miałam tutaj z Andrzejem Sewerynem w roli Zdzisława. Nikomu nie trzeba udowadniać wielkości tego aktora, ale tutaj pokazał wręcz mistrzostwo świata. I mowa nie tylko o charakteryzacji, ale o zmianie sposobu mówienia, poruszania się (z wiekiem jest też inaczej). Sama kreacja Zdzisława jest wręcz niebywała. Na ekranie widzimy postać wyjątkowo ekscentryka, który w oczach fana, Piotra Dmochowskiego, jest właściwie wesołym człowiekiem, mimo tematyki swoich dzieł. W obrazach było widać jego masochistyczne skłonności, natomiast w życiu rodzinnym - narcyzm i egoizm. Nie mam na myśli tu scen, kiedy Zdzisław uwielbia nagrywać czy fotografować siebie (choć to też jest dość symboliczne). To on jest tym, który nadaje rytm swojej rodzinie, ale jednocześnie nie chce się przystosować do pewnych zwyczajów (chociażby Wigilia, gdzie zlekceważył potrzeby religijne swojej żony, matki i teściowej). To on prowadzi dysputy na najróżniejsze tematy, mówi, że rodzina to po prostu ludzie, którzy się kochają i nie znoszą jednocześnie. Mimo to widać pewną porażkę na wielu polach. Przez stoicyzm i takie jakby wypranie z emocji trudno mi było stwierdzić, czy on kiedykolwiek kogoś kochał naprawdę. Czuł przywiązanie do swojej żony, czuł się odpowiedzialny za syna, ale czy była to miłość? Uderzyła mnie zwłaszcza scena, gdy Tomek po śmierci matki próbował się zbliżyć do ojca, jakoś go przytulić, a Zdzisław gestem pokazał, że sobie tego nie życzy. Na śmierć patrzył kompletnie bez emocji. Obdzierał też rodzinę z intymności - właśnie poprzez nagrywanie takich rzeczy jak śmierć najbliższych. A być może właśnie to jest najbardziej intymny moment w życiu człowieka (coś jak "live together, die alone" z Lost). Zdzisław przez cały film okazał jakieś emocje może z dwa razy - tak to cały czas zachowuje się aż za spokojnie. Przez to nie potrafi zareagować w odpowiedni sposób - np. w scenie, gdy Tomek przychodzi do mieszkania rodziców i demoluje kuchnię bez większego powodu, sprawiając przy tym przykrość matce. Beksiński po prostu nagrywa na kamerze całe zajście, ale ani trochę nie pomaga potem żonie. Tym bardziej swojemu synowi. Myślę, że rola Andrzeja Seweryna jest niesamowita i bardzo wymagająca - grać kogoś niemalże bez emocji to wielka sztuka. I ta się udała.

Całkowitym kontrastem Zdzisława jest jego syn, Tomasz, grany przez Dawida Ogrodnika. Z jego rolą pojawiło się mnóstwo kontrowersji i dość negatywnych komentarzy, zwłaszcza od fanów Tomka - tłumacza, redaktora, dziennikarza muzycznego. Nic dziwnego, że dla jego fanów może to być szok - specyficzna gra Dawida Ogrodnika (gesty, sposób wymowy) oraz cała kreacja Tomka mogą być wątpliwości. Tomasz niewątpliwie jest przeciwieństwem i kontrastem dla Zdzisława, swojego ojca. Ma on problem z kontrolowaniem własnych emocji, wybuchów gniewu, nie potrafi ułożyć sobie życia osobistego, jest też właściwie zależny od rodziców, a zwłaszcza od matki, która to chodzi sprzątać do niego, gotuje mu obiad, itd. Tomasz jednak nie docenia tych wszystkich starań i nie potrafi odnaleźć porozumienia z rodzicami, którzy chcą mu w jakiś sposób pomóc. Zamiast tego podejmuje kilka prób samobójczych. W gruncie rzeczy jest to postać nieszczęśliwa, niezrozumiała. Ma on swoją pasję - muzyka rockowa oraz filmy (zwłaszcza anglojęzyczne, których był tłumaczem) to całe jego życie. Lecz nie odnajduje on wsparcia ani zrozumienia nawet wśród najbliższych, a zwłaszcza u swojego ojca. To od Tomka dowiadujemy się czegoś więcej o twórczości Zdzisława, jest on nią autentycznie zafascynowany, ale jednak kontrast i odległość od ojca są zbyt olbrzymie, by to wszystko unieść. Jest coś smutnego w zdaniu Tomka: "gdybyś dał mi chociaż raz w dupę, to wiedziałbyś, gdzie są granice". Owszem, gra Ogrodnika może męczyć, może jego postać jest przerysowana, przeszarżowana, ale swoją rolę spełnia znakomicie - mam tu na myśli przede wszystkim Tomasza jako przeciwieństwo własnego ojca. Jestem też w trakcie lektury książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny". Jeśli obraz z książki jest prawdziwy, to Tomek grany przez Ogrodnika jest idealnym odzwierciedleniem na ekranie. Należy także pamiętać, że człowiek w życiu zawodowym i w życiu prywatnym może mieć całkowicie różne twarze.

Jest jeszcze Zofia. Najnormalniejsza z całej rodziny, ale przy tym zdaje się, że najtrudniejsza rola do zagrania. I dlatego podziwiam tu Aleksandrę Konieczną za fantastyczną grę. Zofia Beksińska jest cicha, wycofana, mimo swojego wykształcenia jest też osobą skromną. Przykładna matka i żona, towarzyszka życia Zdzisława. Choć też popełniała błędy, zwłaszcza w wyręczaniu Tomasza ze wszystkiego (mimo, że Tomek miał około 30 lat, to ona chodziła do niego sprzątać), to jednak jako matka starała się go zawsze zrozumieć i wspierać. To właściwie dzięki niej obserwujemy te wszystkie dziwactwa, jakie mają miejsce w domu Beksińskich. Zofia jest ostoją normalności, choć i nawet nią stać na rozmowy egzystencjalne w trakcie codziennych czynności - choć czy czasem nie jest tak w każdym domu? Nie można też powiedzieć jednego o Zofii - że jest zahukana. Postawiła się mężowi, gdy wydano o nich książkę, w której zawarte były rodzinne sekrety. Myślę, że rola Aleksandry Koniecznej zasługuje na wiele nagród i jest również fenomenalna.

Na uwagę oczywiście zasługuje (oprócz udźwiękowienia) ścieżka muzyczna - a na niej zarówno muzyka klasyczna, jak i znane rockowe kawałki - nawet muzyka obrazuje idealnie kontrast między Zdzisławem a jego synem, dlatego, że słynny malarz raczej nie podzielał gustu muzycznego Tomka.

Co z wad? Oprócz dość kontrowersyjnej gry Ogrodnika - trochę niektóre scenki są nad wyraz. Nie można powiedzieć, że są niepotrzebne, ale tak jakby trzeba było coś tam jednak wspomnieć, że Zdzisław to był malarzem i artystą, a Tomek był tłumaczem i dziennikarzem muzycznym. Widz nie zaznajomiony z biografią Beksińskich może czuć się trochę pogubiony, na szczęście takich scenek nie ma za wiele. Brakuje jednak pewnego słowa wyjaśnienia, skąd się wzięły takie, a nie inne relacje. Nawet brak wyjaśnienia, dlaczego Beksińscy wyprowadzili się z Sanoka, może sprawić, że widz może czuć się pogubiony.

Przy filmie "Ostatnia rodzina" ciężko uwierzyć, że jest to właściwie debiut reżyserski, ponieważ Jan Matuszyński poradził sobie fenomenalnie z takim zadaniem. Jest to chyba jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Aktorstwo jest na najwyższym, światowym poziomie, historia jest także dość uniwersalna - w końcu chyba każdy widz odnalazł jakieś odniesienia do własnego życia rodzinnego. Idealnym uzupełnieniem tematu będzie też moim zdaniem książka Magdaleny Grzebałkowskiej, którą czytam i ciągle fascynuję się ciekawymi faktami z życia Beksińskich. Jeśli "Wołyń" czy "Powidoki", które również chcę zobaczyć, są jeszcze lepsze, to polskie kino ma niesamowity rok. A moja ocena to 9/10, czyli film jest rewelacyjny. Naprawdę warto zobaczyć. 

Share:

niedziela, 20 marca 2016

Miraculum: Biedronka i Czarny Kot (2015-2016)

Wiem, że wprawdzie serial leci wciąż na polskim Disney Channel, ale właśnie wyszło, że skończyłam oglądać całość, a przynajmniej pierwszy sezon (mówią, że będzie drugi). Serial, który zaczęłam oglądać (po raz kolejny) dzięki tumblrowi. I osobiście nie żałuję. Raz, że przywołuje miłe wspomnienia i sentymenty, a po drugie - myślę, że jest bardzo dobrą pozycją dla nieco starszych dzieci, już w wieku szkolnym. W dodatku ma bardzo przyjemną dla oka animację. A to nie jedyne zalety serialu "Miraculum: Biedronka i Czarny Kot". 

Źródło: pl.miraculousladybug.wikia.com. Na obrazku główni bohaterowie, czyli tytułowa Biedronka i Czarny Kot (Marinette Dupain-Cheng i Adrien Agreste).
UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY!
Marinette Dupain-Cheng jest zwyczajną nastolatką, uczennicą gimnazjum. Ma kochających rodziców, którzy prowadzą piekarnię w Paryżu, ma też przyjaciółkę Alyę, a po cichu podkochuje się w Adrienie Agreste, swoim koledze z klasy, który jest synem znanego projektanta mody, Gabriela. Marinette skrywa jednak pewien sekret. Dzięki mocy Kwami, czyli magicznego stworka przypominającego biedronkę, staje się superbohaterką, Biedronką, która razem z Czarnym Kotem (czyli Adrienem, choć oboje nie znają swojej prawdziwej tożsamości) ratują Paryż przed groźnymi potworami. Potwory te, czyli Akumy, są nasyłane przez tajemniczego Władcę Ciem*, który pragnie zdobyć Miracula Marinette i Adriena i pozbawić ich mocy.

Aż ciężko mi uporządkować myśli, co najpierw mnie urzekło, bo jest tego bardzo, bardzo dużo. Może więc zacznę od wyjaśnienia kwestii, która i mi sprawiała kłopoty, a mianowicie - jak oglądać? "Miraculum" jest bowiem koprodukcją francusko-koreańsko-japońską (jednym z producentów jest Toei Animation, ale do tego jeszcze wrócę) i najpierw była premiera koreańska, a troszkę później - francuska. Kolejność odcinków także jest trochę inna. Ja jednak pójdę za oryginalnym autorem, czyli panem Thomasem Astruciem (współpracował on także przy W.I.T.C.H.) i powiem, że najlepiej oglądać "Miraculum" z francuskim dubbingiem i angielskimi napisami (o tym tłumaczeniu wypowiadał się przychylnie), a także dlatego, że jest to po prostu oryginał, a w koreańskim dubbingu trochę rzeczy przeinaczono. No i do tego akcja toczy się w Paryżu, więc mamy taki pełny klimat, pełen obraz, skoro bohaterowie są Francuzami lub pochodzą z francuskojęzycznych krajów. Będę szczera, widziałam kilka odcinków w polskiej wersji. O ile do samego dubbingu nie mam zarzutów, o tyle tłumaczenie momentami jest trochę toporne. Dlatego właśnie decydowałam się oglądać serial w wersji francuskiej.

Historia powstania serialu również jest dość ciekawa. Najpierw, w 2012 roku pojawiła się krótka, animowana zajawka:


Jak widać, była ona narysowana w "stylu anime" i technice 2D. Jednakże autorzy postanowili dokonać pewnych zmian i to nie tylko w technice (będę szczera, animacja komputerowa mimo wszystko o wiele bardziej mi się podoba), ale także zmieniono charakter głównego bohatera. Ten w wersji 2D nie był Adrienem, tylko Felixem i w dodatku był zimny, niemiły, taki typowy, wyobcowany męski bohater anime, w którym podkochuje się główna bohaterka (coś jak Sakura podkochiwała się w Sasuke), a jak Czarny Kot flirtuje z Biedronką, lecz ma w tym pewien interes - bowiem Biedronka może zdjąć z niego zły urok, nie chce on już przynosić pecha. Jednakże autorzy dokonali zmian... I wyszło to tylko na dobre. Do postaci jednak jeszcze wrócę.

Najpierw urzekły mnie pewne smaczki, a mianowicie to, że świat, w którym żyją Marinette i Adrien, jest bardzo ciekawy, bowiem jeśli chodzi o to całe bycie superbohaterem, to mieszają się tu pojęcia z różnych kultur. Coś jak w świecie Avatara, który był inspirowany głównie kulturami azjatyckimi. W "Miraculum" mamy przede wszystkim bohaterów, którzy są sobie przeciwstawni: Biedronkę i Czarnego Kota. We Francji (a i w Polsce chyba też) biedronka jest symbolem szczęścia, a czarny kot przynosi pecha. Jest to o tyle zabawne, o ile Marinette jest niezdarą i ciągle przytrafiają się jej różne drobne nieszczęścia, o tyle właśnie jako Biedronka jest sprytna i zgrabna. Widoczny jest tu aspekt z filozofii chińskiej, czyli elementy yin i yang, dopełniające siebie. Wprawdzie są oni dla siebie przeciwieństwami - Biedronka ma moc tworzenia, a Czarny Kot moc destrukcji - jednak jedno nie da sobie rady bez drugiego i muszą współpracować. Inne nazwy są zaczerpnięte z języka japońskiego. I tak "Kwami" jest skrótem od "quantic Kami" - "quantic" to "kwantowy", a "Kami" to po japońsku Bóg. Podobnie "akuma", co po japońsku znaczy "demon" lub "diabeł". Same ciekawe smaczki, także i dla fanów anime. Zresztą, sam autor nie ukrywa inspiracji. A także naprawdę urzekł mnie fakt rozwinięcia świata, czyli to, że według Kwami superbohaterowie istnieli od zawsze właśnie dzięki nim, byli oni m.in. greckimi herosami.

Świat przedstawiony w "Miraculum" jest bardzo różnorodny. Jeśli ktoś narzeka na to, że pewne produkcje nie mają zróżnicowania rasowego czy etnicznego, to na pewno zachwyci się serialem. W końcu główna bohaterka jest w połowie Francuzką, a w połowie Chinką, jej przyjaciele z klasy mają różne pochodzenie, np. Alya pochodzi z Martyniki, a Nino z Reunionu. Postacie nie są również klonami, mają różne figury, wzrost, style ubierania się, a także różne charaktery i historie. Co jak co, ale trzeba przyznać, że tło jest bardzo dopracowane. Wprawdzie wciąż mamy trochę pytań bez odpowiedzi (mam nadzieję, że będą one ujawnione w sezonie drugim), ale jednak główni bohaterowie nie żyją w jakimś oderwanym świecie, mają swoje rodziny, swoje pasje, marzenia, koledzy z klasy nie robią tylko za tło. Widać też po używanej technologii, że akcja toczy się współcześnie, dlatego nie zaskakują wrogowie tacy jak Lady Wifi, czy fakt, że Alya prowadzi o Biedronce "Ladyblog". Myślę, że współczesne dzieciaki mogą śmiało utożsamić się z tymi bohaterami i z tym światem. 

Wreszcie najważniejsze, czyli główni bohaterowie. Marinette i Adrien. Po prostu widać, że są dla siebie stworzeni, choć prawdopodobnie jeszcze o tym nie wiedzą tak do końca. Urzekła mnie ta naturalność w sposobie przedstawienia nastolatków. Są po prostu zwyczajni, zachowują się, tak jak młodsi nastolatkowie powinni się zachowywać. Chcą się dobrze bawić, spędzać czas z przyjaciółmi, często popełniają błędy, ale to jednak dzięki nim czegoś się uczą. Trochę mogę się utożsamić z Marinette, bo przyznaję, że ja również jestem taką niezdarą. Czasem podchodzi do wielu spraw zbyt emocjonalnie, a także widać uroczo po niej to, jaka jest zakochana w Adrienie - czuje nieśmiałość wobec niego, nadinterpretuje pewne gesty, ale odczuwa też zazdrość. Ale przy tym stara się być dobrą przyjaciółką, a także i superbohaterką, choć początkowo źle czuła się w tej roli (w przeciwieństwie do Adriena, który od razu się w tym odnalazł). Jako Biedronka jest tylko zwinniejsza i sprawniejsza fizycznie, ale także o wiele bardziej pewna siebie. Marinette jednak nie zależy na tym, aby każdy ją podziwiał tylko dlatego, że jest Biedronką. 

Adrien... Ach, ten Adrien. Jeśli byłabym nastolatką, to przyznaję, że sama bym na niego poleciała. Ale nie mam tu na myśli wyglądu zewnętrznego, ale fakt, że jest on po prostu... Miły. Miły i uprzejmy wobec każdego, nawet jeśli nie zawsze zasługuje na takie traktowanie - choć i potrafi być asertywny. Czy to wobec swojego ojca, który chce go "zamknąć w złotej klatce" (a tymczasem Adrienowi najbardziej w świecie zależy na tym, aby mieć przyjaciół. I to jest urocze), czy wobec Biedronki, która kilkukrotnie myliła się lub traktowała kogoś zbyt ostro. Przy tym widz współczuje mu właśnie, kiedy widzi, że jest on po prostu miłym i dobrze ułożonym gościem, któremu w życiu nie zawsze wychodzi i nie jest to jego wina. Takie postacie to zawsze kocham. I irytowały mnie komentarze, które mówiły, że Felix byłby lepszy, nawet jak jest zimny. I nieważne, że sami autorzy mówili, że uosabiałby wtedy oklepany schemat z anime. Dlaczego postać, która jest miła, musi być uważana za nudną? Zwłaszcza, że jako Czarny Kot ma sarkastyczne poczucie humoru, sypie grami słownymi i ogólnie jest zabawny i "ma to coś w sobie".

Również podoba mi się, że miłość Marinette to nie było zauroczenie od pierwszego wejrzenia, a najpierw musiała też się do niego przekonać. I to w piękny sposób. Czekam, jak to dalej się wszystko rozwinie.

Wracając do wątku Toei Animation, to po kilku wpadkach z ich animacją w 2D, uważam, że w CGI bardzo dobrze sobie radzą, czego dowodem jest film "Legend of Sanctuary", w którym animacja komputerowa stała na bardzo wysokim poziomie. Tak samo przy "Miraculum" nie mam zarzutów do animacji, postacie są ładne, a scenki, zwłaszcza sceny akcji superbohaterów, wypadają bardzo dynamicznie. Podobnie urzekła mnie muzyka, która z jednej strony pasuje do serialu młodzieżowego, ale z drugiej strony ma też piękne, spokojne utwory, jak "In the rain". Warto zaznaczyć, że muzyką zajmował się twórca pracujący przy Power Rangers. 

Reasumując, "Miraculum" naprawdę poleciłabym starszym dzieciom, w wieku szkolnym, ale też i nastolatkom. Moim zdaniem serial przekazuje dobre wzorce, każda historia ma jakiś morał, a główni bohaterowie to postacie, z którymi można się utożsamiać i mogą być jakimś wzorem do naśladowania. Dla mnie oglądanie było też pewnym takim sentymentalnym westchnieniem - myślę, że zrozumie to ten, kto oglądał Sailor Moon, gdy był dzieckiem. "Miraculum" przedstawia całkiem podobną historię, choć bardzo uwspółcześnioną. Myślę, że jednak wielu przypadnie do gustu. A moja ocena to 9/10, czyli serial w swojej kategorii jest rewelacyjny. Zobaczymy, jak przetrwa próbę czasu, jak wypadnie sezon drugi oraz oczko w dół za pewną postać, o której nie chcę wiele mówić (bo myślę, że już i tak za dużo spoilerów tu było).

* Osobiście mi się to tłumaczenie nie podoba, ale wolałam być w swojej recenzji konsekwentna, skoro stosowałam nazwy z oficjalnego tłumaczenia. We francuskiej wersji jest to Papillon, czyli Motyl, a w angielskiej Hawkmoth, czyli dosłownie "Jastrzębioćma". 
Share:

sobota, 5 marca 2016

Pooscarowo, czyli "Carol" oraz "Pokój" (2015)

Niedawno obejrzałam jeszcze dwa filmy związane z Oscarami, czyli "Carol" i "Pokój". Choć wyniki Oscarów są już znane, to postanowiłam te dwa filmy opisać wspólnie. Co je łączy? Na pewno ciekawe kreacje kobiet, stworzone przez znakomite aktorki. O ich postaciach można pisać bardzo dużo. Scenariuszowo filmy również są dopracowane. Co je jednak dzieli? Zupełnie inne historie, zupełnie inne problemy oraz... Wyniki Oscarów. Jeden z tych filmów to dość niespodziewana, choć zasłużona wygrana. Drugi zaś, choć dość szeroko reklamowany, bardzo dobry, wysmakowany, to jednak został zmiażdżony przez konkurencję, czemu się nie dziwię. Choć przyznaję, że oba filmy mi się podobały, to każdy na inny sposób. I każdy z nich wywołał inne odczucia.

Carol (2015)
Zacznę od filmu, który obejrzałam wcześniej, czyli od dość szeroko reklamowanej "Carol". Miała być nazwana "lesbijskim Brokeback Mountain", opowiadać niebanalną historię rodzącego się uczucia między dwiema kobietami. Wyszło faktycznie kino wysmakowane, delikatne i niewulgarne. Jednakże nie do końca oscarowe. Temat moim zdaniem już tak nie szokuje, jak w przypadku Brokeback Mountain, choć na to składa się wiele przyczyn. Mimo wszystko z całą pewnością nie można powiedzieć, że wyszedł film zły.
Źródło: filmweb.pl
Tytułowa Carol, grana przez Cate Blanchett, to kobieta rozczarowana swoim małżeństwem. Jest w trakcie rozwodu, walczy też o prawa do opieki nad córką. Pewnego dnia, tuż przed Bożym Narodzeniem, przypadkowo poznaje Therese Belivet, młodą dziewczynę pracującą w luksusowym domu towarowym, marzącą o karierze fotografki. I w zasadzie ich spotkanie w sklepie byłoby prawdopodobnie ostatnim, gdyby nie to, że Carol zostawia skórzane rękawiczki, które Therese odsyła na jej adres. W podzięce Carol proponuje młodej dziewczynie spotkanie. Z czasem zaczyna się rodzić między nimi głębokie uczucie, które z pewnością nie będzie do zaakceptowania przez społeczeństwo amerykańskie w latach 50. ubiegłego wieku.

Przede wszystkim moim zdaniem na oscarową porażkę tego filmu złożył się fakt, że kobieca seksualność jest czymś trudnym do opisania przez wielu. Podobnie jak w przypadku "Dziewczyny z portretu" transseksualizm okazał się trudnym tematem, tak tutaj mam wrażenie, że Akademia miała (mylne moim zdaniem) wrażenie pt. "Ale to już było". Łatwo wpaść w pułapkę, opisując związek dwóch kobiet, zbyt subtelnego przedstawienia sytuacji. Oczywiście wulgarność nie jest również wskazana, ale nierzadko udaje się, że gdy kobiety żywią do siebie ciepłe uczucia, to wcale to nie jest miłość, a "głęboka przyjaźń". W filmie "Carol" jednak nie można tego odczuć.

Za to widz od początku czuje niesamowitą chemię między Cate Blanchett a Rooney Marą. Widać, że Carol i Therese ciągnie do siebie, uczucie rozwija się stopniowo, bez pośpiechu, aż prowadzi w końcu do zbliżenia. Sama scena seksu jest również wysmakowana, nie jest wulgarna, przedstawia piękno kobiecego ciała i piękno uczucia łączące obie panie. Kiedy Carol mówi do Therese "Mój aniele", to można się rozpłynąć i wręcz wzruszyć. Wielu twórców powinno się uczyć od twórców "Carol", jak należy przedstawiać właśnie romans. Bo choć film jest właśnie romansem, to jest w pewnym stopniu niebanalny i wręcz perfekcyjnie przedstawiony. Warto też dodać, że scenariusz opiera się o książkę wydaną w latach 50., a mimo to film uniknął wrażenia bycia "niedzisiejszym", tak jak w przypadku filmu "Brooklyn". Po prostu w tamtych czasach (jeszcze w dodatku wciąż obowiązywał Kodeks Haysa) nikt by się nie ośmielił na realizację filmu na podstawie "takiej" książki. A przyznaję, że byłam też zaskoczona faktem, że książka liczy już sobie tyle lat.

Kreacje Cate Blanchett oraz Rooney Mary stoją na bardzo wysokim poziomie, czemu nie dziwią nominacje do Oscara. O grze aktorskiej nie trzeba wiele mówić, ponieważ wiadomo, że obie panie mają doświadczenie w swojej grze, potrafią przedstawiać emocje bez słów. Ale przede wszystkim liczą się kreacje postaci.

Można się zastanawiać, czy Carol i Therese były osobami homoseksualnymi czy biseksualnymi. Zapewne w czasach dzisiejszych raczej każdy powiedziałby, że są biseksualne, bo obie były zaangażowane w związek z mężczyzną, ale nie jest to takie oczywiste, kiedy mowa o czasach, w których otwarte przyznanie się do orientacji innej, niż heteroseksualna, groziło wykluczeniem ze sfer towarzyskich. Twórcy jednak pozostawiają to pytanie bez odpowiedzi - i słusznie. Można się więc zastanawiać, czy Therese po prostu dopiero odkrywa swoją prawdziwą seksualność (jest w końcu młodą dziewczyną, ma dopiero 19 lat), a w przypadku Carol, czy po prostu ukrywała ją przez długie lata, a główną przyczyną tego ukrywania było środowisko, w którym się obracała (zwłaszcza, że pewne sceny sugerują, że Carol wiedziała już wcześniej, że pociągają ją kobiety).

Jakby nie patrzeć, to obie tkwią w dość nieszczęśliwych związkach z mężczyznami. Carol chce rozwieść się z apodyktycznym mężem, który dba tylko o to, aby towarzystwo go dobrze postrzegało, właściwie nie widać, aby żywił do swojej żony jakieś głębokie uczucia. Z kolei Therese jest w związku z chłopakiem o imieniu Richard, który również nie pozwala się jej rozwijać i widać, że w tym związku najważniejszy jest tylko on i jego potrzeby. Nie interesują go marzenia ukochanej o byciu fotografem, ciągle sam decyduje o ich przyszłości. Wreszcie Therese ma dość, co jest impulsem do tego, by zacieśnić więzy z Carol.

Oczywiście nie jest to historia z oczywistym happy endem. Związek obu pań nie jest akceptowany, a wręcz wykorzystany w batalii o prawa do opieki nad dzieckiem. Carol wycofuje się, przez co Therese cierpi. Bohaterka grana przez Cate Blanchett mówi, że dla ich dobra na razie nie może się z nią widywać, choć bardzo tęskni. Myślę, że jednak Carol nie robi tego ze względu na jakieś konwenanse, ale po prostu z miłości do swojej córki. Jest w końcu matką i chce wychować swoje dziecko, które jej potrzebuje.

Minusy filmu? Przede wszystkim jak dla mnie zakończenie. Choć nie jest ono oczywiste, jest dość subtelne i zagadkowe, ale możemy się domyślać, że jednak mamy upragniony happy end, mimo wcześniejszych przeciwności losu. Poza tym? Dość słaba kreacja pozostałych postaci, m.in. Abby, granej przez Sarah Paulson. Bardzo zaciekawiła mnie postać przyjaciółki Carol, wykluczonej z towarzystwa ze względu na swoją orientację seksualną. Chciałabym wiedzieć o niej więcej.

Z całą pewnością film jest również dopracowany technicznie - piękne zdjęcia, kostiumy, do tego muzyka. Z łatwością możemy wczuć się w klimat lat 50. ubiegłego wieku. Pod względem wizualnym ogląda się go bardzo dobrze. Mimo, że jest filmem dość cichym, podobnie jak i cicha jest Therese. Czasem jednak warto skusić się na coś tak pięknego oraz na refleksję.

Dlaczego jednak film odniósł porażkę? Moim zdaniem zbyt duża konkurencja. Rooney Mara grała świetnie młodą Therese, ale nie miała szans z Alicią Vikander w roli Gerdy, która wypadła w mojej opinii o wiele lepiej. Cate Blanchett natomiast otrzymała Oscara dwa lata temu. Choć rola Carol jest świetna, to jednak nie jest to całkowity popis jej umiejętności aktorskich. Poza tym Brie Larson w filmie "Pokój" również wypadła o wiele lepiej, o czym za chwilę. No i ostatnia rzecz - nie jest to moim zdaniem "lesbijskie Brokeback Mountain". Film z udziałem Heatha Ledgera dziesięć lat temu wywołał sensację. Teraz temat homoseksualizmu w kinie nie jest już takim tematem tabu. Poza tym "Brokeback Mountain" jest filmem pięknym, a zarazem smutnym, opowiadającym o uczuciu bez szans na spełnienie, co wypadło bardziej przekonująco, niż w przypadku "Carol". Stąd też moja ocena 7,5/10, czyli bardzo dobry z minusem. 

Pokój (2015)
Film jak dla mnie bardzo zaskakujący oraz z gatunku tych, które wręcz uwielbiam - czyli pokazuje, że jak w sumie niewielkim budżetem można stworzyć coś naprawdę dobrego. Film również cichy, skromny, moim zdaniem jedyna poważna konkurencja dla "Spotlight". Gdyby to ten film zwyciężył, to również byłabym zadowolona. Film, który opiera się przede wszystkim na wstrząsających kreacjach postaci, film, który po prostu trzeba zobaczyć. 
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada o młodej dziewczynie o imieniu Joy, która od siedmiu lat jest przetrzymywana przez człowieka, którego nazywa Starym Nickiem, w jakiejś szopie. Od pięciu lat jest również matką chłopca o imieniu Jack. Chłopiec jest przekonany, że tytułowy pokój to cały świat, a pozostałe rzeczy, w tym telewizja, są nieprawdziwe. Kiedy Jack kończy pięć lat, Joy postanawia powiedzieć mu prawdę. Jednocześnie szykuje plan ze swojego więzienia, by wreszcie mogła dać szansę synowi na normalne życie.

Bardzo podobało mi się w tym filmie to, że jest on opowiedziany właściwie z perspektywy dziecka. To Jack jest narratorem i przedstawia świat, który dla nas jest czymś normalnym, a dla niego jest jakby obcą planetą (nawet zadaje takie pytanie matce). Jest czymś zrozumiałym, że dziecko, choć naturalnie powinno być ciekawe świata, to boi się tego, co może zastać poza swoim Pokojem. Dla Jacka to mama jest jego całym światem. A Joy robi wszystko, by mimo bycia więzioną zapewnić mu w miarę normalne dzieciństwo, na tyle, na ile to możliwe. I udaje jej się, ale nawet do takiego stopnia, że jej syn boi się tego, o czym mówi. Początkowo uważa, że historia o świecie zewnętrznym jest zmyślona, nie chce też wydostać się z szopy (mówi matce, że może spróbują za rok, jak skończy sześć lat), ale dzięki determinacji udaje im się to. I choć teoretycznie powinno to być szczęśliwym zakończeniem dla obojga, to tak się jednak nie dzieje.

Okazuje się, że w ciągu siedmiu lat wiele się zmieniło. Rodzice Joy rozeszli się, jej ojciec nie jest w stanie zaakceptować faktu, że ma wnuka, a głównym bohaterom wcale nie jest łatwo przystosować się do nowej rzeczywistości. Co ciekawe, mogłoby się wydawać, że dziecko będzie miało z tym większe problemy, ponieważ wcześniej Jack znał tylko swój pokój, nie znał żadnego innego świata. I tak też jest początkowo, jednak z czasem widzimy, że dziecku łatwiej jest się zaadaptować, mimo przykrych czy wręcz traumatycznych doświadczeń (dowodem na to jest scena, kiedy Jack wychodzi na dwór pograć w piłkę z chłopcem z sąsiedztwa). Mimo tego podoba mi się, jak realistycznie jest to pokazane - Jack bał się, wstydził się nowo poznanych ludzi, początkowo rozmawiał tylko ze swoją mamą. Mimo tego to on okazuje się silniejszy, niż bohaterka grana przez Brie Larson.

Joy mówi do syna, że uratował ją dwa razy. Po raz pierwszy dzięki temu, że udało im się zrealizować ich plan, a Stary Nick trafił do więzienia, a po raz drugi, kiedy wspierał ją jak tylko mógł po powrocie do "normalnego świata". Narracja z perspektywy dziecka jedynie nam sugeruje, że Joy popada w depresję. Jest to jednak zrozumiałe, ponieważ siedem lat zostało wyrwane z jej życiorysu. Została porwana, gdy miała 17 lat. Teraz ma lat 24, ale nie wiemy, czym w życiu mogłaby się zająć, jaki ma cel. W szopie miała jeden cel - przetrwać i zapewnić szczęśliwe życie swojemu dziecku. Po wyjściu z Pokoju jednak okazuje się, że nic nie jest takie proste, a ponowne zaadaptowanie się do życia, które już kiedyś wcześniej znała, wcale nie jest takie łatwe i przyjemne. Tu brawa dla twórców za realny portret psychologiczny ofiary sekty lub po prostu kogoś, kto przez wiele lat był odizolowany od świata.

Film zdecydowanie broni się świetnymi kreacjami. Nie dziwi mnie Oscar dla Brie Larson. To młoda aktorka, raptem rok starsza ode mnie, jednak wiarygodnie wcielająca się w rolę młodej matki, rolę ofiary przetrzymywania, czy wreszcie w rolę kobiety cierpiącej na depresję. To naprawdę trudne zadanie, a mimo tego wypadła naprawdę znakomicie i bardzo naturalnie. Podobnie też Jacob Tremblay, który zagrał jedną z najlepszych postaci dziecięcych chyba ostatnich lat. Dobrze czuje się przed kamerą i świetnie wcielił się w rolę dziecka, które również było długo odizolowane od świata. Dobrze pokazuje emocje takie jak strach, smutek, ale też i ciekawość czy miłość. Jest też momentami nieznośny, ale... Cóż, takie są dzieci. Co niektórych dziwi brak nominacji do Oscara dla niego, a mnie nie do końca. Dlaczego? Cóż, Akademia bywa bardzo ostrożna w swoich wyborach - znakomici aktorzy dziecięcy niekoniecznie stają się potem wybitnymi aktorami dorosłymi. Życzę Jacobowi jak najlepiej, ale co będzie, to czas pokaże.

Mimo wszystko film "Pokój" to film, który po prostu trzeba zobaczyć. Opowiada ciekawą historię, rzadko poruszaną w kinie (choć serialem o podobnej tematyce jest "Unbreakable Kimmy Schmidt", jednak jest on utrzymany w konwencji komediowej). Jest wstrząsający, a przy tym pokazuje, jak niewiele trzeba, by zrealizować dobry film, z porządnie narysowanymi postaciami, oddającymi realizm psychologii i wreszcie film, przy którym można odczuwać całą gamę emocji - od wzruszeń po radość współodczuwaną z resztą bohaterów. Oscar dla Brie w pełni zasłużony. Jak dla mnie "Spotlight" oraz "Pokój" powinny otrzymać Oscary ex quo w kategorii "Najlepszy film". A moja ocena to 9/10, czyli rewelacyjny. Po prostu trzeba zobaczyć. 
Share:

poniedziałek, 22 lutego 2016

Brooklyn (2015)

Powiem wprost, że czasem wybory Akademii przy nominacjach mnie zadziwiają. A w tym roku to już wyjątkowo - bo nie natrafiłam jeszcze na "pewnego" jak dla mnie kandydata do statuetki w kategorii "najlepszy film". Tak samo jest z filmem "Brooklyn". Nie mam pojęcia, skąd nominacja. Chyba poprzez źle rozumianą "poprawność polityczną". Wprawdzie film nie opowiada bezpośrednio o samym procesie imigracji, ale jednak nie wierzę w przypadek, że film, który opowiada o imigrantce akurat teraz otrzymuje nominację do Oscara. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jak zwykle w tematach, które raczej dotyczyłyby zupełnie odmiennych ras i grup etnicznych, i tak przemyca się białych. Nie to, że historia byłaby niemożliwa, nieprawdziwa, bynajmniej. Po prostu czasem pewne rzeczy się wręcz przejadają. Tak jest i tym razem, choć film niewątpliwie posiada także zalety.
Źródło: filmweb.pl
Lata 50. XX wieku. W Irlandii mieszka młoda i zdolna dziewczyna, Ellis Lacey, która mieszka ze swoją matką i dorabia w sklepie w swoim miasteczku. Pewnego dnia otrzymuje wielką szansę od losu - jej siostra, która mieszka w Nowym Orleanie, kontaktuje się z pewnym irlandzkim księdzem, mieszkającym w Nowym Jorku. Ten załatwia Ellis pracę w luksusowym domu handlowym oraz mieszkanie na Brooklynie. Dziewczyna wyjeżdża do Stanów, początkowo niepewna siebie i osamotniona, odczuwa też dużą tęsknotę za swoimi rodzinnymi stronami. Z czasem jednak wszystko zaczyna się układać, Ellis chodzi na kurs księgowości, a dodatkowo poznaje sympatycznego Włocha, Tony'ego, w którym zakochuje się z wzajemnością. Wszystko jednak komplikuje się, kiedy siostra dziewczyny nagle umiera, więc jej matka zostaje całkowicie sama. Ellis wraca do Irlandii, by przemyśleć wiele spraw i podjąć ostateczną decyzję.

Z całą pewnością jest to film, w którym główną gwiazdą jest Saoirse Ronan. Ta młoda aktorka pokazała swój talent i z całą pewnością nominacja do Oscara nie jest tu nad wyraz. Właściwie jej postać jest najmocniejszym punktem całego filmu. Może zabrzmi to dość banalnie, ale lubię, gdy właśnie młode dziewczyny obsadza się... W rolach młodych dziewczyn, w przeciwieństwie do takiej Jennifer Lawrence.

Saoirse ma raptem 22 lata i gra dziewczynę w podobnym wieku. Należy pamiętać, że gra jednak swoją rówieśniczkę sprzed 60 lat, kiedy to dziewczyny wychodziły za mąż znacznie wcześniej, niż dzisiaj, szybciej zakładały rodziny, a żeby zyskać dobrą posadę, nie trzeba było studiować, wystarczyło skończyć dobrą szkołę średnią. I w tej roli Saoirse się odnajduje, wypada też bardzo wiarygodnie. Do tego też korzystnie wypada charakteryzacja i stylizacja - stroje z lat 50. dobrze na niej wyglądają, podobnie jak i fryzura. Ale przede wszystkim w postaci Ellis podoba mi się jej wewnętrzna przemiana. Z zahukanej, prowincjonalnej dziewczyny staje się kobietą pewną siebie i swojej wartości, do tego stopnia, że podejmuje bardzo trudne, ale i konieczne decyzje w swoim życiu, zwłaszcza, gdy przekonuje się, że tęsknota za domem sprawiła, że bardzo idealizowała swoje rodzinne strony, podczas gdy tak naprawdę momentami jej rodzinne miasteczko było miejscem pełnym fałszu, "dulszczyzny", każdy musiał o każdym wiedzieć dosłownie wszystko. W Nowym Jorku zdecydowanie tego nie ma, tam Ellis spotyka na swojej drodze różnych ludzi, ale przeważnie pomocnych, choć nie wtrącających nosa w nieswoje sprawy.

I choć rola Saoirse to cudeńko, to jednak film sam w sobie jest strasznie banalny, w dodatku kończący się happy endem, że w ogóle nie powiedziałabym, że jest to oscarowe kino. Nie jest zły, ale zdecydowanie nie jest też jakimś arcydziełem, a już ostatnie skojarzenie to "nominacja do Oscara". Do tego przeszkadza mi długość - film jest zdecydowanie za krótki, żeby właśnie dokładniej opowiedzieć całą historię i przedstawić dobrze nieco więcej postaci, niż tylko Ellis. W jednej recenzji miałam też okazję przeczytać, że jest on "niedzisiejszy". Coś w tym jest, bowiem manierą film przypomina często kino lat 50. czy 60. ubiegłego wieku. I nakręcony wtedy prawdopodobnie odniósłby wielki sukces. Dziś jednak świat jest trochę bardziej skomplikowany, człowiek jest uwikłany w inne problemy, a i kino porusza często znacznie bardziej trudniejsze tematy i rozterki. I tylko młody człowiek może patrzeć z pewną zazdrością na to, że 60 lat temu wszystko wydawało się takie proste. Że ze zwykłej pracy można było z łatwością odłożyć sobie pieniądze na zakup mieszkania czy nawet domu. Można było założyć rodzinę nie obawiając się o stabilność finansową. Nawet dobra szkoła średnia gwarantowała przyzwoitą pracę. Dzisiaj tego nie mamy i można tylko wzdychać, oglądając takie filmy, jak Brooklyn.

I choć cała estetyka lat 50. (łącznie z kostiumami i fryzurami) bardzo mi się podoba, tak jednak w filmie przeszkadza mi rzecz, o której wspomniałam po części na początku: niestety, nie ma w nim ani trochę różnorodności. Brooklyn to miejsce zamieszkałe przez wiele mniejszości etnicznych, a tymczasem bliżej poznajemy tylko Irlandczyków i Włochów. Nie ma czarnych, poza jakimś tam tłem, w co już kompletnie nie jestem w stanie uwierzyć. Być może zapowiadany serial oparty o film trochę to zmieni, ale patrząc na sam film niestety bardzo mi się to nie podoba. I sprawia, że rozumiem, skąd wielkie oburzenie i akcje w stylu #OscarsSoWhite nabierają sensu. Zdjęcia piękne, kostiumy piękne, ale co z tego.

"Brooklyn" to po prostu dobre, obyczajowe kino. Jednakże jest to bardziej film, który raczej prędzej spodziewałabym się zobaczyć w jakimś paśmie "okruchy życia", niż w kinach. A tym bardziej nie pojmę decyzji Akademii o nominacji filmu do Oscara w kategorii "Najlepszy film". Ja rozumiem, że imigranci tacy na czasie, ale jednak o wiele lepiej wypadają tutaj takie historie jak francuski film Audiarda o tych współczesnych imigrantach. Dlaczego? Ano dlatego, że historia przedstawiona w "Brooklynie" dzisiaj to raczej tylko sentyment. Irlandczycy już masowo nie uciekają do Stanów Zjednoczonych. Taki film miałby szanse, ale właśnie kręcony z 50 lat temu. Dzisiaj jakby trochę nie pasuje do dzisiejszych czasów, stąd moja ocena 7/10, czyli tylko dobry. Kibicuję jednak Saoirse. 
Share: