Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 maja 2017

Kim ty jesteś, Aniu Shirley? Czyli kilka słów o pierwszym sezonie serialu "Ania, nie Anna" (2017)

To jeden z seriali, na które czekałam w tym roku. Jak do tej pory przeżyłam już kilka pozytywnych zaskoczeń, a w przypadku serialu o słynnej Ani Shirley wiedziałam, że po prostu muszę to zobaczyć. Zwłaszcza, gdy ujrzałam najpierw krótki teaser, a później zwiastun - wręcz zakochałam się w nim. Co otrzymałam? Serial przede wszystkim bardzo zaskakujący, choć nie pozbawiony kontrowersji. 

Źrodło: mobirank.pl
Prawdopodobnie w tym miejscu daruję sobie streszczenie fabuły. Książka Lucy Maud Montgomery powinna być znana każdemu w Polsce, kto skończył podstawówkę. W końcu do tej pory jest to lektura szkolna. Serial ekranizuje zaś tylko część wątków znanych z książki: od pojawienia się Ani w domu Cuthbertów aż do momentu, kiedy tytułowa bohaterka ratuje siostrę swojej przyjaciółki. Część wątków jest jednak dodana, a część zmieniona. I na tym chciałabym się skupić.

Przede wszystkim mamy tu odwieczny dylemat, czym powinna być dobra ekranizacja. Długo byłam zdania, że ekranizacja w zasadzie powinna być 1:1 zgodna z oryginałem - a moje podejście wynikało z tego, że zazwyczaj ekranizacje książek, które miałam okazję widzieć, były jakby streszczeniem pierwowzoru, a nierzadko były pomijane akurat te wątki, które mnie bardzo interesowały. Z czasem jednak doszłam do wniosku, że porządna ekranizacja powinna dodawać coś od siebie. Bo skoro serial lub film na podstawie danej książki mają być tylko przełożeniem na ekran, to w zasadzie jaki jest w tym cel? Książkę można byłoby przeczytać już dawno. Dlatego też obecnie jestem dość liberalnie nastawiona do ekranizacji różnych powieści. Wciąż nie lubię "ekranowych streszczeń", ale nie rwałam włosów z głowy, gdy do Hobbita dodano nowe wątki. I tak samo było w przypadku nowej Ani. Wolałam się przekonać, co najpierw dostaniemy, a później ewentualnie lamentować. 

Być może będzie to kiepskie sformułowanie, ale warto zaznaczyć, że właściwie nie jest to serial dla każdego. A wynika to z podejścia, o którym wspomniałam wcześniej. Jeśli ktoś jest przykładowo bardzo mocno przywiązany do filmu z Megan Follows, jeśli to Megan jest dla niego tą Anią, to raczej serial nie przypadnie mu do gustu. Podobna rzecz ma się z tymi, którzy bardzo cenią książki - a serial naprawdę momentami mocno od niej odbiega.

Przede wszystkim książka Lucy Maud Montgomery jest książką opowiadającą o dorastaniu i pokonywaniu przeciwności losu, które spotykają bohaterkę. Całość jest bardzo pogodna i zabawna, co można docenić nawet po latach. Serial natomiast wprowadza nas w trochę mroczniejszy klimat w porównaniu do pierwowzoru. Przede wszystkim Ania Shirley jest nieco starsza. Podobnie jak w oryginale, chętnie fantazjuje i ucieka do świata swojej wyobraźni, lecz wynika to z dość nieciekawych wspomnień, które widzimy na ekranie - mianowicie główna bohaterka nie była zbyt dobrze traktowana w poprzednich domach, w których mieszkała. W zasadzie takie wspomnienia dla dziecka mogą być bardzo traumatyczne, stąd duże udramatyzowanie serialu. Wiem, że dla niektórych było to nie do przełknięcia, też momentami chciałam powiedzieć, że za dużo dramy, dość mrocznych i poważnych wątków, ale warto sobie uświadomić, że wynika to z tego, że na całość patrzymy bardziej z perspektywy bohaterki.

Serial momentami jest dość mocno uwspółcześniony. Mam tutaj na myśli głównie sceny, w których Ania jest w szkole, a także jej kontakty z rówieśnikami. Czasami miałam wrażenie, że oglądam współczesnych nastolatków przebranych w ciuchy z XIX wieku. I znowu, jednym to będzie zgrzytało (mi momentami też), ale podczas oglądania zadawałam sobie pytanie, co właściwie twórcy próbują nam przekazać. I myślę, że przede wszystkim dla twórców jest to współczesna wizja tamtej książki, próba odpowiedzi na pytanie "Co by było, gdyby Anię napisał ktoś żyjący współcześnie?" I faktycznie to widać. Zwłaszcza, gdy widzimy sceny, które z całą pewnością autorka nie ośmieliłaby ich opisać, jak np. pierwsza miesiączka (choć przyznaję, że rzadko jest to też nawet współcześnie poruszane w serialach dla młodzieży, a szkoda), czy rozmowy o dorastaniu lub nawet seksie.

Dodanym wątkiem, który jest wyjątkowo na plus, a jednocześnie nie odbiega mocno od książki, są wątki feministyczne. Sceny, w których Maryla zapoznaje się z ideałami sufrażystek - mistrzostwo. Ania, która mówi, że dziewczynki nie są w niczym gorsze od chłopców? Również. I takie sceny wciąż sprawiają, że książka przypomina się jak żywa - w końcu w oryginale Ania była również inspiracją dla wielu dziewczyn, by zmienić swoje życie (ja bardzo długo się z nią utożsamiałam). Bardzo przypadła mi do gustu postać Jerry'ego, chłopca, który pomagał Cuthbertom w gospodarstwie. Sądziłam, że będzie on postacią epizodyczną, ale okazał się kimś naprawdę ciekawym. Diana Barry? W końcu tutaj nie jest tłem dla Ani, ale faktycznie jej przyjaciółką, która pomaga jej w zaaklimatyzowaniu się w Avonlea. O innych wątkach nie będę szczegółowo mówić za wiele, ponieważ nie chcę zdradzić spoilerów, a zwłaszcza zakończenia, które jest mocno cliffhangerowe. 

Mieszane uczucia mam jedynie przy wątku Gilberta. Przy tej postaci zmieniono wiele (moim zdaniem głównie na plus), ale nie wiem, co sądzić o jego relacjach z Anią. Charakterystycznym w książce było to, że Ania nie cierpiała Gilberta i nie odzywała się do niego przez ładnych kilka lat za nazwanie ją "marchewką". Tymczasem tutaj Ania wścieka się bardziej na Gilberta, ponieważ chce bardziej dostosować się do pewnych niepisanych zasad, o których mówiły dziewczęta z klasy Ani. 

Trzeba przyznać, że aktorstwo jest naprawdę na wysokim poziomie. Amybeth McNulty jest taką Anią, jaką sobie wyobrażałam, gdy czytałam książkę (bez urazy dla Megan Follows, ale była ona za ładna do tej roli). W dodatku dziewczę radzi sobie fenomenalnie z dość trudną rolą (bardzo dużo kwestii do nauczenia się) - i życzę jej powodzenia w dalszej karierze. Naprawdę mistrzowscy są aktorzy odgrywający Cuthbertów - również tak ich sobie wyobrażałam w książce. Również dziewczynka grająca Dianę bardzo mi przypadła do gustu, podobnie jak odtwórcy Jerry'ego i Gilberta.

Wizualnie serial jest przepiękny, a zwłaszcza czołówka, od której trudno oderwać wzrok. Nawet dramatyczne scenki mają odpowiednią, chłodną kolorystykę kadru. Co akurat bardzo sobie cenię w różnego rodzaju filmach lub serialach.

Podsumowując: być może można zadać sobie pytanie, kim jest właściwie Ania Shirley. Ania, nie Andzia, lub Anna. Czy będzie to ta książkowa postać, czy któraś z przedstawionych w różnych ekranizacjach? Dla mnie najwierniejszym obrazem będzie "Akage no Anne", czyli anime o Ani z 1979 roku, które ciągle ogląda się bardzo przyjemnie i które ładnie pokazuje zmiany bohaterów - także te fizyczne, które wydają się dość naturalne. Ale serial, który zaprezentował nam Netflix można również śmiało oglądać, jeśli ktoś chce się przekonać, jak inaczej można spojrzeć na tę klasyczną powieść dla młodzieży. No i nie mogę się doczekać sezonu drugiego, a ten na razie otrzymuje ode mnie 8,5/10, czyli ocenę bardzo dobrą z plusem. 
Share:

czwartek, 11 maja 2017

W duchu lat 80., czyli Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)

Byłam bardzo zadowolona z pierwszej części przygód Petera Quilla i jego towarzyszy, więc wiedziałam, że pójdę również na drugą. Nie śledziłam jednak szczegółowo informacji na temat tego filmu, stąd właściwie dopiero w kinie byłam zaskoczona obsadą, jak i samą fabułą... I choć ta druga to raczej szczytem ambicji w sci-fi (jak i w samym Marvel Cinematic Universe) nie jest, to jednak... No co tu dużo mówić. Podobało mi się. To nie znaczy, że nie widziałam absolutnie żadnych wad, wręcz przeciwnie. Jednak to nie zmienia prostego faktu, że fajnie się bawiłam, podobnie jak na poprzedniej części. Ale po kolei.

Źródło: filmweb.pl

Peter Quill wraz z Gamorą, Draxem, Rocketem i Grootem wciąż tworzą drużynę nazwaną Strażnikami Galaktyki. Przyjmują oni różne zlecenia, często dostając jakąś nagrodę w zamian. Tak jest także i wtedy, gdy Strażnicy ratują cenny skarb należący do "pięknej i idealnej" rasy Suwerenów. Za dobrą robotę przejmują oni więźnia, znaną z poprzedniej części Nebulę. Niestety, Rocket kradnie cenny skarb, co powoduje wściekłość Suwerenów. Przed pościgiem Petera oraz spółkę ratuje niejaki Ego, który okazuje się zaginionym ojcem Quilla. Mimo złych przeczuć, część drużyny udaje się na planetę Ego, by dowiedzieć się czegoś o pochodzeniu Petera.

"Strażnicy Galaktyki vol. 2" to nie jest film, który daje jakiś całkowicie nowy, odkrywczy ton, zwłaszcza w przypadku głównych bohaterów. Morał całości jest dość sztampowy i mało oryginalny (i może ciutkę wątek prowadzący do morału był mało rozwinięty, ale o tym pomówię przy okazji kreacji bohaterów), ale wciąż potrafił wzruszyć i ukazać kilka rzeczy w zupełnie nowym świetle. A przynajmniej część wątków pobocznych potrafiła mocno zaskoczyć.

Dowiadujemy się bardzo dużo o przeszłości Petera, o jego prawdziwym pochodzeniu, stopniowo mamy odkrywane po kolei wszystkie tajemnice sprzed wielu lat. Nie chcę jednak tworzyć recenzji spoilerowej, więc nie zdradzę, co może najbardziej zaskoczyć widza. Sam pomysł na Ego jako postać oraz planetę przypadł mi mocno do gustu (w dodatku Kurt Russell świetnie odegrał tę postać, fajnie widzieć go ponownie na dużym ekranie), lecz przy okazji mamy dość sztampowe pomysły na postacie.

Mam wrażenie, że najgorzej wypada tutaj Peter Quill. O ile w poprzedniej części był cwaniaczkiem wychowanym przez złodzieja, który początkowo irytował, ale stopniował dawał się polubić, tak tutaj mam wrażenie, że jest trochę zagubiony w roli superbohatera. I nie mam tu na myśli kreacji Chrisa Pratta (choć do jego gry aktorskiej nie mam większych zastrzeżeń), ale raczej sam pomysł scenarzystów... A raczej jego brak. Peter stał się dla mnie nijaką postacią, która ucieka w dodatku w schematy doskonale wszystkim znane, Nie wiemy do końca jednak, co nim kieruje poza chęcią odnalezienia rodziny. Niestety Chris, tym razem mnie nie przekonałeś.

Niewiele lepiej wypadają Nebula oraz Gamora. Do gry nie mam zastrzeżeń (i to pokazuje, że Karen Gillan znana z Doktora Who umie grać, pod warunkiem, że da się jej trochę więcej możliwości). Ta pierwsza jest zgorzkniała i kieruje się tylko zemstą (a szkoda, liczyłam, że dołączy do Strażników), a Gamora jest trochę pokazana jako "love interest" Petera, a trochę jako twarda babka, która chce się dogadać z siostrą. Plus jednak za to, że jej relacja z Peterem nie była sprowadzona do klasycznego pocałunku na końcu i "żyli sobie długo i szczęśliwie". To jeden z ciekawszych wątków miłosnych, które ostatnio widziałam w kinie.

Rocket wprawdzie niewiele się zmienił - wciąż jest złośliwym szopem, który lubi irytować innych, jednakże częściowo jest to powtórka z rozrywki. Z Grootem tworzą fajny duet, ale ile można też powtarzać żart o tym, że mały Groot jest uroczy? No jest uroczy, słodki, kochany, tylko lepiej by to wypadło, gdyby było mniej takich żarcików.

No i Drax. Z nim wiem, że jest największy problem. Wprawdzie jest to postać, która przynajmniej częściowo została rozwinięta, ale kosztem dość niesmacznych dowcipów (mimo, że cała sala się śmiała w kinie) bazujących na różnicach kulturowych. Raz można. Drugi raz przebolejemy. Ale takie żarty bez przerwy? 

Nowe postacie nie dostały może dużej szansy na rozwinięcie (ale liczę na to, że urocza Mantis pojawi się w kolejnej, zapowiedzianej już odsłonie), ale miło, że się pojawiły. Duże zaskoczenie? Epizodyczna rola Sylvestra Stallone. Nie myślałam, że ta gwiazda jeszcze się pojawi na dużym ekranie w innej roli niż w tych, które już kiedyś odgrywał. No i oczywiście Yondu. Ten mnie najbardziej kupił. W poprzedniej części nieco irytujący złodziej i przywódca gangu, tutaj próbuje odkupić swoje winy (dowiadujemy się, dlaczego właściwie przeskrobał sobie tym, że zabrał Petera z Ziemi). Chciałabym właściwie zobaczyć tylko film o przygodach Yondu.

Ale skoro jest tak źle, to dlaczego ten film mi się podobał? Z prostej przyczyny: po prostu kocham wszystko, co powiązane z latami 80. A ten film zawiera w sobie całą ich estetykę - kiczowatą, a jednak w przypadku filmów sci-fi i fantasy - dobrze się kojarzącą. W końcu to lata 80. wypuściły dwie części Gwiezdnych Wojen, Powrót do przyszłości, Łowcę Androidów, czy filmy fantasy takie jak "Niekończąca się opowieść" czy "Willow". Po prostu od zawsze kochałam ten okres w kinematografii, jak i w muzyce, dlatego też siłą rzeczy Strażnicy Galaktyki będą mi się podobać. Uwielbiałam te wszystkie smaczki, nawiązania do popkultury, znanych aktorów, czy cały soundtrack. Kawałki z lat 70. i 80. wpadają w ucho i doskonale pasują do poszczególnych akcji. No i "Awesome Mix 2" można słuchać w kółko.

Nie powiem zbyt dużo o efektach specjalnych, bo wiadomo, że te stoją na bardzo wysokim poziomie - zwłaszcza planeta Ego to wizualne cudeńko. Ale o efektach specjalnych jako takich mam ochotę napisać oddzielny tekst (tak po powtórce "Łowcy Androidów"). 

Ogólnie mówiąc - Strażnicy Galaktyki vol. 2 to film, do którego można mieć wiele zastrzeżeń. Twórcy polecieli na tym, co podobało się widzom trzy lata i w zasadzie... Nie dodając nic nowego przy tym. Nie można jednak powiedzieć, że nie można się przy tym filmie świetnie bawić - a głównie o to chodzi. Najnowszy film z MCU można zawsze potraktować jako dobrą rozrywkę po szkole lub pracy. Stąd też moja ocena: 7,5/10, czyli dobry z plusem. Daleko mu do innych filmów Marvela, ale wciąż potrafi bawić. 
Share:

czwartek, 23 marca 2017

Gdzie się podziali tamci superbohaterowie, czyli Logan: Wolverine (2017)

Troszkę zajęło mi napisanie tego tekstu (a właściwie przemyślenie, o czym w ogóle pisać), także z powodów bardziej osobistych. A w kinie byłam już ponad tydzień temu. Początkowo nie miałam zamiaru wybierać się na Logana, choć przebijały się do mnie informacje o m.in. niezrozumiałej decyzji dystrybutora o dubbingu. W końcu zaczęłam czytać kilka recenzji, które krótko mówiły, że film jest "inny od reszty filmów o superbohaterach", że jest cudowny, że ludzie na nim płakali. Postanowiłam więc się wybrać, choć z X-Menami jestem trochę do tyłu. Jednak nie żałuję. I chyba wszystko, o czym pisali i mówili ludzie wcześniej ode mnie się potwierdziło. Ale po kolei.

Źrodło: filmweb.pl
Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, dokładnie w roku 2029. Wolverine, teraz już częściej nazywany Loganem, jest jednym z ostatnich mutantów - od ponad dwudziestu lat nie narodził się żaden nowy mutant z supermocami. Logan opiekuje się starszym i schorowanym profesorem Charlesem Xavierem, którego niekontrolowane moce zaczynają wyrządzać krzywdy ludziom. Tytułowy bohater dorabia jako kierowca taksówki. Pewnego dnia poznaje przypadkowo pielęgniarkę Gabrielę, która koniecznie chce, aby wywiózł ją razem z córką z Meksyku. Logan niezbyt chętnie się na to godzi. Wkrótce jednak okazuje się, że dziewczynka, którą opiekowała się Gabriela jest kimś bliskim i kimś wyjątkowym dla Logana. 

Znam zdanie, które mówi, że dobre sci-fi lub fantasy nie może funkcjonować w ten sposób, że jeśli odejmiemy wątki fantastyczne, to fabuła wiele na tym nie straci. Ja jednak jestem odmiennego zdania. Gdyby nie wątki powiązane z X-Menami i innymi bohaterami Marvela, to mielibyśmy do czynienia z dobrym filmem sensacyjnym i kinem drogi. I chyba to wyróżnia przede wszystkim "Logana" od pozostałych filmów Marvela.

Przyzwyczailiśmy się do schematu, że mamy naszego bohatera, który odkrywa (lub też nie) swoje supermoce, mamy konfrontację naszego protagonisty z antagonistą, mamy walkę, wygraną, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Tu jednak jest inaczej.

W filmie uderza wręcz spory pesymizm. Większość ze znanych X-Menów nie żyje. Charles jest stary i schorowany, a Wolverine, choć początkowo się nie przyznaje, traci powoli swoje moce. Traci również wiarę w siebie i we wszystko, co się dzieje dookoła. Marzy jedynie o świętym spokoju, dopóki właśnie los nie styka go z Gabrielą oraz Laurą. I właśnie mała Laura staje się powodem, dla którego relacje Charlesa i Logana się zmieniają. Cała trójka rusza wspólnie w drogę.

I chyba najlepszym momentem filmu był dla mnie ten, w którym Logan, Profesor X oraz Laura kłamią, udając rodzinę. Charles jest upierdliwym dziadkiem, a Logan próbuje radzić sobie w roli opiekuna oraz ojca. Dialogi Patricka Stewarta i Hugh Jackmana w tym filmie to arcydzieło. I zdaje się, że ten film był napisany głównie dla nich - w końcu obaj żegnają się tutaj ze swoimi rolami. Hugh Jackman po siedemnastu latach grania Wolverine'a w końcu mówi, że "trzeba ze sceny zejść niepokonanym" i to udaje mu się w naprawdę świetny sposób.

Czy film nadaje się dla osób niezaznajomionych ze światem X-Menów? Myślę, że w jakimś stopniu tak. Wprawdzie jest trochę nawiązań do poprzednich filmów, ale raczej ciężko się pogubić, bo "Logan" skupia się właściwie na głównym bohaterze i jego relacjach z innymi, a nie na przeszłości. A właściwie to patrzy w przyszłość.

Muszę jak pozostali skrytykować decyzję o dubbingu. Na szczęście miałam opcję, by wybrać się na seans z napisami, ale jednak decyzja jest dla mnie niepojęta - film bowiem obfituje w wulgarny język oraz dużo przemocy - jest to podobna sytuacja jak w przypadku "Legionu Samobójców", gdzie dubbing brzmiał wręcz kuriozalnie.

Co jeszcze mogę dodać? Od siebie dodam tylko tyle, że "Logan" redefiniuje pojęcie filmu o superbohaterach. Dlatego też szlag mnie trafił, gdy tym bardziej czytałam tekst na portalu natemat.pl, który wrzucił "Logana" do jednego worka wraz z innymi blockbusterami i dał łatkę "film dla idiotów" (szerzej pisała o tym Zwierz). Wprawdzie "Logan" jako film czysto sensacyjny nie byłby czymś nadzwyczajnym, w końcu takich filmów mieliśmy mnóstwo, ale jednak pokazuje to coś innego - a mianowicie fakt, że łączenie takich gatunków, "miksowanie" ich ze sobą jest możliwe. I działa. Dlatego szczerze polecam "Logana", a moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry (oczywiście w swoich gatunkach). 

A następny tekst prawdopodobnie będzie na temat zaproponowany przez Czytelniczkę :)
Share:

sobota, 4 lutego 2017

Jak odczarować tabu w demoludzie, czyli Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017)

Oczywiście nie przerywam cyklu oscarowego, ale póki co zastanawiam się, który film zobaczyć jako kolejny. A na razie postanowiłam zobaczyć kolejną polską produkcję, która już po zwiastunie zapowiadała się ciekawie. Jest to historia dość barwnej postaci z czasów PRL, która swoim życiorysem mogła zaszokować wielu ludzi nawet dzisiaj. W dodatku (przynajmniej częściowo) zmieniła podejście Polaków do spraw seksu, czyli właśnie odczarowywała pewne tabu, pewną hipokryzję, która sprawiała niejednokrotnie, że ludzie cierpieli. Mowa oczywiście o Michalinie Wisłockiej. Ginelożka i seksuolożka, autorka "Sztuki kochania". Jej życie mogłoby właściwie posłużyć na scenariusz niejednego filmu. Tu jednak Maria Sadowska postanowiła wybrać najważniejsze i najciekawsze elementy jej biografii.

Źródło: film.wp.pl

Lata 70. XX wieku. Niezwykle popularna ginekolożka, Michalina Wisłocka, po rozmowach z wieloma pacjentkami decyduje się wydać książkę pt. "Sztuka kochania", pierwszy poradnik dla par na temat życia seksualnego. Oczywiście w PRL-u nie jest to zadanie łatwe, a Wisłocka spotyka po drodze wiele przeszkód, łącznie z wyciąganiem dość ciekawych fragmentów jej życiorysu, jak życie w trójkącie czy romanse z wieloma mężczyznami.

W filmie Marii Sadowskiej jest kilka elementów, które drażniły i które trzeba zaznaczyć na samym początku. Po pierwsze, widz nie dowie się z filmu, czym była książka "Sztuka kochania". Może wnioskować, że był to rewolucyjny jak na tamte czasy poradnik, prezentujący różne pozycje łóżkowe, omawiający kwestie antykoncepcji czy kobiecego orgazmu (tytułowa bohaterka najbardziej się wścieka właśnie wtedy, gdy cenzor mówi jej, że rozdziały o orgazmach zostaną wycięte). Otóż jest to częściowo prawda. W czasach PRL-u edukacja seksualna mocno kulała (nie poruszam nawet tematu czasów dzisiejszych, bo to zupełnie inna bajka), w dodatku antykoncepcja, oprócz tego, że była słabo dostępna, to była też mocno zawodna - dlatego najczęstszą jej formą była aborcja, czasami dokonana tajemnie, w niesterylnych i nieprofesjonalnych warunkach. Na lekcjach biologii omawiano tematy związane z seksem bardzo ogólnikowo, jeśli w ogóle, a wśród młodych ludzi krążyło wiele mitów. W filmie właśnie widzimy, że gdy Wisłocka chce już się poddać po nieskutecznej walce z cenzorami, impulsem do działania była rozmowa z młodą pacjentką po powikłaniach po dokonanej aborcji. Zapłakana dziewczyna zwierza się lekarce i mówi jej, że myślała, że "raz to się nic nie stanie", przez co ani ona ani jej partner nie zabezpieczyli się. Książka była więc swojego rodzaju "bombą", bowiem pisano w niej o sprawach, o których ludzie wstydzili się mówić głośno. Co więc mi się takiego nie podoba? Po prostu książka jest bardzo przestarzała. Wydana w 1976 roku nie przystaje do dzisiejszych czasów, a niektóre porady w niej zawarte mogą przyprawić o ból głowy. Polecam wpis na blogu koralowamama.pl, który mówi więcej o tym, dlaczego ta książka nie powinna być dzisiaj traktowana jak poważny poradnik (w wpisie jest też kilka "ciekawych" cytatów). Dlatego drażni mnie fakt, że w filmie nie mamy powiedziane, o czym dokładnie pisała Wisłocka (choć rozumiem, że film kieruje się pewnymi uproszczeniami), ale także końcowa scena pokazująca druk najnowszego wydania (i przy okazji jest pewna reklama? Takie miałam wrażenie, a takiego lokowania produktu to nie znoszę). 

Jeśli o reklamach mowa, to także niecierpliwiłam się ilością sponsorów przed właściwym seansem. Niekoniecznie może to dobrze świadczyć o danym filmie, a także reklama na plakacie "Twórcy filmu "Bogowie" przedstawiają" także wzbudza czujność. A ostatnią rzeczą, jaką najbardziej drażniło mnie w filmie, był fakt, że Magdalena Boczarska grała Wisłocką w każdym etapie jej życia - nawet będąc 18-letnią dziewczyną. Ogólnie do aktorstwa Boczarskiej nie mam zastrzeżeń, jedna z jej ciekawszych ról (zwłaszcza starsza Wisłocka w jej wydaniu wypada genialnie). ale tu raczej zarzut do reżyserki - czy nie można było zatrudnić na te kilka scenek młodszej aktorki? Wypadałoby to troszkę bardziej wiarygodnie.

Ale! Film ogólnie podobał mi się, ponieważ lubię patrzeć na realia, które już są dla nas tylko historią. I choć film trochę miesza epoki - mamy taką przeplatankę, raz widzimy lata 70., potem mamy wspomnienia z czasów wojny, później znów lata 70., powrót do wspomnień z lat 50. itd. Widz jednak się w tym nie gubi, ponieważ każda epoka jest bardzo dobrze oddana nawet poprzez takie szczegóły jak ubiór bohaterów, odpowiednią scenografię. Dzięki temu wcale nie musimy się zgubić, nawet jeśli historia sama w sobie jest takim przekładańcem. 

Druga rzecz - aktorstwo. Aktorzy dobrani do tego filmu są naprawdę niesamowici. Mamy mnóstwo znanych nazwisk, a przy tym chyba niemal każda rola jest ważna i jest w jakiś sposób zapamiętana - nawet krótkie cameo Tomasza Kota w roli profesora Religi - ot taki smaczek od twórców. Film bardzo broni się aktorsko. Można narzekać, że ciągle te same twarze, jak Adamczyk czy Szyc, jednak... Nawet oni wypadają w tym filmie. Bardziej urzekło mnie aktorstwo kobiet z Boczarską na czele. Oprócz tego mamy przecież też Karolinę Gruszkę, Danutę Stenkę, a także mniej znane aktorki, a przy tym wypadające fajnie i naturalnie.

Można też mieć pewne obawy, że film chce "jechać" na "Bogach" - tu jednak mamy bardzo podobny klimat, scenarzysta fajnie oddaje tamtejsze realia, a przy tym dialogi nie są sztuczne. Może jedynie w Bogach było momentami więcej powagi, a tutaj jednak mamy więcej humoru, dowcipów, a także scen erotycznych (nie jest ich jednak zbyt dużo, więc raczej się nie zgorszymy). Jednak właśnie film doskonale się broni przede wszystkim obsadą oraz scenariuszem. 

Sam główny wątek również jest ciekawy. Bo właśnie to w biografiach lubię najbardziej - kiedy to nie jest cała historia życia danej osoby, a tylko pewien fragment. "Sztuka kochania" to właściwie opowieść o zmaganiach się z systemem PRL-u, jeśli chodzi o wydanie książki. I dopięcie swego. Uśmiechnęłam się, kiedy widziałam finał całości - zadowolona Michalina Wisłocka cieszy się, gdy widzi po prostu ludzi chętnych do czytania książki - nawet jeśli jest to kopia odbita na powielaczu, a nie oficjalne wydanie. Wątki poboczne, czyli życie w trójkącie, czy ogólnie życie prywatne Michaliny również prezentują się ciekawie. A miło patrzyłam na fragmenty, które miały miejsce w Lubniewicach, w miejscowości znajdującej się w moim województwie. 

Na pochwałę zasługuje również realizacja filmu. O ile w "Powidokach" Andrzeja Wajdy obraz Polski komunistycznej był ponury i przygnębiający, tak tutaj jest... Dość kolorowo, zwłaszcza w latach 70. I absolutnie nie jest to zły obraz. Bo wielu ludzi nawet dzisiaj zapomina, że Polska komunistyczna to nie tylko te ponure czasy stalinowskie, ale też całe dekady, w których ludzie żyli, pracowali, kochali się, zakładali rodziny i po prostu cieszyli się życiem. Do tego długie ujęcia, które również bardzo mi się ostatnio w filmach podobają. No i przede wszystkim muzyka - czy to jazz, czy też muzyka rozrywkowa tamtych lat - idealnie wpisują się w klimat całości.

Czy warto wybrać się na "Sztukę kochania"? Moim zdaniem tak, zwłaszcza, jeśli przypadł wam do gustu film "Bogowie". Jest to bardzo podobny klimat, podobny humor, a tematyka również nie tak odległa - jak Religa walczył z tym, aby otworzyć klinikę, tak Wisłocka walczyła o to, by wydać książkę uświadamiającą ludzi o seksie i wszystkim, co z nim związane. Do tego część scen jest mistrzowska, jak np. ta, w której kobiety solidaryzują się i wspólnie walczą o wydanie "Sztuki kochania", nawet jeśli sama Wisłocka już straciła nadzieję. Jednocześnie należy mieć w głowie pewien dystans do treści głoszonych w jej dziele - mocno nieaktualnych. Ale jeśli ktoś chce mieć pogląd, jak wyglądały tamte czasy - to naprawdę warto. A moja ocena to mocne 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

środa, 25 stycznia 2017

Nostalgia i tęsknota za happy endem, czyli La La Land (2016)

Wczoraj mieliśmy nominacje do Oscarów, a więc sezon pora zacząć już na całego! I od razu jak tylko się dowiedziałam, że "La La Land" ma rekordową liczbę nominacji, to kupiłam bilet najszybciej, jak tylko mogłam. I tak miałam zamiar się wybrać na ten film, ale jednak wolałam trochę odczekać na te nominacje, ponieważ widziałam głosy, że nie można być takim pewnym tylu nominacji, nawet jeśli film zdobył aż siedem Złotych Globów. 

Chyba to będzie moja pierwsza recenzja musicalu na blogu. Przyznaję, że nie do końca potrafiłam się nigdy wciągnąć tak w ten gatunek, choć sama muzyka musicalowa podoba mi się niesamowicie, odkąd tylko pamiętam. Ale jednak czasami nie potrafiłam porządnie wysiedzieć i się skupić, jak np. na Les Mis - które to było w całości śpiewane, jak opera. Dlatego też do La La Land postanowiłam podejść właśnie jak do opery - skoro potrafię cieszyć się tą formą sztuki, siedzieć i jeszcze marudzić, że co tak krótko, to czemu nie wytrzymam na musicalu? I... Z lekka się zawiodłam, bo jednak dostaliśmy więcej partii mówionych. Ciąg dalszy z lekkimi spoilerami (choć można się ich spodziewać nawet po tytule).

Źrodło: filmweb.pl
Mia Dolan pracuje w kawiarni na terenie Hollywood. Jej wielkim marzeniem jest aktorstwo, w wolnych chwilach chodzi więc na przesłuchania do różnych filmów czy seriali. Niestety, na razie bycie aktorką pozostaje w sferze jej marzeń. Przypadkowo Mia poznaje Sebastiana, który z kolei jest utalentowanym pianistą jazzowym. Jego marzeniem jest prowadzenie klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia. Sebastian i Mia zakochują się w sobie i razem walczą o spełnienie swoich marzeń, lecz na drodze do ich spełnienia stoi wiele przeszkód.

Łatwiej będzie mi opisać, co w filmie mi się podobało. Bo jest tego bardzo dużo, ale słowa aż same się piszą. Przede wszystkim jest to porządnie zrealizowana produkcja. Wizualnie jest to wręcz cudeńko. Kolorystyka jest przepiękna (już widzę te gify i przeróbki graficzne na tumblrze, ten film aż o to się prosi - i nawet nie trzeba wiele kombinować z filtrami). Scenki takie jak wyjście Mii z przyjaciółkami i ich sukienki w soczystych kolorach - to po prostu majstersztyk. Sama radość dla oka, po prostu wręcz film jest stworzony dla gifów.

Nie zawsze ten efekt przypada mi też do gustu, ale tu akurat się sprawdził i bardzo mi się spodobał - a mowa o długich ujęciach. A nawet bardzo długich, gdzie kamera wędruje wraz z bohaterem, nie ma cięć. W przypadku piosenek jest to trochę nowatorskie podejście (wiadomo, że na takim Broadwayu raczej by się to nie sprawdziło, bo i jak), ale wypada ono tutaj świetnie. Ogólnie nie mam zarzutu do montażu - czasem mamy bowiem właśnie scenki z długimi ujęciami, a czasem tradycyjne (choć bardzo podobała mi się scena kolacji Sebastiana i Mii, gdzie były zbliżenia tylko na ich twarze - to też wyzwanie aktorskie, by operować właściwie jedynie samą mimiką i dialogami, a nie całym ciałem). Również montaż to dla mnie bardzo wysoki poziom.

Przy okazji montażu warto wspomnieć o pewnym hołdzie reżysera dla tradycyjnego kina. Widać to nie tylko w tym, o czym mówią bohaterowie (jak np. Mia opowiadająca o tym, że lubiła oglądać z ciotką Casablancę), ale też w takich smaczkach jak namalowana Ingrid Bergman na ścianie pokoju Mii, czy mural z gwiazdami starego Hollywood... Ale też sam film technicznie łączy w płynny sposób (nie widzę nigdzie jakichś zgrzytów) nowoczesność z tradycją - część scen przypomina te kręcone w latach 50. XX wieku, zwłaszcza takie klasyczne musicale, jak "Deszczowa piosenka", ale też i same napisy początkowe, końcowe czy przejścia między aktami przypominają "stare kino". Poszczególne numery muzyczne czy taneczne tak samo. Dlatego dla kogoś, kto lubi klasyczne kino, "La La Land" będzie miłym i nostalgicznym wspomnieniem - w końcu dzisiaj się już tak filmów właściwie nie robi.

Oczywiście przy musicalu nie można zapomnieć o najważniejszym jego elemencie - o muzyce. Ta jest bardzo dobra - wpadająca w ucho, kojarząca się ze starymi piosenkami musicalowymi, ale także i muzyka będąca w tle do tego nawiązuje (osobiście kojarzyła mi się z kinem z lat 50. czy 60.). Nawet teraz w tle leci mi piosenka otwierająca - czyli "Another Day of Sun". Warstwa muzyczna to najwyższy poziom, ale i również aktorzy potrafili tu śpiewać i te role były jakby stworzone dla nich.

Jeśli mowa o aktorstwie, to również jest niesamowite to, jak film przedstawia ten zawód od kuchni - ciekawie jest patrzeć na Emmę Stone, która gra początkującą aktorkę, niepewną siebie i sfrustrowaną, ponieważ kolejny casting jej nie poszedł. Sami główni bohaterowie grani przez Ryana Goslinga i Emmę Stone są bardzo ciekawi - dość złożeni, stopniowo poznajemy ich motywacje, charaktery, sami zmieniają się (także dzięki znajomości - wcześniej np. Mia mówiła, że nie lubi jazzu, a polubiła go dzięki Sebastianowi). Między Goslingiem i Stone jest niesamowita chemia, aż momentami ciężko uwierzyć, że to tylko film, a oni naprawdę nie są parą.

I właśnie... Tu muszę przejść do wad. Dlaczego w tytule wspominam o "happy endzie"? Po części też dlatego, że właśnie widziałam dyskusję u Kasi Czajki, czyli u Zwierza Popkulturalnego na temat tego, że ludzie mają dziwne przekonanie, że musical powinien się kończyć szczęśliwie. Otóż nie, i jest to dość nietypowe założenie, bo to trochę tak, jakby założyć, że opera ma się dobrze skończyć. Musicale potrafiły się kończyć różnie, a często te zakończenia były dalekie od happy endu. I nic w tym złego, ale właśnie La La Land jest jednym z takich filmów, gdzie człowiek chciałby takiego sztampowego szczęśliwego zakończenia z radosną piosenką na koniec. Tu natomiast... Przyznaję, że końcówka mnie powaliła. Niby sugeruje, że wcale nie jest to takie złe rozwiązanie, że w gruncie rzeczy główni bohaterowie są szczęśliwi i nie mają do siebie żalu, a jednak ja jako widz czułam ogromny smutek, widząc to, że bohaterowie z niesamowitą chemią ostatecznie kończą samotnie. Oczywiście w tego typu filmach nie może być dobrego wyboru - a tu wybór był pomiędzy marzeniami a miłością. Mimo wszystko czasem by się chciało inaczej.

Osobiście uważam też, że pomimo licznych zalet to film ma dość zasadniczą wadę - fabularnie jest on dość przeciętny. Jest to historia, jaką każdy zna, niemal każdy może powiedzieć, że już to gdzieś widział. Nie ma w tym nic złego, ponieważ jest ona serwowana w ciekawy sposób, przystępny w odbiorze, ale jednak... No czasem chciałoby się zobaczyć jakąś inną odsłonę głównego problemu. Być może oprócz zakończenia dość łatwo można było przewidzieć konkretne zdarzenia w filmie -  w końcu nawiązuje to do klasyki, a w klasycznym musicalu musi być miejsce na miłość.

Co z oscarowymi przewidywaniami? Na razie nie chcę prorokować, póki nie widziałam innych nominowanych tytułów - a jakąś część chcę zobaczyć. Osobiście widzę Emmę Stone, która otrzymuje upragnioną statuetkę, Ryana Goslinga trochę mniej, ale ma też spore szanse. Reżyseria? Być może tak. W technicznych kategoriach dałabym "La La Land" wszelkie możliwe nagrody. Ale scenariusz czy najlepszy film? Przy pierwszym to raczej nie, a drugie... Też wątpliwa sprawa, zwłaszcza, że film ma trochę konkurencji. Jestem pewna, że La La Land otrzyma sporo nagród, ale czy te najważniejsze też? Trudno ocenić. Ja sama daję filmowi 7/10 - obniżam ocenę ze względu na scenariusz oraz zakończenie, które wybitnie mnie zasmuciło. Nie było złe samo w sobie, ale po prostu pewnych rzeczy nie robi się widzowi. 

Share:

czwartek, 19 stycznia 2017

Ostatni ukłon Mistrza, czyli Powidoki (2016)

Po wczorajszym seansie w kinie zdecydowałam, że tym wpisem niejako chciałabym rozpocząć sezon oscarowy, choć jeszcze nie ma listy nominowanych. Ostatni film Andrzeja Wajdy nawet nie dotarł do tzw. "krótkiej listy", ale jednak chciałabym o tym filmie pomówić także w kontekście Oscarów. W końcu "Powidoki" opowiadają o artyście. I zostawiają niejako z poczuciem ogromnej pustki. 

Przełom lat 40. i 50. XX wieku. Artysta malarz, Władysław Strzemiński jest znany ze swoich nowoczesnych dzieł sztuki, szanowany i rozpoznawany w całej Europie, a nawet na świecie. Jest on także wykładowcą historii sztuki na uczelni w Łodzi, którą sam założył. Strzemiński pracuje nad książką "Teoria widzenia", interesuje się nowymi formami sztuki oraz jest uwielbiany przez swoich studentów. Wszystko jednak zmienia się z momentem, gdy na uczelni pojawia się minister kultury, głoszący socrealizm jako "jedyną słuszną formę sztuki". Strzemiński otwarcie nie zgadza się ze słowami komunistycznego ministra. Od tej pory malarz jest represjonowany przez władze PRL-u na różne sposoby.

Źródło: filmweb.pl
Czasem wybory Wajdy, jeśli chodzi o filmy, bywały dość niezrozumiałe, a on sam jako reżyser bywał też nierówny. Był znakomity "Popiół i diament" czy "Kanał", ale też nieudana "Panna Nikt", czy przereklamowany "Katyń" (choć rozumiem, dlaczego Mistrz chciał poświęcić temu film, w końcu był to dla niego osobisty temat). "Powidoków" jednak nie zaliczyłabym ani do filmów dobrych, ani zdecydowanie do filmów złych. Jawi się tu trochę problemów, ale o nich trochę później.

Jedno, co można było na pewno powiedzieć o Wajdzie, to na pewno to, że nie bał się podjąć trudnych tematów. Na pewno nie było łatwym zadaniem wypuścić film o takiej tematyce (artyści kontra polityka) przy obecnej władzy, o której słyszy się, że chce również wpływać na to, co np. będzie grane w teatrze. Wprawdzie akcja "Powidoków" toczy się w czasach komunistycznych, czyli nieporównywalnych do dzisiejszych, ale pewne rzeczy można również odnieść nawet do czasów dzisiejszych, bardziej współczesnych widzowi. 

Przede wszystkim film jest przestrogą. Przestrogą przed tym, czym może się skończyć ingerowanie władzy w sztukę i kulturę. Narzucanie jedynej i słusznej wizji nikomu jeszcze nie wyszło na dobre. Widz obserwuje za to, jak komunistyczna władza stopniowo niszczy człowieka - niszczy jego karierę, zabija w nim to, co najbardziej kochał, a także odbiera mu w końcu możliwość samodzielnej egzystencji. Kto wie, czego dokonałby Strzemiński, gdyby nie zachorował na gruźlicę (prawdopodobnie również skutek zaniedbania) - w końcu był znanym artystą sztuki nowoczesnej.

"Powidoki" są oparte na sztuce pod tym samym tytułem, ale brakuje w nich postaci Katarzyny Kobro - znanej rzeźbiarki, byłej żony Strzemińskiego. Zastosowano jednak zabieg typowo teatralny - w filmie Kobro jest już umierająca, wiemy coś o niej tylko dzięki relacjom córki, Niki. Później widzimy tylko pogrzeb. Moim zdaniem jest to dość dobry zabieg, zwłaszcza, gdy reżyser lub scenarzysta chce się skupić na innym wątku, niż skomplikowane relacje malarza z żoną.

W filmie pojawia się wprawdzie cała plejada gwiazd, ale jest to jak dla mnie film Bogusława Lindy, który brawurowo zagrał postać niepokornego artysty, w dodatku grał też człowieka niepełnosprawnego (Strzemiński stracił rękę i nogę podczas wojny), jednocześnie autentycznie zafascynowanego sztuką i zarazem fantastycznego nauczyciela. Z innymi postaciami jest różnie.

Mamy m.in. Krzysztofa Pieczyńskiego w roli Juliana Przybosia czy Mariusza Bonaszewskiego w roli dyrektora muzeum - są to dobre role, lecz trochę mało ich w filmie, by można było powiedzieć, że dorównują Lindzie. Mieszane uczucia mam przy Bronisławie Zamachowskiej i jej Nice, czyli córce Strzemińskiego. Z jednej strony jest to dopiero 15-letnia dziewczyna, być może jeszcze się wyrobi (widać, że chce grać), zarówno Linda i Wajda zachwalali sobie współpracę z nią, ale momentami jednak grała trochę sztucznie, bez wyrazu. Potrafiła zagrać też dobre sceny, jak np. odejście od ojca, który niezbyt się nią interesował i wolał towarzystwo studentów. Myślę jednak, że dziewczyna jeszcze się wyrobi. 

O pozostałych ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Studenci raczej robią za tło, może poza Romanem i Hanką (graną przez Zofię Wichłacz). Przy czym ta druga... Nie wiem, nie lubię postaci, które są sprowadzane do tego, że zakochują się w kimś, a dalej to właściwie nie wiadomo. Postać studentki miała potencjał, póki nie pokazano bardziej otwarcie, że jest ona po prostu zakochana w swoim profesorze.

Od strony technicznej film jest zrealizowany przyzwoicie. Zwłaszcza zdjęcia przypadły mi do gustu, ale nie mogę narzekać na udźwiękowienie, czy ogólnie na sposób kręcenia (choć przyznaję, że przejścia z "ściemnieniem" sceny trochę potrafiły znużyć).

Osobiście nie trawię sztuki nowoczesnej. Nie rozumiem jej, uważam, że w dużej mierze jest przereklamowana i jest objawem snobizmu. Ale w życiu nie zabroniłabym nikomu zachwycania się nią czy tworzenia takowej. Dlatego też można było współczuć głównemu bohaterowi, któremu wraz ze sztuką zabrano dosłownie wszystko. I to w tym filmie jest smutne, a jednocześnie najlepsze. Jednak rozumiem, dlaczego film odpadł w oscarowych przedbiegach. Wajda zawsze tworzył filmy z przesłaniem - tak było też i tym razem, myślę, że Mistrza można poznać po tym, jak zakończył swoją karierę i żywot. Ale jednak niestety, czegoś mi w tym filmie zabrakło. I nie jestem w stanie do końca określić, czego. Jednak film odpadł, ponieważ opowiada o trudnych czasach komunistycznych. Zachodni widz nie zrozumie pewnych warunków, w których żyli ludzie, nie pojmie do końca, dlaczego właściwie przez "kawałek papieru" zniszczono człowiekowi życie. Sądzę, że to zaważyło na ocenie Akademii. Choć film mi się podobał, to mogę dać jedynie 6,5/10 - czyli dobry z minusem. Głównie na ocenie zaważyły braki scenariuszowe i to, że raczej nie przepadam za filmami "jednego aktora" - bo poza Lindą niewiele osób na planie miało szansę się wykazać. 
Share:

niedziela, 8 stycznia 2017

Jak robić fajne spin-offy, czyli Łotr 1. Gwiezdne Wojny Historie (2016).

I Nowy Rok zaczynam tekstem o filmie tak na świeżo po wyjściu z kina (choć to było wczoraj). Wprawdzie nie czułam, że koniecznie muszę się wybrać na "Rogue One", ale w końcu udało mi się trafić na kinową salę i obejrzeć w spokoju film (wolę, kiedy na sali jest już troszkę mniej ludzi). Trochę bałam się, że nie zdążę, że już przestaną grać, a potem będę musiała długo czekać na jakąś porządną kopię w Internecie czy na wydanie DVD... Ale oczywiście wolałam wesprzeć legalną kulturę. 

I powiem wprost - wyszłam z kina z naprawdę mieszanymi uczuciami. Nie uważam przy tym, że film jest zły. Przeciwnie - bardzo mi się podobał, dobrze się na nim bawiłam. Jednocześnie zastosował on zabieg, który ma chyba szansę na powodzenie jedynie w spin-offach - a przecież "Łotr" to w założeniu spin-off, w dodatku taki klasyczny - opowiada historię z danego uniwersum, wplata ładnie postacie, które już znamy, a przy tym pokazuje coś z innego punktu widzenia, wydarzenia, których widz nie miał okazji znać wcześniej. Jednocześnie nie ma też żadnej sprzeczności z "Nową Nadzieją" i pozostałymi częściami znanych już nam historii.

Źródło: filmweb.pl
Główną bohaterką "Łotra" jest Jyn Erso, córka naukowca pracującego dla Imperium. Pewnego dnia ojciec Jyn, Galen, zostaje zabrany przez siły Imperium, by pracować nad nową, śmiercionośną bronią, zaś sama dziewczyna ucieka. Mijają lata, Jyn dorasta i jednocześnie nie jest mile widziana ani przez Imperium, ani przez Rebelię. Jednakże siły tej drugiej postanawiają ją wykorzystać dla swojej misji - Rebelianci szukają bowiem Sawa Gerrerę, ekstremistę, człowieka, który wychował Jyn. W międzyczasie dziewczyna wraz z nowymi towarzyszami dowiadują się zaskakującej prawdy o Galenie Erso. Informacja ta może zmienić losy wojny Rebelii z Imperium.

Przede wszystkim w filmie podobało mi się to, że okazał się być czymś innym, niż reklamowano w trailerach. Często jest tak, że trailery bardzo zwodzą na manowce, w dodatku nierzadka jest praktyka wciskania wszystkich fajnych scen w trailer, a film jako całość okazuje się dość średni, jeśli nie kiepski. Tutaj jednak rozczarowałam się pozytywnie. "Rogue One" reklamowano jako historię poboczną do sagi Gwiezdnych Wojen. Dość enigmatycznie mówiono, że jest to historia o grupie Rebeliantów, którzy wykradają plany Gwiazdy Śmierci - dzięki czemu wojna z Imperium została skrócona, a Rebelia wygrała. Jest to oczywiście opis prawdziwy, ale niepełny. Trailery raczej sugerowały mi, że Jyn będzie jakimś typowym badassem Rebelii, superbohaterką, dla której misja kradzieży planów to bułka z masłem. Lub jak to zasugerowała w rozmowie ze mną Ann, że Jyn będzie kolejną krnąbrną dziewczyną, która zostanie wysłana na misję, by nabrała pokory. Żadna z tych wersji się nie sprawdziła. I bardzo dobrze. Może osobiście miałam dość niewysokie oczekiwania względem tego filmu, ale to tym lepiej - bo się nie zawiodłam.

Tymczasem główna bohaterka jest dość nietypowa. Przyzwyczailiśmy się trochę do czarno-białych postaci, a jednak Jyn bardziej wcisnęłabym w ramy "antybohaterki". Niby jej historia zaczyna się od tego, że ucieka przed siłami Imperium. Jest wychowana przez ekstremistę, wprawdzie przeciwnemu siłom Lorda Vadera, ale stosującego zbyt radykalne środki, jak na siły Rebelii. Nie jest ona szczególnie zachwycona tym, że "ci dobrzy" postanawiają ją wykorzystać jako swojego rodzaju przynętę. Jyn nie jest bowiem niby kimś znaczącym w Imperium, ale jednocześnie nie stoi po stronie Rebelii - stara się zachować pewnego rodzaju neutralność. W bohaterce podoba mi się jej stopniowa zmiana - od obojętnej na losy świata dziewczyny aż po wielką (choć niedocenianą) bohaterkę. Jyn częściowo wyłamuje się więc ze schematu "strong female character", pokazuje też, że można być słabym, ale także to, że siła często polega na czymś innym, nie tylko na bezsensownym szarżowaniu.

Niestety, o pozostałych postaciach mogę mówić różnie, niekoniecznie w samych superlatywach. Teoretycznie Cassian, grany przez Diego Lunę, powinien mi przypaść do gustu. Tak jednak się nie dzieje. A główną przyczyną jest to, że niewiele właściwie wiemy o tej postaci - wiemy jedynie, że ma jakąś mroczną przeszłość, ale ten wątek nie jest kompletnie rozwinięty. Praktycznie Cassian zostaje ograniczony do roli "przystojnego żołnierza Imperium". Nie powiem, jego zdolności przywódcze czy też zdolności walki są naprawdę przydatne, jednak to nie jest to. Zdecydowanie bardziej wolałam innych towarzyszy, jak robota K-2SO, który dodawał humoru całej opowieści, czy pilota Bohdiego. Przy nim sądziłam, że zostanie on ograniczony do roli pechowego posłańca, który zostanie zabity i będzie z niego niewiele pożytku, ale jednak okazał się bardzo przydatną postacią, którą widz zdąży polubić. No i oczywiście duet z miasta Jehda - czyli Chirrut i Baze - jeden bardzo wierzy w Moc, a drugi trochę tej Mocy pomaga - od początku ich polubiłam.

I teraz pora przejść do założenia tytułowego, czyli jak zrobić dobry spin-off. Spin-off jest często gatunkiem "fanfikowym", niejednokrotnie fani próbują sami rozwijać wątki poboczne czy tworzyć nowe historie w danym uniwersum. Przykładem może być uniwersum Saint Seiyi, gdzie jak na ironię, często te spin-offy są popularniejsze od oryginału (a niektóre nawet lepiej zrobione!). Na co się składa dobry spin-off? Moim zdaniem musi być tak wpleciony w oryginał, że ani nie przeszkadza głównej fabule, ani nie jest też od niej daleki. I w "Łotrze 1" tak dokładnie się dzieje. W tle mamy postacie znane - Lorda Vadera, generała Tarkina czy księżniczkę Leię (ta ostatnia dwójka genialnie była zrobiona w CGI - kompletnie tego nie widać), są wspomniane konkretne wydarzenia, które już znamy (np. widz znający oryginał wie, jaki smutny los spotka Baila Organę z planety Alderaan). Jednocześnie głównymi bohaterami są postacie, których do tej pory nie znaliśmy - ale ich losy nie kłócą się z oryginałem. Niestety, aby właśnie tak się stało, zdecydowano się na najrozsądniejszy, ale jednocześnie na najsmutniejszy zabieg - a mianowicie uśmiercenie. Z każdą kolejną postacią uśmiercaną czułam niesamowitą pustkę. W końcu widz w ciągu tych dwóch godzin zdąży się przywiązać do tych postaci, polubić je, a jednocześnie wie, że uśmiercenie to najrozsądniejsze rozwiązanie. Bo pomyślmy. Gdyby bohaterowie "Łotra 1" przeżyli, to co by było dalej? Jak pogodzić to z "Nową Nadzieją", powstałą 40 lat temu? Nijak. Widz musiałby sobie coś dopowiedzieć, ale przykre by było, gdyby wielcy bohaterowie Rebelii stali się później mięsem armatnim, albo postaciami robiącymi całkowicie za tło. Czasami po prostu te fabularne rozwiązania, które są dobre dla całości, nie są niestety dobre dla emocji widza.

Sama fabuła w sobie nie jest aż tak skomplikowana, choć początkowo mamy niezły chaos. Mimo to film ogląda się przyjemnie i wpisuje się w cały klimat "Gwiezdnych Wojen". Mamy po prostu poprawnie zawiązaną intrygę i rozwiązanie całej fabuły. Tylko tyle, ale jednak od tego filmu nie oczekiwałam zbyt wiele. W końcu to tylko przygodowe sci-fi. Choć podoba mi się też geneza tytułu - czyli nazwa statku wymyślona na poczekaniu.

Mimo to muszę zaznaczyć, że nie jestem pewna na 100%, czy na film poszłabym z dzieckiem. Mój 10-letni chrześniak jest wielkim fanem "Gwiezdnych Wojen", ale jednak myślę, że te 12-13 lat to takie minimum - film jest momentami dość mroczny, fabuła trochę za trudna dla dziecka, a humoru nie uświadczymy tu aż tak dużo.

Co do CGI i innych efektów, to mam podobne zdanie, jak w przypadku "Przebudzenia Mocy", czyli dobrze, że odeszli od nadmiernych efektów specjalnych tworzonych komputerowo, a ograniczono się tam, gdzie faktycznie były potrzebne (wcześniej wspomniałam o tym, że świetnie pokazano Tarkina i Leię, w ogóle nie widziałam tutaj efektów komputerowych, byłam raczej pewna, że są to "wklejone" postacie ze starych filmów). Muzyka oczywiście typowa dla klimatu. Jedyny mankament moim zdaniem to taki, że nie było tego klasycznego wprowadzenia, czyli "latających napisów", które wprowadzałyby widza w historię. Ale da się znieść.

"Łotr 1" to ciekawe przedstawienie pobocznej historii (ale jakże ważnej) do "Nowej Nadziei". Początkowo fani mieli obiekcje, czy aby na pewno taki film jest potrzebny. Może i nie, ale to nie zmienia faktu, że przyjemnie się go ogląda. Nie umywa się do oryginału, ale jednak ma w sobie to coś. Ot ciekawe sci-fi, które jednocześnie nie psuje klimatu znanego z oryginalnych "Gwiezdnych Wojen". Mimo tego załamującego zakończenia... Myślę, że warto zobaczyć. Moja ocena to: 7/10, czyli dobry.

Z małych ogłoszeń:

  • prawdopodobnie niedługo napiszę coś o niesławnych "Pasażerach". Obejrzałam ten film i naprawdę jest tak źle, jak mówią. Ma on wiele mankamentów, o których można powiedzieć w skrócie "zmarnowany potencjał".
  • obejrzałam też trzy tytuły anime, które łączy jeden element - dość słaby research. Dlatego też spodziewajcie się tekstu.
  • na niesławnego "Assassin's Creed" się nie wybieram. Chyba nie chcę, by ten film mi zniszczył sentyment, co do gry.
  • ocenę oscarowych filmów zostawię sobie na później - poczekamy, aż będą oficjalne nominacje.
Share:

czwartek, 22 grudnia 2016

Marzenia (nie)spełnione, czyli Yuri!!! On Ice (2016)


Wprawdzie recenzję planowałam na piątek, ale jednak chyba wolę, kiedy napiszę coś na świeżo. Zwłaszcza, że już po kilku odcinkach Yuri!!! On Ice (lub jak to polski fandom ochrzcił ten tytuł - "Jurki") okrzyknięto anime sezonu, a nawet roku. Czy sportowa historia, jakich wiele jest warta obejrzenia? Co wyróżnia ją spośród innych tytułów? Myślę, że przede wszystkim podejście do tematu. I sądzę, że nie bez znaczenia jest fakt, że twórczynią tego anime jest kobieta. Stąd pewien nacisk na uczucia, na spojrzenie nie tylko sportowe, ale także spojrzenie czysto ludzkie, psychologiczne. Jest wiele rzeczy, które mnie oczarowało w tym anime, co nie znaczy, że nie brakuje wad.

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY. 

Główni bohaterowie, na pierwszym planie Yuri Katsuki. Źródło: yurionice.com
Yuri Katsuki ma 23 lata i jest znanym łyżwiarzem figurowym w Japonii. Przez pewien czas trenował w Stanach Zjednoczonych, tam też skończył studia. Choć osiągnął wiele, nie brakuje mu talentu, to brakuje mu jednak pewności siebie, która sprawia, że na lodzie za bardzo się stresuje i w efekcie popełnia podstawowe błędy. Jego idolem jest Wiktor Nikiforow*, rosyjski łyżwiarz, który, zdaje się, osiągnął już wszystko. Pewnego dnia Yuri powtarza sławny układ Wiktora, tańcząc na lodowisku w swojej rodzinnej miejscowości. Łyżwiarz jest nagrywany bez swojej wiedzy, a nagranie szybko podbija Internet. Dociera ono nawet do samego Wiktora, który wkrótce zjawia się w Japonii i oznajmia, że zostanie trenerem Yuriego. Wkrótce przyjeżdża także nowa, młoda gwiazda, która chce konkurować z Yurim i Wiktorem, czyli 15-letni Jurij Plisecki. Zaskoczony Yuri przystaje jednak na propozycję Wiktora.

Wprawdzie część ludzi, która mnie zna, zaraz powie, że najbardziej podobał mi się fanserwis, jakiego jeszcze nie było w tego typu anime, ale tu zaskoczę chyba wielu i powiem, że nie. Wprawdzie do fanserwisu jeszcze wrócę (bo mam do niego kilka zastrzeżeń), ale chyba najbardziej podoba mi się w tym anime fakt, że jest to opowieść o tym, że do pewnych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć. 

Yuri Katsuki to postać, z którą dość łatwo można się utożsamić. Ma swoje wzloty i upadki, ale jednak jego największym problemem jest to, że brakuje mu wiary w siebie i swoje możliwości - nawet jeśli wiele osób mówiło mu, że nie brakuje mu talentu ani umiejętności. Problem jednak leży w pewnej blokadzie psychicznej. Zdaje się, że wielu ludzi ma podobny problem - i nawet nie trzeba być sportowcem. Ale często wystarczy jedna krytyka, jedna porażka, by się zamknąć w sobie i nie rozwijać tego talentu. Yuri potrzebował jakiegoś motywatora, a tym okazuje się miłość. Miłość... Cóż, jedni uważają, że jest to po prostu czysty podziw i przyjaźń do nowego trenera, a inni, że jest to miłość romantyczna (ja skłaniam się ku drugiej opcji). Anime ma raptem dwanaście odcinków, a po prostu byłam zachwycona, kiedy patrzyłam na rozwój charakteru postaci, który był płynny, ale nie sztucznie przyspieszony. Miło było patrzeć, jak Yuri nabierał pewności siebie i z zakompleksionego faceta, który w dodatku zmagał się z nadwagą (wiem, że niektórzy krytykują ten wątek, ale spójrzmy prawdzie w oczy - mowa tutaj o łyżwiarzu figurowym, który nie może sobie pozwolić na dodatkowe kilogramy) stał się pewnym siebie mężczyzną, który osiąga sukces. Być może nie są to te wyśnione osiągnięcia, ale czasem, jak to w sporcie mówią, progres jest o wiele ważniejszy niż wszystkie medale. 

Pierwsza połowa anime to raczej rozwój relacji i rozwój charakteru - w tym także dość urocze podziwianie drugiej osoby z perspektywy kogoś zauroczonego, zafascynowanego - czy to samym talentem, czy może osobą - to w tej chwili nie jest istotne. Wprawdzie jest to dość sztampowy zabieg w anime, ale jednak często tzw. sportówki (jak chociażby Free!, o którym również pisałam) nie wychodzą poza ten schemat i poza ten etap relacji. W Yuri!!! On Ice stało się zupełnie inaczej. Nie dość, że pokazano coś niemalże wprost, to kolejna rzecz, która urzekła mnie w tym anime to fakt, że pokazuje ono, że w każdym związku są również wzloty i upadki, a pocałunek, czy wszelkie wyznania nie sprawiają, że od tej pory jest wszystko super i można by było tylko dodać "i żyli długo i szczęśliwie". Doskonale rozumiałam Yuriego, który płacząc mówił o tym, że czuje się źle ze swoimi porażkami, ponieważ nie odpowiada już tylko sam za siebie, ale także ewentualna porażka będzie także rzutować na trenera. Wzajemna odpowiedzialność i lęki z nią związane są czymś niby oczywistym, a jednak w mediach nieczęsto spotykamy taki motyw. W drugiej połowie widzimy, jak "odmieniony" Yuri zmierza się w finałach mistrzostw w łyżwiarstwie figurowym. Ta druga część jest również ciekawa, ponieważ poznajemy nowych bohaterów, ich motywacje (lub przynajmniej ich część), a nawet zdążymy zmienić stosunek co do nich - np. Chris Giacometti wydawał mi się początkowo osaczający, a jego seksapil wręcz powodował zażenowanie połączone z... strachem? Trudno mi to ująć, był to po prostu typ faceta, jakiego nie chciałabym spotkać. Pod koniec jednak - a właściwie w ostatnim odcinku - okazał się całkiem sympatyczny. Podobnie jak Jean Jacques Leroy, zwany JJem - początkowo chłopak z wybujałym ego, zbyt pewny siebie, a później zaczęłam mu współczuć, ponieważ pierwszy raz poważnie poczuł presję - a jednocześnie naprawdę miło było widzieć wsparcie ze strony bliskich dla niego.

Czas powiedzieć troszkę o fanserwisie. Do tego trochę odwołuje się tytuł tej recenzji - te "marzenia niespełnione" dotyczą głównie fabuły - w końcu Yuri nie wygrał mistrzostw (ale na to nie liczyłam). "Marzenia spełnione" to te dotyczące wątku miłości homoseksualnej - i tu wyjaśnię, dlaczego jestem za opcją pt. "to jest normalny związek, Wiktor i Yuri są po prostu parą" - po prostu dlatego, że czasem za bardzo patrzymy z perspektywy heteronormatywnej. Gdyby któryś z nich był dziewczyną, to myślę, że dla wszystkich byłoby oczywiste, że są parą. I nawet nie trzeba byłoby przedstawiać wiele rzeczy wprost. W tym anime zaś po sławnej scenie z odcinka siódmego pojawiły się kłótnie, czy był pocałunek, czy go nie było. A ja jestem zdania, że nawet jak go nie było, to uścisk był zbyt oczywisty i zbyt intymny jak na przyjaciół. Nie widzę także sprzeczności w pokazywaniu relacji czysto zawodowych i przyjacielskich - w sporcie nie raz się zdarzało, że trener i sportowiec (obojętnie jakiej płci) zostawali parą lub nawet małżeństwem. A że byli też na stopie przyjacielskiej? A co może być piękniejszego od przyjaźni, która w naturalny i niewymuszony sposób przeradza się w miłość? 

Nie oznacza to jednak, że fanserwis nie przeszkadzał mi tak w stu procentach. O ile początkowe odcinki wraz z pewnymi "hintami" typu wspólna kąpiel, czy para w strategicznym miejscu, albo teksty "Yuri, chodźmy spać razem" to potrafiły śmieszyć, bo dawka była dość rozsądna, tak potem zaczynało to lekko przeszkadzać, zwłaszcza nagromadzenie tego mieliśmy w odcinku dziesiątym, gdzie niemal każdy pytał się "czy to się wydarzyło naprawdę?" - obrączki jako symbol obietnicy? No błagam... Złączone łóżka w hotelu? Na pewno przypadek. Zdecydowanie było tego za dużo, a wolałam oglądać treningi czy zmagania się na lodowisku, ponieważ w końcu miało to być anime o jeździe figurowej na lodzie. Niemniej jednak cieszyło mnie w tym wszystkim jedno - rozsądny wiek bohaterów. Yuri miał 23 lata (pod koniec już skończył 24), a Wiktor - 27. Dlatego podobało mi się też rozsądne podejście Wiktora do choreografii Jurija - dla piętnastolatka choreografia nacechowana seksapilem byłaby zbyt dojrzała i nieodpowiednia, natomiast Wiktor wybrał temat czystej miłości dla młodego łyżwiarza.

Czas powiedzieć trochę o animacji. Animacją zajęło się małe studio MAPPA. Małe studia mają swoje zalety, ale niestety, również i wady. A najgorszą z nich jest ograniczony budżet. Być może w początkowych odcinkach tego nie widać (sama byłam zachwycona kreską i animacją), ale czym dalej w las... Niestety, CGI (prawdopodobnie nie do uniknięcia w dzisiejszych czasach) było dość widoczne w tych miejscach, gdzie miało być właśnie niewidoczne, a być jedynie pomocą - czyli głównie w sekwencjach jazdy głównych bohaterów. Często też podczas jazdy figurowej było widać zachwianie proporcji, niestaranne rysowanie, itd. Problem słabej jakości animacji w Japonii to jednak temat na oddzielny post, a przyczyn takiego stanu jest wiele. 

Technicznie za to nadrabia muzyka. Mowa tu zarówno o openingu (śpiewanym ładną angielszczyzną!) oraz endingu (graficznie również ciekawy, pokazujący zdjęcia z Instagrama głównych bohaterów), jak i o utworach wykorzystanych przez łyżwiarzy do swojej choreografii - mowa tu o muzyce klasycznej (opera czy balet, które są bardzo częste w jeździe figurowej), jak i kawałkach specjalnie ułożonych na potrzeby serialu, które łatwo wpadają w ucho, nawet jeśli pokazane były tylko raz.

Yuri!!! On Ice to z pewnością pozycja wyjątkowa w anime. Dała też nadzieję, że może więcej twórców ośmieli się w końcu wrzucać rozsądnie wątki homoseksualne - bez fanserwisu czy queerbaitingu, nie tworząc jednocześnie z tytułu kolejnego yaoi czy yuri. Marzy mi się, żeby tak fajnie poprowadzony wątek (nawet bez takiej ilości hintów jak w YoI) był pokazany w jakimś shounenie... To byłby chyba znak naszych czasów, jednocześnie pokazujący, że liczy się miłość, a nie płeć czy inne cechy bohaterów, na które kompletnie nie mieli wpływu. Piękna kreska, bohaterowie, z którymi można się utożsamiać oraz cudowna muzyka... Czego więcej potrzeba do szczęścia? No, może drugiego sezonu, choć było zasugerowane, że taki powstanie. I na takowy czekam. A moja ocena to na dzisiaj 7,5/10, czyli bardzo dobry z minusem. Ocena troszkę niższa, ponieważ jednak animacja często zgrzytała, fanserwisu było trochę za dużo, a także niepotrzebnie twórcy wprowadzali historie bohaterów, którzy nie odegrali jednak większej roli - na to będzie czas w sezonie drugim.

* Wiem, jak to jest zapisane w oficjalnym tłumaczeniu angielskim, ale mamy taką piękną, polską transliterację cyrylicy, więc wolę z niej korzystać.
Share:

piątek, 9 grudnia 2016

Czego nie oczekuję od polskich filmów, czyli Pitbull. Niebezpieczne kobiety (2016)

Trochę czasu minęło, odkąd pisałam. Ciągle mam dwa zaległe teksty, w tym jeden o udanym serialu Netflixa "Crown" o młodej królowej Elżbiecie. Tym razem poszłam do kina, choć przyznaję, że bez większego przekonania i większego entuzjazmu. Może to dlatego, że nie widziałam wcześniejszych części "Pitbulla"? Być może. A może to wina filmu samego w sobie? 

W polskich filmach, a może i w filmach w ogóle nie oczekuję żartów na siłę, zwłaszcza odgrzewanych kotletów z Internetu, które znam od dawien dawna. Oczekuję również w miarę poukładanych wątków, a może przede wszystkim - odpowiedniego marketingu. Zwiastun, tytuł i opisy filmu sugerowały, że będzie on głównie opowiadał o kobietach. Dodajmy: niebezpiecznych kobietach. Tytuł chwytliwy, zachęcający, a jednak... Człowiek nie dostaje do końca tego, czego oczekuje.

Coś, co w sumie mnie irytuje w polskich (i nie tylko) plakatach filmowych - wsadzić jak najwięcej postaci i nazwisk aktorów. Źrodło: filmweb.pl
Według statystyk w zeszłym roku 40% przyjętych osób do policji stanowiły kobiety. W szeregach policji swoich sił próbują Zuza i Jadźka. W swojej karierze spotykają nietypowe i ciekawe osoby zarówno w samej policji, jak i w świecie przestępczym. Film opowiada także o niejakim Cukrze, którego dziewczyna siedzi w więzieniu, a on sam ma powiązania z mafią paliwową.

Pierwsze, co rzuca się w "Niebezpiecznych kobietach" w oczy jest chaos. Film jest zbyt chaotyczny i posiada zbyt dużo wątków. Właściwie wszystkie one są w pewien sposób ciekawe, ale żaden z nich nie jest tak w zasadzie rozwinięty do końca. I w ten sposób mamy Majamiego, granego przez Stramowskiego i wątek jego związku z Olką (tutaj fenomenalnie ją zagrała Maja Ostaszewska). Wątek Zuzy i Jadźki łączy się z Cukrem, który w zasadzie jest głównym bohaterem tej opowieści, oraz z mafią paliwową. Oprócz tego mamy wątek skorumpowanej policjantki, granej przez Magdalenę Cielecką - która chciałaby zarabiać więcej ze względu na to, że jej syn wymaga terapii. No i wreszcie jest wątek Drabiny, granej przez Alicję Bachledę-Curuś, który to pojawia się jako pierwszy i jest powiązany z całą resztą. Naprawdę, zdecydowanie za dużo, jak na film, który ma trwać około 2,5 godziny. Przez to traci całość i tracą postacie.

Właśnie najmniej w tym filmie podobał mi się główny antagonista, czyli Remek (Cukier). Wykreowany... W zasadzie na nie wiadomo kogo. Z jednej strony pomocny strażak, z drugiej strony bezwzględny bandzior, a z trzeciej filozofujący złoczyńca. Za dużo sprzeczności w jednym człowieku. Dodatkowo jego postać jest dość niewiarygodna, bo wychodzi, że chyba nikt i nic nie jest w stanie mu zagrozić. Zdecydowanie lepiej wypada tutaj postać grana przez Alicję Bachledę-Curuś - ponieważ widzimy, jak ona się zmienia, w dodatku ta zmiana jest mroczna i jedna z bardziej zasługujących na uwagę.

A przy okazji tych "dobrych" postaci, to w zasadzie nie wiadomo, na kim skupić uwagę. Niby prym wiedzie tu historia Zuzy, która trafia do policji wkrótce po rozstaniu z mężem, ale obok mamy jednocześnie wątek Drabiny czy wątek Majamiego, znanego z poprzedniej części. Nie mam zarzutu do aktorów - ci grają na przynajmniej dość przyzwoitym poziomie, jeśli nie genialnym - np. Maja Ostaszewska, która raczej kojarzy mi się z rolami inteligentnych kobiet fenomenalnie zagrała Olkę, którą raczej można byłoby nazwać prędzej "blacharą". Nie spodziewałam się takiej roli, ale to też świadczy o wielkości aktorki, która podjęła się tego wyzwania. Moją uwagę przykuła również niejednoznaczna postać Somalii, granej przez Magdalenę Cielecką - tu jednak niestety film poświęcił jej dość mało miejsca, a szkoda, bo jej wątek mnie zaintrygował.

Od strony technicznej również nie można narzekać, przynajmniej na stronę wizualną - jeśli ktoś chce dobrych efektów specjalnych, dobrych ujęć operatorskich - na pewno je dostanie. Gorzej jest natomiast z udźwiękowieniem i jest to bolączka polskich filmów. Pół biedy z dykcją niektórych aktorów (niektórych to nie rozumiałam, co w ogóle mówią) - czasami mieli do odegrania po prostu taką postać. Ale jednak często nagranie samego dźwięku po prostu leży i jest za cicho. A w końcu to kino.

Film "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" jest również przykładem czegoś, o czym wspominałam w którymś komentarzu - film, który nie przechodzi testu Bechdel, może być naprawdę dobry. Ale tak samo film, który ten test przechodzi, może się okazać czymś kiepskim. Może tego filmu aż tak ostro bym nie oceniła, ale jednak dowodzi temu, że nie wystarczy pisać o kobietach, trzeba to jeszcze robić dobrze, czego przykładem był zeszłoroczny "Mad Max". I nie chodzi tu nawet o postacie, ale najgorszym grzechem tego filmu jest niestety jego chaos i nadmiar wątków. Choć prawdopodobnie jako serial bardzo by się spodobał i wolałabym, aby pan Patryk Vega poszedł tym tropem (raz jeszcze). A na dzień dzisiejszy moja ocena to 5,5/10, czyli średni z plusem. Fabuła dużo na tym zaważyła. 

Share:

piątek, 14 października 2016

Wołyń (2016) - recenzja bardziej osobista

Piszę tę recenzję po dwóch dniach od obejrzenia tego wstrząsającego filmu, a do tej pory nie umiem praktycznie dobrać słów. Ta recenzja będzie bardziej osobista niż wszystkie pozostałe razem wzięte. Żaden film nie pozostawił chyba we mnie tak silnych emocji. Przyznaję, że bałam się tego filmu. Nie bałam w tym sensie, że będzie zły, że spłyci temat, że będzie ogólnie kiepski. Bałam się po prostu tego, co zobaczę. Z kina wyszłam cała blada, w milczeniu, tak jak i pozostałe osoby, które były na sali. Brakowało mi słów na to, co zobaczyłam.

Film ma też dla mnie charakter osobisty, bowiem chcę się podzielić z Czytelnikami bloga osobistą historią. Myślę, że ten, który czyta regularnie moje notki, widzi w stopce lokalizację "Zielona Góra". Nie trzeba być wielkim znawcą historii, by wiedzieć, że Zielona Góra i jej okolice są w granicach Polski dopiero od 1945 roku. Moja najbliższa rodzina pochodzi nie z Wołynia, a z dawnego województwa tarnopolskiego, ale i tam doświadczono ogromnych krzywd i traumy. Świadkiem tamtych wydarzeń jest jeszcze moja babcia, która nie raz opowiadała o tym, jak ona, jej siostra i matka bały się banderowców, którzy w każdej chwili mogli zabić ludzi tylko za to, że byli Polakami. Dawni sąsiedzi stali się największymi wrogami, przez których zmuszeni byli do ucieczki w nieznane. Te historie często brzmiały tak okrutnie, że były aż nieprawdopodobne. A dodatkowo film Smarzowskiego urzeczywistnił tamte wyobrażenia, które stały się aż nadto żywe.

Źródło: filmweb.pl

Lato 1939 roku. 17-letnia Zosia Głowacka jest zakochana z wzajemnością w młodym Ukraińcu o imieniu Petro. Niestety, rodzice decydują, że dziewczyna powinna wyjść za mąż za wdowca, Macieja Skibę. Zosia pomimo rozpaczy jest posłuszna woli rodziców, a tym samym zostaje żoną Macieja i macochą dla jego dzieci z pierwszego małżeństwa - Franka i Marysi. Wkrótce wybucha II wojna światowa. Wraz z Zosią jesteśmy świadkami tragicznych wydarzeń na Wołyniu, których kulminację mamy w 1943 roku, podczas słynnej rzezi wołyńskiej.

Wiem, że niektórzy mają zastrzeżenia, co do hasła na plakacie, że film opowiada o miłości w nieludzkich czasach. Wprawdzie jest prowadzony wątek trójkąta miłosnego, lecz fakt faktem - nie jest on wcale najważniejszy w tym filmie. Myślę jednak, że hasło nie jest tym samym fałszywe. Widziałam trochę filmów poruszających wątek II wojny światowej i łączy je bardzo często jedna rzecz - antywojenne przesłanie. Przesłanie, które mówi o bezsensie tamtej wojny, o cierpieniu ludzi żyjących w tych nieludzkich czasach, ale też te dzieła filmowe są swojego rodzaju ostrzeżeniem dla współczesnych, do czego może doprowadzić nienawiść. I do takich właśnie filmów zalicza się "Wołyń". A miłość wcale nie musi się objawiać w jeden sposób.

Owszem, mamy wątek miłości romantycznej, mamy nawet sceny czysto erotyczne (jak to przeważnie u Smarzowskiego), ale dla mnie bardziej w oczy rzucała się miłość Zosi do dzieci - czy to do swoich pasierbów (przejawiana w tym, że chciała ich chronić i ich wychować), czy też do własnego dziecka, którego broni za wszelką cenę do samego końca. Mamy też miłość wyrażoną w zwykłej przyzwoitości, nakazującej chronienie czyjegoś życia (np. wątek ukrywania Żydów przez Zosię, pomimo świadomości, że groziła za to kara śmierci), czy bohaterska odmowa Wasyla, szwagra Zosi, w udziale w mordowaniu Polaków (ze względu na to, że jego żona była Polką i nie wyobrażał sobie, że mógłby ją zabić). 

"Wołyń" opowiada jednak przede wszystkim o przetrwaniu. W filmie mamy przedstawione lata 1939-1943 (tak wynika z kontekstu i z tego, o czym opowiadają bohaterowie), a praktycznie całość trzyma w nieustannym napięciu, które dodatkowo potęguje muzyka - wprawdzie używana dość powściągliwie, ale ciągle zbliżająca widza do najgorszego. A właśnie wbrew pozorom w filmie nie ma dużo brutalnych scen. Są one jednak na tyle drastyczne, że w kinie odwracałam wzrok (dlatego film moim zdaniem nie jest dla wrażliwych). Dużo straszniejsze jest to poczucie nieuchronnej tragedii (zwłaszcza, że widz wie, jak film się skończy, a jeśli nie wie... To wystarczy jedno spojrzenie na wikipedię). Ciągłe potęgowanie nienawiści poprzez tajne spotkania Ukraińców, odwoływanie się do Biblii przez grekokatolickich duchownych (i jej fanatyczna interpretacja, nakazująca i usprawiedliwiająca zabójstwa), czy symboliczny pochówek Polski - już te sceny budzą wielkie przerażenie. 

Nie uważam jednak, że pan Smarzowski chciał przekazać nam coś złego, a wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś ten film interpretuje jako nawoływanie do nienawiści do jakiejkolwiek nacji, to niestety, ale nic z tego nie zrozumiał. Takie ludobójstwo mogło się zdarzyć wszędzie. I zdarzyło się niejednokrotnie - także całkiem niedawno na Bałkanach czy w Rwandzie. Obecnie w Syrii trwa okrutna i równie bezsensowna wojna. Film "Wołyń" jest, jak już wcześniej wspomniałam, ostrzeżeniem. Pokazuje też mroczną naturę człowieka - jak niewiele potrzeba, by stać się bestią (o czym dobitnie mówi dialog z filmu: "To nie ludzie, to zwierzęta!" "Zwierzęta się nie znęcają"). Do czego prowadzi nacjonalizm i ślepa nienawiść do wszystkiego, co obce. "Wołyń" to upamiętnienie ofiar tej okrutnej zbrodni (a nazwisk wielu ofiar, a tym bardziej ich grobów, nigdy nie poznamy), ale i przesłanie - należy bowiem wybaczać dawne krzywdy, robić wszystko, by nigdy to się nie powtórzyło, ale też i nie zapominać o tym. Bo jeśli tylko zapomnimy o tamtych okrutnych czasach, to niestety, ale nadejdą one ponownie.

Warto też zwrócić uwagę, że film Smarzowskiego nikogo nie wybiela. I być może to jest w nim najbardziej wstrząsające i dołujące jednocześnie. Nie ma tak, że Ukraińcy byli katami, a Polacy tylko i wyłącznie ofiarami. Pokazano również sceny dyskryminacji Żydów (w tym okrutne zabójstwo) czy akcje odwetowe na Ukraińcach - a zarazem ukazano też bohaterskich Ukraińców, którzy odmówili udziału w ludobójstwie. Myślę, że o tym również należy pamiętać i mieć odwagę do tego, by przyznać się do błędów i okrucieństw.

Uważam, że film "Wołyń" nie jest filmem, w którym mamy jednego bohatera. Owszem, aktorstwo Michaliny Łabacz (wielkie brawa za debiut, jestem pod wrażeniem), Arkadiusza Jakubika czy Jacka Braciaka stoi na wysokim poziomie, ale żaden z nich nie jest typowym protagonistą. Raczej widz jest świadkiem wydarzeń, które widzi z perspektywy młodej Zosi. I jest to moim zdaniem dobry zabieg - Zosia początkowo jest roześmianą nastolatką, zakochaną i cieszącą się swoim życiem. Wystarczą jednak cztery lata, by świat, który dotychczas znała, skończył się. Zosia pod koniec filmu nie jest już tą samą osobą - wymowna jest ostatnia, symboliczna scena filmu, gdzie bohaterka grana przez Michalinę Łabacz jest skrajnie wyczerpana fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie jest wrakiem człowieka. 

Z jednej strony bardzo mi się końcowa scena filmu, ale jednak mam niedosyt. Być może jest to temat na oddzielny film, ale brakuje mi też opowieści o tym, co było potem, czyli o kolejnej traumie tamtych ludzi, którzy musieli opuścić swoje rodzinne miejscowości i wyruszyć w nieznane, by móc poczuć się bezpiecznie. Wprawdzie film "Róża" w reżyserii Smarzowskiego trochę o tym opowiada, ale brakuje mi takich "Samych swoich", lecz ujętych bardziej na poważnie (choć trzeba przyznać, że nawet ta kultowa komedia przełamała pewne tabu związane z tematem wysiedleń). Liczę, że coś takiego jeszcze powstanie.

Co jeszcze z wad, oprócz okrutnych i drastycznych scen morderstw? Coś, co nazywam roboczo "montażem Smarzowskiego". Bardzo lubię jego filmy, porusza on trudną tematykę, demaskuje on wszystkie polskie wady, hipokryzję, ale ciągłe ucinanie scenek jak w teledysku osobiście utrudnia mi odbiór. Na szczęście w "Wołyniu" nie ma tego aż tak dużo jak np. w "Drogówce". Wiem, że jednym się ten zabieg podoba, ale osobiście dla mnie jest zbędny i mnie rozprasza.

Od siebie mogę dodać jeszcze tyle, że nie mam żalu do tego, że osoby, które przeżyły rzeź wołyńską czy były świadkami innych czystek etnicznych nienawidzą daną nację jako całość. Tak jak np. moja ciocia, która mówiła, że "Ukraińcy są gorsi niż Niemcy". Nie oznacza to jednak, że współczesne pokolenie powinno nienawidzić te nacje - raczej powinno się uczyć i służyć przykładem, by nigdy więcej nie dopuścić do takiej tragedii. Trudno mieć jednak żal do świadków tamtych dni - nie czułabym zapewne spokoju i sympatii do ludzi, którzy zabrali mi rodzinę, dom i wszystko, co do tej pory znałam. 

Smarzowskiemu kino się udało. Podjął się naprawdę trudnego, pomijanego tematu i cieszę się, że mimo trudności finansowych udało się zrealizować ten film. Jest to film potrzebny, ale przede wszystkim - uczciwy. Niejednoznaczny. Nie pokazuje jedynie win jednej strony i krzywdy drugiej. Na tragedię na Wołyniu złożyło się naprawdę wiele czynników i Smarzowski świetnie je uchwycił. Daje lekcję historii bez zbędnej "dokumentalizacji" (wprawdzie wiele rzeczy, w tym dat, widz musi się domyślać, ale nie uważam tego za wadę filmu). "Wołyń" daje mocne przesłane i dosłownie wgniata w fotel. Jeśli ktoś jednak jest widzem wybitnie wrażliwym (był taki moment, gdzie sama chciałam wyjść z kina), to nie radzę go oglądać, bo jest wyjątkowo trudny i momentami brutalny. Pozostawiam go jednak bez oceny. Myślę, że długo nie będę mogła tego filmu umieścić w żadnych ramach, kategoriach, bo za bardzo we mnie będzie siedział. Po prostu kawał mocnego kina. 
Share:

czwartek, 6 października 2016

Ostatnia rodzina (2016), czyli wszystkie dziwactwa Beksińskich

Gdy tylko dowiedziałam się o tym filmie, wiedziałam, że po prostu muszę go zobaczyć. Daleko mi do wielkich fanów Beksińskiego, ale jednak jego mroczne obrazy od zawsze mnie fascynowały, a zwłaszcza dowolność ich interpretacji. Dodatkowo historia Beksińskich jest tragiczna i mroczna zarazem - całkowicie pasująca do ekscentrycznego malarza, który wręcz ekshibicjonistycznie obdzierał życie swojej rodziny z prywatności. Dlatego od razu wiedziałam, na co pójdę do kina w październiku. I nie rozczarowałam się. "Ostatnia rodzina" to chyba jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat - choć nie mieliśmy ostatnio złych tytułów, jak chociażby "Bogowie", nie wspominając o oscarowej "Idzie". Ale ten film przenosi nas na zupełnie nowy poziom.

Źródło: filmweb.pl

Opisując fabułę ciężko uniknąć "spoilerów" (o ile spoilerami można nazwać wydarzenia, które są opisane na wikipedii). Film przedstawia opowieść o rodzinie Beksińskich na przestrzeni niemalże trzydziestu lat. Beksińskich poznajemy w roku 1977, kiedy to przeprowadzają się z Sanoka do Warszawy. Obserwujemy ich życie codzienne, widząc tragiczne momenty śmierci każdego z członków rodziny.

Zanim przejdę do recenzji właściwej, to muszę jednak rozpisać taką małą dygresję: mianowicie znów uderzają mnie komentarze, które chyba wciąż świadczą o tym, że ludzie nie rozumieją, że film biograficzny nie jest dokumentem. Pisałam o tym prawie trzy lata temu podczas oglądaniu filmu o Wałęsie (choć Wałęsa jest dość kontrowersyjną postacią). Jeszcze przed premierą tamtego filmu było głośno o tym, że film przeinacza pewne fakty, przedstawia Wałęsę w takim, a nie w innym świetle, itd. To samo mamy przy filmie "Ostatnia rodzina". Film o Beksińskich jest tylko oparty na prawdziwych wydarzeniach, nie odtwarza ich wiernie, bo to nie jest rola filmu biograficznego, który jest filmem fabularnym. Owszem, może tu lekko zawiódł marketing, bo w zwiastunie mamy napis "Poznaj prawdziwą historię Beksińskich", ale sam film niczego takiego nie sugeruje. Główne zarzuty są tutaj do roli Dawida Ogrodnika, ale o tym wspomnę dalej.

Film nie mówi nam wiele również o twórczości Zdzisława jako malarza, ani o karierze radiowej Tomka. Te rzeczy są jakby prowadzone w tle. Film opowiada właśnie o życiu rodzinnym i towarzyszącej śmierci, która wręcz prześladuje bohaterów od pierwszych chwil na ekranie. Dlaczego więc wybrano rodzinę Beksińskich, skoro można było wybrać każdą inną, nawet fikcyjną? Być może dlatego, że ich losy są aż nieprawdopodobne. O samym Zdzisławie można rzec, że umarł tak, jak żył - czyli nietypowo, niespodziewanie. Każdy z rodziny Beksińskich jest świadkiem śmierci lub śmierć próbuje ich jakoś dopaść. I tak po kolei widzimy opiekę nad matką Zdzisława i matką Zofii - a przecież to też jest dość trudny temat. Temat nieco pomijany w filmie, czy w książkach, ale jednak widząc sceny opieki nad osobą starszą, która już leży (i cała reszta wręcz czeka na jej śmierć), to aż przypomina się książka Whartona pt. "Tato". Myślę, że temat będzie coraz szerzej poruszany, zwłaszcza dlatego, że nasze społeczeństwo się starzeje i siłą rzeczy będzie to coraz większy problem. Widzimy od początku próby samobójcze Tomka - choć gdy jest ryzyko, że zginie on w katastrofie lotniczej, to widzimy w jego oczach strach przed tą nagłą i niespodziewaną śmiercią. W końcu widzimy nagłą i druzgocącą diagnozę Zofii - tętniaka aorty. Zofia jednak zdaje się być oswojona z tą śmiercią, lecz chce przygotować na nią swoich najbliższych. Po samobójstwie Tomka widzimy w końcu brutalne morderstwo Zdzisława, wieńczące całość.

Mimo dość depresyjnego tematu, jakim jest śmierć, jest też w filmie miejsce na dość zabawne zdarzenia, a także na te wzruszające - ale niekoniecznie z powodu śmierci. Po prostu widz dostrzega życie rodzinne takie, jakim ono jest. Oczywiście bardzo pomaga tu gra aktorska i niesamowite operowanie głosem wszystkich aktorów - przez to mamy wrażenie, że podsłuchujemy prawdziwe rozmowy, a nie sztucznie recytowane dialogi. Podobnie sama realizacja jest interesująca - większość akcji rozgrywa się w dwóch mieszkaniach - Zdzisława i Tomasza. Czasami można się poczuć klaustrofobicznie, ale przy tym widz ma wrażenie, że jest w mieszkaniu razem z resztą bohaterów i dosłownie może "wejść do ich świata". Byłam również pod wielkim wrażeniem wszelkich zmian, jakie widać na przestrzeni lat - a jest to rzecz często zaniedbywana przez twórców filmowych. Widzimy zmieniające się wnętrza mieszkań z typowo prlowskich aż po "ukochaną" w latach 90. boazerię na ścianach. Sprzęty - coraz mniejsze kamery, aparaty, lepsze telefony, aż w końcu mamy komputer. Naprawdę w detalach i w scenografii można się wręcz zakochać.

Teraz najważniejsze i najlepsze, co w tym filmie, czyli gra aktorska i główni bohaterowie. Dobrego aktora poznaję po tym, że na ekranie widzę jego postać, a nie jego samego. Tak miałam tutaj z Andrzejem Sewerynem w roli Zdzisława. Nikomu nie trzeba udowadniać wielkości tego aktora, ale tutaj pokazał wręcz mistrzostwo świata. I mowa nie tylko o charakteryzacji, ale o zmianie sposobu mówienia, poruszania się (z wiekiem jest też inaczej). Sama kreacja Zdzisława jest wręcz niebywała. Na ekranie widzimy postać wyjątkowo ekscentryka, który w oczach fana, Piotra Dmochowskiego, jest właściwie wesołym człowiekiem, mimo tematyki swoich dzieł. W obrazach było widać jego masochistyczne skłonności, natomiast w życiu rodzinnym - narcyzm i egoizm. Nie mam na myśli tu scen, kiedy Zdzisław uwielbia nagrywać czy fotografować siebie (choć to też jest dość symboliczne). To on jest tym, który nadaje rytm swojej rodzinie, ale jednocześnie nie chce się przystosować do pewnych zwyczajów (chociażby Wigilia, gdzie zlekceważył potrzeby religijne swojej żony, matki i teściowej). To on prowadzi dysputy na najróżniejsze tematy, mówi, że rodzina to po prostu ludzie, którzy się kochają i nie znoszą jednocześnie. Mimo to widać pewną porażkę na wielu polach. Przez stoicyzm i takie jakby wypranie z emocji trudno mi było stwierdzić, czy on kiedykolwiek kogoś kochał naprawdę. Czuł przywiązanie do swojej żony, czuł się odpowiedzialny za syna, ale czy była to miłość? Uderzyła mnie zwłaszcza scena, gdy Tomek po śmierci matki próbował się zbliżyć do ojca, jakoś go przytulić, a Zdzisław gestem pokazał, że sobie tego nie życzy. Na śmierć patrzył kompletnie bez emocji. Obdzierał też rodzinę z intymności - właśnie poprzez nagrywanie takich rzeczy jak śmierć najbliższych. A być może właśnie to jest najbardziej intymny moment w życiu człowieka (coś jak "live together, die alone" z Lost). Zdzisław przez cały film okazał jakieś emocje może z dwa razy - tak to cały czas zachowuje się aż za spokojnie. Przez to nie potrafi zareagować w odpowiedni sposób - np. w scenie, gdy Tomek przychodzi do mieszkania rodziców i demoluje kuchnię bez większego powodu, sprawiając przy tym przykrość matce. Beksiński po prostu nagrywa na kamerze całe zajście, ale ani trochę nie pomaga potem żonie. Tym bardziej swojemu synowi. Myślę, że rola Andrzeja Seweryna jest niesamowita i bardzo wymagająca - grać kogoś niemalże bez emocji to wielka sztuka. I ta się udała.

Całkowitym kontrastem Zdzisława jest jego syn, Tomasz, grany przez Dawida Ogrodnika. Z jego rolą pojawiło się mnóstwo kontrowersji i dość negatywnych komentarzy, zwłaszcza od fanów Tomka - tłumacza, redaktora, dziennikarza muzycznego. Nic dziwnego, że dla jego fanów może to być szok - specyficzna gra Dawida Ogrodnika (gesty, sposób wymowy) oraz cała kreacja Tomka mogą być wątpliwości. Tomasz niewątpliwie jest przeciwieństwem i kontrastem dla Zdzisława, swojego ojca. Ma on problem z kontrolowaniem własnych emocji, wybuchów gniewu, nie potrafi ułożyć sobie życia osobistego, jest też właściwie zależny od rodziców, a zwłaszcza od matki, która to chodzi sprzątać do niego, gotuje mu obiad, itd. Tomasz jednak nie docenia tych wszystkich starań i nie potrafi odnaleźć porozumienia z rodzicami, którzy chcą mu w jakiś sposób pomóc. Zamiast tego podejmuje kilka prób samobójczych. W gruncie rzeczy jest to postać nieszczęśliwa, niezrozumiała. Ma on swoją pasję - muzyka rockowa oraz filmy (zwłaszcza anglojęzyczne, których był tłumaczem) to całe jego życie. Lecz nie odnajduje on wsparcia ani zrozumienia nawet wśród najbliższych, a zwłaszcza u swojego ojca. To od Tomka dowiadujemy się czegoś więcej o twórczości Zdzisława, jest on nią autentycznie zafascynowany, ale jednak kontrast i odległość od ojca są zbyt olbrzymie, by to wszystko unieść. Jest coś smutnego w zdaniu Tomka: "gdybyś dał mi chociaż raz w dupę, to wiedziałbyś, gdzie są granice". Owszem, gra Ogrodnika może męczyć, może jego postać jest przerysowana, przeszarżowana, ale swoją rolę spełnia znakomicie - mam tu na myśli przede wszystkim Tomasza jako przeciwieństwo własnego ojca. Jestem też w trakcie lektury książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny". Jeśli obraz z książki jest prawdziwy, to Tomek grany przez Ogrodnika jest idealnym odzwierciedleniem na ekranie. Należy także pamiętać, że człowiek w życiu zawodowym i w życiu prywatnym może mieć całkowicie różne twarze.

Jest jeszcze Zofia. Najnormalniejsza z całej rodziny, ale przy tym zdaje się, że najtrudniejsza rola do zagrania. I dlatego podziwiam tu Aleksandrę Konieczną za fantastyczną grę. Zofia Beksińska jest cicha, wycofana, mimo swojego wykształcenia jest też osobą skromną. Przykładna matka i żona, towarzyszka życia Zdzisława. Choć też popełniała błędy, zwłaszcza w wyręczaniu Tomasza ze wszystkiego (mimo, że Tomek miał około 30 lat, to ona chodziła do niego sprzątać), to jednak jako matka starała się go zawsze zrozumieć i wspierać. To właściwie dzięki niej obserwujemy te wszystkie dziwactwa, jakie mają miejsce w domu Beksińskich. Zofia jest ostoją normalności, choć i nawet nią stać na rozmowy egzystencjalne w trakcie codziennych czynności - choć czy czasem nie jest tak w każdym domu? Nie można też powiedzieć jednego o Zofii - że jest zahukana. Postawiła się mężowi, gdy wydano o nich książkę, w której zawarte były rodzinne sekrety. Myślę, że rola Aleksandry Koniecznej zasługuje na wiele nagród i jest również fenomenalna.

Na uwagę oczywiście zasługuje (oprócz udźwiękowienia) ścieżka muzyczna - a na niej zarówno muzyka klasyczna, jak i znane rockowe kawałki - nawet muzyka obrazuje idealnie kontrast między Zdzisławem a jego synem, dlatego, że słynny malarz raczej nie podzielał gustu muzycznego Tomka.

Co z wad? Oprócz dość kontrowersyjnej gry Ogrodnika - trochę niektóre scenki są nad wyraz. Nie można powiedzieć, że są niepotrzebne, ale tak jakby trzeba było coś tam jednak wspomnieć, że Zdzisław to był malarzem i artystą, a Tomek był tłumaczem i dziennikarzem muzycznym. Widz nie zaznajomiony z biografią Beksińskich może czuć się trochę pogubiony, na szczęście takich scenek nie ma za wiele. Brakuje jednak pewnego słowa wyjaśnienia, skąd się wzięły takie, a nie inne relacje. Nawet brak wyjaśnienia, dlaczego Beksińscy wyprowadzili się z Sanoka, może sprawić, że widz może czuć się pogubiony.

Przy filmie "Ostatnia rodzina" ciężko uwierzyć, że jest to właściwie debiut reżyserski, ponieważ Jan Matuszyński poradził sobie fenomenalnie z takim zadaniem. Jest to chyba jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Aktorstwo jest na najwyższym, światowym poziomie, historia jest także dość uniwersalna - w końcu chyba każdy widz odnalazł jakieś odniesienia do własnego życia rodzinnego. Idealnym uzupełnieniem tematu będzie też moim zdaniem książka Magdaleny Grzebałkowskiej, którą czytam i ciągle fascynuję się ciekawymi faktami z życia Beksińskich. Jeśli "Wołyń" czy "Powidoki", które również chcę zobaczyć, są jeszcze lepsze, to polskie kino ma niesamowity rok. A moja ocena to 9/10, czyli film jest rewelacyjny. Naprawdę warto zobaczyć. 

Share:

wtorek, 4 października 2016

Cute High Earth Defense Club LOVE! LOVE! (2016)

Rok temu pisałam o anime, będącym idealną parodią gatunku "magical girls" ("mahou shoujo"). Gatunek, który wielu się przejadł, wyczerpał swoją formułę, czy nawet przechodzący już dekonstrukcję w przypadku niektórych tytułów (jak Madoka), ale jednak znaleziono miejsce na parodię, która jest odwróceniem wszelkich motywów związanych z gatunkiem. W tamtym roku Boeibu! miało pierwszy, udany sezon. Właściwie nie sądziłam, że powstanie drugi, zwłaszcza że w przypadku pierwszego mieliśmy do czynienia raczej z zamkniętą historią. A tu nagle, latem tego roku, spotkała mnie miła niespodzianka. Choć oczywiście obawiałam się tego, że poziom może być zdecydowanie niższy, jak to z sequelami bywa. I tu miło się zawiodłam. 

Plakat drugiego sezonu. Źródło: myanimelist.net

Nasi bohaterowie z poprzedniego sezonu, czyli Battle Lovers musieli pożegnać się z dawnymi wrogami, czyli radą szkoły. Antagoniści z poprzedniego sezonu wyjechali bowiem na wymianę uczniowską do innego kraju. W zamian za to do liceum Binan przybywają bliźniacy, nazywani "Beppu Brothers". Pozornie niezwykle utalentowani (są znanymi piosenkarzami śpiewającymi pod pseudonimem VEPPer) i wręcz idealni, tak naprawdę okazują się nowymi wrogami dla naszych bohaterów. Yumoto i reszta nie spodziewają się jednak, co nimi tak naprawdę kieruje.

Myślę, że przy omówieniu fabuły drugiego sezonu ciężko jest nie spoilerować. O ile pewne rzeczy spoilerami nie są, jak np. fakt, że od początku wiemy, kto jest kim, kto nasyła potwory, itd. W przeciwieństwie do poprzedniego sezonu, tutaj jednak fabuła rozwija się na całego nie pod koniec, a już w połowie sezonu. I właśnie do odcinka szóstego miałam ochotę źle ocenić sequel, ale trzeba dać szansę całości. I dobrze, że nie porzuciłam tak tego anime.

Pierwsza połowa jest z lekka rozczarowująca, ponieważ mamy powtórkę z tego, co mieliśmy. O ile naprawdę podoba mi się parodia tych wszystkich schematów związanych z magical girls, tak miałam tutaj "no ile można". Po prostu przewidywalna fabuła, czyli pojawienie się potwora i pokonanie go po prostu męczy. W dodatku niektóre z tych odcinków były tak głupie, że mogłam się łapać tylko za głowę (jak np. odcinek z bardzo stereotypowymi Włochami - choć zaskakujące jest to, że w mowie użyto tutaj pseudo-włoskiego akcentu, dość niespotykane, jak na japońską produkcję). Nie podobało mi się to, że przez pierwszą połowę miałam wrażenie, że jednak na pierwszy plan wypina się Yumoto. Strasznie dużo czasu ekranowego było poświęcone właśnie jemu. Na swój sposób trudno go nie kochać, ale jednak w poprzednim sezonie urzekło mnie to, że z początku wcale nie było oczywiste, kto jest głównym bohaterem - a i każdy z nich dostawał swój własny, dobrze rozwinięty wątek. Irytowali mnie również antagoniści - tak idealne postacie po prostu trudno znieść.

Pomimo pewnej nieścisłości (zrezygnowano z wątku zamazywania twarzy i nie było żadnej próby wyjaśnienia, dlaczego tego zaprzestano - a przecież łamanie czwartej ściany to wręcz specjalność tego anime) wszystko zmienia się na plus w odcinku siódmym, który jest o Bożym Narodzeniu. To właśnie tutaj odkrywamy, że słabością Beppu Brothers jest... Gora, brat Yumoto. I ta słabość sprawia właśnie, że antagonistów daje się polubić - a przy okazji daje wiele powodów do uśmiechu. Nie zdradzę jednak, dlaczego wrogowie wręcz obsesyjnie ubóstwiają Gorę - i tak zdradziłam zbyt dużo spoilerów. Trzeba jednak przyznać, że finał całości jest bardziej zaskakujący niż finał poprzedniej części - i daje furtkę dla sezonu trzeciego.

Nie zawodzi oczywiście komizm - wspomniane łamanie czwartej ściany (czyli coś, co kocham, jak np. słowa Wombata - "Bo w drugim sezonie jest zawsze lepsza transformacja"), czy rozmowy o błahostkach urastające niemalże do rangi dysput filozoficznych. Dodatkowo prowadzonych w dość dziwnych miejscach, jak łaźnia. Jeśli ktoś chce się pośmiać z durnych schematów występujących w niemalże każdym anime (nawet wyśmiane jest to, że w tej serii nie ma absolutnie żadnych kobiet - jest to świadomy zabieg twórców i wcale nie jest wadą, o czym powiem w podsumowaniu) - to jest to jak najbardziej tytuł dla niego.

Jeśli chodzi o ściśle techniczne rzeczy - animacja stoi na wysokim poziomie. Naprawdę to trzeba przyznać, że jest o wiele lepsza od takiego Sailor Moon Crystal. Animacja transformacji to wręcz cudeńko. Muszę też dodać, że animacja w tym sezonie naprawdę jest lepsza od poprzedniego - a przecież poprzeczka była ustawiona wysoko. Również muzyka wpada w ucho (najbardziej podobał mi się opening), choć to są raczej j-popowe kawałki. 

Podsumowując: dobra parodia nie tylko wyśmiewa dany tytuł lub gatunek, ale tym śmiechem próbuje również nam coś przekazać. Tak jest i w przypadku Boeibu. Wspomniałam wcześniej, że jest to tytuł, w którym nie ma ani jednej kobiety. Są one jedynie wspominane, ale tak to nie ma ich nawet w tle, nie są postaciami epizodycznymi. W tym przypadku nie jest to jednak wada. Mamy bowiem do czynienia z całkowitym odwróceniem schematu (w dodatku z fanserwisem). Sam gatunek magical girls jest bowiem niestety tworzony pod męską publikę, stąd kuse stroje dziewczyn, fanserwis, itd. Japońskie feministki zwracały również na to uwagę, ponieważ niestety na Zachodzie błędnie uważa się, że Sailor Moon to tytuł feministyczny - a wcale tak jest nie jest, ponieważ wpisuje się w ten schemat "male gaze". Boeibu zaś wyśmiewa to wszystko - dlatego w kusych strojach latają panowie, a nie panie. Jednocześnie obnaża to seksizm w mediach, a także głupotę - bo dlaczego faceci w tych strojach "magical boys" wyglądają po prostu głupio, a dziewczyny już nie? To podobnie jak z grami komputerowymi, gdzie zbroja kobieca odsłania niemalże całe ciało. Czy na mężczyźnie nie wygląda to po prostu głupio? I myślę, że to mi się podoba w tym anime najbardziej. Choć jest to moje "guilty pleasure", to jednak będę je zachwalać - chociażby dlatego, żeby niektórzy twórcy uświadomili sobie, jak właśnie powinna wyglądać parodia. A moja ocena to 7/10, czyli dobry - trochę ocena w dół za pierwszą część tego sezonu, która potrafiła jednak przynudzić. 



Share: