Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityczny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Dobry agent (2006)

Przyznaję, że są filmy, które teoretycznie powinny nudzić, ale w efekcie okazują się po prostu zupełnie innym spojrzeniem na dany temat. Kiedy mówimy "film szpiegowski" przed oczami mamy najczęściej Jamesa Bonda i filmy z nim, pełne akcji. Nie jest tak w przypadku "Dobrego agenta" - jest to film bowiem pozbawiony akcji, do którego trzeba mieć cierpliwość i to dużą. Jednak jest odzwierciedleniem tego, czym jest tak naprawdę praca agenta służb specjalnych. Film dodatkowo z dużą dawką pesymizmu. Ale po kolei. 
Źródło: filmweb.pl
Historia jest oparta na faktach, jedynie część nazwisk jest zmieniona - na pewno jest nim nazwisko głównego bohatera, Edwarda Wilsona. W 1939 roku Wilson zaczyna studiować na Yale, gdzie wstępuje do elitarnego bractwa Czaszki i Kości. James jest studentem poezji, który wkrótce dostaje propozycję śledzenia własnego profesora, podejrzanego o współpracę z nazistami. Po sukcesie Wilson zostaje zwerbowany do CIA i zostaje agentem wywiadu. W trakcie wojny znajduje się w Europie, zostawiając jednocześnie żonę i małego syna. Po wojnie wraca do nich, ale małżeństwo Edwarda i Margaret nie należy do udanych. Dodatkowym problemem są ciągłe tajemnice. Wilson musi wkrótce zdecydować, co dla niego liczy się bardziej - praca, czy rodzina.

Przyznaję, że głównym, pesymistycznym aspektem filmu jest główny bohater. Na jego przykładzie widzimy, jak człowiek wrażliwy, z zasadami, pod wpływem pewnego środowiska i pewnych wydarzeń potrafi się zmienić w osobę bezwzględną i bezuczuciową. Jeszcze początkowo Wilson chce szukać pewnych rozwiązań, nie uciekać się do drastycznych metod, ale wkrótce się to zmienia. Dla własnej pracy potrafi poświęcić własną rodzinę, przez co żal mi było głównie żony Wilsona, Margaret, granej przez Angelinę Jolie. Kobieta ta nie jest szczęśliwa w małżeństwie, gdzie mąż ma cały czas jakieś tajemnice przed nią i nawet nie pozwala mówić, czym tak naprawdę się zajmuje. Dodatkowo, kiedy dowiaduje się o zdradzie męża, postanawia go opuścić. Dość odważna decyzja, jak na lata 50., ale chyba konieczna. Podobnie relacje z synem nie układają się tak, jak należy. Edward Junior idealizuje pracę ojca, co w efekcie doprowadza do tragedii. 

Film jest zrealizowany na przyzwoitym poziomie, w końcu reżyserem był Robert De Niro, ma doborową obsadę, doskonale oddaje klimat Stanów i czasów zimnej wojny i realnego zagrożenia kolejną wojną podczas kryzysu kubańskiego. W obsadzie praktycznie możemy spotkać wielkie gwiazdy, a nawet w rolach drugoplanowych, czy epizodycznych mamy aktorów, którzy dziś są dość znani (film jest z 2006 roku), takich jak Eddie Redmayne, czy Lee Pace. I właśnie Lee tu gra dość ciekawą postać nawet nie tyle drugoplanową, a bardziej trzecioplanową, ale jest ona dość kluczowa, ważna, a także pod koniec filmu mówi ciekawe słowa (choć jedna z początkowych scen mnie obrzydziła - choć nie zdradzę, jaka). Pomimo tego nie ustrzegł się wad. Pierwszą z nich jest długość filmu - momentami jest po prostu zbyt długi, za szczegółowo opowiada historię, choć mogłoby się obyć bez pewnych wątków. A druga sprawa - charakteryzacja. Niby ona jest, ale nie do końca. Właśnie przez charakteryzację mam wrażenie, że bohaterowie w ogóle się nie starzeją, podobnie jak głupim błędem było pokazanie Eddiego Redmayne'a jako nastolatka, podczas gdy w momencie kręcenia filmu miał 24 lata. Tak samo Lee, który oprócz ciuchów w ogóle się nie zmienia - i czy ma 20 lat, czy 40, wygląda tak samo (a notabene, grając swoją postać, miał 27 lat). Angelina Jolie również niewiele się zmienia, może poza fryzurą.

Jak wspomniałam na początku, jeśli ktoś liczy na film akcji, to się bardzo mocno zawiedzie. Praca służb wywiadowczych jest żmudna, nudna i polega głównie na papierkowej robocie, a nie na gonitwach, strzelaninach, itd. I to należy oddać twórcom, że to uchwycili, jednocześnie nie zanudzając totalnie widza. I pomimo wad jest to całkiem dobry film, mimo że przesłanie jest bardzo pesymistyczne i potrafi zdołować człowieka. Moja ocena to 7/10, czyli dobry. 

PS. Kończę w międzyczasie post zbiorowy z pewnym wyzwaniem, więc czekajcie. A i dodam, że obejrzałam jeszcze film o Madoce, który miał być kontynuacją anime. Z racji tego, że miałam problemy z oceną tego filmu, dopisałam po prostu kilka zdań przy starej recenzji, do której zapraszam tutaj. 
Share:

piątek, 21 marca 2014

Lincoln (2012)

Zniesmaczona lekko "Zniewolonym" i w ramach "nadrabiania filmów z Lee Pacem" postanowiłam tym razem sięgnąć po "Lincolna", film znanego reżysera, Stevena Spielberga o życiu tego znanego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Co natomiast otrzymałam? Obraz przyzwoity, ale niestety, w zasadzie tylko tyle można o tym powiedzieć. Chciałam sięgnąć po inną stronę historię, jaka była zaprezentowana w "Zniewolonym", a jest to jednocześnie ten kawałek historii, który mnie fascynuje, czyli jeden z pierwszych kroków do zniesienia rasizmu w Stanach Zjednoczonych, kiedy ludzie pojęli, że chyba coś jest nie tak z wolnością, która jest główną wartością USA.
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada o ostatnich kilku miesiącach życia Abrahama Lincolna - od momentu ponownej elekcji na prezydenta, poprzez przegłosowanie 13. poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych (która znosiła niewolnictwo), aż do momentu tragicznej śmierci w teatrze. A w tle tych całych wydarzeń - wojna secesyjna i rodzinne oraz małżeńskie problemy prezydenta.

Moje uczucia wobec tego filmu są dość mieszane. Warto jednak zacząć od zalet. W porównaniu do "Zniewolonego", lepiej wypadają przede wszystkim kreacje postaci. Nie mamy tutaj już przesłania pt. "wszyscy biali są źli, nawet jak im się wydaje, że nie są". Mamy wielką różnorodność postaci, oczywiście, mamy takich rasistów, jak Fernando Wood (właśnie fenomenalnie zagrał go Lee Pace), ale mamy też Stevensa, granego równie świetnie przez Tommy'ego Lee Jonesa, dla którego główną wartością jest wolność. Nie brakuje również obiektów zainteresowania poprawki - czyli ludności czarnoskórej USA. To już nie jest ten sam obraz, co w "Zniewolonym", choć akcja toczy się niewiele później. I te postacie są różnorodne - mamy żołnierzy, którzy chcą wiernie służyć swojej ojczyźnie, mamy matkę, która straciła syna podczas walki o wolność (a przy okazji byłą niewolnicę, która tylko wspomina o tym, że była bita, co jest bardziej wymowne), czy kamerdynera Lincolna, który był człowiekiem wolnym. Przede wszystkim różnorodność postaci jest wielkim atutem filmu. Daniel Day-Lewis również zasłużył w pełni na Oscara, grając prezydenta Lincolna. Z jednej strony był to człowiek, który miał wielkie zasługi dla USA - walczył w końcu o wolność, ale z drugiej strony widać było, że nie radzi sobie w życiu rodzinnym - nie rozumie swojej żony, z którą często się kłóci, nie potrafi także dogadać się z synem. I takie postacie są właśnie najbardziej fascynujące. Inną zaletą jest przesłanie, aktualne także do dziś. Szczególnie wymowne wydaje mi się zdanie wypowiedziane przez Stevensa. Zdanie, którego niektórzy nie pojmują chyba nawet dzisiaj: "Nie wierzę w całkowitą równość, ale wierzę w równość wobec prawa."

Nie będę się wypowiadać o aspektach technicznych, typu zdjęcia, czy muzyka, bo stoją one na wysokim poziomie. Jednak film "Lincoln" ma też swoje wady. Przede wszystkim jest momentami nudny i przegadany. Rozumiem, że jest bardziej "teatralny", ale znam filmy teatralne, które nie nudzą. W "Lincolnie" przede wszystkim na szkodę wypada przedstawienie czasowe. Większość akcji toczy się w ciągu miesiąca - od początku stycznia 1865 do momentu uchwalenia poprawki, czyli do 31 stycznia 1865. Zostaje niewiele czasu, by dokładnie opowiedzieć o następnych trzech miesiącach (Lincoln zginął w kwietniu), a sama scena śmierci jest strasznie niesatysfakcjonująca. Spielberg chciał po prostu za dużo upchnąć, stąd film jest przeładowany i w którymś momencie człowiek traci zainteresowanie.

Podsumowując: "Lincoln" jest dla mnie lepszą próbą przedstawienia problemu niewolnictwa, ale to nie to. Chwała za to twórcom, że nie przedstawia całego życia prezydenta, a jednak... Nie potrafi zaciekawić widza. Może, jeśli ktoś uwielbia politykę, to ten film go zaciekawi. Ja, choć polityką się interesuję, nie uznałam ten film za tak interesujący, na jaki liczyłam. Mimo wszystko będzie on gratką dla tych, którzy interesują się historią USA. Zastanawiam się teraz, czy nie sięgnąć po "Kamerdynera"... Moja ocena: 6,5/10, czyli niezły z plusem. 
Share: