Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacyjny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 marca 2017

Gdzie się podziali tamci superbohaterowie, czyli Logan: Wolverine (2017)

Troszkę zajęło mi napisanie tego tekstu (a właściwie przemyślenie, o czym w ogóle pisać), także z powodów bardziej osobistych. A w kinie byłam już ponad tydzień temu. Początkowo nie miałam zamiaru wybierać się na Logana, choć przebijały się do mnie informacje o m.in. niezrozumiałej decyzji dystrybutora o dubbingu. W końcu zaczęłam czytać kilka recenzji, które krótko mówiły, że film jest "inny od reszty filmów o superbohaterach", że jest cudowny, że ludzie na nim płakali. Postanowiłam więc się wybrać, choć z X-Menami jestem trochę do tyłu. Jednak nie żałuję. I chyba wszystko, o czym pisali i mówili ludzie wcześniej ode mnie się potwierdziło. Ale po kolei.

Źrodło: filmweb.pl
Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, dokładnie w roku 2029. Wolverine, teraz już częściej nazywany Loganem, jest jednym z ostatnich mutantów - od ponad dwudziestu lat nie narodził się żaden nowy mutant z supermocami. Logan opiekuje się starszym i schorowanym profesorem Charlesem Xavierem, którego niekontrolowane moce zaczynają wyrządzać krzywdy ludziom. Tytułowy bohater dorabia jako kierowca taksówki. Pewnego dnia poznaje przypadkowo pielęgniarkę Gabrielę, która koniecznie chce, aby wywiózł ją razem z córką z Meksyku. Logan niezbyt chętnie się na to godzi. Wkrótce jednak okazuje się, że dziewczynka, którą opiekowała się Gabriela jest kimś bliskim i kimś wyjątkowym dla Logana. 

Znam zdanie, które mówi, że dobre sci-fi lub fantasy nie może funkcjonować w ten sposób, że jeśli odejmiemy wątki fantastyczne, to fabuła wiele na tym nie straci. Ja jednak jestem odmiennego zdania. Gdyby nie wątki powiązane z X-Menami i innymi bohaterami Marvela, to mielibyśmy do czynienia z dobrym filmem sensacyjnym i kinem drogi. I chyba to wyróżnia przede wszystkim "Logana" od pozostałych filmów Marvela.

Przyzwyczailiśmy się do schematu, że mamy naszego bohatera, który odkrywa (lub też nie) swoje supermoce, mamy konfrontację naszego protagonisty z antagonistą, mamy walkę, wygraną, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Tu jednak jest inaczej.

W filmie uderza wręcz spory pesymizm. Większość ze znanych X-Menów nie żyje. Charles jest stary i schorowany, a Wolverine, choć początkowo się nie przyznaje, traci powoli swoje moce. Traci również wiarę w siebie i we wszystko, co się dzieje dookoła. Marzy jedynie o świętym spokoju, dopóki właśnie los nie styka go z Gabrielą oraz Laurą. I właśnie mała Laura staje się powodem, dla którego relacje Charlesa i Logana się zmieniają. Cała trójka rusza wspólnie w drogę.

I chyba najlepszym momentem filmu był dla mnie ten, w którym Logan, Profesor X oraz Laura kłamią, udając rodzinę. Charles jest upierdliwym dziadkiem, a Logan próbuje radzić sobie w roli opiekuna oraz ojca. Dialogi Patricka Stewarta i Hugh Jackmana w tym filmie to arcydzieło. I zdaje się, że ten film był napisany głównie dla nich - w końcu obaj żegnają się tutaj ze swoimi rolami. Hugh Jackman po siedemnastu latach grania Wolverine'a w końcu mówi, że "trzeba ze sceny zejść niepokonanym" i to udaje mu się w naprawdę świetny sposób.

Czy film nadaje się dla osób niezaznajomionych ze światem X-Menów? Myślę, że w jakimś stopniu tak. Wprawdzie jest trochę nawiązań do poprzednich filmów, ale raczej ciężko się pogubić, bo "Logan" skupia się właściwie na głównym bohaterze i jego relacjach z innymi, a nie na przeszłości. A właściwie to patrzy w przyszłość.

Muszę jak pozostali skrytykować decyzję o dubbingu. Na szczęście miałam opcję, by wybrać się na seans z napisami, ale jednak decyzja jest dla mnie niepojęta - film bowiem obfituje w wulgarny język oraz dużo przemocy - jest to podobna sytuacja jak w przypadku "Legionu Samobójców", gdzie dubbing brzmiał wręcz kuriozalnie.

Co jeszcze mogę dodać? Od siebie dodam tylko tyle, że "Logan" redefiniuje pojęcie filmu o superbohaterach. Dlatego też szlag mnie trafił, gdy tym bardziej czytałam tekst na portalu natemat.pl, który wrzucił "Logana" do jednego worka wraz z innymi blockbusterami i dał łatkę "film dla idiotów" (szerzej pisała o tym Zwierz). Wprawdzie "Logan" jako film czysto sensacyjny nie byłby czymś nadzwyczajnym, w końcu takich filmów mieliśmy mnóstwo, ale jednak pokazuje to coś innego - a mianowicie fakt, że łączenie takich gatunków, "miksowanie" ich ze sobą jest możliwe. I działa. Dlatego szczerze polecam "Logana", a moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry (oczywiście w swoich gatunkach). 

A następny tekst prawdopodobnie będzie na temat zaproponowany przez Czytelniczkę :)
Share:

niedziela, 8 stycznia 2017

Jak robić fajne spin-offy, czyli Łotr 1. Gwiezdne Wojny Historie (2016).

I Nowy Rok zaczynam tekstem o filmie tak na świeżo po wyjściu z kina (choć to było wczoraj). Wprawdzie nie czułam, że koniecznie muszę się wybrać na "Rogue One", ale w końcu udało mi się trafić na kinową salę i obejrzeć w spokoju film (wolę, kiedy na sali jest już troszkę mniej ludzi). Trochę bałam się, że nie zdążę, że już przestaną grać, a potem będę musiała długo czekać na jakąś porządną kopię w Internecie czy na wydanie DVD... Ale oczywiście wolałam wesprzeć legalną kulturę. 

I powiem wprost - wyszłam z kina z naprawdę mieszanymi uczuciami. Nie uważam przy tym, że film jest zły. Przeciwnie - bardzo mi się podobał, dobrze się na nim bawiłam. Jednocześnie zastosował on zabieg, który ma chyba szansę na powodzenie jedynie w spin-offach - a przecież "Łotr" to w założeniu spin-off, w dodatku taki klasyczny - opowiada historię z danego uniwersum, wplata ładnie postacie, które już znamy, a przy tym pokazuje coś z innego punktu widzenia, wydarzenia, których widz nie miał okazji znać wcześniej. Jednocześnie nie ma też żadnej sprzeczności z "Nową Nadzieją" i pozostałymi częściami znanych już nam historii.

Źródło: filmweb.pl
Główną bohaterką "Łotra" jest Jyn Erso, córka naukowca pracującego dla Imperium. Pewnego dnia ojciec Jyn, Galen, zostaje zabrany przez siły Imperium, by pracować nad nową, śmiercionośną bronią, zaś sama dziewczyna ucieka. Mijają lata, Jyn dorasta i jednocześnie nie jest mile widziana ani przez Imperium, ani przez Rebelię. Jednakże siły tej drugiej postanawiają ją wykorzystać dla swojej misji - Rebelianci szukają bowiem Sawa Gerrerę, ekstremistę, człowieka, który wychował Jyn. W międzyczasie dziewczyna wraz z nowymi towarzyszami dowiadują się zaskakującej prawdy o Galenie Erso. Informacja ta może zmienić losy wojny Rebelii z Imperium.

Przede wszystkim w filmie podobało mi się to, że okazał się być czymś innym, niż reklamowano w trailerach. Często jest tak, że trailery bardzo zwodzą na manowce, w dodatku nierzadka jest praktyka wciskania wszystkich fajnych scen w trailer, a film jako całość okazuje się dość średni, jeśli nie kiepski. Tutaj jednak rozczarowałam się pozytywnie. "Rogue One" reklamowano jako historię poboczną do sagi Gwiezdnych Wojen. Dość enigmatycznie mówiono, że jest to historia o grupie Rebeliantów, którzy wykradają plany Gwiazdy Śmierci - dzięki czemu wojna z Imperium została skrócona, a Rebelia wygrała. Jest to oczywiście opis prawdziwy, ale niepełny. Trailery raczej sugerowały mi, że Jyn będzie jakimś typowym badassem Rebelii, superbohaterką, dla której misja kradzieży planów to bułka z masłem. Lub jak to zasugerowała w rozmowie ze mną Ann, że Jyn będzie kolejną krnąbrną dziewczyną, która zostanie wysłana na misję, by nabrała pokory. Żadna z tych wersji się nie sprawdziła. I bardzo dobrze. Może osobiście miałam dość niewysokie oczekiwania względem tego filmu, ale to tym lepiej - bo się nie zawiodłam.

Tymczasem główna bohaterka jest dość nietypowa. Przyzwyczailiśmy się trochę do czarno-białych postaci, a jednak Jyn bardziej wcisnęłabym w ramy "antybohaterki". Niby jej historia zaczyna się od tego, że ucieka przed siłami Imperium. Jest wychowana przez ekstremistę, wprawdzie przeciwnemu siłom Lorda Vadera, ale stosującego zbyt radykalne środki, jak na siły Rebelii. Nie jest ona szczególnie zachwycona tym, że "ci dobrzy" postanawiają ją wykorzystać jako swojego rodzaju przynętę. Jyn nie jest bowiem niby kimś znaczącym w Imperium, ale jednocześnie nie stoi po stronie Rebelii - stara się zachować pewnego rodzaju neutralność. W bohaterce podoba mi się jej stopniowa zmiana - od obojętnej na losy świata dziewczyny aż po wielką (choć niedocenianą) bohaterkę. Jyn częściowo wyłamuje się więc ze schematu "strong female character", pokazuje też, że można być słabym, ale także to, że siła często polega na czymś innym, nie tylko na bezsensownym szarżowaniu.

Niestety, o pozostałych postaciach mogę mówić różnie, niekoniecznie w samych superlatywach. Teoretycznie Cassian, grany przez Diego Lunę, powinien mi przypaść do gustu. Tak jednak się nie dzieje. A główną przyczyną jest to, że niewiele właściwie wiemy o tej postaci - wiemy jedynie, że ma jakąś mroczną przeszłość, ale ten wątek nie jest kompletnie rozwinięty. Praktycznie Cassian zostaje ograniczony do roli "przystojnego żołnierza Imperium". Nie powiem, jego zdolności przywódcze czy też zdolności walki są naprawdę przydatne, jednak to nie jest to. Zdecydowanie bardziej wolałam innych towarzyszy, jak robota K-2SO, który dodawał humoru całej opowieści, czy pilota Bohdiego. Przy nim sądziłam, że zostanie on ograniczony do roli pechowego posłańca, który zostanie zabity i będzie z niego niewiele pożytku, ale jednak okazał się bardzo przydatną postacią, którą widz zdąży polubić. No i oczywiście duet z miasta Jehda - czyli Chirrut i Baze - jeden bardzo wierzy w Moc, a drugi trochę tej Mocy pomaga - od początku ich polubiłam.

I teraz pora przejść do założenia tytułowego, czyli jak zrobić dobry spin-off. Spin-off jest często gatunkiem "fanfikowym", niejednokrotnie fani próbują sami rozwijać wątki poboczne czy tworzyć nowe historie w danym uniwersum. Przykładem może być uniwersum Saint Seiyi, gdzie jak na ironię, często te spin-offy są popularniejsze od oryginału (a niektóre nawet lepiej zrobione!). Na co się składa dobry spin-off? Moim zdaniem musi być tak wpleciony w oryginał, że ani nie przeszkadza głównej fabule, ani nie jest też od niej daleki. I w "Łotrze 1" tak dokładnie się dzieje. W tle mamy postacie znane - Lorda Vadera, generała Tarkina czy księżniczkę Leię (ta ostatnia dwójka genialnie była zrobiona w CGI - kompletnie tego nie widać), są wspomniane konkretne wydarzenia, które już znamy (np. widz znający oryginał wie, jaki smutny los spotka Baila Organę z planety Alderaan). Jednocześnie głównymi bohaterami są postacie, których do tej pory nie znaliśmy - ale ich losy nie kłócą się z oryginałem. Niestety, aby właśnie tak się stało, zdecydowano się na najrozsądniejszy, ale jednocześnie na najsmutniejszy zabieg - a mianowicie uśmiercenie. Z każdą kolejną postacią uśmiercaną czułam niesamowitą pustkę. W końcu widz w ciągu tych dwóch godzin zdąży się przywiązać do tych postaci, polubić je, a jednocześnie wie, że uśmiercenie to najrozsądniejsze rozwiązanie. Bo pomyślmy. Gdyby bohaterowie "Łotra 1" przeżyli, to co by było dalej? Jak pogodzić to z "Nową Nadzieją", powstałą 40 lat temu? Nijak. Widz musiałby sobie coś dopowiedzieć, ale przykre by było, gdyby wielcy bohaterowie Rebelii stali się później mięsem armatnim, albo postaciami robiącymi całkowicie za tło. Czasami po prostu te fabularne rozwiązania, które są dobre dla całości, nie są niestety dobre dla emocji widza.

Sama fabuła w sobie nie jest aż tak skomplikowana, choć początkowo mamy niezły chaos. Mimo to film ogląda się przyjemnie i wpisuje się w cały klimat "Gwiezdnych Wojen". Mamy po prostu poprawnie zawiązaną intrygę i rozwiązanie całej fabuły. Tylko tyle, ale jednak od tego filmu nie oczekiwałam zbyt wiele. W końcu to tylko przygodowe sci-fi. Choć podoba mi się też geneza tytułu - czyli nazwa statku wymyślona na poczekaniu.

Mimo to muszę zaznaczyć, że nie jestem pewna na 100%, czy na film poszłabym z dzieckiem. Mój 10-letni chrześniak jest wielkim fanem "Gwiezdnych Wojen", ale jednak myślę, że te 12-13 lat to takie minimum - film jest momentami dość mroczny, fabuła trochę za trudna dla dziecka, a humoru nie uświadczymy tu aż tak dużo.

Co do CGI i innych efektów, to mam podobne zdanie, jak w przypadku "Przebudzenia Mocy", czyli dobrze, że odeszli od nadmiernych efektów specjalnych tworzonych komputerowo, a ograniczono się tam, gdzie faktycznie były potrzebne (wcześniej wspomniałam o tym, że świetnie pokazano Tarkina i Leię, w ogóle nie widziałam tutaj efektów komputerowych, byłam raczej pewna, że są to "wklejone" postacie ze starych filmów). Muzyka oczywiście typowa dla klimatu. Jedyny mankament moim zdaniem to taki, że nie było tego klasycznego wprowadzenia, czyli "latających napisów", które wprowadzałyby widza w historię. Ale da się znieść.

"Łotr 1" to ciekawe przedstawienie pobocznej historii (ale jakże ważnej) do "Nowej Nadziei". Początkowo fani mieli obiekcje, czy aby na pewno taki film jest potrzebny. Może i nie, ale to nie zmienia faktu, że przyjemnie się go ogląda. Nie umywa się do oryginału, ale jednak ma w sobie to coś. Ot ciekawe sci-fi, które jednocześnie nie psuje klimatu znanego z oryginalnych "Gwiezdnych Wojen". Mimo tego załamującego zakończenia... Myślę, że warto zobaczyć. Moja ocena to: 7/10, czyli dobry.

Z małych ogłoszeń:

  • prawdopodobnie niedługo napiszę coś o niesławnych "Pasażerach". Obejrzałam ten film i naprawdę jest tak źle, jak mówią. Ma on wiele mankamentów, o których można powiedzieć w skrócie "zmarnowany potencjał".
  • obejrzałam też trzy tytuły anime, które łączy jeden element - dość słaby research. Dlatego też spodziewajcie się tekstu.
  • na niesławnego "Assassin's Creed" się nie wybieram. Chyba nie chcę, by ten film mi zniszczył sentyment, co do gry.
  • ocenę oscarowych filmów zostawię sobie na później - poczekamy, aż będą oficjalne nominacje.
Share:

piątek, 9 grudnia 2016

Czego nie oczekuję od polskich filmów, czyli Pitbull. Niebezpieczne kobiety (2016)

Trochę czasu minęło, odkąd pisałam. Ciągle mam dwa zaległe teksty, w tym jeden o udanym serialu Netflixa "Crown" o młodej królowej Elżbiecie. Tym razem poszłam do kina, choć przyznaję, że bez większego przekonania i większego entuzjazmu. Może to dlatego, że nie widziałam wcześniejszych części "Pitbulla"? Być może. A może to wina filmu samego w sobie? 

W polskich filmach, a może i w filmach w ogóle nie oczekuję żartów na siłę, zwłaszcza odgrzewanych kotletów z Internetu, które znam od dawien dawna. Oczekuję również w miarę poukładanych wątków, a może przede wszystkim - odpowiedniego marketingu. Zwiastun, tytuł i opisy filmu sugerowały, że będzie on głównie opowiadał o kobietach. Dodajmy: niebezpiecznych kobietach. Tytuł chwytliwy, zachęcający, a jednak... Człowiek nie dostaje do końca tego, czego oczekuje.

Coś, co w sumie mnie irytuje w polskich (i nie tylko) plakatach filmowych - wsadzić jak najwięcej postaci i nazwisk aktorów. Źrodło: filmweb.pl
Według statystyk w zeszłym roku 40% przyjętych osób do policji stanowiły kobiety. W szeregach policji swoich sił próbują Zuza i Jadźka. W swojej karierze spotykają nietypowe i ciekawe osoby zarówno w samej policji, jak i w świecie przestępczym. Film opowiada także o niejakim Cukrze, którego dziewczyna siedzi w więzieniu, a on sam ma powiązania z mafią paliwową.

Pierwsze, co rzuca się w "Niebezpiecznych kobietach" w oczy jest chaos. Film jest zbyt chaotyczny i posiada zbyt dużo wątków. Właściwie wszystkie one są w pewien sposób ciekawe, ale żaden z nich nie jest tak w zasadzie rozwinięty do końca. I w ten sposób mamy Majamiego, granego przez Stramowskiego i wątek jego związku z Olką (tutaj fenomenalnie ją zagrała Maja Ostaszewska). Wątek Zuzy i Jadźki łączy się z Cukrem, który w zasadzie jest głównym bohaterem tej opowieści, oraz z mafią paliwową. Oprócz tego mamy wątek skorumpowanej policjantki, granej przez Magdalenę Cielecką - która chciałaby zarabiać więcej ze względu na to, że jej syn wymaga terapii. No i wreszcie jest wątek Drabiny, granej przez Alicję Bachledę-Curuś, który to pojawia się jako pierwszy i jest powiązany z całą resztą. Naprawdę, zdecydowanie za dużo, jak na film, który ma trwać około 2,5 godziny. Przez to traci całość i tracą postacie.

Właśnie najmniej w tym filmie podobał mi się główny antagonista, czyli Remek (Cukier). Wykreowany... W zasadzie na nie wiadomo kogo. Z jednej strony pomocny strażak, z drugiej strony bezwzględny bandzior, a z trzeciej filozofujący złoczyńca. Za dużo sprzeczności w jednym człowieku. Dodatkowo jego postać jest dość niewiarygodna, bo wychodzi, że chyba nikt i nic nie jest w stanie mu zagrozić. Zdecydowanie lepiej wypada tutaj postać grana przez Alicję Bachledę-Curuś - ponieważ widzimy, jak ona się zmienia, w dodatku ta zmiana jest mroczna i jedna z bardziej zasługujących na uwagę.

A przy okazji tych "dobrych" postaci, to w zasadzie nie wiadomo, na kim skupić uwagę. Niby prym wiedzie tu historia Zuzy, która trafia do policji wkrótce po rozstaniu z mężem, ale obok mamy jednocześnie wątek Drabiny czy wątek Majamiego, znanego z poprzedniej części. Nie mam zarzutu do aktorów - ci grają na przynajmniej dość przyzwoitym poziomie, jeśli nie genialnym - np. Maja Ostaszewska, która raczej kojarzy mi się z rolami inteligentnych kobiet fenomenalnie zagrała Olkę, którą raczej można byłoby nazwać prędzej "blacharą". Nie spodziewałam się takiej roli, ale to też świadczy o wielkości aktorki, która podjęła się tego wyzwania. Moją uwagę przykuła również niejednoznaczna postać Somalii, granej przez Magdalenę Cielecką - tu jednak niestety film poświęcił jej dość mało miejsca, a szkoda, bo jej wątek mnie zaintrygował.

Od strony technicznej również nie można narzekać, przynajmniej na stronę wizualną - jeśli ktoś chce dobrych efektów specjalnych, dobrych ujęć operatorskich - na pewno je dostanie. Gorzej jest natomiast z udźwiękowieniem i jest to bolączka polskich filmów. Pół biedy z dykcją niektórych aktorów (niektórych to nie rozumiałam, co w ogóle mówią) - czasami mieli do odegrania po prostu taką postać. Ale jednak często nagranie samego dźwięku po prostu leży i jest za cicho. A w końcu to kino.

Film "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" jest również przykładem czegoś, o czym wspominałam w którymś komentarzu - film, który nie przechodzi testu Bechdel, może być naprawdę dobry. Ale tak samo film, który ten test przechodzi, może się okazać czymś kiepskim. Może tego filmu aż tak ostro bym nie oceniła, ale jednak dowodzi temu, że nie wystarczy pisać o kobietach, trzeba to jeszcze robić dobrze, czego przykładem był zeszłoroczny "Mad Max". I nie chodzi tu nawet o postacie, ale najgorszym grzechem tego filmu jest niestety jego chaos i nadmiar wątków. Choć prawdopodobnie jako serial bardzo by się spodobał i wolałabym, aby pan Patryk Vega poszedł tym tropem (raz jeszcze). A na dzień dzisiejszy moja ocena to 5,5/10, czyli średni z plusem. Fabuła dużo na tym zaważyła. 

Share:

środa, 21 września 2016

Noir (2001)

Gdyby ktoś kazał mi wskazać, z jakich lat lubię najbardziej anime, to zdecydowanie wskazałabym końcówkę lat 90. (m.in. Neon Genesis Evangelion), ale też i początek XXI wieku jako te najlepsze lata anime. Kochałam kreskę z tamtych lat oraz tytuły bardzo ciekawe fabularnie. Nie znaczy to, że nie lubię tytułów współczesnych, ale jednak sentyment pozostaje. A część z tytułów dopiero poznaję, a to z racji tego, że był to też taki okres, kiedy anime przestało lecieć regularnie w powszechnie dostępnej telewizji, ale jeszcze nie miałam Internetu. I kolejny taki tytuł, który chyba docenia się z czasem, to "Noir".

Główne bohaterki anime, Kirika i Mireille. Źródło: nerdsociety.com

"Noir" to pseudonim płatnej zabójczyni, Mireille Bouquet, z pochodzenia Korsykanki, obecnie mieszkającej w Paryżu. Niezawodna, przyjmuje swoje zlecenia głównie mailowo. I właśnie tą drogą otrzymuje tajemniczą wiadomość od pewnej Japonki, Kiriki Yuumury, która chciałaby się z nią spotkać. Mireille zignorowałaby wiadomość, gdyby nie dołączona do niej melodyjka, która przypomina jej melodię graną przez zegarek ojca. Na miejscu okazuje się, że Kirika jest również płatnym mordercą, lecz ma zaniki pamięci i tak naprawdę nie zna swojej prawdziwej tożsamości. Młoda Japonka uważa, że dzięki Mireille może dowiedzieć się czegoś o sobie, a Korsykanka sądzi, że właśnie dzięki Kirice rozwiąże zagadkę śmierci swoich rodziców. Od tej pory obie współpracują pod kryptonimem "Noir".

Przede wszystkim "Noir" to anime, które klimatem w ogóle nie przypomina swojego gatunku. Nie znajdziemy w nim typowych schematów występujących w japońskich animacjach, nie jest krzykliwe, nie ma tu mocy nadprzyrodzonych (choć jest dużo tajemnic). Chyba dlatego Noir zyskało dużą popularność w Europie - we Francji, w Niemczech. To anime ma raczej sposób narracji typowy dla zachodnich produkcji, zwłaszcza tych europejskich. Nawet podziwiając opening można dostrzec (a raczej usłyszeć), że melodia przypomina bardziej muzykę filmową z Zachodu, a nie klasyczny j-pop lub j-rock. W samym openingu mamy nawet nawiązanie do zachpdniej sztuki (a konkretnie do baletu). Dlatego też uważam, że ten serial mogą śmiało obejrzeć osoby, które nawet nie lubią anime. Mogą się miło zaskoczyć, jak ta produkcja jest łatwa w odbiorze dla Europejczyka.

Jeśli mowa o balecie, to na szczególne uznanie zasługuje muzyka w Noir. Chyba jeszcze nie spotkałam się z anime, w którym muzyka tak zapadalaby w pamięć. Aż z chęcią zakupilabym soundtrack do Noir, jeśli tylko byłaby taka możliwość. Niezwykłe połączenie muzyki klasycznej, operowej z techno oraz muzyką elektroniczną idealnie wkomponowuje się zwłaszcza w sceny walk głównych bohaterek. Szczególnie w pamięć zapadają utwory występujące niemalże w każdym odcinku: włoskie "Canta per me", utrzymane w klimacie operowym oraz "Salva nos", połączenie muzyki klasycznej z muzyką nowoczesną. W pamięć zapada nawet nostalgiczna melodia z zegarka ojca Mireille. Jeśli ktoś nie jest dalej przekonany fo samego serialu, to polecam z czystym sumieniem muzykę.

Większość odcinków to raczej jednorazowe epizody, do których nie ma w żaden sposób nawiązania w późniejszych, najważniejszych odcinkach. Mimo to każdy epizod czemuś służy - a to dowiadujemy się czegoś o przeszłości bohaterek, a to poznajemy ich cechy charakteru lub słabości. Niektóre z odcinków nawiązują nawet do klasyki literatury. Szczególnie zapadł mi w pamięć odcinek opowiadający o dawnym oficerze KGB, który próbuje odkupić swoje winy z przeszłości. Nawiązanie do dzieł Dostojewskiego mamy tutaj nawet poprzez imię kota, który występuje w tym odcinku. W każdym odcinku świetne są również sceny walk (nierzadko są one momentem kulminacyjnym odcinka). Każdy z odcinków niesie też ze sobą jakieś przesłanie. Dzięki temu chce się aż kibicować głównym bohaterkom, które bądź co bądź popełniają straszne zbrodnie.

Mireille i Kirika to świetnie napisane kobiece postacie. Znamienne w tym serialu jest właśnie to, że właściwie żadna postać męska nie zapada w pamięć, ani nie jest dobrze rozpisana. Czyli mamy do czynienia z przypadłością, która w popkulturze dotyczy właśnie kobiet. Jest to całkiem miła odmiana. Główne bohaterki to dwa przeciwieństwa - Mireille jest starsza, bardziej doświadczona, posiada też dużą wiedzę (wypomina ona również Kirice, że jest słabo wykształcona), a przy tym rozsadna - choć ma również swoje lęki i tajemnice. Nie ukrywam, że lubię bohaterki takie, jak Mireille - z ciekawą historią, nie dające sobie dmuchać w kaszę, ale przy tym z wiarygodnymi wadami. Kirika to jej przeciwieństwo - cicha, zamknięta w sobie, ale ufajaca Mireille (która jest dla niej jak starsza siostra) i świetnie wykonująca swoją robotę. To dzięki Mireille zaczyna ona również się zastanawiać nad kwestiami moralnymi swoich czynów. Najlepsze jest jednak w tych bohaterkach (i ich relacjach) to, że są one napisane bez zbędnego fanserwisu - więc równie dobrze można interpretować ich relacje jako miłość.

Wadą może się okazać jak dla mnie przewidywalnosc pewnych wątków (nie zdradzę jednak jakich, bo to spoiler) oraz to, że natrafiłam na trochę niechlujne tłumaczenie, objawiajace się głównie tym, że pewne imiona zostały z transliteracja angielską, jak np. książę Muishkin, zamiast książę Myszkin. Trochę mi to przeszkadzało, choć innym nie musi.

Polecam Noir każdemu milosnikowi anime, ale nie tylko. Myślę, że będzie to ciekawy tytuł również dla tych, co lubią sensację, dobry kryminał, jak i ciekawe tajemnice. Sądzę, że także ci ceniący dobrą muzykę również nie będą zawiedzeni. Moja ocena to 9/10, czyli rewelacyjne (oczko w dół za wady, o których wspominałam). Absolutne "must see".

Share:

czwartek, 11 sierpnia 2016

Legion Samobójców (2016)

Tym filmem byłam bardzo zainteresowana, odkąd tylko usłyszałam parę słów o obsadzie oraz o postaciach występujących w nim - złoczyńcy z uniwersum DC zawsze mi się podobali. Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, to na Polsacie z lektorem leciał animowany serial z Batmanem, jeden z najlepszych, takich, który się właściwie docenia dopiero po latach. Łatwo było zapamiętać tam świetne kreacje Jokera, Harley Quinn, Poison Ivy i wielu innych. Tym razem DC wzięło właśnie na warsztat nie superbohaterów, a złoczyńców, czyniąc z nich główne postacie "Legionu Samobójców". I... Film został dość ostro przyjęty przez krytykę, żeby nie powiedzieć: miażdżąco. Można się spierać, że krytycy są sceptycznie nastawieni do blockbusterów, filmów o superbohaterach, ale jednak... Powstał dla mnie film, który może nie jest jakimś gniotem (wysiedziałam do końca w kinie), ale jednak nie zachwycił. A tu postaram się powiedzieć, dlaczego.

Źródło: filmweb.pl

Rządowa agencja z Amandą Waller na czele pragnie stworzyć z niezwykłych złoczyńców, osadzonych w tajnych więzieniach, grupę bohaterów walczących z tajemniczymi wrogami. Amanda Waller kieruje się przede wszystkim zasadą, że ogień trzeba zwalczać ogniem, dlatego grupa ta zostaje utworzona w obawie przed nowymi ludźmi z supermocami, którzy mogą się okazać bezwzględni dla ludzkości. Tytułowy legion to Deadshot, płatny zabójca, Harley Quinn - dawna psychiatra z Arkham, nieprzewidywalna dziewczyna Jokera, Kapitan Boomerang, zdolny włamywacz, Killer Croc, człowiek przypominający krokodyla, El Diablo, który włada ogniem oraz June Moone, która została opętana przez wiedźmę o imieniu Enchantress. Amanda chce udowodnić, że nawet takich złoczyńców da się kontrolować. Niestety, wszystko wymyka się spod kontroli, a Legion Samobójców musi zapobiec katastrofie. 

Nie jest tak, że film nie ma zalet. Niestety, wady przewyższają zalety, a tych jest całkiem sporo. Chyba głównym problemem filmu jest to, że DC chce bardzo doścignąć Marvela. Zrobili więc film... Ni to właściwie Avengersi, ni to Strażnicy Galaktyki, którzy wykorzystywali podobny motyw - ci źli stają się tymi dobrymi. Sam w sobie motyw nie jest zły. Jest prosty, żeby nie powiedzieć - banalny. Każdy to już widział. Problem w tym, że w tej banalności nie ma konsekwencji. Zwłaszcza przy końcówce filmu, kiedy już by się chciało sztampowe zakończenie pt. "i wszyscy żyli długo i szczęśliwie". A tymczasem główni bohaterowie zostają potraktowani jako "ci od brudnej roboty"... I to na tyle. Nie ma jakiejś zmiany wewnętrznej, właściwie nic takiego się nie zmienia też w ich życiu (spoiler: dalej są więźniami). Film więc prowadzi donikąd. Przez pierwszą połowę mamy flashbacki (choć też niekonsekwentnie, kilku postaciom poświęcono mało czasu), a przez drugą - właściwą akcję z niezbyt fajną końcówką. 

Po drugie - Joker i spółka. Mam tu na myśli cały ten marketing, hype i promocję. Po pierwsze, jeśli ktoś się spodziewa, że w filmie Joker zagra pierwsze skrzypce, to srogo się zawiedzie. Jest go jak na lekarstwo, choć materiały filmowe sugerują inaczej. Do tego kreacja Jareda Leto tym razem nie przypadła mi do gustu - może dlatego, że za bardzo stylizuje się na takiego szaleńca, który doskonale wyszedł Ledgerowi? Tu wyszedł przerysowany i częściowo niezgodny z kanonem, jaki znamy chociażby z serialu animowanego - mam na myśli tutaj relację jego z Harley. Właściwie tutaj się zgadzają tylko podstawowe fakty - miała go leczyć, a się w nim zakochała. W kanonie jest dość smutna opowieść o toksycznej relacji. Tu niestety przedstawiona jako romantyczna, choć zwariowana. Tymczasem ich związek nie powinien być żadnym wzorem.

Mam również zastrzeżenia do doboru aktorek. Nie mam nic do Margot Robbie czy Cary Delevigne - same w sobie są świetne. Wina jest tutaj w kreacji - wybrano dwudziestokilkuletnie aktorki do roli kobiet, które już są doświadczone życiowe - Harley jest psychiatrą, a June Moone jest archeologiem. Trochę mało wiarygodnie to wygląda, gdy widzimy młode dziewczyny.

Mam również uwagę do dystrybutora - kto mianowicie wymyślił, że film może być puszczony z dubbingiem i jest od 13 lat? Moim zdaniem puszczenie 13-letniego dziecka na ten film to strzał w kolano. Dubbing był średnio dobrany, a przekleństwa czy aluzje seksualne sprawiają, że trochę niekomfortowo było patrzeć na ekran. Raczej tego filmu nie dopuściłabym do dubbingu, a dolną granicę dałabym jako jednak te 15 lat.

Nie oznacza to, że film nie ma zalet. Oprócz tych czysto technicznych, jak muzyka czy efekty specjalne, to nie można narzekać na brak różnorodności w filmie - mamy i kobiety i mniejszości rasowe. Jednak jest to żywy dowód na to, że nie jest to warunek, aby film był dobry. Mamy świetne postacie z potencjałem - Deadshota, El Diablo, czy Croca. O tych dwóch ostatnich naprawdę widz chciałby się dowiedzieć czegoś więcej. Podobnie jak o June Moone, która jednak przez większą część filmu odgrywała "tę złą". Mimo to Deadshot wypada rewelacyjnie. Postać napisana z pazurem i z humorem. Tak samo Amanda Waller jako taka niejednoznaczna postać wypada świetnie (choć samej Violi Davis przydałyby się też trochę lżejsze role). 

Niestety, "Suicide Squad" nie jest filmem nawet dobrym. Nie jest jednak też beznadziejnym, choć naprawdę wad ma wiele. Jednakże jest to film, o którym łatwo można zapomnieć, który nie jest jakiś konieczny do zrozumienia historii Batmana czy uniwersum DC. Być może to kwestia tego, o czym wspominają niektórzy na YouTube - mam na myśli to, że wersja jest mocno okrojona w porównaniu do tego, o czym mówili sami aktorzy. Choć sceny walk bardzo mnie radowały, to jednak to wciąż za mało. Do tego niesatysfakcjonująca końcówka. Zgodzę się ostatecznie z tym, że film daje "mieszane uczucia". I dostaje ode mnie notę 5,5/10, czyli średni z plusem. 


Share:

czwartek, 12 maja 2016

Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów (2016)

Marvel Cinematic Universe zaczynam lubić na tyle, że zaczynam żałować, że komiksy w Polsce są dość trudno dostępne. Skany - tak samo, albo nie dotarłam do odpowiednich źródeł. Zostają mi więc filmy z superbohaterami wykreowanymi przez Marvela. I te są coraz lepsze, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Wprawdzie do "Czasu Ultrona" można mieć trochę zastrzeżeń, ale myślę, że "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów" spokojnie nadrabia tamte niedociągnięcia. Przy okazji w ładny i nienachalny sposób przedstawia nam nowych bohaterów, których bliżej poznamy w kolejnych filmach, zapowiedzianych do 2019 roku. Ale po kolei.

Źródło: filmweb.pl
Jak wiadomo z "Czasu Ultrona", poprzednia drużyna Avengersów rozleciała się, ale za to pojawili się nowi członkowie: Scarlet Witch, War Machine, Falcon oraz Vision. Wszyscy próbują ratować świat, uczestnicząc w niebezpiecznych misjach. W jednej z nich Scarlet Witch, czyli Wanda Maximoff, użyła swojej mocy w nieodpowiedni sposób, powodując tym samym śmierć niewinnych ludzi. Ten wypadek przelewa czarę goryczy i ONZ decyduje, że nad Avengersami powinna być pewna kontrola, narzucona przez Protokół z Sokowii. Steve Rodgers, czyli Kapitan Ameryka, ma pewne wątpliwości, co do całego projektu, natomiast Tony Stark uważa, że kontrola jest czymś słusznym, tym samym naciska Steve'a, aby podpisał protokół. W międzyczasie dochodzi do kolejnego incydentu, w którym głównym podejrzanym staje się Bucky Barnes, dawny przyjaciel Steve'a, znany jako Zimowy Żołnierz. Kapitan Ameryka chce ratować swojego przyjaciela nawet za cenę własnego życia.

Postaram się, aby ta recenzja była w miarę bezspoilerowa, choć sporo osób już widziało film. Ja generalnie jestem zadowolona, choć nigdy wielką fanką Steve'a nie byłam. Ale filmy z Kapitanem Ameryką mają moim zdaniem taką zaletę, jakiej nie mają np. Avengersi - są trochę dojrzalsze i przemycają w ciekawy sposób dość trudne tematy polityczne. Tak było w poprzedniej części, tak jest i w tej. Przede wszystkim bardzo mnie urzekł główny wątek. Reklamowany jako konflikt między Stevem a Tonym, którzy nazywali siebie przyjaciółmi (choć potrafili sobie dogryzać), ale bardziej jest to konflikt wartości. Steve jest idealistą, bardzo ceni sobie przede wszystkim wolność, także i wolność wyboru, nie lubi być ograniczany, nawet jeśli to sam ONZ. Jak sam mówi, nie potrafiłby się bezczynnie patrzeć na to, że ludzie giną, tylko dlatego, że ONZ zabronił akurat Avengersom wyruszania na misję. Z kolei Tony Stark kieruje się głównie strachem, lecz nie jest to strach nieuzasadniony, a wręcz przeciwnie - spowodował w końcu (pośrednio lub bezpośrednio) śmierć niewinnych ludzi. Boi się więc dłużej to ciągnąć, obawia się też utraty kontroli nad samym sobą. Wybór wolność albo bezpieczeństwo jest wyjątkowo trudny. I myślę, że to zostało dobrze ujęte w filmie. Każda ze stron ma swoje racje, choć widz wie niemalże od początku, że to jednak Kapitan Ameryka się nie myli w swoich osądach. Nawet jeśli czasem bardziej kieruje się emocjami (takimi jak więź ze swoim przyjacielem), to jednak obiektywnie rzecz biorąc, nawet jeśli nie znał wszystkich faktów, to miał rację, ale też trzeba przyznać, że chyba po raz pierwszy Tony Stark przyznał się do błędu. Choć nawet to nie sprawia, że konflikt rozwiązuje się w łatwy sposób, a wręcz przeciwnie.
Niektórzy mówią, że ten film jest filmem dla fanów Bucky'ego, bowiem niemal każdy widz ma potem odczucie, że Bucky jest taki biedny, że trzeba go chronić i w ogóle. Ja tego tak do końca nie odebrałam. Zresztą, sam Bucky zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że pranie mózgu nie upoważnia go do tego, aby nie ponosił konsekwencji za swoje winy, a wręcz przeciwnie. Czuje się z tym źle i dlatego nie oczekuje nawet pomocy od Kapitana, choć doskonale wie, że został wrobiony w pewien incydent. I myślę, że to świadczy o sile tej postaci.

Pojawiają się także nowi bohaterowie, ale jednak widz nie ma poczucia, że jest ich za dużo, czy są oni niepotrzebni. Mi najbardziej podobał się Spiderman. Filmy kinowe podchodzą do tej postaci po raz trzeci - Spiderman będzie miał jeszcze oddzielny film powiązany z MCU. Poprzednie filmy prędzej czy później okazywały się katastrofą, acz teraz mam wrażenie, że wreszcie podeszli do tego w należyty sposób. Przede wszystkim widać, że Spiderman jest tutaj nastolatkiem, w dodatku bardzo typowym nastolatkiem - lekką fajtłapą, jąka się, gdy widzi znanych superbohaterów, a dodatkowo dodaje humoru w filmie i w scenach walki. Myślę, że ten Spiderman jest w końcu trafiony i nie mogę się go doczekać w kolejnych filmach. Pojawiają się też pewne smaczki, jak np. rozmowy i interakcje Wandy i Visiona. Z komiksów wiadomo, że zostali oni parą, więc kto wie, czy MCU nie pociągnie dalej. Kolejnym ciekawym bohaterem wydaje się Czarna Pantera, czyli T'Challa. Początkowo pałał on chęcią zemsty, ale później wykazuje się sporą mądrością. Jestem ciekawa, jak wypadnie film poświęcony jego postaci. Wszystkich smaczków związanych z popkulturą jednak nie chcę zdradzać, bo czuję, że zepsułabym ten film. Przypomniało mi się jedynie, że muszę koniecznie nadrobić film z Ant-Manem, ponieważ ten superbohater również przypadł mi do gustu (głównie ze względu na to, że dostarczył masę humoru).

Na wielki plus oczywiście sceny walki i sceny akcji (ach, te pościgi). I czuję, że dobrze, że poszłam na wersję 2D - niestety, ale takie sceny naprawdę dużo tracą w 3D, ze względu na szybką zmianę obrazu. A na brak takich scen nie można narzekać. Nie jest ich oczywiście za dużo, ale też nie ma nudnych przestojów. Proporcje są wyważone. Muzyka - również dobrana i wpadająca w ucho, choć może to nie jest to samo, co soundtrack z "Deadpoola".

Jako że do tej beczki miodu trzeba dodać łyżkę dziegciu, muszę wspomnieć też o wadach. A były takowe. Po pierwsze, jak na tak długi film, to jakoś mało poświęcone jest Czarnej Wdowie, w przeciwieństwie do poprzedniego filmu o Kapitanie Ameryce. Właściwie jej rola jest ograniczona do kilku scen walki, do pomocy odpowiednim bohaterom i to w zasadzie tyle. A może to już Scarlett Johansson mi się przejadła? Drugą zasadniczą wadą jest końcówka filmu. Bez większych spoilerów to mogę zdradzić, że z lekka mnie rozczarowała. Główny antagonista bowiem miał sprytne plany, kombinował, mieszał, a koniec końców okazało się, że plan i motyw były bardzo proste, żeby nie powiedzieć - wręcz banalne. I po co właściwie było się tłuc po tym świecie? Tego czasem nie pojmuję przy tworzeniu antagonistów.

Jeśli ktoś szuka porządnej rozrywki - Marvel na pewno ją dostarczy. Jeśli ktoś nie lubi oglądać samego mordobicia, a czasem szuka ciekawych, ważnych, acz nienachalnych wątków, to również Marvel potrafi to zapewnić w swoich filmach. Taki jest też "Kapitan Ameryka". "Wojna Bohaterów" to idealny ciąg dalszy "Czasu Ultrona". Film trzyma w napięciu do samego końca, sceny walki nie zawodzą, a dodatkowo nie brakuje humoru. Wiedziałam, na co się piszę, nie mogłam się doczekać tego filmu i się nie zawiodłam. Muszę jednak dodać jedno - film ze względu na dość brutalne sceny nie nadaje się jednak dla młodszych nastolatków, choć zdaję sobie sprawę, że jest też wersja z dubbingiem (moim zdaniem filmy MCU trochę na tym tracą, ale to temat na osobny post). Ale tak to śmiało mogę polecić film tym, którzy lubią rozrywkę po ciężkim dniu. Idźcie do kina! A moja ocena to 9/10 czyli film jest rewelacyjny. 
Share:

czwartek, 18 czerwca 2015

Mad Max: Na drodze gniewu (2015)

O tym filmie nasłuchałam się wiele. Przyznać trzeba jedno - miał świetną akcję marketingową - bowiem zwiastun w ogóle nie sugeruje całości, tego, co może w nim być. Dopiero po tym, jak pierwsza fala widzów poszła do kina, film okrzyknięto feministycznym, co jednych zachwyciło, a inni poczuli się zgorszeni. Ja zaliczałam się do tych pierwszych, a mianowicie do tych, którzy byli tym bardziej zaintrygowani kontynuacją klasyka z lat 80. Gify i screeny z postaciami tym bardziej sprawiły, że zachciało mi się iść do kina. I co dostałam? Może nie film, który wbił mnie w fotel, ale z całą pewnością film rozrywkowy na bardzo wysokim poziomie. 
Źródło: filmweb.pl
Akcja filmu toczy się w postapokaliptycznym świecie, w którym nieliczni przetrwali wojnę nuklearną. Tytułowy Max Rockatansky był kiedyś policjantem, teraz jest samotnym wędrownikiem, który próbuje przetrwać. Pewnego dnia zostaje porwany przez bandę niejakiego Wiecznego Joe, który jest władcą Cytadeli, jednego z nielicznych osiedli ludzkości. Max staje się dawcą krwi dla tzw. półżywych, wojowników Joe. Przez przypadek zostaje również wciągnięty w wyprawę przeciwko Cesarzowej Furiosie, która to zbuntowała się i zabrała ze sobą harem Wiecznego Joe. Próbuje uciec, szukając lepszego miejsca. Max, chcąc nie chcąc, decyduje się na wspólną wędrówkę.

W filmie urzekło mnie wykreowane uniwersum. Być może dlatego, że nie mamy zbyt wiele o nim powiedziane, jedynie dostajemy strzępki informacji. Podoba mi się sugestia, że większość ludzi po wojnie nuklearnej dosłownie stała się szalona, w tym i główny bohater, którego prześladują demony przeszłości. Całkiem ciekawe jest również przedstawienie "techniczne" - wszystko w tym świecie opiera się na ropie i na pojazdach mechanicznych (samochody, motory), które wyglądają jak relikty przeszłości. Podoba mi się też to, że Cytadela dowodzona przez Wiecznego Joe jest niejako aluzją do systemów totalitarnych, w których to ludzie mają wyprane mózgi i naiwnie liczą na zbawienie. A tylko nieliczni dostrzegają zagrożenie.

I to jest właśnie główne przesłanie filmu, powiedziane przez jedną z bohaterek: "Nie jesteśmy przedmiotami". A tak właśnie Joe traktuje swoich podwładnych, a nawet kobiety, które nazywa żonami - one są jedynie narzędziami, mają mu rodzić dzieci i je wykarmić, cała reszta go nie obchodzi. Dlatego pięć żon Joe postanawia uciec wraz z Cesarzową Furiosą. O niej również niewiele wiadomo. Mówi sama o sobie, że szuka odkupienia. Buntuje się przeciwko temu światu, pragnie wolności. Widz współczuje jej, kiedy jej marzenia i plany kończą się fiaskiem. A przy tym jest postacią silną i świetnie wykreowaną.

Urzekła mnie również relacja Furiosy z Maxem. Nie ma bowiem tam żadnego wątku romantycznego. Są oni dla siebie równorzędnymi partnerami. Każdy z nich ma inne cele, lecz muszą współpracować, by je osiągnąć. Muszą nauczyć się zaufania do siebie, co jest trudne, acz w ostateczności wykonalne. Myślę, że dlatego też polubiłam głównego bohatera - choć oszczędny w słowach, dosłownie szalony, to jego czyny mówią same za siebie.

Myślę, że jednak to feministyczne przesłanie kryje się w przedstawieniu postaci kobiecych, postaci, które są różne, a mimo to potrafią ze sobą współpracować i chcą tego, w imię solidarności i w imię własnej wolności. Nawet żony Joe, choć pozornie są one laleczkami, które mają mu służyć za dekorację, są mądre i zaradne. Chcą przede wszystkim swojej wolności i dla niej zrobią wiele. Przyznaję, że dawno nie widziałam takiego filmu, który by to dobrze przedstawiał. Przede wszystkim urzekła mnie scena solidarności nie tylko tej kobiecej, ale też i tej międzypokoleniowej.

W kinie byłam na seansie 3D. Było trochę efektów, które nadawały się pod taki seans, ale jednak wciąż preferuję filmy 2D. Co nie zmienia faktu, że surowe, pustynne klimaty oraz muzyka bardzo mi przypadły do gustu. Film pod tym kątem stoi na bardzo wysokim poziomie, podobnie jak z efektami CGI, które wypadają bardzo dobrze.

Moim zdaniem Mad Max to przykład filmu rozrywkowego, który nie musi nudzić, nie musi mieć wymagającej fabuły, ale przy tym nie musi być płytki i mieć całą gamę ciekawych postaci oraz uniwersum do zaprezentowania. Być może jeden z lepszych filmów 2015 roku. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to koniecznie musi się wybrać do kina. A ode mnie ocena 9/10, czyli rewelacyjny (naprawdę z chęcią obejrzę jeszcze raz). 
Share:

czwartek, 14 maja 2015

Avengers: Czas Ultrona (2015)

Do kina szłam na ten film, czytając bardzo mieszane recenzje - jedni wychwalali go, drudzy dochodzili do wniosku, że to nie to. Faktem jest to, że ogólnie krytykowany jest reżyser, Joss Whedon, lecz bardziej krytyka jest skierowana do jego wypowiedzi, które delikatnie mówiąc, są nie na miejscu. Jednak już kiedyś wspominałam, że nie znam za bardzo komiksów Marvela (tyle tylko, co wyczytam z jakichś postów), więc filmy z Marvel Cinematic Universe traktuję jako czystą rozrywkę, trudno mi też oceniać poprawność względem komiksów. To będzie recenzja czysto filmowa, postaram się uniknąć też spoilerów, jak tylko się da.
źródło: filmweb.pl
Akcja "Avengersów" łączy się bezpośrednio z "Kapitanem Ameryką: Zimowym Żołnierzem", jest jakby kontynuacją wątków. Avengersi dostają się do bazy Hydry w Europie Wschodniej, w Sokowii. Tam przeprowadzane są eksperymenty na ludziach, w wyniku czego osierocone bliźniaki, Wanda i Pietro Maximoff zyskują supermoce (i stają się tym samym Scarlet Witch i Quicksilverem, znanymi także z X-Menów). Głównym celem Avengersów jest jednak odzyskanie berła Lokiego. Okazuje się, że zadanie nie jest proste, bowiem Scarlet Witch skutecznie manipuluje lękami Iron Mana. Ten zaś próbuje stworzyć nowy system chroniący Ziemię, Ultrona. Wszystko jednak wymyka się spod kontroli.

Może zacznę od zalet - miło jest zobaczyć dobry kawałek kina akcji, które nie nudzi. Akcja dzieje się szybko, nie ma miejsca na jakieś długie przestoje, a scenki pełne patosu są świetnie przeplatane comic reliefami (uwielbiam zwłaszcza, jak Tony Stark dogryza reszcie, a przede wszystkim jak dogryza Kapitanowi Ameryce). Fabuła może jest nieco bardziej prosta, niż w przypadku "Zimowego Żołnierza" (w tamtym filmie pojawiały się fajnie wplecione wątki polityczne, tutaj tego nie ma, a przynajmniej nie w takim stopniu).

Siłą Avengersów są jednak bohaterowie. Bohaterowie, którzy powinni być drużyną, a jednak pomiędzy nimi widać zgrzyty, nieporozumienia, ich wady i słabości niejednokrotnie przeszkadzają w misjach. Ale właśnie to lubię w bohaterach Marvela - nie są oni idealni, oprócz bycia obrońcami Ziemi mają też swoje życie, lubią się odprężyć, pożartować, itd. Podobnie jednak podobał mi się wykreowany główny złoczyńca, czyli tytułowy Ultron. System, który miał chronić Ziemię, a w efekcie sam nie wie, co powinien, a czego nie - a tym samym tylko w destrukcji widzi jedyny ratunek dla naszej planety. Był mimo wszystko ciekawą postacią.

Mieszane uczucia miałam jednak przy pairingu, do którego sporo ludzi ma zastrzeżenia, a mianowicie Bruce Banner/Natasha Romanoff. Fakt, z tego, co wiem, nie ma to pokrycia w komiksach, ale z czasem przekonałam się, że mogą do siebie pasować - niekoniecznie będą super hot parką, ale jakaś nić porozumienia między nimi jest. Nie przeszkadzał mi też Clint, który posiada rodzinę (bo dlaczego nie?). Jedyne zastrzeżenia, jakie mam, to (uwaga, spoiler) tekst Natashy o tym, że ją wysterylizowano i przez to jest potworem. Trochę jakby... Tylko możliwość macierzyństwa nadawała człowieczeństwo kobiecie? No, coś tu jest nie halo.

Z innych wad: trochę jestem nieusatysfakcjonowana tym, że Quicksilvera i Scarlet Witch było mało na ekranie (a zwłaszcza tego pierwszego), a człowiek jednak chciałby czegoś więcej się o nich dowiedzieć, zwłaszcza, że w tym uniwersum trochę się różnią od swoich odpowiedników z X-Menów. Tak samo trochę irytuje mnie fakt "fikcyjnych krajów w Europie Wschodniej" (zazwyczaj o słowiańsko brzmiącej nazwie). Trochę nie fair, zwłaszcza, że Ameryka jest też w tym uniwersum, a obok niej są po prostu kraje, które nie istnieją. Tak bardzo twórcy boją się powiązań z historią? Jakoś nazistów nie bali się dawać.

Efektów specjalnych było tyle, ile potrzeba było i robiły na mnie wrażenie. W sumie choć byłam na wersji 2D, to uważam, że 3D można również zobaczyć, chociażby dla scen pościgów i walki.

Film przypadł mi do gustu. Dwie i pół godziny w kinie zleciały bardzo szybko, a pomimo wczorajszego zmęczenia po pracy byłam w stanie się cieszyć filmem, zaśmiać się przy tekstach Iron Mana i zwyczajnie wciągnąć w akcję. Jeśli ktoś szuka czystej rozrywki, w sam raz na weekend lub popołudnie, to śmiało mogę polecić Avengersów, podobnie jak i każdy inny film Marvela, który widziałam. A moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

środa, 26 marca 2014

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz (2014)

Czasami zdarza się tak, że pójdę na jakiś film, nie planując tego dużo wcześniej. Ogólnie miałam zamiar obejrzeć "Kapitana Amerykę", ale nie wiedziałam, kiedy to nastąpi. Ostatecznie wypadło w dniu premiery. I ogólnie moje wrażenie... Jest bardzo dobre. Jeśli chcecie mieć dobrą rozrywkę, to krótko mówiąc: Marvel was nie zawiedzie. Choć ja do ogromnych fanów Marvela i ich bohaterów nie należę (patrzę po prostu z punktu widzenia czysto rozrywkowego), to nie mogę powiedzieć, że film był zły, bo byłoby to kłamstwo. Recenzję postaram się napisać bez większych spoilerów, choć sam opis fabuły może będzie bardzo krótki właśnie z tego powodu.
Źródło: filmweb.pl
Ale o czym jest film? Akcja dzieje się jakiś czas po zakończeniu Avengersów, współcześnie (choć zaawansowana technologia jest jak z przyszłości). Steve Rogers powoli próbuje się przystosować do nowej rzeczywistości, po tym jak go rozmrożono. Jednocześnie współpracuje z agencją S.H.I.E.L.D., dowodzonej przez Nicka Fury'ego, znanego nam z Avengersów. Steve (jako Kapitan Ameryka oczywiście) wraz z Czarną Wdową (czyli Nataszą Romanoff) dostają misję odbicia statku należącego do S.H.I.E.L.D. Wkrótce się okazuje, że sprawa ze statkiem jest przykrywką dla o wiele grubszej sprawy, którą starają się rozwikłać Steve, Natasza oraz ich nowy znajomy Sam (czyli Falcon).

I może zacznę od wad, bo tych jest mniej. Pierwszą zasadniczą wadą jest sprawa tytuł vs. film. Owszem, wątek tytułowego Zimowego Żołnierza jest ważny, jest istotny, jest też ciekawy, jednak jest tylko jednym z wątków tego filmu, jest jakby częścią składową, a co najważniejsze, sam Żołnierz (i tu lekki spoiler) nie jest głównym antagonistą, jak to próbowano uchwycić w trailerze, czy w innych materiałach promocyjnych. Dla mnie lepiej byłoby to nazwać po prostu "Kapitan Ameryka 2". Zwłaszcza, że film sam w sobie promowany jest jako wstęp do "Avengers 2" (i coś w tym jest, ale wrócę jeszcze do tego). Drugą, i ostatnią wadą jest to, że znowu jest to film, który tworzą postacie drugoplanowe, takie jak Czarna Wdowa, Nick Fury, Falcon. Nie jestem wielką fanką Steve'a Rogersa i głównie przez to pierwsza część Kapitana Ameryki średnio mi się podobała. Steve sam w sobie potrafi być nieco irytujący, wyidealizowany, a dodatkowo często działa zbyt emocjonalnie, a nie rozsądnie. Owszem, jego wrażliwość i gotowość do poświęceń była czymś ważnym (w końcu gdyby nie to, nie wybraliby go do eksperymentu), ale momentami jest pełna niezdrowego wręcz patosu (dlatego dla rozluźnienia po jednym z monologów Steve'a Sam zapytał, czy wziął to z Internetu, czyli mieliśmy comic relief). Rozumiem, że Kapitan Ameryka był stworzony także w celach propagandowych, powstał też w czasach, kiedy superbohaterowie byli ogólnie wyidealizowani, ale jednak... Uważam, że czasy się zmieniły i bohaterowie powinni się wykazywać czymś jeszcze. Oczywiście bez przeginania, żeby nie byli antybohaterami, ale skoro Steve żyje w czasach współczesnych, a wyznaje wartości z lat 40. XX wieku, to coś tu zgrzyta. Choć jest też swoistą zaletą, ale o tym za chwilę.

No, to po marudzeniu pora na zalety, a tych jest całe mnóstwo. Po pierwsze - fabuła. Plot twist goni plot twist. Były owszem momenty przewidywalne, ale jednak film był bardziej intrygujący, niż się spodziewałam. Niemal do końca trzyma w napięciu i niemal do końca zastanawiałam się, do czego to wszystko zmierza. Jeśli ktoś lubi także filmy sensacyjne w połączeniu ze spiskami (dlatego też uważam, że spiskowe teorie dziejów to bajki, które fajnie się prezentują w filmach, ale nijak mają się do rzeczywistości), to naprawdę polecam ten film. Pierwsza część bowiem była dla mnie... Dość łopatologiczna. Ale nic dziwnego, skoro przedstawiała historię z tych pierwszych komiksów - to na usprawiedliwienie. Ale właśnie "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz" nadrabia fabułą, która nie jest skomplikowana, ale też nie jest naiwna, czy przewidywalna w 100%. I tego oczekuję po filmach rozrywkowych. Postacie drugoplanowe. Jak narzekałam na Steve'a, tak nie mam prawa narzekać na resztę postaci - a to głównie dlatego, że dzięki nim film jest ciekawy. Nie są one jednoznaczne, momentami też ciężko powiedzieć, kto tu jest do końca dobry, a kto jest zły. I to jest świetne! W pamięć zapadają Scarlett Johansson jako Czarna Wdowa i Samuel L. Jackson jako Nick Fury. Agentka Romanoff jest dobrą postacią kobiecą. Można o niej powiedzieć, że jest "badass". Jest też piękna, ale to nie jej uroda jest głównym atutem, a jej spryt oraz waleczność. Początkowo mnie dziwiło, że Czarna Wdowa pyta Steve'a o to, czy się z kimś umawia, bo zastanawiałam się, czy to jest ta sama Scarlett Johansson, która sprzeciwiała się seksizmowi w mediach. Ale jednak potem takie teksty nie przeszkadzają, raczej są na rozluźnienie, a postać jest wręcz genialna. Tak więc postacie, a także gra aktorska są bez zarzutu. Co dalej? Akcja oczywiście. Same sceny akcji prezentują się świetnie, a to zasługa technik (i chyba się słuchają Douga Walkera, bo mamy coraz mniej "trzęsącej się kamery"). Jeśli ktoś lubi pościgi, "strzelanki", sceny walki - to również jest film dla niego. I ostatnia rzecz - drobne scenki, takie swoiste smaczki. Oczywiście pojawia się gościnnie Stan Lee, na samym początku uśmiechnęłam się, gdy widziałam listę "do zobaczenia" Steve'a (m.in. były tam Gwiezdne Wojny, czekam, aż ktoś zrobi screena z tym), czy także właśnie takie wątpliwości Steve'a z powodu braku przystosowania się do współczesnych czasów (choć idzie mu całkiem nieźle), a także wzmianka o Iron Manie. Dodatkowo po napisach końcowych są dwie sceny, z tego, co się dowiedziałam. Zanim obejrzałam film, nie wiedziałam, więc widziałam tylko jedną, która właśnie moim zdaniem jest swoistą zapowiedzią kontynuacji Avengersów.

Z paru rzeczy technicznych - byłam na filmie z dubbingiem, (nie)stety. Tu już mogę mieć pretensje tylko do mojego kina, że napisy będą tak późno (bo o 20:45), więc z braku laku... Lecz mam zasadę, że nigdy nie oceniam filmu po dubbingu, a jako oddzielny twór. I nie wypada aż tak koszmarnie, idzie się przyzwyczaić, choć jednak wolę oryginalne głosy (mam nadzieję, że obejrzę jeszcze raz w oryginale). Choć przyznaję, że polityka Disneya o dubbingowaniu ich filmów jest dziwna, a to dlatego, że trochę jakby robiona na ślepo i przez to zapędzili się w kozi róg. Filmy Marvela nie są bowiem skierowane do dzieci. Jeśli już, to są to filmy dla młodzieży gimnazjalnej wzwyż, a takie dzieciaki już umieją czytać szybko napisy. Ale to już... No na to nie mamy wpływu.

Podsumowując: "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz" to rozrywka na najwyższym poziomie, ale właśnie temu kino służy - rozrywce. Dla mnie film o wiele lepszy niż pierwsza część, a momentami podobał mi się bardziej, niż Avengersi. Dlatego, jeśli ktoś może, to niech obejrzy w kinie - takie filmy się lepiej ogląda na dużym ekranie. Polecam. A moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry (i to bez żadnego naciągania). 
Share: