Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 maja 2017

W duchu lat 80., czyli Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)

Byłam bardzo zadowolona z pierwszej części przygód Petera Quilla i jego towarzyszy, więc wiedziałam, że pójdę również na drugą. Nie śledziłam jednak szczegółowo informacji na temat tego filmu, stąd właściwie dopiero w kinie byłam zaskoczona obsadą, jak i samą fabułą... I choć ta druga to raczej szczytem ambicji w sci-fi (jak i w samym Marvel Cinematic Universe) nie jest, to jednak... No co tu dużo mówić. Podobało mi się. To nie znaczy, że nie widziałam absolutnie żadnych wad, wręcz przeciwnie. Jednak to nie zmienia prostego faktu, że fajnie się bawiłam, podobnie jak na poprzedniej części. Ale po kolei.

Źródło: filmweb.pl

Peter Quill wraz z Gamorą, Draxem, Rocketem i Grootem wciąż tworzą drużynę nazwaną Strażnikami Galaktyki. Przyjmują oni różne zlecenia, często dostając jakąś nagrodę w zamian. Tak jest także i wtedy, gdy Strażnicy ratują cenny skarb należący do "pięknej i idealnej" rasy Suwerenów. Za dobrą robotę przejmują oni więźnia, znaną z poprzedniej części Nebulę. Niestety, Rocket kradnie cenny skarb, co powoduje wściekłość Suwerenów. Przed pościgiem Petera oraz spółkę ratuje niejaki Ego, który okazuje się zaginionym ojcem Quilla. Mimo złych przeczuć, część drużyny udaje się na planetę Ego, by dowiedzieć się czegoś o pochodzeniu Petera.

"Strażnicy Galaktyki vol. 2" to nie jest film, który daje jakiś całkowicie nowy, odkrywczy ton, zwłaszcza w przypadku głównych bohaterów. Morał całości jest dość sztampowy i mało oryginalny (i może ciutkę wątek prowadzący do morału był mało rozwinięty, ale o tym pomówię przy okazji kreacji bohaterów), ale wciąż potrafił wzruszyć i ukazać kilka rzeczy w zupełnie nowym świetle. A przynajmniej część wątków pobocznych potrafiła mocno zaskoczyć.

Dowiadujemy się bardzo dużo o przeszłości Petera, o jego prawdziwym pochodzeniu, stopniowo mamy odkrywane po kolei wszystkie tajemnice sprzed wielu lat. Nie chcę jednak tworzyć recenzji spoilerowej, więc nie zdradzę, co może najbardziej zaskoczyć widza. Sam pomysł na Ego jako postać oraz planetę przypadł mi mocno do gustu (w dodatku Kurt Russell świetnie odegrał tę postać, fajnie widzieć go ponownie na dużym ekranie), lecz przy okazji mamy dość sztampowe pomysły na postacie.

Mam wrażenie, że najgorzej wypada tutaj Peter Quill. O ile w poprzedniej części był cwaniaczkiem wychowanym przez złodzieja, który początkowo irytował, ale stopniował dawał się polubić, tak tutaj mam wrażenie, że jest trochę zagubiony w roli superbohatera. I nie mam tu na myśli kreacji Chrisa Pratta (choć do jego gry aktorskiej nie mam większych zastrzeżeń), ale raczej sam pomysł scenarzystów... A raczej jego brak. Peter stał się dla mnie nijaką postacią, która ucieka w dodatku w schematy doskonale wszystkim znane, Nie wiemy do końca jednak, co nim kieruje poza chęcią odnalezienia rodziny. Niestety Chris, tym razem mnie nie przekonałeś.

Niewiele lepiej wypadają Nebula oraz Gamora. Do gry nie mam zastrzeżeń (i to pokazuje, że Karen Gillan znana z Doktora Who umie grać, pod warunkiem, że da się jej trochę więcej możliwości). Ta pierwsza jest zgorzkniała i kieruje się tylko zemstą (a szkoda, liczyłam, że dołączy do Strażników), a Gamora jest trochę pokazana jako "love interest" Petera, a trochę jako twarda babka, która chce się dogadać z siostrą. Plus jednak za to, że jej relacja z Peterem nie była sprowadzona do klasycznego pocałunku na końcu i "żyli sobie długo i szczęśliwie". To jeden z ciekawszych wątków miłosnych, które ostatnio widziałam w kinie.

Rocket wprawdzie niewiele się zmienił - wciąż jest złośliwym szopem, który lubi irytować innych, jednakże częściowo jest to powtórka z rozrywki. Z Grootem tworzą fajny duet, ale ile można też powtarzać żart o tym, że mały Groot jest uroczy? No jest uroczy, słodki, kochany, tylko lepiej by to wypadło, gdyby było mniej takich żarcików.

No i Drax. Z nim wiem, że jest największy problem. Wprawdzie jest to postać, która przynajmniej częściowo została rozwinięta, ale kosztem dość niesmacznych dowcipów (mimo, że cała sala się śmiała w kinie) bazujących na różnicach kulturowych. Raz można. Drugi raz przebolejemy. Ale takie żarty bez przerwy? 

Nowe postacie nie dostały może dużej szansy na rozwinięcie (ale liczę na to, że urocza Mantis pojawi się w kolejnej, zapowiedzianej już odsłonie), ale miło, że się pojawiły. Duże zaskoczenie? Epizodyczna rola Sylvestra Stallone. Nie myślałam, że ta gwiazda jeszcze się pojawi na dużym ekranie w innej roli niż w tych, które już kiedyś odgrywał. No i oczywiście Yondu. Ten mnie najbardziej kupił. W poprzedniej części nieco irytujący złodziej i przywódca gangu, tutaj próbuje odkupić swoje winy (dowiadujemy się, dlaczego właściwie przeskrobał sobie tym, że zabrał Petera z Ziemi). Chciałabym właściwie zobaczyć tylko film o przygodach Yondu.

Ale skoro jest tak źle, to dlaczego ten film mi się podobał? Z prostej przyczyny: po prostu kocham wszystko, co powiązane z latami 80. A ten film zawiera w sobie całą ich estetykę - kiczowatą, a jednak w przypadku filmów sci-fi i fantasy - dobrze się kojarzącą. W końcu to lata 80. wypuściły dwie części Gwiezdnych Wojen, Powrót do przyszłości, Łowcę Androidów, czy filmy fantasy takie jak "Niekończąca się opowieść" czy "Willow". Po prostu od zawsze kochałam ten okres w kinematografii, jak i w muzyce, dlatego też siłą rzeczy Strażnicy Galaktyki będą mi się podobać. Uwielbiałam te wszystkie smaczki, nawiązania do popkultury, znanych aktorów, czy cały soundtrack. Kawałki z lat 70. i 80. wpadają w ucho i doskonale pasują do poszczególnych akcji. No i "Awesome Mix 2" można słuchać w kółko.

Nie powiem zbyt dużo o efektach specjalnych, bo wiadomo, że te stoją na bardzo wysokim poziomie - zwłaszcza planeta Ego to wizualne cudeńko. Ale o efektach specjalnych jako takich mam ochotę napisać oddzielny tekst (tak po powtórce "Łowcy Androidów"). 

Ogólnie mówiąc - Strażnicy Galaktyki vol. 2 to film, do którego można mieć wiele zastrzeżeń. Twórcy polecieli na tym, co podobało się widzom trzy lata i w zasadzie... Nie dodając nic nowego przy tym. Nie można jednak powiedzieć, że nie można się przy tym filmie świetnie bawić - a głównie o to chodzi. Najnowszy film z MCU można zawsze potraktować jako dobrą rozrywkę po szkole lub pracy. Stąd też moja ocena: 7,5/10, czyli dobry z plusem. Daleko mu do innych filmów Marvela, ale wciąż potrafi bawić. 
Share:

niedziela, 8 stycznia 2017

Jak robić fajne spin-offy, czyli Łotr 1. Gwiezdne Wojny Historie (2016).

I Nowy Rok zaczynam tekstem o filmie tak na świeżo po wyjściu z kina (choć to było wczoraj). Wprawdzie nie czułam, że koniecznie muszę się wybrać na "Rogue One", ale w końcu udało mi się trafić na kinową salę i obejrzeć w spokoju film (wolę, kiedy na sali jest już troszkę mniej ludzi). Trochę bałam się, że nie zdążę, że już przestaną grać, a potem będę musiała długo czekać na jakąś porządną kopię w Internecie czy na wydanie DVD... Ale oczywiście wolałam wesprzeć legalną kulturę. 

I powiem wprost - wyszłam z kina z naprawdę mieszanymi uczuciami. Nie uważam przy tym, że film jest zły. Przeciwnie - bardzo mi się podobał, dobrze się na nim bawiłam. Jednocześnie zastosował on zabieg, który ma chyba szansę na powodzenie jedynie w spin-offach - a przecież "Łotr" to w założeniu spin-off, w dodatku taki klasyczny - opowiada historię z danego uniwersum, wplata ładnie postacie, które już znamy, a przy tym pokazuje coś z innego punktu widzenia, wydarzenia, których widz nie miał okazji znać wcześniej. Jednocześnie nie ma też żadnej sprzeczności z "Nową Nadzieją" i pozostałymi częściami znanych już nam historii.

Źródło: filmweb.pl
Główną bohaterką "Łotra" jest Jyn Erso, córka naukowca pracującego dla Imperium. Pewnego dnia ojciec Jyn, Galen, zostaje zabrany przez siły Imperium, by pracować nad nową, śmiercionośną bronią, zaś sama dziewczyna ucieka. Mijają lata, Jyn dorasta i jednocześnie nie jest mile widziana ani przez Imperium, ani przez Rebelię. Jednakże siły tej drugiej postanawiają ją wykorzystać dla swojej misji - Rebelianci szukają bowiem Sawa Gerrerę, ekstremistę, człowieka, który wychował Jyn. W międzyczasie dziewczyna wraz z nowymi towarzyszami dowiadują się zaskakującej prawdy o Galenie Erso. Informacja ta może zmienić losy wojny Rebelii z Imperium.

Przede wszystkim w filmie podobało mi się to, że okazał się być czymś innym, niż reklamowano w trailerach. Często jest tak, że trailery bardzo zwodzą na manowce, w dodatku nierzadka jest praktyka wciskania wszystkich fajnych scen w trailer, a film jako całość okazuje się dość średni, jeśli nie kiepski. Tutaj jednak rozczarowałam się pozytywnie. "Rogue One" reklamowano jako historię poboczną do sagi Gwiezdnych Wojen. Dość enigmatycznie mówiono, że jest to historia o grupie Rebeliantów, którzy wykradają plany Gwiazdy Śmierci - dzięki czemu wojna z Imperium została skrócona, a Rebelia wygrała. Jest to oczywiście opis prawdziwy, ale niepełny. Trailery raczej sugerowały mi, że Jyn będzie jakimś typowym badassem Rebelii, superbohaterką, dla której misja kradzieży planów to bułka z masłem. Lub jak to zasugerowała w rozmowie ze mną Ann, że Jyn będzie kolejną krnąbrną dziewczyną, która zostanie wysłana na misję, by nabrała pokory. Żadna z tych wersji się nie sprawdziła. I bardzo dobrze. Może osobiście miałam dość niewysokie oczekiwania względem tego filmu, ale to tym lepiej - bo się nie zawiodłam.

Tymczasem główna bohaterka jest dość nietypowa. Przyzwyczailiśmy się trochę do czarno-białych postaci, a jednak Jyn bardziej wcisnęłabym w ramy "antybohaterki". Niby jej historia zaczyna się od tego, że ucieka przed siłami Imperium. Jest wychowana przez ekstremistę, wprawdzie przeciwnemu siłom Lorda Vadera, ale stosującego zbyt radykalne środki, jak na siły Rebelii. Nie jest ona szczególnie zachwycona tym, że "ci dobrzy" postanawiają ją wykorzystać jako swojego rodzaju przynętę. Jyn nie jest bowiem niby kimś znaczącym w Imperium, ale jednocześnie nie stoi po stronie Rebelii - stara się zachować pewnego rodzaju neutralność. W bohaterce podoba mi się jej stopniowa zmiana - od obojętnej na losy świata dziewczyny aż po wielką (choć niedocenianą) bohaterkę. Jyn częściowo wyłamuje się więc ze schematu "strong female character", pokazuje też, że można być słabym, ale także to, że siła często polega na czymś innym, nie tylko na bezsensownym szarżowaniu.

Niestety, o pozostałych postaciach mogę mówić różnie, niekoniecznie w samych superlatywach. Teoretycznie Cassian, grany przez Diego Lunę, powinien mi przypaść do gustu. Tak jednak się nie dzieje. A główną przyczyną jest to, że niewiele właściwie wiemy o tej postaci - wiemy jedynie, że ma jakąś mroczną przeszłość, ale ten wątek nie jest kompletnie rozwinięty. Praktycznie Cassian zostaje ograniczony do roli "przystojnego żołnierza Imperium". Nie powiem, jego zdolności przywódcze czy też zdolności walki są naprawdę przydatne, jednak to nie jest to. Zdecydowanie bardziej wolałam innych towarzyszy, jak robota K-2SO, który dodawał humoru całej opowieści, czy pilota Bohdiego. Przy nim sądziłam, że zostanie on ograniczony do roli pechowego posłańca, który zostanie zabity i będzie z niego niewiele pożytku, ale jednak okazał się bardzo przydatną postacią, którą widz zdąży polubić. No i oczywiście duet z miasta Jehda - czyli Chirrut i Baze - jeden bardzo wierzy w Moc, a drugi trochę tej Mocy pomaga - od początku ich polubiłam.

I teraz pora przejść do założenia tytułowego, czyli jak zrobić dobry spin-off. Spin-off jest często gatunkiem "fanfikowym", niejednokrotnie fani próbują sami rozwijać wątki poboczne czy tworzyć nowe historie w danym uniwersum. Przykładem może być uniwersum Saint Seiyi, gdzie jak na ironię, często te spin-offy są popularniejsze od oryginału (a niektóre nawet lepiej zrobione!). Na co się składa dobry spin-off? Moim zdaniem musi być tak wpleciony w oryginał, że ani nie przeszkadza głównej fabule, ani nie jest też od niej daleki. I w "Łotrze 1" tak dokładnie się dzieje. W tle mamy postacie znane - Lorda Vadera, generała Tarkina czy księżniczkę Leię (ta ostatnia dwójka genialnie była zrobiona w CGI - kompletnie tego nie widać), są wspomniane konkretne wydarzenia, które już znamy (np. widz znający oryginał wie, jaki smutny los spotka Baila Organę z planety Alderaan). Jednocześnie głównymi bohaterami są postacie, których do tej pory nie znaliśmy - ale ich losy nie kłócą się z oryginałem. Niestety, aby właśnie tak się stało, zdecydowano się na najrozsądniejszy, ale jednocześnie na najsmutniejszy zabieg - a mianowicie uśmiercenie. Z każdą kolejną postacią uśmiercaną czułam niesamowitą pustkę. W końcu widz w ciągu tych dwóch godzin zdąży się przywiązać do tych postaci, polubić je, a jednocześnie wie, że uśmiercenie to najrozsądniejsze rozwiązanie. Bo pomyślmy. Gdyby bohaterowie "Łotra 1" przeżyli, to co by było dalej? Jak pogodzić to z "Nową Nadzieją", powstałą 40 lat temu? Nijak. Widz musiałby sobie coś dopowiedzieć, ale przykre by było, gdyby wielcy bohaterowie Rebelii stali się później mięsem armatnim, albo postaciami robiącymi całkowicie za tło. Czasami po prostu te fabularne rozwiązania, które są dobre dla całości, nie są niestety dobre dla emocji widza.

Sama fabuła w sobie nie jest aż tak skomplikowana, choć początkowo mamy niezły chaos. Mimo to film ogląda się przyjemnie i wpisuje się w cały klimat "Gwiezdnych Wojen". Mamy po prostu poprawnie zawiązaną intrygę i rozwiązanie całej fabuły. Tylko tyle, ale jednak od tego filmu nie oczekiwałam zbyt wiele. W końcu to tylko przygodowe sci-fi. Choć podoba mi się też geneza tytułu - czyli nazwa statku wymyślona na poczekaniu.

Mimo to muszę zaznaczyć, że nie jestem pewna na 100%, czy na film poszłabym z dzieckiem. Mój 10-letni chrześniak jest wielkim fanem "Gwiezdnych Wojen", ale jednak myślę, że te 12-13 lat to takie minimum - film jest momentami dość mroczny, fabuła trochę za trudna dla dziecka, a humoru nie uświadczymy tu aż tak dużo.

Co do CGI i innych efektów, to mam podobne zdanie, jak w przypadku "Przebudzenia Mocy", czyli dobrze, że odeszli od nadmiernych efektów specjalnych tworzonych komputerowo, a ograniczono się tam, gdzie faktycznie były potrzebne (wcześniej wspomniałam o tym, że świetnie pokazano Tarkina i Leię, w ogóle nie widziałam tutaj efektów komputerowych, byłam raczej pewna, że są to "wklejone" postacie ze starych filmów). Muzyka oczywiście typowa dla klimatu. Jedyny mankament moim zdaniem to taki, że nie było tego klasycznego wprowadzenia, czyli "latających napisów", które wprowadzałyby widza w historię. Ale da się znieść.

"Łotr 1" to ciekawe przedstawienie pobocznej historii (ale jakże ważnej) do "Nowej Nadziei". Początkowo fani mieli obiekcje, czy aby na pewno taki film jest potrzebny. Może i nie, ale to nie zmienia faktu, że przyjemnie się go ogląda. Nie umywa się do oryginału, ale jednak ma w sobie to coś. Ot ciekawe sci-fi, które jednocześnie nie psuje klimatu znanego z oryginalnych "Gwiezdnych Wojen". Mimo tego załamującego zakończenia... Myślę, że warto zobaczyć. Moja ocena to: 7/10, czyli dobry.

Z małych ogłoszeń:

  • prawdopodobnie niedługo napiszę coś o niesławnych "Pasażerach". Obejrzałam ten film i naprawdę jest tak źle, jak mówią. Ma on wiele mankamentów, o których można powiedzieć w skrócie "zmarnowany potencjał".
  • obejrzałam też trzy tytuły anime, które łączy jeden element - dość słaby research. Dlatego też spodziewajcie się tekstu.
  • na niesławnego "Assassin's Creed" się nie wybieram. Chyba nie chcę, by ten film mi zniszczył sentyment, co do gry.
  • ocenę oscarowych filmów zostawię sobie na później - poczekamy, aż będą oficjalne nominacje.
Share:

czwartek, 11 sierpnia 2016

Legion Samobójców (2016)

Tym filmem byłam bardzo zainteresowana, odkąd tylko usłyszałam parę słów o obsadzie oraz o postaciach występujących w nim - złoczyńcy z uniwersum DC zawsze mi się podobali. Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, to na Polsacie z lektorem leciał animowany serial z Batmanem, jeden z najlepszych, takich, który się właściwie docenia dopiero po latach. Łatwo było zapamiętać tam świetne kreacje Jokera, Harley Quinn, Poison Ivy i wielu innych. Tym razem DC wzięło właśnie na warsztat nie superbohaterów, a złoczyńców, czyniąc z nich główne postacie "Legionu Samobójców". I... Film został dość ostro przyjęty przez krytykę, żeby nie powiedzieć: miażdżąco. Można się spierać, że krytycy są sceptycznie nastawieni do blockbusterów, filmów o superbohaterach, ale jednak... Powstał dla mnie film, który może nie jest jakimś gniotem (wysiedziałam do końca w kinie), ale jednak nie zachwycił. A tu postaram się powiedzieć, dlaczego.

Źródło: filmweb.pl

Rządowa agencja z Amandą Waller na czele pragnie stworzyć z niezwykłych złoczyńców, osadzonych w tajnych więzieniach, grupę bohaterów walczących z tajemniczymi wrogami. Amanda Waller kieruje się przede wszystkim zasadą, że ogień trzeba zwalczać ogniem, dlatego grupa ta zostaje utworzona w obawie przed nowymi ludźmi z supermocami, którzy mogą się okazać bezwzględni dla ludzkości. Tytułowy legion to Deadshot, płatny zabójca, Harley Quinn - dawna psychiatra z Arkham, nieprzewidywalna dziewczyna Jokera, Kapitan Boomerang, zdolny włamywacz, Killer Croc, człowiek przypominający krokodyla, El Diablo, który włada ogniem oraz June Moone, która została opętana przez wiedźmę o imieniu Enchantress. Amanda chce udowodnić, że nawet takich złoczyńców da się kontrolować. Niestety, wszystko wymyka się spod kontroli, a Legion Samobójców musi zapobiec katastrofie. 

Nie jest tak, że film nie ma zalet. Niestety, wady przewyższają zalety, a tych jest całkiem sporo. Chyba głównym problemem filmu jest to, że DC chce bardzo doścignąć Marvela. Zrobili więc film... Ni to właściwie Avengersi, ni to Strażnicy Galaktyki, którzy wykorzystywali podobny motyw - ci źli stają się tymi dobrymi. Sam w sobie motyw nie jest zły. Jest prosty, żeby nie powiedzieć - banalny. Każdy to już widział. Problem w tym, że w tej banalności nie ma konsekwencji. Zwłaszcza przy końcówce filmu, kiedy już by się chciało sztampowe zakończenie pt. "i wszyscy żyli długo i szczęśliwie". A tymczasem główni bohaterowie zostają potraktowani jako "ci od brudnej roboty"... I to na tyle. Nie ma jakiejś zmiany wewnętrznej, właściwie nic takiego się nie zmienia też w ich życiu (spoiler: dalej są więźniami). Film więc prowadzi donikąd. Przez pierwszą połowę mamy flashbacki (choć też niekonsekwentnie, kilku postaciom poświęcono mało czasu), a przez drugą - właściwą akcję z niezbyt fajną końcówką. 

Po drugie - Joker i spółka. Mam tu na myśli cały ten marketing, hype i promocję. Po pierwsze, jeśli ktoś się spodziewa, że w filmie Joker zagra pierwsze skrzypce, to srogo się zawiedzie. Jest go jak na lekarstwo, choć materiały filmowe sugerują inaczej. Do tego kreacja Jareda Leto tym razem nie przypadła mi do gustu - może dlatego, że za bardzo stylizuje się na takiego szaleńca, który doskonale wyszedł Ledgerowi? Tu wyszedł przerysowany i częściowo niezgodny z kanonem, jaki znamy chociażby z serialu animowanego - mam na myśli tutaj relację jego z Harley. Właściwie tutaj się zgadzają tylko podstawowe fakty - miała go leczyć, a się w nim zakochała. W kanonie jest dość smutna opowieść o toksycznej relacji. Tu niestety przedstawiona jako romantyczna, choć zwariowana. Tymczasem ich związek nie powinien być żadnym wzorem.

Mam również zastrzeżenia do doboru aktorek. Nie mam nic do Margot Robbie czy Cary Delevigne - same w sobie są świetne. Wina jest tutaj w kreacji - wybrano dwudziestokilkuletnie aktorki do roli kobiet, które już są doświadczone życiowe - Harley jest psychiatrą, a June Moone jest archeologiem. Trochę mało wiarygodnie to wygląda, gdy widzimy młode dziewczyny.

Mam również uwagę do dystrybutora - kto mianowicie wymyślił, że film może być puszczony z dubbingiem i jest od 13 lat? Moim zdaniem puszczenie 13-letniego dziecka na ten film to strzał w kolano. Dubbing był średnio dobrany, a przekleństwa czy aluzje seksualne sprawiają, że trochę niekomfortowo było patrzeć na ekran. Raczej tego filmu nie dopuściłabym do dubbingu, a dolną granicę dałabym jako jednak te 15 lat.

Nie oznacza to, że film nie ma zalet. Oprócz tych czysto technicznych, jak muzyka czy efekty specjalne, to nie można narzekać na brak różnorodności w filmie - mamy i kobiety i mniejszości rasowe. Jednak jest to żywy dowód na to, że nie jest to warunek, aby film był dobry. Mamy świetne postacie z potencjałem - Deadshota, El Diablo, czy Croca. O tych dwóch ostatnich naprawdę widz chciałby się dowiedzieć czegoś więcej. Podobnie jak o June Moone, która jednak przez większą część filmu odgrywała "tę złą". Mimo to Deadshot wypada rewelacyjnie. Postać napisana z pazurem i z humorem. Tak samo Amanda Waller jako taka niejednoznaczna postać wypada świetnie (choć samej Violi Davis przydałyby się też trochę lżejsze role). 

Niestety, "Suicide Squad" nie jest filmem nawet dobrym. Nie jest jednak też beznadziejnym, choć naprawdę wad ma wiele. Jednakże jest to film, o którym łatwo można zapomnieć, który nie jest jakiś konieczny do zrozumienia historii Batmana czy uniwersum DC. Być może to kwestia tego, o czym wspominają niektórzy na YouTube - mam na myśli to, że wersja jest mocno okrojona w porównaniu do tego, o czym mówili sami aktorzy. Choć sceny walk bardzo mnie radowały, to jednak to wciąż za mało. Do tego niesatysfakcjonująca końcówka. Zgodzę się ostatecznie z tym, że film daje "mieszane uczucia". I dostaje ode mnie notę 5,5/10, czyli średni z plusem. 


Share:

sobota, 23 lipca 2016

Zwierzogród (2016)

Może to jest zdecydowanie za wcześnie na sezon oscarowy, ale chyba już mam murowanego kandydata do nagrody w kategorii "Najlepszy film animowany". I nie, tu głównym czynnikiem nie jest wcale to, że jest to produkcja Disneya, a raczej jej uniwersalne przesłanie i do tego bardzo ciekawe podejście do problemu - interesujące i wychowawcze dla dzieci, ale także dorośli zrozumieją wiele aluzji. Do "Zwierzogrodu" podchodziłam troszkę z dystansem, bo śmiano się, że to taka "przynęta na furries" (a raczej nie mają zbyt dobrej "prasy" w fandomie), ale też dlatego, że "a, kolejna bajka Disneya o zwierzątkach, nic oryginalnego." Dlatego jakoś nie spieszyło mi się do kina. I myślę, że trochę żałuję, że film obejrzałam dopiero teraz.

Źródło: filmweb.pl
Tytułowy Zwierzogród to miasto, w którym żyją najróżniejsze zwierzęta, które przybrały ludzkie cechy i wyzbyły się dzikich zachowań. Judy Hops jest królikiem, który od dziecka marzy, aby zostać policjantką. Niestety, do tej pory żadnemu z królików nie udało się tego dokonać. Judy jednak nie poddaje się i dostaje się do akademii policyjnej, którą kończy z wyróżnieniem. Dzięki programowi aktywizacji różnych gatunków marzenie Judy spełnia się - zostaje ona policjantką. Szybko jednak przekonuje się, że nie jest tak kolorowo, jak sobie wymarzyła. Zwierzogród to tak naprawdę dżungla, a ona sama otrzymuje niezbyt wymagającą robotę - wlepia mandaty za nieprawidłowe parkowanie. Wszystko się jednak zmienia, kiedy Judy podejmuje się rozwiązania tajemniczej sprawy zniknięcia niejakiego Emila Wydralskiego. Pomoże jej w tym przypadkowo spotkany drobny cwaniaczek i oszust, Nick Bajer.

Przede wszystkim w kreskówce urzekło mnie subtelne przemycenie motywów, które zrozumieją raczej tylko dorośli. Mogą się one wydawać dość kontrowersyjne, ale... Pamiętam, jak przed laty uczono mnie, czym charakteryzuje się bajka. Bajka była drobnym utworem literackim, który opowiadał o ludzkich przywarach i słabościach - najczęściej bohaterami były właśnie zwierzęta, które symbolizowały pewne ludzkie cechy. I zawsze w bajce był morał. Myślę, że dlatego też "Zwierzogród" można śmiało nazwać bajką. Ma bowiem dwie warstwy - jedna to ta urocza, cukierkowa, w sam raz dla dzieci. Myślę, że dzieci uśmieją się z ślicznie wyglądających i uroczych zwierzątek - a scenek komediowych jest naprawdę bardzo dużo. Chciałabym jednak pomówić dłużej o tej warstwie bardziej kontrowersyjnej, zrozumiałej dla dorosłych.

Skąd te całe kontrowersje? Ano stąd, że gdy dorosły człowiek śledzi na bieżąco wydarzenia ze świata, to ciężko nie dostrzec pewnych analogii. Głównie przemycane są tutaj aluzje na temat rasizmu, niestety wciąż trwającego problemu w Stanach Zjednoczonych. Stąd znajdziemy tam takie smaczki jak właśnie: program aktywizacji dla roślinożernych gatunków, przyjęcie kogoś do pracy ze względu na wymóg różnorodności, czy tekst pt. "Nie nazywaj mnie słodziakiem. To jest w porządku tylko wtedy, gdy mówią tak inne króliki". Wraz z rasizmem połączyć można nawet problem seksizmu, ponieważ nie zauważyłam, by obok Judy były inne policjantki. Szybko się też przekonuje, jaka to niewdzięczna robota, że pozostali mieszkańcy miasta wcale nie szanują jej za dobrą pracę, a czasem wręcz przeciwnie.

Inny problem uchwycony w filmie, który niekoniecznie mogą dostrzec dzieci, to problem nietolerancji wobec odmienności (z jakiegokolwiek powodu). Tutaj przedstawiono właśnie lisy i inne drapieżniki jako "te złe", co uosabia Nick Bajer - teoretycznie cwaniak i spryciarz, czyli typowe przedstawienie lisa właśnie z bajek m.in. Krasickiego. W gruncie rzeczy jednak jest to lis, który od małego zmagał się z problemem nietolerancji wśród rówieśników. Spotyka go ona nawet ze strony kogoś, komu mógłby zaufać. Dlatego też bardzo polubiłam Nicka - myślałam, że będzie to nieskomplikowana postać drugoplanowa, a jednak nawet przy nim znalazło się miejsce na pewną refleksję i uchwycenie palącego problemu.

Co do samej fabuły, to muszę przyznać, że jest ona dość złożona i momentami (zwłaszcza pod koniec) dość mroczna. Dlatego też zalecałabym, aby dzieci (przede wszystkim te młodsze) oglądały ten film raczej z rodzicami bądź osobami starszymi. Może nie jest ona aż tak zaskakująca dla dorosłego widza, jednak małe dziecko może się pogubić. Mamy bowiem elementy kryminału i filmu sensacyjnego, a także całkiem zgrabnie uknutą intrygę... Przez nie powiem kogo, ponieważ tu zepsułabym oglądanie (jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił). Mimo wszystko fabuła jak na film animowany skierowany do dzieci przypadła mi do gustu, choć nie jest to element, który moim zdaniem jest najlepszy w całości.

Czy są jakieś żarty nawiązujące do popkultury? Z jednej strony można byłoby już uznać, że era wciskania nawiązań do współczesnej kultury popularnej w filmach animowanych się skończyła, a same takie rozwiązania się przejadły, a jednak w "Zwierzogrodzie" mamy całkiem zabawne nawiązania do "Ojca Chrzestnego" (i przyznaję, że cały żart z tym związany był bardzo zaskakujący) oraz inne nawiązania do współczesnych technologii - jak np. smartfony i zabawne lub dziwne aplikacje na nich. A także postać Gazeli, wzorowana na Shakirze (w oryginale to ona podkłada jej głos i śpiewa jedną z piosenek).

Oczywiście ciężko mieć jakiekolwiek zarzuty do disneyowskiej animacji. Wiem, że część widzów krytykuje (i słusznie) fakt, że twarze kobiece są zbyt podobne do siebie w tych ostatnich animacjach, zwłaszcza w "Krainie Lodu", ale myślę, że w "Zwierzogrodzie" nie jest to aż tak widoczne. Może głównie dlatego, że bohaterami są zwierzęta, a nie ludzie. Co do muzyki, to niestety, ale poza piosenką Shakiry (a także polską wersją) nie zapadła mi w pamięć.

Nie rozumiem ostatnich zarzutów do polskiego dubbingu. Wiem, że on potrafi być różny, zwłaszcza przy serialach animowanych, jednak przy filmach jest on zwykle bardzo dopracowany i profesjonalny. Głosy bohaterów przypadły mi do gustu, dialogi podobnie - nawet dowcipy były fajnie przetłumaczone. Może to nie jest to samo, co "Shrek" w wydaniu Bartosza Wierzbięty, ale i tak mi się podobało.

"Zwierzogrodowi" dałam wysoką ocenę nie za fabułę, ani nawet nie za postacie (choć te naprawdę daje się lubić). Film zachwycił mnie dlatego, że odzwierciedla także i nasze społeczeństwo. Może to jest uchwycone w takim krzywym zwierciadle, może momentami też jest to pokazane stereotypowo (np. leniwce jako urzędnicy), ale jak to powiedział Gogol: "Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!". I to jest właśnie prawda - być może w głupiutkiej bajeczce o zwierzątkach można uchwycić problemy współczesnego świata, które nie tracą na aktualności. Myślę, że "Zwierzogród" to jeden z takich filmów, do którego można wracać w każdym wieku. Dzieci bowiem pośmieją się z zabawnie wyglądających zwierząt, a dorośli dostrzegą coś więcej. Z czystym sumieniem mogę polecić. A moja ocena to 9/10, czyli w swojej kategorii jest rewelacyjny. 
Share:

czwartek, 12 maja 2016

Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów (2016)

Marvel Cinematic Universe zaczynam lubić na tyle, że zaczynam żałować, że komiksy w Polsce są dość trudno dostępne. Skany - tak samo, albo nie dotarłam do odpowiednich źródeł. Zostają mi więc filmy z superbohaterami wykreowanymi przez Marvela. I te są coraz lepsze, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Wprawdzie do "Czasu Ultrona" można mieć trochę zastrzeżeń, ale myślę, że "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów" spokojnie nadrabia tamte niedociągnięcia. Przy okazji w ładny i nienachalny sposób przedstawia nam nowych bohaterów, których bliżej poznamy w kolejnych filmach, zapowiedzianych do 2019 roku. Ale po kolei.

Źródło: filmweb.pl
Jak wiadomo z "Czasu Ultrona", poprzednia drużyna Avengersów rozleciała się, ale za to pojawili się nowi członkowie: Scarlet Witch, War Machine, Falcon oraz Vision. Wszyscy próbują ratować świat, uczestnicząc w niebezpiecznych misjach. W jednej z nich Scarlet Witch, czyli Wanda Maximoff, użyła swojej mocy w nieodpowiedni sposób, powodując tym samym śmierć niewinnych ludzi. Ten wypadek przelewa czarę goryczy i ONZ decyduje, że nad Avengersami powinna być pewna kontrola, narzucona przez Protokół z Sokowii. Steve Rodgers, czyli Kapitan Ameryka, ma pewne wątpliwości, co do całego projektu, natomiast Tony Stark uważa, że kontrola jest czymś słusznym, tym samym naciska Steve'a, aby podpisał protokół. W międzyczasie dochodzi do kolejnego incydentu, w którym głównym podejrzanym staje się Bucky Barnes, dawny przyjaciel Steve'a, znany jako Zimowy Żołnierz. Kapitan Ameryka chce ratować swojego przyjaciela nawet za cenę własnego życia.

Postaram się, aby ta recenzja była w miarę bezspoilerowa, choć sporo osób już widziało film. Ja generalnie jestem zadowolona, choć nigdy wielką fanką Steve'a nie byłam. Ale filmy z Kapitanem Ameryką mają moim zdaniem taką zaletę, jakiej nie mają np. Avengersi - są trochę dojrzalsze i przemycają w ciekawy sposób dość trudne tematy polityczne. Tak było w poprzedniej części, tak jest i w tej. Przede wszystkim bardzo mnie urzekł główny wątek. Reklamowany jako konflikt między Stevem a Tonym, którzy nazywali siebie przyjaciółmi (choć potrafili sobie dogryzać), ale bardziej jest to konflikt wartości. Steve jest idealistą, bardzo ceni sobie przede wszystkim wolność, także i wolność wyboru, nie lubi być ograniczany, nawet jeśli to sam ONZ. Jak sam mówi, nie potrafiłby się bezczynnie patrzeć na to, że ludzie giną, tylko dlatego, że ONZ zabronił akurat Avengersom wyruszania na misję. Z kolei Tony Stark kieruje się głównie strachem, lecz nie jest to strach nieuzasadniony, a wręcz przeciwnie - spowodował w końcu (pośrednio lub bezpośrednio) śmierć niewinnych ludzi. Boi się więc dłużej to ciągnąć, obawia się też utraty kontroli nad samym sobą. Wybór wolność albo bezpieczeństwo jest wyjątkowo trudny. I myślę, że to zostało dobrze ujęte w filmie. Każda ze stron ma swoje racje, choć widz wie niemalże od początku, że to jednak Kapitan Ameryka się nie myli w swoich osądach. Nawet jeśli czasem bardziej kieruje się emocjami (takimi jak więź ze swoim przyjacielem), to jednak obiektywnie rzecz biorąc, nawet jeśli nie znał wszystkich faktów, to miał rację, ale też trzeba przyznać, że chyba po raz pierwszy Tony Stark przyznał się do błędu. Choć nawet to nie sprawia, że konflikt rozwiązuje się w łatwy sposób, a wręcz przeciwnie.
Niektórzy mówią, że ten film jest filmem dla fanów Bucky'ego, bowiem niemal każdy widz ma potem odczucie, że Bucky jest taki biedny, że trzeba go chronić i w ogóle. Ja tego tak do końca nie odebrałam. Zresztą, sam Bucky zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że pranie mózgu nie upoważnia go do tego, aby nie ponosił konsekwencji za swoje winy, a wręcz przeciwnie. Czuje się z tym źle i dlatego nie oczekuje nawet pomocy od Kapitana, choć doskonale wie, że został wrobiony w pewien incydent. I myślę, że to świadczy o sile tej postaci.

Pojawiają się także nowi bohaterowie, ale jednak widz nie ma poczucia, że jest ich za dużo, czy są oni niepotrzebni. Mi najbardziej podobał się Spiderman. Filmy kinowe podchodzą do tej postaci po raz trzeci - Spiderman będzie miał jeszcze oddzielny film powiązany z MCU. Poprzednie filmy prędzej czy później okazywały się katastrofą, acz teraz mam wrażenie, że wreszcie podeszli do tego w należyty sposób. Przede wszystkim widać, że Spiderman jest tutaj nastolatkiem, w dodatku bardzo typowym nastolatkiem - lekką fajtłapą, jąka się, gdy widzi znanych superbohaterów, a dodatkowo dodaje humoru w filmie i w scenach walki. Myślę, że ten Spiderman jest w końcu trafiony i nie mogę się go doczekać w kolejnych filmach. Pojawiają się też pewne smaczki, jak np. rozmowy i interakcje Wandy i Visiona. Z komiksów wiadomo, że zostali oni parą, więc kto wie, czy MCU nie pociągnie dalej. Kolejnym ciekawym bohaterem wydaje się Czarna Pantera, czyli T'Challa. Początkowo pałał on chęcią zemsty, ale później wykazuje się sporą mądrością. Jestem ciekawa, jak wypadnie film poświęcony jego postaci. Wszystkich smaczków związanych z popkulturą jednak nie chcę zdradzać, bo czuję, że zepsułabym ten film. Przypomniało mi się jedynie, że muszę koniecznie nadrobić film z Ant-Manem, ponieważ ten superbohater również przypadł mi do gustu (głównie ze względu na to, że dostarczył masę humoru).

Na wielki plus oczywiście sceny walki i sceny akcji (ach, te pościgi). I czuję, że dobrze, że poszłam na wersję 2D - niestety, ale takie sceny naprawdę dużo tracą w 3D, ze względu na szybką zmianę obrazu. A na brak takich scen nie można narzekać. Nie jest ich oczywiście za dużo, ale też nie ma nudnych przestojów. Proporcje są wyważone. Muzyka - również dobrana i wpadająca w ucho, choć może to nie jest to samo, co soundtrack z "Deadpoola".

Jako że do tej beczki miodu trzeba dodać łyżkę dziegciu, muszę wspomnieć też o wadach. A były takowe. Po pierwsze, jak na tak długi film, to jakoś mało poświęcone jest Czarnej Wdowie, w przeciwieństwie do poprzedniego filmu o Kapitanie Ameryce. Właściwie jej rola jest ograniczona do kilku scen walki, do pomocy odpowiednim bohaterom i to w zasadzie tyle. A może to już Scarlett Johansson mi się przejadła? Drugą zasadniczą wadą jest końcówka filmu. Bez większych spoilerów to mogę zdradzić, że z lekka mnie rozczarowała. Główny antagonista bowiem miał sprytne plany, kombinował, mieszał, a koniec końców okazało się, że plan i motyw były bardzo proste, żeby nie powiedzieć - wręcz banalne. I po co właściwie było się tłuc po tym świecie? Tego czasem nie pojmuję przy tworzeniu antagonistów.

Jeśli ktoś szuka porządnej rozrywki - Marvel na pewno ją dostarczy. Jeśli ktoś nie lubi oglądać samego mordobicia, a czasem szuka ciekawych, ważnych, acz nienachalnych wątków, to również Marvel potrafi to zapewnić w swoich filmach. Taki jest też "Kapitan Ameryka". "Wojna Bohaterów" to idealny ciąg dalszy "Czasu Ultrona". Film trzyma w napięciu do samego końca, sceny walki nie zawodzą, a dodatkowo nie brakuje humoru. Wiedziałam, na co się piszę, nie mogłam się doczekać tego filmu i się nie zawiodłam. Muszę jednak dodać jedno - film ze względu na dość brutalne sceny nie nadaje się jednak dla młodszych nastolatków, choć zdaję sobie sprawę, że jest też wersja z dubbingiem (moim zdaniem filmy MCU trochę na tym tracą, ale to temat na osobny post). Ale tak to śmiało mogę polecić film tym, którzy lubią rozrywkę po ciężkim dniu. Idźcie do kina! A moja ocena to 9/10 czyli film jest rewelacyjny. 
Share:

niedziela, 20 marca 2016

Miraculum: Biedronka i Czarny Kot (2015-2016)

Wiem, że wprawdzie serial leci wciąż na polskim Disney Channel, ale właśnie wyszło, że skończyłam oglądać całość, a przynajmniej pierwszy sezon (mówią, że będzie drugi). Serial, który zaczęłam oglądać (po raz kolejny) dzięki tumblrowi. I osobiście nie żałuję. Raz, że przywołuje miłe wspomnienia i sentymenty, a po drugie - myślę, że jest bardzo dobrą pozycją dla nieco starszych dzieci, już w wieku szkolnym. W dodatku ma bardzo przyjemną dla oka animację. A to nie jedyne zalety serialu "Miraculum: Biedronka i Czarny Kot". 

Źródło: pl.miraculousladybug.wikia.com. Na obrazku główni bohaterowie, czyli tytułowa Biedronka i Czarny Kot (Marinette Dupain-Cheng i Adrien Agreste).
UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY!
Marinette Dupain-Cheng jest zwyczajną nastolatką, uczennicą gimnazjum. Ma kochających rodziców, którzy prowadzą piekarnię w Paryżu, ma też przyjaciółkę Alyę, a po cichu podkochuje się w Adrienie Agreste, swoim koledze z klasy, który jest synem znanego projektanta mody, Gabriela. Marinette skrywa jednak pewien sekret. Dzięki mocy Kwami, czyli magicznego stworka przypominającego biedronkę, staje się superbohaterką, Biedronką, która razem z Czarnym Kotem (czyli Adrienem, choć oboje nie znają swojej prawdziwej tożsamości) ratują Paryż przed groźnymi potworami. Potwory te, czyli Akumy, są nasyłane przez tajemniczego Władcę Ciem*, który pragnie zdobyć Miracula Marinette i Adriena i pozbawić ich mocy.

Aż ciężko mi uporządkować myśli, co najpierw mnie urzekło, bo jest tego bardzo, bardzo dużo. Może więc zacznę od wyjaśnienia kwestii, która i mi sprawiała kłopoty, a mianowicie - jak oglądać? "Miraculum" jest bowiem koprodukcją francusko-koreańsko-japońską (jednym z producentów jest Toei Animation, ale do tego jeszcze wrócę) i najpierw była premiera koreańska, a troszkę później - francuska. Kolejność odcinków także jest trochę inna. Ja jednak pójdę za oryginalnym autorem, czyli panem Thomasem Astruciem (współpracował on także przy W.I.T.C.H.) i powiem, że najlepiej oglądać "Miraculum" z francuskim dubbingiem i angielskimi napisami (o tym tłumaczeniu wypowiadał się przychylnie), a także dlatego, że jest to po prostu oryginał, a w koreańskim dubbingu trochę rzeczy przeinaczono. No i do tego akcja toczy się w Paryżu, więc mamy taki pełny klimat, pełen obraz, skoro bohaterowie są Francuzami lub pochodzą z francuskojęzycznych krajów. Będę szczera, widziałam kilka odcinków w polskiej wersji. O ile do samego dubbingu nie mam zarzutów, o tyle tłumaczenie momentami jest trochę toporne. Dlatego właśnie decydowałam się oglądać serial w wersji francuskiej.

Historia powstania serialu również jest dość ciekawa. Najpierw, w 2012 roku pojawiła się krótka, animowana zajawka:


Jak widać, była ona narysowana w "stylu anime" i technice 2D. Jednakże autorzy postanowili dokonać pewnych zmian i to nie tylko w technice (będę szczera, animacja komputerowa mimo wszystko o wiele bardziej mi się podoba), ale także zmieniono charakter głównego bohatera. Ten w wersji 2D nie był Adrienem, tylko Felixem i w dodatku był zimny, niemiły, taki typowy, wyobcowany męski bohater anime, w którym podkochuje się główna bohaterka (coś jak Sakura podkochiwała się w Sasuke), a jak Czarny Kot flirtuje z Biedronką, lecz ma w tym pewien interes - bowiem Biedronka może zdjąć z niego zły urok, nie chce on już przynosić pecha. Jednakże autorzy dokonali zmian... I wyszło to tylko na dobre. Do postaci jednak jeszcze wrócę.

Najpierw urzekły mnie pewne smaczki, a mianowicie to, że świat, w którym żyją Marinette i Adrien, jest bardzo ciekawy, bowiem jeśli chodzi o to całe bycie superbohaterem, to mieszają się tu pojęcia z różnych kultur. Coś jak w świecie Avatara, który był inspirowany głównie kulturami azjatyckimi. W "Miraculum" mamy przede wszystkim bohaterów, którzy są sobie przeciwstawni: Biedronkę i Czarnego Kota. We Francji (a i w Polsce chyba też) biedronka jest symbolem szczęścia, a czarny kot przynosi pecha. Jest to o tyle zabawne, o ile Marinette jest niezdarą i ciągle przytrafiają się jej różne drobne nieszczęścia, o tyle właśnie jako Biedronka jest sprytna i zgrabna. Widoczny jest tu aspekt z filozofii chińskiej, czyli elementy yin i yang, dopełniające siebie. Wprawdzie są oni dla siebie przeciwieństwami - Biedronka ma moc tworzenia, a Czarny Kot moc destrukcji - jednak jedno nie da sobie rady bez drugiego i muszą współpracować. Inne nazwy są zaczerpnięte z języka japońskiego. I tak "Kwami" jest skrótem od "quantic Kami" - "quantic" to "kwantowy", a "Kami" to po japońsku Bóg. Podobnie "akuma", co po japońsku znaczy "demon" lub "diabeł". Same ciekawe smaczki, także i dla fanów anime. Zresztą, sam autor nie ukrywa inspiracji. A także naprawdę urzekł mnie fakt rozwinięcia świata, czyli to, że według Kwami superbohaterowie istnieli od zawsze właśnie dzięki nim, byli oni m.in. greckimi herosami.

Świat przedstawiony w "Miraculum" jest bardzo różnorodny. Jeśli ktoś narzeka na to, że pewne produkcje nie mają zróżnicowania rasowego czy etnicznego, to na pewno zachwyci się serialem. W końcu główna bohaterka jest w połowie Francuzką, a w połowie Chinką, jej przyjaciele z klasy mają różne pochodzenie, np. Alya pochodzi z Martyniki, a Nino z Reunionu. Postacie nie są również klonami, mają różne figury, wzrost, style ubierania się, a także różne charaktery i historie. Co jak co, ale trzeba przyznać, że tło jest bardzo dopracowane. Wprawdzie wciąż mamy trochę pytań bez odpowiedzi (mam nadzieję, że będą one ujawnione w sezonie drugim), ale jednak główni bohaterowie nie żyją w jakimś oderwanym świecie, mają swoje rodziny, swoje pasje, marzenia, koledzy z klasy nie robią tylko za tło. Widać też po używanej technologii, że akcja toczy się współcześnie, dlatego nie zaskakują wrogowie tacy jak Lady Wifi, czy fakt, że Alya prowadzi o Biedronce "Ladyblog". Myślę, że współczesne dzieciaki mogą śmiało utożsamić się z tymi bohaterami i z tym światem. 

Wreszcie najważniejsze, czyli główni bohaterowie. Marinette i Adrien. Po prostu widać, że są dla siebie stworzeni, choć prawdopodobnie jeszcze o tym nie wiedzą tak do końca. Urzekła mnie ta naturalność w sposobie przedstawienia nastolatków. Są po prostu zwyczajni, zachowują się, tak jak młodsi nastolatkowie powinni się zachowywać. Chcą się dobrze bawić, spędzać czas z przyjaciółmi, często popełniają błędy, ale to jednak dzięki nim czegoś się uczą. Trochę mogę się utożsamić z Marinette, bo przyznaję, że ja również jestem taką niezdarą. Czasem podchodzi do wielu spraw zbyt emocjonalnie, a także widać uroczo po niej to, jaka jest zakochana w Adrienie - czuje nieśmiałość wobec niego, nadinterpretuje pewne gesty, ale odczuwa też zazdrość. Ale przy tym stara się być dobrą przyjaciółką, a także i superbohaterką, choć początkowo źle czuła się w tej roli (w przeciwieństwie do Adriena, który od razu się w tym odnalazł). Jako Biedronka jest tylko zwinniejsza i sprawniejsza fizycznie, ale także o wiele bardziej pewna siebie. Marinette jednak nie zależy na tym, aby każdy ją podziwiał tylko dlatego, że jest Biedronką. 

Adrien... Ach, ten Adrien. Jeśli byłabym nastolatką, to przyznaję, że sama bym na niego poleciała. Ale nie mam tu na myśli wyglądu zewnętrznego, ale fakt, że jest on po prostu... Miły. Miły i uprzejmy wobec każdego, nawet jeśli nie zawsze zasługuje na takie traktowanie - choć i potrafi być asertywny. Czy to wobec swojego ojca, który chce go "zamknąć w złotej klatce" (a tymczasem Adrienowi najbardziej w świecie zależy na tym, aby mieć przyjaciół. I to jest urocze), czy wobec Biedronki, która kilkukrotnie myliła się lub traktowała kogoś zbyt ostro. Przy tym widz współczuje mu właśnie, kiedy widzi, że jest on po prostu miłym i dobrze ułożonym gościem, któremu w życiu nie zawsze wychodzi i nie jest to jego wina. Takie postacie to zawsze kocham. I irytowały mnie komentarze, które mówiły, że Felix byłby lepszy, nawet jak jest zimny. I nieważne, że sami autorzy mówili, że uosabiałby wtedy oklepany schemat z anime. Dlaczego postać, która jest miła, musi być uważana za nudną? Zwłaszcza, że jako Czarny Kot ma sarkastyczne poczucie humoru, sypie grami słownymi i ogólnie jest zabawny i "ma to coś w sobie".

Również podoba mi się, że miłość Marinette to nie było zauroczenie od pierwszego wejrzenia, a najpierw musiała też się do niego przekonać. I to w piękny sposób. Czekam, jak to dalej się wszystko rozwinie.

Wracając do wątku Toei Animation, to po kilku wpadkach z ich animacją w 2D, uważam, że w CGI bardzo dobrze sobie radzą, czego dowodem jest film "Legend of Sanctuary", w którym animacja komputerowa stała na bardzo wysokim poziomie. Tak samo przy "Miraculum" nie mam zarzutów do animacji, postacie są ładne, a scenki, zwłaszcza sceny akcji superbohaterów, wypadają bardzo dynamicznie. Podobnie urzekła mnie muzyka, która z jednej strony pasuje do serialu młodzieżowego, ale z drugiej strony ma też piękne, spokojne utwory, jak "In the rain". Warto zaznaczyć, że muzyką zajmował się twórca pracujący przy Power Rangers. 

Reasumując, "Miraculum" naprawdę poleciłabym starszym dzieciom, w wieku szkolnym, ale też i nastolatkom. Moim zdaniem serial przekazuje dobre wzorce, każda historia ma jakiś morał, a główni bohaterowie to postacie, z którymi można się utożsamiać i mogą być jakimś wzorem do naśladowania. Dla mnie oglądanie było też pewnym takim sentymentalnym westchnieniem - myślę, że zrozumie to ten, kto oglądał Sailor Moon, gdy był dzieckiem. "Miraculum" przedstawia całkiem podobną historię, choć bardzo uwspółcześnioną. Myślę, że jednak wielu przypadnie do gustu. A moja ocena to 9/10, czyli serial w swojej kategorii jest rewelacyjny. Zobaczymy, jak przetrwa próbę czasu, jak wypadnie sezon drugi oraz oczko w dół za pewną postać, o której nie chcę wiele mówić (bo myślę, że już i tak za dużo spoilerów tu było).

* Osobiście mi się to tłumaczenie nie podoba, ale wolałam być w swojej recenzji konsekwentna, skoro stosowałam nazwy z oficjalnego tłumaczenia. We francuskiej wersji jest to Papillon, czyli Motyl, a w angielskiej Hawkmoth, czyli dosłownie "Jastrzębioćma". 
Share:

piątek, 26 lutego 2016

Deadpool (2016)

Filmy Marvela znane są z różnorodności, jak i ilości (to nie jedyny film, który wyjdzie w tym roku). Każdy może sobie znaleźć wśród nich superbohatera dla siebie, swojego ulubieńca, z którym będzie się utożsamiał lub też po prostu obdarzy go sympatią. Cała masa najróżniejszych postaci. Teraz właśnie swój film otrzymała jedna z najbardziej nietuzinkowych postaci z tego uniwersum, czyli Deadpool. Warto zaznaczyć, że film zalicza się do uniwersum X-Menów, nie do słynnego MCU z Avengersami. Jest to też chyba pierwszy film Marvela, który otrzymał kategorię R w Stanach Zjednoczonych, czyli jest przeznaczony dla widza powyżej 16 roku życia (wyższą kategorią jest tylko NC-17). Czy słusznie? Krótko mówiąc - tak, film nie jest zdecydowanie przeznaczony dla dzieci. Ale o czym opowiada konkretnie Deadpool?
Źródło: filmweb.pl
Wade Wilson służył kiedyś w wojsku, później stał się najemnikiem do załatwiania drobnych porachunków. W wolnych chwilach przesiaduje w barze. Tam poznaje striptizerkę Vanessę, z którą szybko nawiązuje gorący romans. Wszystko zaczyna się powoli układać, Wade oświadcza się Vanessie, kiedy nagle dostaje druzgocącą diagnozę - mężczyzna ma raka i niewielkie szanse na przeżycie. Wtedy właśnie dostaje propozycję nie do odrzucenia - udział w eksperymencie, który ma szansę wyleczyć go z choroby, a przy okazji zyskać nadludzkie moce. Początkowo Wade jest niechętny, ale ostatecznie zgadza się. Tajemniczy Brytyjczyk o imieniu Francis poddaje go nieludzkim eksperymentom. W ostateczności Wade zyskuje nadprzyrodzone moce (jego ciało może się szybko regenerować, w zasadzie jest nieśmiertelny), zostaje wyleczony z choroby, lecz jego ciało zostaje oszpecone. Od tej pory Wade przyjmuje pseudonim Deadpool, zakłada czarno-czerwony kostium i szuka Francisa, by móc się na nim zemścić.

Zdecydowanie łatwiej będzie mi najpierw powiedzieć o wadach tego filmu. Przede wszystkim jest on za krótki, trwa około półtorej godziny. Z tej wady głównie wynikają pozostałe. Gdyby trwał choćby o pół godziny dłużej, to nie czepiałabym się tego aż tak bardzo. "Deadpool" to przede wszystkim film dedykowany jednej postaci - jeśli ktoś go nie zna, to idealny, aby się zapoznać, zobaczyć, "z czym to się je". Komiksy w Polsce są dość trudno dostępne, a z tego, co mi wiadomo, to komiksy z samym Deadpoolem mają dopiero się ukazać, stąd też nic dziwnego, że jest on słabo rozpoznawalny i przegrał w pierwszy weekend wyświetlania z "Planetą Singli". Mimo to ci, którzy czytali, to zapewniają, że Deadpool grany przez Ryana Reynoldsa jest wierny oryginałowi. Mimo wszystko przez to cierpią inne wątki i postacie, które zostają albo słabo rozwinięte, albo wcale. W tym Collossus oraz Negasonic Teenage Warhead, którzy chcą koniecznie, aby Deadpool przyłączył się do reszty X-Menów. Z nimi początkowo jest fajny zabieg, ponieważ myślałam, że będą oni wrogami głównego bohatera, a jednak zostali jego sprzymierzeńcami. Mimo wszystko chciałabym wiedzieć o nich coś więcej. Niestety, film nie dał okazji, by rozwinęli swoje skrzydła. Podobnie zresztą jak i antagoniści, którzy nie są jacyś fascynujący, nie mają też żadnego planu, a samym Deadpoolem kieruje tylko chęć zemsty na tym, który go upokorzył. Film jednego aktora traci właśnie sporo na tym, że pomijane są pozostałe postacie.

Ale film ma również zalety. Przede wszystkim Deadpool to nie nadęty film o superbohaterze, pełnym nieznośnego patosu. Jest to komedia połączona z filmem akcji. Humoru w niej niemało, lecz trzeba pamiętać, że jest to humor specyficzny. Dość ciężki, czasami są to chamskie, prostackie dowcipy. Jednak nawet takie są znośne, jeśli nie są wymuszone. A tutaj idealnie pasują. Podobnie jak absurdalne wywody na temat mebli z Ikei czy kokainy - mają one sens, gdy zna się całą sytuację i wie, na czym polega dany dowcip. Deadpool kupił mnie też ciągłym burzeniem czwartej ściany, bezpośrednim zwracaniem się do widza oraz pewnymi smaczkami dotyczącymi popkultury (a tego jest mnóstwo, nie będę psuć zabawy).

Sama postać Deadpoola jest w pewnym sensie niesamowita. Pełna absurdów, momentami ktoś taki może być naprawdę nieznośny i irytujący - zbyt dużo gada, zawsze potrafi odpyskować i musi mieć też ostatnie słowo. Ale przy tym wszystkim kryje się dość smutna historia gościa, który nie miał lekko w życiu - i choć scena licytacji z Vanessą, kto miał gorzej w życiu, jest w pewnym sensie dość zabawna, jednak to jest taki gorzki śmiech. Jest przy tym postacią nietuzinkową, bo nie stroni od niewybrednych żartów, często niedwuznacznych, nawiązujących do seksu, ale w pewnym sensie szanuje także i płeć przeciwną. Jest również antybohaterem, ponieważ jego celem nie jest jakaś chęć ochrony ludzkości przed szaleńcem, przed złem, itd. Nie. Deadpool po prostu chce się zemścić za to, że ktoś go oszpecił i sam przez to obawia się, że jego narzeczona przestanie go kochać, że będzie wolała tamtego przystojniaka.

Z rzeczy czysto technicznych - w kinie byłam na wersji 2D (bo tylko taką oferowało), choć chętnie zobaczyłabym co niektóre sceny w 3D. EDIT: Dowiedziałam się, że z powodów finansowych nie było w ogóle wersji 3D. A szkoda. Inną rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, była muzyka - dość zróżnicowana, choć o dziwo pasująca do całości. Nawet takie "Careless Whisper" George'a Michaela w napisach końcowych niesamowicie pasuje - a dlaczego, to polecam się przekonać, oglądając film.

Generalnie "Deadpool" to film, na którym świetnie się bawiłam. I chciałabym jeszcze, dlatego cieszę się, że ma powstać sequel, który również chętnie zobaczę. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest to pozycja dla każdego, dlatego te ograniczenie +16 nie jest postawione tak nad wyraz. Czasem mam wrażenie, że u nas ludzie myślą, że takie ograniczenia to przesada, od czapy, itd. Później tylko mogą być mocno zdziwienie. Zdecydowanie nie jest to film dla dzieci, dla młodszych nastolatków również nie. Za dużo krwi, przemocy, seksu, czy dość niesmacznych dowcipów. Ale myślę, że starszemu widzowi zdecydowanie przypadnie do gustu, należy jednak podejść do niego z dystansem i nastawić się przede wszystkim na komedię, która bawi już od pierwszych sekund (nawet napisy początkowe sprawiły, że sala kinowa u mnie się śmiała). A film ode mnie na 7,5/10, czyli bardzo dobry z minusem - mimo, że sam Wade Wilson jest mistrzem, to sam nie zagra całego filmu. Liczę na to, że twórcy się poprawią w drugiej części. 
Share:

środa, 3 lutego 2016

Zjawa (2015)

Sezon oscarowy czas zacząć! Zapewne jeszcze będę oglądać filmy po ich rozdaniu, ale chciałam się przekonać, czy faktycznie te dwanaście nominacji należą się filmowi o tajemniczym tytule "Zjawa". Oczywiście wśród nominowanych pojawia się Leonardo DiCaprio, któremu kibicuję gorąco od pewnego czasu. Akademia niezasłużenie ciągle ma focha za wypowiedź sprzed prawie dwudziestu lat, do tego ciągle mają gdzieś ten obraz "chłopaczka z Titanica". Tymczasem Leo aktorsko bardzo się rozwinął i pokazuje swój wszechstronny talent i gotowość do poświęcenia za rolę. Czy w tym roku otrzyma Oscara? Przekonamy się, ja jemu gorąco kibicuję.
Źródło: filmweb.pl
Film "Zjawa" opiera się luźno na książce o tym samym tytule, jak i na prawdziwych wydarzeniach. Rok 1822, Stany Zjednoczone. Wraz z Kompanią Futrzarską podróżuje znany traper, Hugh Glass, wraz ze swoim synem, Hawkiem, którego matka była Indianką. Pewnego dnia na obóz napada grupa Indian, przez co mężczyźni muszą uciekać ze skórami, które udało im się zdobyć. W środku lasu na Glassa napada niedźwiedzica. Mężczyźnie udaje się pokonać dzikie zwierzę, ale Glass wychodzi z tego ciężko ranny. Niestety, jest jedynym członkiem Kompanii, który zna drogę okrężną do Fortu Kiowa, drogę, która nie znajduje się na terytorium Indian. W ostateczności z rannym Glassem pozostają jego syn, inny młodszy członek Kompanii, Bridger, oraz Fitzgerald. Temu ostatniemu bardzo ciąży czuwanie nad rannym, ciągle szuka sposobu, aby się go pozbyć i uciec. Prawie się mu to udaje, kiedy Hawk ratuje ojca w ostatniej chwili. Fitzgerald zabija chłopaka na oczach Glassa, po czym wkrótce udaje mu się uciec. Fitzgerald sądzi, że pozostawił Glassa na pewną śmierć, lecz ten już planuje zemstę.

Łatwiej będzie mi zacząć od wad. Przede wszystkim wadą filmu jest fabuła, która próbuje się ratować symbolicznymi scenkami, wrzucanymi od czasu do czasu, jednakże nic z tego - fabuła wbrew pozorom jest bardzo prosta, a momentami wręcz przewidywalna. Nie jest to kino bardzo wymagające, ot film przygodowy, osadzony w realiach XIX wieku. Kolejną wadą są moim zdaniem dłużyzny - dla mnie film mógłby spokojnie zamknąć się w dwóch godzinach, a jednak ciągnął się i ciągnął, a w pewnej chwili człowiek już sam nie wiedział, w którym momencie on się skończy. Do gustu nie muszą również przypaść dość drastyczne scenki (chociażby te podczas walki z niedźwiedziem. Ja momentami zamykałam oczy).

Film jednak ma całe mnóstwo zalet. Przede wszystkim brawa należą się dwóm aktorom: Leonardo DiCaprio oraz Tomowi Hardy'emu. Obaj są nominowani do Oscara i obom panom kibicuję. O ile Leonardo DiCaprio pokazał, do czego jest zdolny, by dobrze grać (naprawdę podziwiam zawsze ludzi, którzy są zdrowi i grają osoby niepełnosprawne, czy jak w przypadku Glassa - ciężko ranne i poturbowane). Jak to głosił jeden tweet - "dajcie mu tego Oscara, zanim się zabije"  - o tyle jednak postać Fitzgeralda, grana przez Toma Hardy'ego, jest po prostu ciekawsza. Jest niejednoznaczna, niby kreowana na antagonistę, jednak moim zdaniem nie można go surowo oceniać za to, że głównie chciał ratować własną skórę. Z drugiej zaś strony świetnie przedstawia rasistę, człowieka uprzedzonego do kogoś tylko dlatego, że ma inny kolor skóry. Postać Fitzgeralda dobrze oddaje (niestety) wciąż aktualny wątek rasizmu, ważnego problemu społecznego.

Film jest bardzo mroczny i klimatyczny. Niebywałą zaletą są cudowne zdjęcia, ujęcia przede wszystkim natury, gór, lasów, niepodrasowane komputerowo. Oddają one nie tylko piękno przyrody, ale też wprowadzają widza w odpowiedni nastrój. Do tego muzyka, która idealnie komponuje się w całość. Scenki symboliczne, głównie związane z żoną Glassa, choć moim zdaniem czasem przedłużały ten film, to jednak mają u mnie duży plus za niejednoznaczność przy interpretowaniu. Montaż, podobnie jak przy "Birdmanie", jest również bardzo ciekawy. Może to nie jest ciągła praca kamery, są cięcia, ale jednak takie ujęcia nadają się do scen akcji.

"Zjawa" nie jest może przerostem formy nad treścią, byłoby to zbyt odważne oskarżenie, jednak moim zdaniem mimo dwunastu nominacji do Oscara, zasługuje jedynie na kilka nagród. Jeśli Leonardo DiCaprio nie zdobędzie za tę rolę statuetki, to ja już nie wiem, kogo musiałby zagrać i jak, by ją zdobyć. Kibicuję również Tomowi Hardy'emu - również ma duże szanse. Nie wróżę jednak Oscara za najlepszy film (choć za reżyserię już tak). Podobnie niekoniecznie film dostanie nagrody we wszystkich kategoriach technicznych - choć za charakteryzację, scenografię, zdjęcia, dźwięk i montaż się należą. I w tych kategoriach będę gorąco kibicować "Zjawie". Jak będzie? Wkrótce się przekonamy. A moja ocena to 7,5/10, czyli dobry z dużym plusem - film fabularnie nie powala na kolana, ale ma za to inne zalety, dla których warto zobaczyć go zwłaszcza w kinie. 
Share:

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Gwiezdne Wojny, cz. I-III (1999-2005)

Przy recenzji najnowszego epizodu "Gwiezdnych Wojen" mówiłam, że nie miałam okazji nadrobić tej nowej trylogii, opowiadającej o Anakinie Skywalkerze. Na szczęście dzięki TVN-owi udało mi się to zrobić - bowiem przed dwoma tygodniami wyemitowano "Mroczne Widmo", a w następnych tygodniach kolejne części. Większość fanów mówiła, że tej trylogii nie uznaje, że jest beznadziejna, że w zasadzie udaje, że ona nie istnieje. Wolałam trzymać dystans do takich wypowiedzi, póki filmów nie zobaczyłam. Niestety, wielu argumentom ciężko nie przyznać racji. Choć bardzo się starałam oglądać, starałam się nie mieć uprzedzeń. Teraz rozumiem zarzuty.
Źródło: www.punkt44.pl
Nowa trylogia to dzieło Lucasa z lat 1999-2005, opowiadająca o Anakinie Skywalkerze, czyli przyszłym Lordzie Vaderze. Trylogia opowiada o tym, jak Anakin przeszedł na Ciemną Stronę Mocy i co sprawiło, że z dobrego Rycerza Jedi stał się złym Darthem Vaderem. Filmy opowiadają także o toczącej się Wojnie Klonów i rodzącym się uczuciu Anakina do Padme Amidali, jego przyszłej żony i matki Luke'a i Lei.

Właściwie nie wiem, od czego zacząć. Chyba zacznę od zalet, bo tych jest niestety znacznie mniej. Zaletą jest doborowa obsada: Christopher Lee, Evan McGregor, Liam Neeson, Samuel L. Jackson, czy wreszcie Natalie Portman. Praktycznie dużo znanych nazwisk, które poniekąd ratują te filmy. Drugą zaletą jest niezły komizm, zwłaszcza w części drugiej, kiedy Anakin zaczyna trochę się buntować przeciwko Obi Wanowi - to akurat mi się podobało. I jak już jesteśmy przy postaci Obi Wana - to właśnie chyba jest najmocniejszy punkt tej trylogii. Obsadzenie Ewana McGregora to wręcz idealny casting, a i do samej postaci ciężko mieć jakiekolwiek zarzuty. Zagrał go na tyle dobrze, że chyba zawsze będę go sobie wyobrażać jako Obi Wana.

To by było na tyle z zalet. Przy wadach chciałabym najpierw wspomnieć o wadach względem całości uniwersum, a później o wadach czysto "technicznych". Po pierwsze, stara trylogia miała swój swoisty klimat. Może jak na dzisiejsze czasy lekko kiczowata, część efektów się zestarzała, a wiele rzeczy było opowiedziane na zasadzie niedopowiedzeń, tak jednak klimat był. Widać to zwłaszcza przy wątku Mocy - jak w starych częściach była czymś tajemniczym i nieznanym, tak w nowych mieliśmy wyjaśnienie zagadki - to dzięki midichlorianom i ich stężeniu w organizmie. Gdy po raz pierwszy o tym usłyszałam, to miałam takie "Eeee?" Dla mnie zabieg niepojęty, który odarł wszystko z tzw. "magii". Po drugie - za dużo polityki. Stara trylogia była o tyle fajna, że opowiadała prostą historię, właściwie taką bajkę z dobrym zakończeniem. Natomiast w nowej pojawiają się wątki polityczne, które mnie osobiście nudziły.

Kolejna i chyba najważniejsza wada - Anakin. Nie rozumiem, jak jeden z najlepszych czarnych charakterów w historii kina mógł się okazać... Kimś takim? Anakin spełnia wiele cech Mary Sue: miał wyjątkowo duże stężenie midichlorianów, był dojrzały ponad wiek, utalentowany, do tego przystojny, romantyczny i w ogóle. A przy tym nieznośny jak diabli. Momentami nie mogłam już słuchać jego biadolenia i narzekania. Współczuję tylko Haydenowi Christensenowi, który później miał łatkę "kiepskiego aktora" właśnie przez postać Anakina. Niestety, to nie tak.

Właśnie nie aktorstwo jest najgorszym mankamentem, a beznadziejnie pisane postacie i dialogi. Że Christensen nie jest niczemu winny, widać dobitnie na przykładzie Natalie Portman, grającej Padme Amidalę - w końcu aktorka znana jest z o wiele lepszych ról, dostała też Oscara. W tej trylogii była ograniczona do roli ukochanej głównego bohatera i matki jego dzieci.

Sam wątek romansowy był do tego... Delikatnie mówiąc, dziwny. Amidala poznała Anakina, gdy miała 14 lat, a on sam był dzieckiem. Niby nieduża różnica wieku, bo 5 lat, ale jednak nie potrafiłabym się zakochać w kimś, kogo znałam jako dzieciaka. Do tego drętwe dialogi (który dziewięciolatek mówi do dziewczyny "Jesteś jak anioł"?). Cała część druga praktycznie skupia się na romansie Anakina i Padme, przez co część drugą uważam też za najgorszą z całości. O ile właśnie pierwsza się broni, o tyle pozostałe dwie są pozbawione sensu.

Bo nie tylko drętwe dialogi są mankamentem, ale też kiepskie rozłożenie napięcia, a akcja momentami toczy się za szybko (sądziłam, że kuszenie do przejścia na Ciemną Stronę Mocy będzie trwało nieco dłużej, tymczasem poświęcono na to skandalicznie mało scen). Wrogowie również nie są fascynujący (czy Darth Maul miał cokolwiek do powiedzenia, chociażby jedną kwestię?).

No i jeszcze jedna rzecz, która sprawiła, że filmy bardziej słuchałam, niż oglądałam: nadmierne użycie CGI. Lucas zachłysnął się nową technologią, która już wtedy stała na dość wysokim poziomie. W efekcie jednak wiele scen było po prostu czystymi animacjami komputerowymi, a żywi aktorzy byli tylko "wklejeni" w sztuczne tło. Jedynie klasyczna muzyka Johna Williamsa trzymała swój poziom.

Podsumowując: nowa trylogia jest właściwie taka, jak mówili fani uniwersum - po prostu kiepska. Nie jest jednak na tyle beznadziejna, żeby zapadała w pamięć. To jest ten rodzaj filmów, który ogląda się raz, a później się o nim raz na zawsze zapomina. I tylko z tego powodu moja ocena jest nieco podwyższona i dla całości to będzie 5/10, czyli średnia. Jeśli ktoś lubi te uniwersum, to naprawdę, lepiej obejrzeć kreskówki z serii "Wojny klonów" - ta sama historia, a opowiedziana w lepszy sposób. Teraz to sobie raczej poczekam do 2017 na ósmą część... 
Share:

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy (2015)

Przyznaję, że nie miałam takiego parcia, żeby gnać na premierę tego filmu, choć wiedziałam, że na pewno go obejrzę. Nie obejrzałam też tej trylogii sprzed ponad 10 lat, mówiącej o Anakinie, choć wiele się naczytałam i nasłuchałam, że jest kiepska w porównaniu do tej pierwszej, oryginalnej trylogii. Być może będę musiała nadrobić, bo mam jedynie porównanie z filmami sprzed blisko 40 lat. Ale mimo wszystko nie mogę zaprzeczyć temu, że "Gwiezdne Wojny" to fenomen. Kasowy hit, jeden z najstarszych fandomów, który działa do tej pory, twór, który na zawsze wpisał się w popkulturę. I jak wobec tego wszystkiego wypada najnowsza część, czyli epizod siódmy? Moim zdaniem bardzo przyzwoicie. Mimo, że starą trylogię obejrzałam ładne kilkanaście lat temu, to jednak w tym najnowszym filmie, mimo wielu zmian, czuć było klimat starych filmów. I chyba to mnie przekonało do całości. I sprawia, że nie będę mogła się doczekać kolejnej części. Recenzja bezspoilerowa. 
Źródło: filmweb.pl
Zaczyna się oczywiście klasycznie od "przelatującego" napisu, będącym wprowadzeniem. Od wydarzeń z "Powrotu Jedi" minęło 30 lat. Władzę po Imperium powoli przejmuje organizacja zwana Najwyższym Porządkiem, która to ma powiązania z ciemną stroną Mocy. W związku z tym Luke Skywalker, ostatni Rycerz Jedi, ukrył się na jakiejś planecie. Bezskutecznie próbuje go szukać jego siostra, generał Leia Organa. Mapa ze wskazówką pobytu Luke'a znajduje się na pustynnej planecie Jakku, na którą dociera pilot Ruchu Oporu, Poe Dameron. Ten jednak zostaje porwany, a mapę przechowuje droid BB-8. Wojsko Najwyższego Porządku zaczyna szukać małego robota. Po drodze jednak BB-8 napotyka ludzi, którzy mu pomagają.

Wprawdzie jest kilka rzeczy, do których można byłoby się przyczepić, jeśli chodzi o fabułę, ale gdybym chciała je tu omawiać, musiałabym niestety dość mocno spoilerować. Mam na myśli głównie parę nieścisłości i niedopowiedzeń ze strony twórców, ponieważ w pewnym momencie człowiek zaczynał sobie zadawać pytanie "Czy tylko dla mnie nie jest to takie oczywiste?". Tu jednakże muszę zamilczeć, a przejdę do elementów, które mi się podobały.

Przede wszystkim - klimat. Nie oszukujmy się, "Nowa Nadzieja" to po prostu bajka. Klasyczna space opera, opowieść przygodowa osadzona gdzieś na jakichś tajemniczych planetach. Opowieść o awanturniku, który szuka przygód i opowieść o jego towarzyszu pt. "od zera do bohatera". A do tego księżniczka, która jednak niekoniecznie potrzebuje ratunku, gdyż sama sobie poradzi. W "Przebudzeniu Mocy" mamy niejako powrót do korzeni. Wprawdzie już ci starzy bohaterowie ustępują młodszemu pokoleniu, są oni bardziej w tle i odgrywają inną rolę, ale to też dzięki nim czuć, że to są wciąż "Gwiezdne Wojny". Druga sprawa to sama opowieść. Niektórzy narzekają, że banalna, przewidywalna, ale jednak "Nowa Nadzieja" też miała prostą fabułę. A do tego jest kilka smaczków, takich "parallels", które fani na pewno kojarzą i które budzą jednak pozytywne emocje. A o to głównie chodzi.

Duży plus za to, że nowi bohaterowie są grani przez aktorów, którzy właściwie jeszcze nie mieli szansy się nigdzie wykazać. A nawet jeśli występują znani aktorzy, to zwykle są ucharakteryzowani tak, że w życiu bym np. nie poznała, kogo gra Lupita Nyong'o. Nowych głównych bohaterów, czyli Finna i Rey grają natomiast całkowicie niedoświadczeni aktorzy (sprawdzałam, są młodsi ode mnie), a mimo to wypadają świetnie. Widać, że dobrze czują się przed kamerą i mam nadzieję, że będzie to dla nich droga do sukcesu, zwłaszcza, że przyszło im grać dość nietuzinkowe postacie, zwłaszcza, jeśli chodzi o Finna. Natomiast z całego serca kibicuję Rey, jako że lubię takie bohaterki, jak ona.

Byłam zaskoczona tym, że film nie przegiął z efektami specjalnymi - było ich właściwie w sam raz, nie widać było jakiegoś niepotrzebnego nadmiaru, korzystano też z charakteryzacji, co bardzo sobie cenię, dzięki czemu można było poczuć klimat. Podobnie jak i z muzyką Johna Williamsa.

Podsumowując: "Przebudzenie Mocy" to pozycja obowiązkowa dla fanów "Gwiezdnych Wojen", ale też i kawał porządnego kina przygodowego i sci-fi. Moim zdaniem film jest udany. Może w tym roku nie przebije jakościowo jak dla mnie Mad Maxa, ale również w swojej kategorii jest po prostu świetny. Rozrywka dla każdego. A moja ocena to 9/10, czyli rewelacyjny (oczko wyżej ze względu na sentyment). 
Share:

czwartek, 14 maja 2015

Avengers: Czas Ultrona (2015)

Do kina szłam na ten film, czytając bardzo mieszane recenzje - jedni wychwalali go, drudzy dochodzili do wniosku, że to nie to. Faktem jest to, że ogólnie krytykowany jest reżyser, Joss Whedon, lecz bardziej krytyka jest skierowana do jego wypowiedzi, które delikatnie mówiąc, są nie na miejscu. Jednak już kiedyś wspominałam, że nie znam za bardzo komiksów Marvela (tyle tylko, co wyczytam z jakichś postów), więc filmy z Marvel Cinematic Universe traktuję jako czystą rozrywkę, trudno mi też oceniać poprawność względem komiksów. To będzie recenzja czysto filmowa, postaram się uniknąć też spoilerów, jak tylko się da.
źródło: filmweb.pl
Akcja "Avengersów" łączy się bezpośrednio z "Kapitanem Ameryką: Zimowym Żołnierzem", jest jakby kontynuacją wątków. Avengersi dostają się do bazy Hydry w Europie Wschodniej, w Sokowii. Tam przeprowadzane są eksperymenty na ludziach, w wyniku czego osierocone bliźniaki, Wanda i Pietro Maximoff zyskują supermoce (i stają się tym samym Scarlet Witch i Quicksilverem, znanymi także z X-Menów). Głównym celem Avengersów jest jednak odzyskanie berła Lokiego. Okazuje się, że zadanie nie jest proste, bowiem Scarlet Witch skutecznie manipuluje lękami Iron Mana. Ten zaś próbuje stworzyć nowy system chroniący Ziemię, Ultrona. Wszystko jednak wymyka się spod kontroli.

Może zacznę od zalet - miło jest zobaczyć dobry kawałek kina akcji, które nie nudzi. Akcja dzieje się szybko, nie ma miejsca na jakieś długie przestoje, a scenki pełne patosu są świetnie przeplatane comic reliefami (uwielbiam zwłaszcza, jak Tony Stark dogryza reszcie, a przede wszystkim jak dogryza Kapitanowi Ameryce). Fabuła może jest nieco bardziej prosta, niż w przypadku "Zimowego Żołnierza" (w tamtym filmie pojawiały się fajnie wplecione wątki polityczne, tutaj tego nie ma, a przynajmniej nie w takim stopniu).

Siłą Avengersów są jednak bohaterowie. Bohaterowie, którzy powinni być drużyną, a jednak pomiędzy nimi widać zgrzyty, nieporozumienia, ich wady i słabości niejednokrotnie przeszkadzają w misjach. Ale właśnie to lubię w bohaterach Marvela - nie są oni idealni, oprócz bycia obrońcami Ziemi mają też swoje życie, lubią się odprężyć, pożartować, itd. Podobnie jednak podobał mi się wykreowany główny złoczyńca, czyli tytułowy Ultron. System, który miał chronić Ziemię, a w efekcie sam nie wie, co powinien, a czego nie - a tym samym tylko w destrukcji widzi jedyny ratunek dla naszej planety. Był mimo wszystko ciekawą postacią.

Mieszane uczucia miałam jednak przy pairingu, do którego sporo ludzi ma zastrzeżenia, a mianowicie Bruce Banner/Natasha Romanoff. Fakt, z tego, co wiem, nie ma to pokrycia w komiksach, ale z czasem przekonałam się, że mogą do siebie pasować - niekoniecznie będą super hot parką, ale jakaś nić porozumienia między nimi jest. Nie przeszkadzał mi też Clint, który posiada rodzinę (bo dlaczego nie?). Jedyne zastrzeżenia, jakie mam, to (uwaga, spoiler) tekst Natashy o tym, że ją wysterylizowano i przez to jest potworem. Trochę jakby... Tylko możliwość macierzyństwa nadawała człowieczeństwo kobiecie? No, coś tu jest nie halo.

Z innych wad: trochę jestem nieusatysfakcjonowana tym, że Quicksilvera i Scarlet Witch było mało na ekranie (a zwłaszcza tego pierwszego), a człowiek jednak chciałby czegoś więcej się o nich dowiedzieć, zwłaszcza, że w tym uniwersum trochę się różnią od swoich odpowiedników z X-Menów. Tak samo trochę irytuje mnie fakt "fikcyjnych krajów w Europie Wschodniej" (zazwyczaj o słowiańsko brzmiącej nazwie). Trochę nie fair, zwłaszcza, że Ameryka jest też w tym uniwersum, a obok niej są po prostu kraje, które nie istnieją. Tak bardzo twórcy boją się powiązań z historią? Jakoś nazistów nie bali się dawać.

Efektów specjalnych było tyle, ile potrzeba było i robiły na mnie wrażenie. W sumie choć byłam na wersji 2D, to uważam, że 3D można również zobaczyć, chociażby dla scen pościgów i walki.

Film przypadł mi do gustu. Dwie i pół godziny w kinie zleciały bardzo szybko, a pomimo wczorajszego zmęczenia po pracy byłam w stanie się cieszyć filmem, zaśmiać się przy tekstach Iron Mana i zwyczajnie wciągnąć w akcję. Jeśli ktoś szuka czystej rozrywki, w sam raz na weekend lub popołudnie, to śmiało mogę polecić Avengersów, podobnie jak i każdy inny film Marvela, który widziałam. A moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

sobota, 27 grudnia 2014

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (2014)

Na początku muszę przyznać się do pewnej rzeczy, a mianowicie - ten film w przeciwieństwie do poprzednika nie był przeze mnie mocno wyczekiwany. Nie wynika to jednak z tego, że poprzednie były takie złe, a bardziej z tego, że próbowałam odgonić od siebie myśl, że to koniec przygody ze Śródziemiem (nie licząc rozszerzonego wydania DVD), ale też myślę, że sporo można zarzucić słabej promocji filmu (ale o tym nieco później). Nie mogę powiedzieć jednak, że "Bitwa Pięciu Armii" mnie jakoś zawiodła, bo jest to na pewno wzruszające zamknięcie całości, łącznie ze świetnymi nawiązaniami do "Władcy Pierścieni", dzięki czemu obie trylogie tworzą zgrabną całość. Nie oznacza to jednak, że film ustrzegł się wad.
Źródło: filmweb.pl
Akcja rozpoczyna się dokładnie zaraz po zakończeniu "Pustkowia Smauga". Smok nadlatuje nad Esgaroth, które próbuje zniszczyć. Wtedy właśnie Bardowi udaje się pokonać Smauga. Wszyscy krótko świętują zwycięstwo, lecz wkrótce pojawiają się problemy - ci, którzy przetrwali katastrofę, pod wodzą Barda chcą dostać to, co obiecał im Thorin. Wkrótce w podobnym celu zjawia się Thranduil wraz ze swoją armią. Tymczasem do Ereboru zbliża się znacznie większe zło, niż można to sobie wyobrazić.

Moim zdaniem nieco bezsensowne jest przyrównywanie filmów Petera Jacksona do oryginału książkowego. Oczywiście, można się czepiać, że wiele rzeczy było inaczej w książce, ale po co? Książka nie jest jakimś wielkim arcydziełem literatury, bądźmy szczerzy. A tu mamy do czynienia z adaptacją, lub jako to ująła Zwierz Popkulturalny "filmowe fanfiction". I tak te filmy traktuję.

Może zacznę od plusów tego filmu. Pierwszym z nich na pewno jest akcja i spektakularna bitwa. Jak ktoś narzekał na nudy, przestoje, nie lubi motywów wędrowania - to ten film jest w sam raz, ponieważ właściwie obejmuje tylko przygotowania do bitwy i samą bitwę. Jeśli ktoś lubi taką akcję - to na pewno mu się ten film spodoba. Mi osobiście jednak podobały się bardziej przygotowania do wojny i to całe napięcie, strach, niż bitwa sama w sobie (np. dopiero w tym filmie Galadriela pokazała, na co ją stać).

Ten film z całą pewnością kradnie Richard Armitage. Tylko on chyba potrafił zrobić z postaci niemalże bez charakteru w książce niemalże postać jak z tragedii Szekspira, postać bardzo tragiczną i niejednoznaczną. Z jednej strony można go zrozumieć, w końcu stracił wszystko, a teraz nagle to odzyskał i zwyczajnie nie może sobie poradzić z chorobą władzy. Ale z drugiej strony człowiek ma ochotę aż go uderzyć za to, jak traktuje przyjaciół i bliskich, że liczy się dla niego tylko on sam, a cała reszta może sobie ginąć. Niemniej jednak jeśli Richardowi zależało na stworzeniu takiej postaci (bo ja czytałam, że zależało), to z całą pewnością mu się to udało. Podobnie Martin Freeman jako Bilbo potrafi przekonać, wzruszyć... Tak samo nie zawiódł mnie Lee Pace. Choć nie miał on zbyt dużo do powiedzenia, to jednak każda scena z nim to perełka.

Wielkim zaskoczeniem był dla mnie Alfrid, który wybronił się ostatecznie jako postać. Stał się trochę comic reliefem, ale również można go zrozumieć. Jest podstępnym szczurem, ale właśnie tacy najczęściej przeżywają. On chce przeżyć i można to nazwać tchórzostwem, ale nikt nie wie, jak zachowałby się w danej sytuacji.

A teraz przejdę do wad filmu. Pierwszą z nich jest Legolas. O ile we "Władcy" miał głupie miny, tak w "Hobbicie" ma praktycznie same głupie sceny walki/ Można się upierać, że to fantasy, itd., ale niektóre z nich wyglądały jak gra komputerowa. Niestety, niewiele on wnosi do tego filmu. Nie jest on całkowicie niepotrzebny, ale film mógłby się też śmiało bez niego obyć.

Dalej - wątek Kiliego i Tauriel. I jak ja życzę jak najlepiej tej parce, bardzo mi się spodobali, tak jednak w wersji filmowej ich romansu czegoś zdecydowanie zabrakło. Zabrakło jakiegoś większego tła, mieli ze sobą trochę za mało scen, choć rozumiem motyw młodzieńczej miłości, tej nieco szalonej, jak z "Romea i Julii". Mimo wszystko, choć ich wątek wzrusza, to aż się prosi o uzupełnienie.

Podobnie boli nieco to, jak potraktowano inne krasnoludy, zwłaszcza Filiego, który robi niemalże całkowicie za tło. Liczyłam na lepsze przedstawienie jego relacji z wujem lub chociażby bratem. Podobnie Bard, choć potrzebny, jednak od pewnego momentu zaczyna nieco irytować. Czytałam również inne zarzuty, lecz niestety pewne dziury fabularne, o których wspominali ludzie w komentarzach, recenzjach, wynikają też z książki.

Efekty specjalne to dużo CGI, ale w tym filmie nieuniknione. Choć i tak mam wrażenie, że lepiej dopracowane, niż w poprzednich częściach. Muzyka wiele się nie różni od tej z poprzedniej części, choć końcowa piosenka potrafi wzruszyć.

I jeszcze słówko dygresji: mam bowiem wrażenie, że ludzie byli słabo zainteresowani tym filmem nie dlatego, że poprzednie dwa były takie złe, ale raczej tu była też kwestia bardzo słabej promocji. Nie mam pojęcia tak do końca, z czego to wynikało, ale twórcy puścili trailery dość późno, nie było videoblogów, tak jakby kompletnie Jacksonowi nie zależało na tym, aby wypromować swój film. A szkoda. Mimo wszystko, jest to wciąż niezłe zwieńczenie całości. I chyba końcowe sceny, które tym samym zamykają "Hobbita" i "Władcę" w jedną całość, są tego najlepszym dowodem. Moja ocena to 8,5/10, czyli bardzo dobry z plusem. Jednak ciut gorszy od poprzedników, ale wciąż moim zdaniem jest to chyba najlepszy film, jaki obejrzałam w tym roku w kinie. 
Share:

czwartek, 25 grudnia 2014

Last Christmas - świąteczny odcinek Doctora Who (2014)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY! JEŚLI NIE OGLĄDAŁEŚ/AŚ NAJNOWSZEGO ODCINKA DOCTORA WHO, CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

Mamy święta Bożego Narodzenia (a tym samym życzę Wam wszystkiego naj!), a tym samym zgodnie z tradycją BBC, mamy odcinek świąteczny Doctora Who, zatytułowany zupełnie jak piosenka, czyli "Last Christmas". I muszę przyznać, że niestety on coś ma wspólnego z tą piosenką. A co? A mianowicie to, że myślimy, że "Last Christmas" jest o świętach, a tymczasem to jest smutna historia miłosna. Tak samo tenże odcinek, który byłby fajny, ale jako zwykły odcinek z serii, a nie odcinek, który ma być w "duchu świątecznym". A więc co w nim takiego było?
Źródło: dailymotion.com
Na początku odcinka Clara spotyka... Samego świętego Mikołaja. Po chwili pojawia się Doktor i zabiera ją na Biegun Północny, gdzie grupka ludzi próbuje uciec od tajemniczych i strasznych przybyszów z kosmosu. Okazuje się, że owi przybysze mają wpływ na sny ludzi. Doktor chce koniecznie się dowiedzieć, kim oni są i jak można uwolnić od nich ludzi.

Szczerze, to mam mieszane uczucia do tej pory po tym odcinku. Nie wiem sama, dlaczego, ale jakoś ciężko mi cokolwiek napisać. Nie był on nudny, wprost przeciwnie. Ale miał mało świąteczny klimat, tak jak właśnie piosenka "Last Christmas". To, że był Mikołaj, elfy, renifery, że Clara w jednym śnie spędzała swój świąteczny czas z Dannym, to jeszcze nie czyni z całości "świątecznej atmosfery". Bo za chwilę mamy wręcz nawiązanie do horroru "Obcy". I szczerze, "Obcy" to ostatnia rzecz, jaką oglądałabym w święta. Choć może gdzie indziej są inne zwyczaje świąteczne, nie wiem. I przy okazji drażni też to, że Doktor, który jest (a przynajmniej był) obeznany z popkulturą, nagle nie wie nic na temat filmu "Obcy"... A sądzę, że to jeden z tych filmów, o których się wie, nawet jak się nie oglądało. I choć naprawdę kosmici byli straszni, a motyw ze snami zawsze jest dla mnie ciekawy, to jednak jest to materiał na zwykły odcinek, a nie na taki świąteczny.

Na plus oceniam jednak końcówkę odcinka z Doktorem i Clarą. Mimo wielu przykrych wspomnień ta dwójka jednak potrafiła się porozumieć. I w tym było czuć właśnie taki klimat świąteczny. Jednakże mam dość dziwne uczucia względem zakończenia sezonu (bo choć smutne, to mi się podobało), jak i do rewelacji, że Clara miała odejść z serialu. Po zapowiedzi serii dziewiątej wiemy, że tak nie będzie. Pytanie do producentów: po co więc tak gadać?

Nie wiem, czego możemy się spodziewać po serii dziewiątej. A odcinek... No, raczej nie będzie należał do moich ulubionych. Bardziej podobał mi się odcinek z tamtego roku. Moim zdaniem sci-fi można śmiało łączyć ze świętami, ale pod warunkiem, że te elementy są wyważone. Tu tego zabrakło.
Share:

sobota, 20 grudnia 2014

Avatar: Legenda Korry (2012-2014)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY! JEŚLI NIE OGLĄDAŁEŚ/AŚ OSTATNIEGO ODCINKA SERIALU, CZYTASZ RECENZJĘ NA SWOJĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

Muszę przyznać, że rzadko mam tak, że recenzuję od razu całość serialu, jednakże pierwszy sezon Korry obejrzałam jeszcze w 2012 roku, czyli jeszcze zanim zaczęłam prowadzić tego bloga. Dopiero całkiem niedawno nadgoniłam resztę sezonów, żeby wczoraj zakończyć na finale. I choć muszę przyznać, że pierwszą część Avatara, czyli przygód Aanga, jeszcze nie obejrzałam do końca, widziałam tylko część odcinków, tak Korrę oglądałam z zapartym tchem. To jest serial, który wg Vanity Fair może zmienić oblicze seriali animowanych dla dzieci i młodzieży i coś w tym jest. Aż żal, że Nickelodeon po prostu "olał" sobie ten serial, spychając go gdzieś na bok (ale o tym więcej za chwilę). Drugą sprawą jest to, że po prostu choć serial trwa cztery sezony, to opowiada po prostu jedną, ciągłą historię. Bez znajomości sezonów poprzednich nie zrozumiemy tego, co dzieje się chociażby w ostatnim sezonie. Dlatego recenzja całości dopiero teraz.

Źródło: filmweb.pl

W świecie Avatara żyją cztery nacje: Królestwo Ziemi, Naród Ognia, Plemię Wody oraz Nomadzi Powietrza. Każda z tych nacji ma swoich Magów, którzy mogą władać danym żywiołem. Raz na jakiś czas jednak rodzi się reinkarnacja Avatara, jedynego maga, który potrafi władać wszystkimi czterema żywiołami. Akcja "Legendy Korry" dzieje się 70 lat po zakończeniu akcji "Avatara: Legendy Aanga". Nowym Avatarem jest tytułowa Korra, dziewczyna pochodząca z Plemienia Wody. W wieku 17 lat opanowuje ona wszystkie żywioły poza żywiołem powietrza, który musi dokładniej potrenować wraz z Tenzinem, synem Aanga. W tym samym czasie Amon szykuje rewolucję, która ma zmienić cały świat.

I w ten sposób streściłam tylko fabułę pierwszego sezonu. Warto bowiem zaznaczyć, że pierwszy sezon wyróżnia się pod tym kątem od pozostałych. Prawdopodobnie twórcy nie byli sami pewni, czy historia o Korrze spodoba się publiczności, więc sezon pierwszy jest jakby zamkniętą całością - choć w dalszych częściach jest nawiązanie do tego pierwszego sezonu. I niestety, Nickelodeon podjął dość kontrowersyjną decyzję. Przez to, że pod koniec pierwszego sezonu pokazana jest samobójcza śmierć jednego z bohaterów, kolejny sezon przesunięto z sobotnich poranków (wtedy jest największa oglądalność wśród dzieci i młodzieży w Stanach) na piątkowe wieczory. Kolejne dwa sezony można było zobaczyć tylko w Internecie. I być może to trochę pomogło serialowi, który wyzwolił się z pewnych ograniczeń, które narzuca telewizja.

W porównaniu do Avatara przygody Aanga wydają się nieco dziecinne, bardziej komediowe. Jest to jednak zrozumiałe samo przez się, ponieważ jeśli dana osoba zaczynała oglądać pierwszą część, mając 12 lat (tyle, ile Aang), to teraz, oglądając ostatni sezon Korry, ma lat 21, czyli tyle, ile główna bohaterka. Nic dziwnego, że serial wydaje się bardziej dojrzały, czy to fabularnie, czy to pod względem kreski i animacji. Również relacje bohaterów są o wiele bardziej dojrzałe.

Może jednak powiem nieco więcej o wykreowanym świecie. Bardzo mi się podoba wizja twórców. Świat ten opiera się głównie na kulturach Azji. Widząc różne stroje, architekturę, czy nawet kolor skóry danych bohaterów, można domyślać się, że dane kultury są oparte na kulturze Eskimosów, Chin, Indii, Japonii, Tajlandii i innych krajów. To samo jest ze stylami walki, które przypominają te walki rodem z Azji. Podoba mi się również umiejscowienie czasowe, bowiem niektóre elementy sugerują, że mamy do czynienia z jakąś alternatywną wizją dwudziestolecia międzywojennego - np. Miasto Republiki, w którym głównie toczy się akcja, jest oparte na Szanghaju z lat 30. XX wieku. To samo jest z fabułą.

Dojrzałość fabuły nie polega bowiem na tym, że walki są brutalne, czy pokazane jest wojsko, czy skomplikowane operacje militarne, ale na odniesieniach do polityki. Nowa Avatar mierzy się niejednokrotnie z wieloma problemami, między innymi z poparciem dla zupełnie innych ideologii i wątpliwościami, czy Avatar jest aby na pewno potrzebny w dzisiejszych czasach. Korra nie czuje się początkowo dobrze w roli przywódcy, lecz potem musi sobie radzić z różnymi problemami. Dość przerażające jest to, że serial nawiązuje do takich ideologii, jak komunizm, czy faszyzm, które właśnie rodziły się w dwudziestoleciu międzywojennym. Przerażające pod tym względem, jak bardzo widać, że wszelkie ideologie mogą być niebezpieczne.

Jestem pozytywnie zaskoczona, jak twórcy rozwiązali również problemy relacji między postaciami. Nie lubiłam bowiem nigdy Mako, który jest postacią niezdecydowaną, żeby nie rzec - niedojrzałą i tchórzliwą, ponieważ nie potrafi powiedzieć żadnej dziewczynie, że nie chce z nią już być. Podobają mi się jednak bohaterowie z poprzedniej części Avatara, jak i ich potomkowie - niemalże każda z tych postaci jest wyjątkowa na swój sposób, ma swoją historię i nie jest klonem swojego rodzica. Choć z drugiej strony nie podoba mi się to, że twórcy poszli na łatwiznę, przez co Kya i Bumi, dzieci Aanga nigdy nie założyli rodziny. Nie twierdzę, że jest to niemożliwe, po prostu jednak mamy za dużo tych postaci. Sama Korra jako bohaterka jest świetna - początkowo narwana, porywcza, nieco zarozumiała i egoistyczna, pod wpływem różnych wydarzeń zmienia się i staje się Avatarem, liderem w pełnym tego słowa znaczeniu. Podoba mi się to, że Korra nie jest sierotą (częsty zabieg), tylko ma kochających rodziców, że nie jest taką klasyczną pięknością (jest wysportowana i umięśniona), ale przechodzi wiele, w tym traumę psychiczną, a także ciężki proces rehabilitacji (Korra przez pewien czas porusza się na wózku inwalidzkim). Wszystko to jest bardzo wiarygodne, a odcinki, jak sobie radzi z tym wszystkim, uważam za jedne z najlepszych. Podoba mi się również bardzo końcówka, w której pada mocna sugestia, że jakoby Korra i Asami są razem (choć sugestie na ich temat padają od trzeciego sezonu). Jeśli tylko twórcy to potwierdzą, to sądzę, że rok 2014 należy do dobrej reprezentacji biseksualnych osób. Korra i Asami wcześniej rywalizowały bowiem o jednego mężczyznę. W dodatku ich relacja jest przedstawiona w sposób wiarygodny, ale nie nachalny. Można się tu kłócić, że przecież to serial dla dzieci, ale... Co jest bardziej szkodliwe? Pokazywanie jakichś cudacznych potworów, które przerażają nawet mnie, osobę dorosłą, czy sugerowanie, że dwie kobiety są razem szczęśliwe? To pytanie pozostawiam do refleksji.

Pod względem graficznym animacja i kreska są świetne. Przy przygodach Aanga byłam w szoku, kiedy się dowiedziałam, że to nie jest anime, a serial produkcji amerykańskiej. Podobnie jest z przygodami Korry, gdzie postacie są narysowane dojrzałą kreską, a tła są bardziej semi-realistyczne. Pod względem graficznym zaś opowieść o pierwszym Avatarze, Wanie, jest dla mnie wręcz cudeńkiem.

Komu mogę polecić ten serial? Czy można go obejrzeć bez znajomości przygód Aanga? Moim zdaniem na pewno jest wskazana znajomość przynajmniej głównego zarysu fabuły, jak i bohaterów poprzedniej części. Inaczej nie można wyłapać wszystkich nawiązań i smaczków. Jednak jeśli ktoś lubił Legendę Aanga, to z całą pewnością polubi Legendę Korry. Zwłaszcza, że tak jak mówię - jest to produkt dojrzewający wraz z targetem. Korra jest niewątpliwie skierowana do nieco starszych widzów, jednakże w dalszym ciągu jest świetnym serialem. Ogląda się go naprawdę szybko, choć całość ma aż 52 odcinki. Jeśli ktoś lubi też fantasy połączone z technologiami, takie mieszanie światów, również Korra powinna mu przypaść do gustu. A na dzień dzisiejszy całość dostaje ode mnie ocenę 8/10, czyli jest to bardzo dobry serial.
Share: