Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2017

I'm more man than a horse, czyli BoJack Horseman

W końcu coś, co zmusiło mnie do napisania dłuższego tekstu. Wprawdzie w wakacje obejrzałam trochę filmów w kinie, ale o nich mam ochotę zrobić raczej taki zbiorczy podcast. Dajcie znać, co sądzicie o takim pomyśle. Przyznam, że trochę będę się denerwować, jeśli dojdzie to do skutku.

Ostatnimi czasy mam różne zdanie na temat seriali animowanych dla dorosłych. Zazwyczaj kojarzą się one z Simpsonami czy Family Guyem, ale przyznam szczerze, że jak dla mnie forma Simpsonów się wypaliła, nowsze odcinki przestają być zabawne, a stają się momentami słabe i irytujące, a Family Guy nigdy mnie nie przekonał przez swój prostacki humor. Co jednak łączyło te seriale? Przede wszystkim brak jakiejś spójnej fabuły. Każdy odcinek opowiada o czymś innym, bohaterowie się nie zmieniają, nie zmienia się ich wiek, nie zmieniają się charaktery, w zasadzie można obejrzeć byle który odcinek, a i tak każdy będzie wiedział, o co chodzi. Rzecz w tym, że są to seriale ściśle komediowe (choć czasami w Simpsonach przewijają się ciekawe przemyślenia i mądrości życiowe), więc zachowanie ciągłości fabuły nie jest jakieś obowiązkowe. Małą rewolucję urządził nam jednak Netflix.

Najpierw obejrzałam "F is for Family", który opowiada o problemach przeciętnej amerykańskiej rodziny z lat 70. - owszem, jest sporo humoru, ale także dość gorzkich refleksji na temat dorosłego życia. No i oczywiście ciekawie się to ogląda, mając na uwadze to, ile rzeczy przez te 40 lat się zmieniło, zwłaszcza w sferze społecznej. Osobiście serial przypadł mi do gustu, lecz nie myślałam, że zakocham się w serialu... o antropomorficznym koniu.

Źródło: fdb.pl
BoJack Horseman to jeden z tych seriali, który na pierwszy rzut oka wydają się głupie, absurdalne i ma się generalnie poczucie, że to kolejna komedia pod przykrywką "serialu animowanego dla dorosłych". Pomimo, że pewne elementy są absurdalne i czysto komediowe, nie jest jednak tak, że serial jest głupi. A wręcz przeciwnie. Ośmieliłabym się stwierdzić, że jest to jeden z najlepiej zrealizowanych seriali ostatnich lat.

[UWAGA! W dalszej części tekstu lekkie spoilery. Jeśli nie oglądałaś/oglądałeś BoJacka, to... Skończ czytać tutaj, albo bierz się za oglądanie :)]

Tytułowym bohaterem jest BoJack Horseman, dawna gwiazda telewizyjnego sitcomu "Rozbrykani". Dzisiaj nieco zapomniana i pogubiona w swoim życiu. BoJack, mimo usilnych prób swojej agentki, nie jest w stanie powrócić na dobre do showbiznesu. Chciałby być kojarzony z kimś więcej, niż tylko z postacią z serialu, którą grał 20 lat temu. Zamiast skupić się na karierze, BoJack woli się upijać i szukać zapomnienia w przygodnym seksie. W końcu nadarza się odpowiednia okazja - a mianowicie napisanie autobiograficznej książki. Z racji, iż BoJack nie ma żadnego talentu literackiego, wydawca nakazuje mu zatrudnienie ghostwritera, Diane Nguyen, która okazuje się dziewczyną Peanutbuttera, również celebryty, a przy okazji dobrego znajomego BoJacka. 

Tu streściłam jedynie początek fabuły pierwszego sezonu. BoJack jest serialem, przy którego oglądaniu trzeba mocno zwracać uwagę na szczegóły, na to, co dzieje się w tle, a także na niepozorne wydarzenia, które mogą mieć wpływ na dalszy rozwój fabuły. 

Z perspektywy widza najtrudniej jest przetrawić sezon pierwszy - choć i on ma sporo depresyjnych i smutnych akcentów, tak jednak fabuła tutaj dopiero zaczyna się zarysowywać. Poznajemy bowiem tutaj głównie BoJacka, a jego znajomi są przedstawiani głównie z jego perspektywy. Sezon pierwszy skupia się też w zasadzie tylko na pisaniu książki oraz jej wydaniu i rozpromowaniu. W kolejnych sezonach dowiadujemy się więcej o problemach znajomych BoJacka, w zasadzie każdy dostaje swój wyjątkowy wątek.

Humor w tym serialu w zasadzie polega na dość absurdalnych sytuacjach (i część z nich mogłaby być zrealizowana tylko właśnie poprzez animację, a w serialu live-action byłaby bardzo trudna lub wręcz nierealna), a także na typowo zwierzęcych zachowaniach postaci antropomorficznych - np. Princess Carolyn, która jest kotką, ma na swoim biurku nic innego, jak drapak. 

BoJack porusza przy tym dość trudne tematy, o które ciężko w innych produkcjach. Przede wszystkim szeroko eksploatowany jest temat mediów, ich roli w społeczeństwie i o tym, jak wpływają na życie reszty, zwłaszcza na życie celebrytów. Mamy tutaj obraz celebrytów zapomnianych (jak BoJack), czy zniszczonych, ponieważ uczestniczyły w showbiznesie od małego. Mamy problemy czysto feministyczne, jak np. prawa kobiet, prawo do obrony, czy też prawo do aborcji. Poruszony jest nawet dość trudny temat niepłodności i tego, jak ona potrafi wpływać na życie kogoś, kto do tej pory był skupiony na swojej karierze. Mamy też problem demencji starczej i poruszony temat opieki nad starym rodzicem (a także poruszony temat, czy powinniśmy opiekować się kimś, kto zniszczył nam życie). Przedstawione są wszystkie orientacje seksualne, łącznie z aseksualnością (!), która naprawdę jest rzadko pokazywana i nie jest tutaj pozostawione to w sferze domysłów, tylko jedna z postaci mówi wprost, że jest aseksualna.

Pozytywnie zaskakuje ilość znanych gwiazd, która podkłada głosy w serialu - i to nie tylko w ramach występów gościnnych, czyli np. Jessica Biel podkłada samą siebie, ale również jest tu mowa o oryginalnych postaciach. Serial jest naprawdę świetnie zrealizowany i potrafi wciągnąć, choć nie ma tu jakiejś typowej akcji, intryg itd. Humoru i dramatu jest pół na pół. Często mamy przemyślenia różnych bohaterów. życiowe dialogi skłaniające do refleksji. Część z odcinków potrafi być naprawdę oryginalna, jak "Fish out of water", w którym praktycznie nie ma żadnych dialogów, a przy tym ciekawie mamy zaprezentowane pewne doświadczenie, które porównałabym do przebywania w innym kraju bez znajomości języka czy zwyczajów. Przy tym odcinek ten jest mocno fillerowy, więc można go obejrzeć bez znajomości całej fabuły. Zyskał on naprawdę sporo nagród, więc go szczerze polecam. 

Technicznie jest to serial specyficzny. Do gustu przypadła mi muzyka, w tym czołówka oraz piosenka końcowa, lecz animacja momentami jest mocno uproszczona. Nie każdemu musi się to podobać, lecz można do tego przywyknąć, w końcu to taki styl twórców. I naprawdę warto zwracać uwagę na detale.

BoJack Horseman to serial, który we mnie siedzi od dobrego tygodnia, kiedy skończyłam (na chwilę obecną) całość. Zakończenie czwartego sezonu daje mocną nadzieję na to, że życie bohaterów ulegnie zmianie, ale serial pokazał, że wszystko może się zdarzyć. Dlatego też z niecierpliwością czekam na sezon piąty. A na razie serial pozostawiam bez oceny. Wprawdzie jeden z najlepszych, jakie oglądałam, ale za bardzo we mnie siedzi, by móc go ocenić jednoznacznie. 
Share:

środa, 31 maja 2017

Kim ty jesteś, Aniu Shirley? Czyli kilka słów o pierwszym sezonie serialu "Ania, nie Anna" (2017)

To jeden z seriali, na które czekałam w tym roku. Jak do tej pory przeżyłam już kilka pozytywnych zaskoczeń, a w przypadku serialu o słynnej Ani Shirley wiedziałam, że po prostu muszę to zobaczyć. Zwłaszcza, gdy ujrzałam najpierw krótki teaser, a później zwiastun - wręcz zakochałam się w nim. Co otrzymałam? Serial przede wszystkim bardzo zaskakujący, choć nie pozbawiony kontrowersji. 

Źrodło: mobirank.pl
Prawdopodobnie w tym miejscu daruję sobie streszczenie fabuły. Książka Lucy Maud Montgomery powinna być znana każdemu w Polsce, kto skończył podstawówkę. W końcu do tej pory jest to lektura szkolna. Serial ekranizuje zaś tylko część wątków znanych z książki: od pojawienia się Ani w domu Cuthbertów aż do momentu, kiedy tytułowa bohaterka ratuje siostrę swojej przyjaciółki. Część wątków jest jednak dodana, a część zmieniona. I na tym chciałabym się skupić.

Przede wszystkim mamy tu odwieczny dylemat, czym powinna być dobra ekranizacja. Długo byłam zdania, że ekranizacja w zasadzie powinna być 1:1 zgodna z oryginałem - a moje podejście wynikało z tego, że zazwyczaj ekranizacje książek, które miałam okazję widzieć, były jakby streszczeniem pierwowzoru, a nierzadko były pomijane akurat te wątki, które mnie bardzo interesowały. Z czasem jednak doszłam do wniosku, że porządna ekranizacja powinna dodawać coś od siebie. Bo skoro serial lub film na podstawie danej książki mają być tylko przełożeniem na ekran, to w zasadzie jaki jest w tym cel? Książkę można byłoby przeczytać już dawno. Dlatego też obecnie jestem dość liberalnie nastawiona do ekranizacji różnych powieści. Wciąż nie lubię "ekranowych streszczeń", ale nie rwałam włosów z głowy, gdy do Hobbita dodano nowe wątki. I tak samo było w przypadku nowej Ani. Wolałam się przekonać, co najpierw dostaniemy, a później ewentualnie lamentować. 

Być może będzie to kiepskie sformułowanie, ale warto zaznaczyć, że właściwie nie jest to serial dla każdego. A wynika to z podejścia, o którym wspomniałam wcześniej. Jeśli ktoś jest przykładowo bardzo mocno przywiązany do filmu z Megan Follows, jeśli to Megan jest dla niego tą Anią, to raczej serial nie przypadnie mu do gustu. Podobna rzecz ma się z tymi, którzy bardzo cenią książki - a serial naprawdę momentami mocno od niej odbiega.

Przede wszystkim książka Lucy Maud Montgomery jest książką opowiadającą o dorastaniu i pokonywaniu przeciwności losu, które spotykają bohaterkę. Całość jest bardzo pogodna i zabawna, co można docenić nawet po latach. Serial natomiast wprowadza nas w trochę mroczniejszy klimat w porównaniu do pierwowzoru. Przede wszystkim Ania Shirley jest nieco starsza. Podobnie jak w oryginale, chętnie fantazjuje i ucieka do świata swojej wyobraźni, lecz wynika to z dość nieciekawych wspomnień, które widzimy na ekranie - mianowicie główna bohaterka nie była zbyt dobrze traktowana w poprzednich domach, w których mieszkała. W zasadzie takie wspomnienia dla dziecka mogą być bardzo traumatyczne, stąd duże udramatyzowanie serialu. Wiem, że dla niektórych było to nie do przełknięcia, też momentami chciałam powiedzieć, że za dużo dramy, dość mrocznych i poważnych wątków, ale warto sobie uświadomić, że wynika to z tego, że na całość patrzymy bardziej z perspektywy bohaterki.

Serial momentami jest dość mocno uwspółcześniony. Mam tutaj na myśli głównie sceny, w których Ania jest w szkole, a także jej kontakty z rówieśnikami. Czasami miałam wrażenie, że oglądam współczesnych nastolatków przebranych w ciuchy z XIX wieku. I znowu, jednym to będzie zgrzytało (mi momentami też), ale podczas oglądania zadawałam sobie pytanie, co właściwie twórcy próbują nam przekazać. I myślę, że przede wszystkim dla twórców jest to współczesna wizja tamtej książki, próba odpowiedzi na pytanie "Co by było, gdyby Anię napisał ktoś żyjący współcześnie?" I faktycznie to widać. Zwłaszcza, gdy widzimy sceny, które z całą pewnością autorka nie ośmieliłaby ich opisać, jak np. pierwsza miesiączka (choć przyznaję, że rzadko jest to też nawet współcześnie poruszane w serialach dla młodzieży, a szkoda), czy rozmowy o dorastaniu lub nawet seksie.

Dodanym wątkiem, który jest wyjątkowo na plus, a jednocześnie nie odbiega mocno od książki, są wątki feministyczne. Sceny, w których Maryla zapoznaje się z ideałami sufrażystek - mistrzostwo. Ania, która mówi, że dziewczynki nie są w niczym gorsze od chłopców? Również. I takie sceny wciąż sprawiają, że książka przypomina się jak żywa - w końcu w oryginale Ania była również inspiracją dla wielu dziewczyn, by zmienić swoje życie (ja bardzo długo się z nią utożsamiałam). Bardzo przypadła mi do gustu postać Jerry'ego, chłopca, który pomagał Cuthbertom w gospodarstwie. Sądziłam, że będzie on postacią epizodyczną, ale okazał się kimś naprawdę ciekawym. Diana Barry? W końcu tutaj nie jest tłem dla Ani, ale faktycznie jej przyjaciółką, która pomaga jej w zaaklimatyzowaniu się w Avonlea. O innych wątkach nie będę szczegółowo mówić za wiele, ponieważ nie chcę zdradzić spoilerów, a zwłaszcza zakończenia, które jest mocno cliffhangerowe. 

Mieszane uczucia mam jedynie przy wątku Gilberta. Przy tej postaci zmieniono wiele (moim zdaniem głównie na plus), ale nie wiem, co sądzić o jego relacjach z Anią. Charakterystycznym w książce było to, że Ania nie cierpiała Gilberta i nie odzywała się do niego przez ładnych kilka lat za nazwanie ją "marchewką". Tymczasem tutaj Ania wścieka się bardziej na Gilberta, ponieważ chce bardziej dostosować się do pewnych niepisanych zasad, o których mówiły dziewczęta z klasy Ani. 

Trzeba przyznać, że aktorstwo jest naprawdę na wysokim poziomie. Amybeth McNulty jest taką Anią, jaką sobie wyobrażałam, gdy czytałam książkę (bez urazy dla Megan Follows, ale była ona za ładna do tej roli). W dodatku dziewczę radzi sobie fenomenalnie z dość trudną rolą (bardzo dużo kwestii do nauczenia się) - i życzę jej powodzenia w dalszej karierze. Naprawdę mistrzowscy są aktorzy odgrywający Cuthbertów - również tak ich sobie wyobrażałam w książce. Również dziewczynka grająca Dianę bardzo mi przypadła do gustu, podobnie jak odtwórcy Jerry'ego i Gilberta.

Wizualnie serial jest przepiękny, a zwłaszcza czołówka, od której trudno oderwać wzrok. Nawet dramatyczne scenki mają odpowiednią, chłodną kolorystykę kadru. Co akurat bardzo sobie cenię w różnego rodzaju filmach lub serialach.

Podsumowując: być może można zadać sobie pytanie, kim jest właściwie Ania Shirley. Ania, nie Andzia, lub Anna. Czy będzie to ta książkowa postać, czy któraś z przedstawionych w różnych ekranizacjach? Dla mnie najwierniejszym obrazem będzie "Akage no Anne", czyli anime o Ani z 1979 roku, które ciągle ogląda się bardzo przyjemnie i które ładnie pokazuje zmiany bohaterów - także te fizyczne, które wydają się dość naturalne. Ale serial, który zaprezentował nam Netflix można również śmiało oglądać, jeśli ktoś chce się przekonać, jak inaczej można spojrzeć na tę klasyczną powieść dla młodzieży. No i nie mogę się doczekać sezonu drugiego, a ten na razie otrzymuje ode mnie 8,5/10, czyli ocenę bardzo dobrą z plusem. 
Share:

czwartek, 22 grudnia 2016

Marzenia (nie)spełnione, czyli Yuri!!! On Ice (2016)


Wprawdzie recenzję planowałam na piątek, ale jednak chyba wolę, kiedy napiszę coś na świeżo. Zwłaszcza, że już po kilku odcinkach Yuri!!! On Ice (lub jak to polski fandom ochrzcił ten tytuł - "Jurki") okrzyknięto anime sezonu, a nawet roku. Czy sportowa historia, jakich wiele jest warta obejrzenia? Co wyróżnia ją spośród innych tytułów? Myślę, że przede wszystkim podejście do tematu. I sądzę, że nie bez znaczenia jest fakt, że twórczynią tego anime jest kobieta. Stąd pewien nacisk na uczucia, na spojrzenie nie tylko sportowe, ale także spojrzenie czysto ludzkie, psychologiczne. Jest wiele rzeczy, które mnie oczarowało w tym anime, co nie znaczy, że nie brakuje wad.

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY. 

Główni bohaterowie, na pierwszym planie Yuri Katsuki. Źródło: yurionice.com
Yuri Katsuki ma 23 lata i jest znanym łyżwiarzem figurowym w Japonii. Przez pewien czas trenował w Stanach Zjednoczonych, tam też skończył studia. Choć osiągnął wiele, nie brakuje mu talentu, to brakuje mu jednak pewności siebie, która sprawia, że na lodzie za bardzo się stresuje i w efekcie popełnia podstawowe błędy. Jego idolem jest Wiktor Nikiforow*, rosyjski łyżwiarz, który, zdaje się, osiągnął już wszystko. Pewnego dnia Yuri powtarza sławny układ Wiktora, tańcząc na lodowisku w swojej rodzinnej miejscowości. Łyżwiarz jest nagrywany bez swojej wiedzy, a nagranie szybko podbija Internet. Dociera ono nawet do samego Wiktora, który wkrótce zjawia się w Japonii i oznajmia, że zostanie trenerem Yuriego. Wkrótce przyjeżdża także nowa, młoda gwiazda, która chce konkurować z Yurim i Wiktorem, czyli 15-letni Jurij Plisecki. Zaskoczony Yuri przystaje jednak na propozycję Wiktora.

Wprawdzie część ludzi, która mnie zna, zaraz powie, że najbardziej podobał mi się fanserwis, jakiego jeszcze nie było w tego typu anime, ale tu zaskoczę chyba wielu i powiem, że nie. Wprawdzie do fanserwisu jeszcze wrócę (bo mam do niego kilka zastrzeżeń), ale chyba najbardziej podoba mi się w tym anime fakt, że jest to opowieść o tym, że do pewnych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć. 

Yuri Katsuki to postać, z którą dość łatwo można się utożsamić. Ma swoje wzloty i upadki, ale jednak jego największym problemem jest to, że brakuje mu wiary w siebie i swoje możliwości - nawet jeśli wiele osób mówiło mu, że nie brakuje mu talentu ani umiejętności. Problem jednak leży w pewnej blokadzie psychicznej. Zdaje się, że wielu ludzi ma podobny problem - i nawet nie trzeba być sportowcem. Ale często wystarczy jedna krytyka, jedna porażka, by się zamknąć w sobie i nie rozwijać tego talentu. Yuri potrzebował jakiegoś motywatora, a tym okazuje się miłość. Miłość... Cóż, jedni uważają, że jest to po prostu czysty podziw i przyjaźń do nowego trenera, a inni, że jest to miłość romantyczna (ja skłaniam się ku drugiej opcji). Anime ma raptem dwanaście odcinków, a po prostu byłam zachwycona, kiedy patrzyłam na rozwój charakteru postaci, który był płynny, ale nie sztucznie przyspieszony. Miło było patrzeć, jak Yuri nabierał pewności siebie i z zakompleksionego faceta, który w dodatku zmagał się z nadwagą (wiem, że niektórzy krytykują ten wątek, ale spójrzmy prawdzie w oczy - mowa tutaj o łyżwiarzu figurowym, który nie może sobie pozwolić na dodatkowe kilogramy) stał się pewnym siebie mężczyzną, który osiąga sukces. Być może nie są to te wyśnione osiągnięcia, ale czasem, jak to w sporcie mówią, progres jest o wiele ważniejszy niż wszystkie medale. 

Pierwsza połowa anime to raczej rozwój relacji i rozwój charakteru - w tym także dość urocze podziwianie drugiej osoby z perspektywy kogoś zauroczonego, zafascynowanego - czy to samym talentem, czy może osobą - to w tej chwili nie jest istotne. Wprawdzie jest to dość sztampowy zabieg w anime, ale jednak często tzw. sportówki (jak chociażby Free!, o którym również pisałam) nie wychodzą poza ten schemat i poza ten etap relacji. W Yuri!!! On Ice stało się zupełnie inaczej. Nie dość, że pokazano coś niemalże wprost, to kolejna rzecz, która urzekła mnie w tym anime to fakt, że pokazuje ono, że w każdym związku są również wzloty i upadki, a pocałunek, czy wszelkie wyznania nie sprawiają, że od tej pory jest wszystko super i można by było tylko dodać "i żyli długo i szczęśliwie". Doskonale rozumiałam Yuriego, który płacząc mówił o tym, że czuje się źle ze swoimi porażkami, ponieważ nie odpowiada już tylko sam za siebie, ale także ewentualna porażka będzie także rzutować na trenera. Wzajemna odpowiedzialność i lęki z nią związane są czymś niby oczywistym, a jednak w mediach nieczęsto spotykamy taki motyw. W drugiej połowie widzimy, jak "odmieniony" Yuri zmierza się w finałach mistrzostw w łyżwiarstwie figurowym. Ta druga część jest również ciekawa, ponieważ poznajemy nowych bohaterów, ich motywacje (lub przynajmniej ich część), a nawet zdążymy zmienić stosunek co do nich - np. Chris Giacometti wydawał mi się początkowo osaczający, a jego seksapil wręcz powodował zażenowanie połączone z... strachem? Trudno mi to ująć, był to po prostu typ faceta, jakiego nie chciałabym spotkać. Pod koniec jednak - a właściwie w ostatnim odcinku - okazał się całkiem sympatyczny. Podobnie jak Jean Jacques Leroy, zwany JJem - początkowo chłopak z wybujałym ego, zbyt pewny siebie, a później zaczęłam mu współczuć, ponieważ pierwszy raz poważnie poczuł presję - a jednocześnie naprawdę miło było widzieć wsparcie ze strony bliskich dla niego.

Czas powiedzieć troszkę o fanserwisie. Do tego trochę odwołuje się tytuł tej recenzji - te "marzenia niespełnione" dotyczą głównie fabuły - w końcu Yuri nie wygrał mistrzostw (ale na to nie liczyłam). "Marzenia spełnione" to te dotyczące wątku miłości homoseksualnej - i tu wyjaśnię, dlaczego jestem za opcją pt. "to jest normalny związek, Wiktor i Yuri są po prostu parą" - po prostu dlatego, że czasem za bardzo patrzymy z perspektywy heteronormatywnej. Gdyby któryś z nich był dziewczyną, to myślę, że dla wszystkich byłoby oczywiste, że są parą. I nawet nie trzeba byłoby przedstawiać wiele rzeczy wprost. W tym anime zaś po sławnej scenie z odcinka siódmego pojawiły się kłótnie, czy był pocałunek, czy go nie było. A ja jestem zdania, że nawet jak go nie było, to uścisk był zbyt oczywisty i zbyt intymny jak na przyjaciół. Nie widzę także sprzeczności w pokazywaniu relacji czysto zawodowych i przyjacielskich - w sporcie nie raz się zdarzało, że trener i sportowiec (obojętnie jakiej płci) zostawali parą lub nawet małżeństwem. A że byli też na stopie przyjacielskiej? A co może być piękniejszego od przyjaźni, która w naturalny i niewymuszony sposób przeradza się w miłość? 

Nie oznacza to jednak, że fanserwis nie przeszkadzał mi tak w stu procentach. O ile początkowe odcinki wraz z pewnymi "hintami" typu wspólna kąpiel, czy para w strategicznym miejscu, albo teksty "Yuri, chodźmy spać razem" to potrafiły śmieszyć, bo dawka była dość rozsądna, tak potem zaczynało to lekko przeszkadzać, zwłaszcza nagromadzenie tego mieliśmy w odcinku dziesiątym, gdzie niemal każdy pytał się "czy to się wydarzyło naprawdę?" - obrączki jako symbol obietnicy? No błagam... Złączone łóżka w hotelu? Na pewno przypadek. Zdecydowanie było tego za dużo, a wolałam oglądać treningi czy zmagania się na lodowisku, ponieważ w końcu miało to być anime o jeździe figurowej na lodzie. Niemniej jednak cieszyło mnie w tym wszystkim jedno - rozsądny wiek bohaterów. Yuri miał 23 lata (pod koniec już skończył 24), a Wiktor - 27. Dlatego podobało mi się też rozsądne podejście Wiktora do choreografii Jurija - dla piętnastolatka choreografia nacechowana seksapilem byłaby zbyt dojrzała i nieodpowiednia, natomiast Wiktor wybrał temat czystej miłości dla młodego łyżwiarza.

Czas powiedzieć trochę o animacji. Animacją zajęło się małe studio MAPPA. Małe studia mają swoje zalety, ale niestety, również i wady. A najgorszą z nich jest ograniczony budżet. Być może w początkowych odcinkach tego nie widać (sama byłam zachwycona kreską i animacją), ale czym dalej w las... Niestety, CGI (prawdopodobnie nie do uniknięcia w dzisiejszych czasach) było dość widoczne w tych miejscach, gdzie miało być właśnie niewidoczne, a być jedynie pomocą - czyli głównie w sekwencjach jazdy głównych bohaterów. Często też podczas jazdy figurowej było widać zachwianie proporcji, niestaranne rysowanie, itd. Problem słabej jakości animacji w Japonii to jednak temat na oddzielny post, a przyczyn takiego stanu jest wiele. 

Technicznie za to nadrabia muzyka. Mowa tu zarówno o openingu (śpiewanym ładną angielszczyzną!) oraz endingu (graficznie również ciekawy, pokazujący zdjęcia z Instagrama głównych bohaterów), jak i o utworach wykorzystanych przez łyżwiarzy do swojej choreografii - mowa tu o muzyce klasycznej (opera czy balet, które są bardzo częste w jeździe figurowej), jak i kawałkach specjalnie ułożonych na potrzeby serialu, które łatwo wpadają w ucho, nawet jeśli pokazane były tylko raz.

Yuri!!! On Ice to z pewnością pozycja wyjątkowa w anime. Dała też nadzieję, że może więcej twórców ośmieli się w końcu wrzucać rozsądnie wątki homoseksualne - bez fanserwisu czy queerbaitingu, nie tworząc jednocześnie z tytułu kolejnego yaoi czy yuri. Marzy mi się, żeby tak fajnie poprowadzony wątek (nawet bez takiej ilości hintów jak w YoI) był pokazany w jakimś shounenie... To byłby chyba znak naszych czasów, jednocześnie pokazujący, że liczy się miłość, a nie płeć czy inne cechy bohaterów, na które kompletnie nie mieli wpływu. Piękna kreska, bohaterowie, z którymi można się utożsamiać oraz cudowna muzyka... Czego więcej potrzeba do szczęścia? No, może drugiego sezonu, choć było zasugerowane, że taki powstanie. I na takowy czekam. A moja ocena to na dzisiaj 7,5/10, czyli bardzo dobry z minusem. Ocena troszkę niższa, ponieważ jednak animacja często zgrzytała, fanserwisu było trochę za dużo, a także niepotrzebnie twórcy wprowadzali historie bohaterów, którzy nie odegrali jednak większej roli - na to będzie czas w sezonie drugim.

* Wiem, jak to jest zapisane w oficjalnym tłumaczeniu angielskim, ale mamy taką piękną, polską transliterację cyrylicy, więc wolę z niej korzystać.
Share:

poniedziałek, 30 maja 2016

Bodo (2016)

Na ten serial też troszkę się naczekałam. Wprawdzie nigdy nie byłam jakąś wybitną i wielką fanką Eugeniusza Bodo, a raczej wiele o tym aktorze dowiedziałam się dzięki autorce bloga Subiektywnie o kinematografii (która także w prywatnych rozmowach wiele mi o nim opowiadała), ale nie byłabym sobą, gdybym przegapiła serial o dwudziestoleciu międzywojennym, o środowisku artystycznym, no i przede wszystkim, gdybym przegapiła polską produkcję, która nie jest telenowelą. Myślę, że w tym ujawnia się trochę mój patriotyzm - mimo wszystko chcę śledzić te polskie produkcje i wierzyć, że będą one przynajmniej dobre. Czy tak było w przypadku serialu "Bodo"? Będąc szczera, to muszę powiedzieć, że tylko po części. Wyszedł bowiem serial z dużym potencjałem, jednak niestety, nie bez wad. Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że był beznadziejny, choć zdarzały się pewne momenty, w których chciałam jednak rzucić serial. Tak się nie stało i obejrzałam dzisiaj ostatni odcinek. I powiem też, że ciekawie wypada w kontraście do książki Zwierza Popkulturalnego, którą niedawno przeczytałam. I możliwe, że nie uniknę pewnych porównań. 
Źródło: filmweb.pl
Serial rozpoczyna się w roku 1916, a jego akcja trwa prawie 30 lat - od nastoletnich lat Eugeniusza Bodo, aż do jego tragicznej śmierci podczas II wojny światowej. Nastoletni Bogdan Junod nie ma zapału do nauki, jego oceny pozostawiają wiele do życzenia. Ma jednak inne marzenie - chce za wszelką cenę zostać aktorem. Mimo wielu niepowodzeń i braku doświadczenia próbuje się piąć się po szczeblach kariery, nawet wbrew życzeniom swoich najbliższych. Wszystko to doprowadza do wielkiej sławy, lecz jego jedyna słabość, czyli młodzieńcza miłość, doprowadza do tragedii.

Wspominałam o tym na facebooku, ale tu się powtórzę, ponieważ czuję, że po prostu muszę to podkreślić. Mam wrażenie, że serial trochę "źle zaczęto". Mam tutaj na myśli to, że zrobiono to tak, jak wspomniała Zwierz w recenzji pierwszego odcinka - "po Bożemu", jakby twórcy się bali zacząć od środka życiorysu lub od końca, bawiąc się w retrospekcje. O ile na samym początku mi to nie przeszkadzało, bo chciałam dać serialowi szansę, o tyle w trakcie piątego odcinka mnie olśniło - o ile sam w sobie odcinek był wręcz nudny, to jednak idealnie nadawałby się na odcinek pierwszy - odcinek, w którym Bodo już coś osiągnął, zaczyna stawać się osobą znaną i sławną, a przy tym wraca do niego młodzieńcza miłość - Ada. W połączeniu z dobrymi retrospekcjami odcinek byłby idealny na początek, ale jako pierwszy odcinek z Tomaszem Schuchardtem w tytułowej roli, odcinek znajdujący się w połowie opowieści - wypadł bardzo blado.

Do tego przeogromną wadą były wątki, które zostały wymyślone przez scenarzystów. Poza przyjacielem Bodo, Żydem Morycem, nie potrafiono stworzyć w miarę ciekawej postaci (choć i jemu dano happy end - właściwie dano szczęśliwe zakończenie każdemu poza głównym bohaterem), która zyskałaby sympatię widza. Prym wiedzie w tym Ada, czyli pierwsza i w zasadzie jedyna prawdziwa miłość Bodo. Rozumiem zamiary twórców - chciano jakoś ubarwić pewne wątki, sprawić, by nie była to sucha biografia, którą znamy z książek czy filmów dokumentalnych, by główny bohater miał jakieś motywacje (przyznaję, ten wątek nawet ciekawie powiązano z prawdziwymi wydarzeniami), ale jednak... Po prostu Ady nie daje się lubić. Widz nie cierpi jej od pierwszego odcinka. Nie mam na myśli tutaj tego, że bohaterka odrzuca uczucia młodego aktora, ależ skąd - ma do tego pełne prawo. Nie drażni mnie nawet fakt zabawy z Bodo, zwodzenia jego uczuć, ale całkowicie inna rzecz. Otóż Adę kreowano na dobrą koleżankę głównego bohatera, lecz miałam usilne wrażenie, że jest ona nią tylko w deklaracjach. Naprawdę było mi przykro, gdy dziewczyna wręcz wyśmiewała pasję aktorską Bodo, mówiąc, że nie jest to poważne zajęcie, a wręcz traktując je z wyższością, ponieważ porównywała aktorstwo do kłamstwa lub też życia w kłamstwie. Ostatecznie wybrała małżeństwo z rozsądku (?) z Niemcem, Hansem, które z czasem również się nie układa. Do twórców mam również żal, że jej wątek był bardzo słabo rozwijany. Najpierw Ada była, później zniknęła, za chwilę Bodo sobie o niej przypomina i myśli, że ciągle ją kocha i chciałby z nią być... Szczerze? Tak to nie działa. Zawaliła tu dość mocno psychologia, ponieważ przez długi czas nie było w ogóle widać, że główny bohater wzdycha do tej Ady, pisze do niej, tęskni za nią, po czym nagle bohaterka Anny Pijanowskiej znowu się pojawia i uczucia... Nawet nie wracają, a one cały czas jakby były żywe. Jeśli główny bohater nie miał kontaktu ze swoją młodzieńczą miłością, to byłoby to więcej niż pewne, że z czasem uczucie by wygasło. Twórcy postanowili jednak pójść inną kliszą i moim zdaniem poszło to źle. Rozumiem zamiary - życie uczuciowe Eugeniusza Bodo było owiane tajemnicą, do tej pory autorzy książek głowią się, czy Bodo miał jakąś prawdziwą miłość, czy stronił od romansów, czy też może je dobrze ukrywał. W serialu ukazane jest, że raczej romanse ukrywał, ale ciągle czekał na prawdziwą miłość - w sumie nie różnił się wiele od typowego mężczyzny z tamtych lat - nawet przypadkowy seks nie był uważany za coś złego dla faceta, ale raczej się tymi podbojami oni nie chwalili. Niestety, wątek Ady (a także Hansa, z którego później zrobiono oficera SS - i miałam przy tym zagwozdkę, bo jak lekarz nagle stał się oficerem? Nie było to wyjaśnione) został zawalony na całego.

Trochę sobie ponarzekałam, to teraz przejdę do rzeczy, które mi się podobały i które chcę obronić. Spora część widzów czepiała się wyboru Antoniego Królikowskiego do roli młodego Bodo, jak i jego późniejszej gry. Moim zdaniem jednak ciężko mi było dostrzec jakąś kiepską grę. Antoni Królikowski, mimo tego że jest starszy ode mnie o rok, czyli ma już 27 lat, to wciąż ma taką urodę nastolatka, Przez to idealnie nadawał się do roli młodego, niedoświadczonego i nieco naiwnego chłopaka, który po prostu ma marzenie i chce je za wszelką cenę zrealizować. A że nie zawsze mu wychodziło czy miewał wręcz komiczne wpadki? Myślę, że zyskiwało to na autentyczności - bo nawet mając wielki talent, należy go szlifować. Dlatego moim zdaniem wybór był dobry, nawet jeśli początkowe odcinki nieco zwalniały akcję, to myślę, że Antoni Królikowski poradził sobie z rolą młodzieńca, który dopiero zaczyna, dopiero debiutuje. I chce spełnienia swoich marzeń.

Inni widzowie mieli zarzuty do aktorek, które wystąpiły w serialu. Sądzę jednak, że większość z nich miała jednak zbyt małe role, by cokolwiek o nich powiedzieć dobrego lub złego. Nie liczę Agnieszki Wosińskiego w roli Doroty, matki Bodo, która poradziła sobie nieźle, a charakteryzacja na starszą kobietę wyglądała całkiem dobrze. Serial postawił jednak na młode aktorki, takie jak Roma Gąsiorowska, Anna Próchniak czy Patricia Kazadi. Do gustu przypadła mi zwłaszcza ta druga w roli Nory Ney. Do tego stopnia podobały się te kreacje, że szczerze zainteresowałam się tymi przedwojennymi aktorkami. Podobnie nie można mieć większych zażaleń do gry panów. To, że właśnie czasem leżał scenariusz (patrz wątek o Adzie), nie znaczy, że aktorzy byli beznadziejni.
Oczywiście serial jest dopracowany, jeśli chodzi o ukazanie Warszawy przedwojennej. Nie mówię "Polski", nawet jeśli akcja toczyła się w kilku miejscach, ponieważ w serialu mieliśmy tylko jedną twarz, tę rozwiniętą, kulturalną Polską sprzed II wojny światowej. Nie był to serial, w którym człowiek spodziewałby się ukazanie biedy na wsi np. na Kresach, dlatego nie należy się czepiać tego, że ten wizerunek był taki elegancki, bogaty - w końcu było pokazane tu głównie środowisko artystyczne. Zwierz Popkulturalny poruszyła w swojej książce nieco inne wątki, lecz jednak ona ukazywała kino od innej strony, od tej, którą niekoniecznie musiał znać Bodo wraz ze swoimi przyjaciółmi. Jest to Warszawa artystyczna, pełna radości i entuzjazmu. Całości dopełnia świetna choreografia oraz piosenki, a nawet muzyka w tle - jazz idealnie pasuje do tego serialu.

Można oczywiście się czepiać, że wiele faktów jest przeinaczonych, że są wpadki historyczne, że język postaci nie pasuje do języka Polski przedwojennej (można to sobie porównać, oglądając filmy z tamtego okresu) - jednak jest to serial stworzony współcześnie, skierowany do współczesnego widza, żyjącego w roku 2016. Wszystkie fakty historyczne nie muszą być ściśle pokazane, bo jak wiadomo - część z nich zawsze będzie "niefilmowa". Pewne rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć, inne trochę skrócić czy przeinaczyć. Mimo to można poczuć klimat okresu międzywojennego, a nawet wzruszyć się na końcu, kiedy ukazana jest tragiczna i wyjątkowo niesprawiedliwa śmierć Bodo - który zginął niestety przez niefortunny przypadek.

Czy TVP poradziło sobie z produkcją, którą bardzo mocno promowało i podkreślało wręcz, że jest to superprodukcja? I tak i nie. Gdyby to była produkcja w stylu BBC, skrócona do powiedzmy sześciu odcinków, nieco odchudzona z niepotrzebnych i nieudanych wątków - śmiało mogłaby konkurować z innymi serialami europejskimi o podobnej tematyce. Jednakże czegoś mi zabrakło. Osobiście nie przypadło mi do gustu również rozłożenie akcji - z jednej strony pierwsze cztery odcinki szło wolno, a później wszystko było trochę "po łebkach". Oprócz tego nietrafione postacie fikcyjne trochę rażą w całości. Mimo wszystko... Uwielbiam ten okres, uwielbiam produkcje, które opowiadają o czasach przedwojennych i uwielbiam historie, które opowiadają o artystach - a Eugeniusza Bodo z całą pewnością można nazwać artystą z niebanalnym życiorysem. Do tego mogę powiedzieć, że serial mnie zachęcił do obejrzenia kilku filmów z udziałem Bodo. Polecam spojrzeć na nie, przy części z nich prawa autorskie już wygasły, więc mogą być umieszczono chociażby na YouTube. Przeszkadzać może trochę fakt, że takie filmy tworzyło się zupełnie inaczej niż dzisiaj oraz to, że przy części z nich niestety brakuje trochę klatek, co utrudnia oglądanie. Mimo wszystko komedie mają uniwersalny humor, który potrafi bawić i dzisiaj. Do tego, jak już wspomniałam wcześniej, ciekawie serial wygląda w połączeniu z książką Zwierza Popkulturalnego - aż trochę żal, że w serialu Bodo nie spotkał gdzieś na swojej drodze Mariana i Adama. Warto też obejrzeć ten serial dla roli Tomasza Schuchardta - jednego z bardzo utalentowanych aktorów młodego pokolenia, do tego podobnego do swojego bohatera w serialu. A całość otrzymuje ode mnie ocenę 6,5-7/10, czyli dobry z minusem. Jednak wady, o których wcześniej wspomniałam, trochę przeszkadzają w odbiorze. Duży potencjał, a czasem po prostu pewne wątki były po prostu irytujące. Mimo wszystko warto spojrzeć i dać szansę. 
Share:

niedziela, 20 marca 2016

Miraculum: Biedronka i Czarny Kot (2015-2016)

Wiem, że wprawdzie serial leci wciąż na polskim Disney Channel, ale właśnie wyszło, że skończyłam oglądać całość, a przynajmniej pierwszy sezon (mówią, że będzie drugi). Serial, który zaczęłam oglądać (po raz kolejny) dzięki tumblrowi. I osobiście nie żałuję. Raz, że przywołuje miłe wspomnienia i sentymenty, a po drugie - myślę, że jest bardzo dobrą pozycją dla nieco starszych dzieci, już w wieku szkolnym. W dodatku ma bardzo przyjemną dla oka animację. A to nie jedyne zalety serialu "Miraculum: Biedronka i Czarny Kot". 

Źródło: pl.miraculousladybug.wikia.com. Na obrazku główni bohaterowie, czyli tytułowa Biedronka i Czarny Kot (Marinette Dupain-Cheng i Adrien Agreste).
UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY!
Marinette Dupain-Cheng jest zwyczajną nastolatką, uczennicą gimnazjum. Ma kochających rodziców, którzy prowadzą piekarnię w Paryżu, ma też przyjaciółkę Alyę, a po cichu podkochuje się w Adrienie Agreste, swoim koledze z klasy, który jest synem znanego projektanta mody, Gabriela. Marinette skrywa jednak pewien sekret. Dzięki mocy Kwami, czyli magicznego stworka przypominającego biedronkę, staje się superbohaterką, Biedronką, która razem z Czarnym Kotem (czyli Adrienem, choć oboje nie znają swojej prawdziwej tożsamości) ratują Paryż przed groźnymi potworami. Potwory te, czyli Akumy, są nasyłane przez tajemniczego Władcę Ciem*, który pragnie zdobyć Miracula Marinette i Adriena i pozbawić ich mocy.

Aż ciężko mi uporządkować myśli, co najpierw mnie urzekło, bo jest tego bardzo, bardzo dużo. Może więc zacznę od wyjaśnienia kwestii, która i mi sprawiała kłopoty, a mianowicie - jak oglądać? "Miraculum" jest bowiem koprodukcją francusko-koreańsko-japońską (jednym z producentów jest Toei Animation, ale do tego jeszcze wrócę) i najpierw była premiera koreańska, a troszkę później - francuska. Kolejność odcinków także jest trochę inna. Ja jednak pójdę za oryginalnym autorem, czyli panem Thomasem Astruciem (współpracował on także przy W.I.T.C.H.) i powiem, że najlepiej oglądać "Miraculum" z francuskim dubbingiem i angielskimi napisami (o tym tłumaczeniu wypowiadał się przychylnie), a także dlatego, że jest to po prostu oryginał, a w koreańskim dubbingu trochę rzeczy przeinaczono. No i do tego akcja toczy się w Paryżu, więc mamy taki pełny klimat, pełen obraz, skoro bohaterowie są Francuzami lub pochodzą z francuskojęzycznych krajów. Będę szczera, widziałam kilka odcinków w polskiej wersji. O ile do samego dubbingu nie mam zarzutów, o tyle tłumaczenie momentami jest trochę toporne. Dlatego właśnie decydowałam się oglądać serial w wersji francuskiej.

Historia powstania serialu również jest dość ciekawa. Najpierw, w 2012 roku pojawiła się krótka, animowana zajawka:


Jak widać, była ona narysowana w "stylu anime" i technice 2D. Jednakże autorzy postanowili dokonać pewnych zmian i to nie tylko w technice (będę szczera, animacja komputerowa mimo wszystko o wiele bardziej mi się podoba), ale także zmieniono charakter głównego bohatera. Ten w wersji 2D nie był Adrienem, tylko Felixem i w dodatku był zimny, niemiły, taki typowy, wyobcowany męski bohater anime, w którym podkochuje się główna bohaterka (coś jak Sakura podkochiwała się w Sasuke), a jak Czarny Kot flirtuje z Biedronką, lecz ma w tym pewien interes - bowiem Biedronka może zdjąć z niego zły urok, nie chce on już przynosić pecha. Jednakże autorzy dokonali zmian... I wyszło to tylko na dobre. Do postaci jednak jeszcze wrócę.

Najpierw urzekły mnie pewne smaczki, a mianowicie to, że świat, w którym żyją Marinette i Adrien, jest bardzo ciekawy, bowiem jeśli chodzi o to całe bycie superbohaterem, to mieszają się tu pojęcia z różnych kultur. Coś jak w świecie Avatara, który był inspirowany głównie kulturami azjatyckimi. W "Miraculum" mamy przede wszystkim bohaterów, którzy są sobie przeciwstawni: Biedronkę i Czarnego Kota. We Francji (a i w Polsce chyba też) biedronka jest symbolem szczęścia, a czarny kot przynosi pecha. Jest to o tyle zabawne, o ile Marinette jest niezdarą i ciągle przytrafiają się jej różne drobne nieszczęścia, o tyle właśnie jako Biedronka jest sprytna i zgrabna. Widoczny jest tu aspekt z filozofii chińskiej, czyli elementy yin i yang, dopełniające siebie. Wprawdzie są oni dla siebie przeciwieństwami - Biedronka ma moc tworzenia, a Czarny Kot moc destrukcji - jednak jedno nie da sobie rady bez drugiego i muszą współpracować. Inne nazwy są zaczerpnięte z języka japońskiego. I tak "Kwami" jest skrótem od "quantic Kami" - "quantic" to "kwantowy", a "Kami" to po japońsku Bóg. Podobnie "akuma", co po japońsku znaczy "demon" lub "diabeł". Same ciekawe smaczki, także i dla fanów anime. Zresztą, sam autor nie ukrywa inspiracji. A także naprawdę urzekł mnie fakt rozwinięcia świata, czyli to, że według Kwami superbohaterowie istnieli od zawsze właśnie dzięki nim, byli oni m.in. greckimi herosami.

Świat przedstawiony w "Miraculum" jest bardzo różnorodny. Jeśli ktoś narzeka na to, że pewne produkcje nie mają zróżnicowania rasowego czy etnicznego, to na pewno zachwyci się serialem. W końcu główna bohaterka jest w połowie Francuzką, a w połowie Chinką, jej przyjaciele z klasy mają różne pochodzenie, np. Alya pochodzi z Martyniki, a Nino z Reunionu. Postacie nie są również klonami, mają różne figury, wzrost, style ubierania się, a także różne charaktery i historie. Co jak co, ale trzeba przyznać, że tło jest bardzo dopracowane. Wprawdzie wciąż mamy trochę pytań bez odpowiedzi (mam nadzieję, że będą one ujawnione w sezonie drugim), ale jednak główni bohaterowie nie żyją w jakimś oderwanym świecie, mają swoje rodziny, swoje pasje, marzenia, koledzy z klasy nie robią tylko za tło. Widać też po używanej technologii, że akcja toczy się współcześnie, dlatego nie zaskakują wrogowie tacy jak Lady Wifi, czy fakt, że Alya prowadzi o Biedronce "Ladyblog". Myślę, że współczesne dzieciaki mogą śmiało utożsamić się z tymi bohaterami i z tym światem. 

Wreszcie najważniejsze, czyli główni bohaterowie. Marinette i Adrien. Po prostu widać, że są dla siebie stworzeni, choć prawdopodobnie jeszcze o tym nie wiedzą tak do końca. Urzekła mnie ta naturalność w sposobie przedstawienia nastolatków. Są po prostu zwyczajni, zachowują się, tak jak młodsi nastolatkowie powinni się zachowywać. Chcą się dobrze bawić, spędzać czas z przyjaciółmi, często popełniają błędy, ale to jednak dzięki nim czegoś się uczą. Trochę mogę się utożsamić z Marinette, bo przyznaję, że ja również jestem taką niezdarą. Czasem podchodzi do wielu spraw zbyt emocjonalnie, a także widać uroczo po niej to, jaka jest zakochana w Adrienie - czuje nieśmiałość wobec niego, nadinterpretuje pewne gesty, ale odczuwa też zazdrość. Ale przy tym stara się być dobrą przyjaciółką, a także i superbohaterką, choć początkowo źle czuła się w tej roli (w przeciwieństwie do Adriena, który od razu się w tym odnalazł). Jako Biedronka jest tylko zwinniejsza i sprawniejsza fizycznie, ale także o wiele bardziej pewna siebie. Marinette jednak nie zależy na tym, aby każdy ją podziwiał tylko dlatego, że jest Biedronką. 

Adrien... Ach, ten Adrien. Jeśli byłabym nastolatką, to przyznaję, że sama bym na niego poleciała. Ale nie mam tu na myśli wyglądu zewnętrznego, ale fakt, że jest on po prostu... Miły. Miły i uprzejmy wobec każdego, nawet jeśli nie zawsze zasługuje na takie traktowanie - choć i potrafi być asertywny. Czy to wobec swojego ojca, który chce go "zamknąć w złotej klatce" (a tymczasem Adrienowi najbardziej w świecie zależy na tym, aby mieć przyjaciół. I to jest urocze), czy wobec Biedronki, która kilkukrotnie myliła się lub traktowała kogoś zbyt ostro. Przy tym widz współczuje mu właśnie, kiedy widzi, że jest on po prostu miłym i dobrze ułożonym gościem, któremu w życiu nie zawsze wychodzi i nie jest to jego wina. Takie postacie to zawsze kocham. I irytowały mnie komentarze, które mówiły, że Felix byłby lepszy, nawet jak jest zimny. I nieważne, że sami autorzy mówili, że uosabiałby wtedy oklepany schemat z anime. Dlaczego postać, która jest miła, musi być uważana za nudną? Zwłaszcza, że jako Czarny Kot ma sarkastyczne poczucie humoru, sypie grami słownymi i ogólnie jest zabawny i "ma to coś w sobie".

Również podoba mi się, że miłość Marinette to nie było zauroczenie od pierwszego wejrzenia, a najpierw musiała też się do niego przekonać. I to w piękny sposób. Czekam, jak to dalej się wszystko rozwinie.

Wracając do wątku Toei Animation, to po kilku wpadkach z ich animacją w 2D, uważam, że w CGI bardzo dobrze sobie radzą, czego dowodem jest film "Legend of Sanctuary", w którym animacja komputerowa stała na bardzo wysokim poziomie. Tak samo przy "Miraculum" nie mam zarzutów do animacji, postacie są ładne, a scenki, zwłaszcza sceny akcji superbohaterów, wypadają bardzo dynamicznie. Podobnie urzekła mnie muzyka, która z jednej strony pasuje do serialu młodzieżowego, ale z drugiej strony ma też piękne, spokojne utwory, jak "In the rain". Warto zaznaczyć, że muzyką zajmował się twórca pracujący przy Power Rangers. 

Reasumując, "Miraculum" naprawdę poleciłabym starszym dzieciom, w wieku szkolnym, ale też i nastolatkom. Moim zdaniem serial przekazuje dobre wzorce, każda historia ma jakiś morał, a główni bohaterowie to postacie, z którymi można się utożsamiać i mogą być jakimś wzorem do naśladowania. Dla mnie oglądanie było też pewnym takim sentymentalnym westchnieniem - myślę, że zrozumie to ten, kto oglądał Sailor Moon, gdy był dzieckiem. "Miraculum" przedstawia całkiem podobną historię, choć bardzo uwspółcześnioną. Myślę, że jednak wielu przypadnie do gustu. A moja ocena to 9/10, czyli serial w swojej kategorii jest rewelacyjny. Zobaczymy, jak przetrwa próbę czasu, jak wypadnie sezon drugi oraz oczko w dół za pewną postać, o której nie chcę wiele mówić (bo myślę, że już i tak za dużo spoilerów tu było).

* Osobiście mi się to tłumaczenie nie podoba, ale wolałam być w swojej recenzji konsekwentna, skoro stosowałam nazwy z oficjalnego tłumaczenia. We francuskiej wersji jest to Papillon, czyli Motyl, a w angielskiej Hawkmoth, czyli dosłownie "Jastrzębioćma". 
Share:

sobota, 23 stycznia 2016

Orange is the New Black, sezony 1-3 (2013-2015)

Jest moja pierwsza pozycja obejrzana na Netflixie. Zabierałam się do niej od jakiegoś czasu, aż w końcu wyszło, że mogę obejrzeć ten świetny serial całkowicie legalnie. Serial, który pod wieloma względami mnie przyciągnął: obsada - ludzie różnych kolorów skóry, orientacji, czy tożsamości płciowej, sama fabuła: życie więźniarek za kratami (a instytucje totalne zawsze mnie interesowały) oraz ciekawe postacie ze swoimi historiami i motywami. Otrzymujemy wręcz serial doskonały, który nie przesadza z momentami zabawnymi, ale też nie boi się poruszać trudnych tematów.
Źródło: filmweb.pl
Serial zaczyna się od momentu, kiedy Piper Chapman zgłasza się do odbycia kary więzienia za pomoc w przemycie narkotyków i praniu brudnych pieniędzy. Okazuje się, że w Litchfield znajduje się była dziewczyna Piper, Alex, przez ta którą trafiła do więzienia. Piper szybko przekonuje się, że w więzieniu panuje pewna hierarchia oraz mnóstwo niepisanych zasad.

Muszę zacząć jednak od chyba jedynej, ale bardzo uciążliwej wady. Główna bohaterka. Tak, dawno nie wiedziałam głównej bohaterki, która byłaby tak irytująca. W założeniu protagonista powinien sprawiać, że darzy się go choć trochę sympatią. Tak niestety nie jest z Piper. O ile w pierwszym sezonie mogę wybaczyć jej to, że jest sztywna, że za bardzo trzyma się ściśle jakichś wyuczonych reguł, że nie łapie pewnych konwenansów - w końcu pochodzi z "porządnej" rodziny, właściwie nie wie, jak ma się zachowywać w świecie pełnym kryminalistek. Jest w kompletnie nowej sytuacji i przez to jest w szoku. Natrafiłam na argumenty, że jest najbardziej "ludzką" postacią, bowiem ciągle popełnia błędy. Tylko właśnie słowem kluczem jest to "ciągle". Dorosłe osoby raczej nie mają tak wyjątkowego pecha, że raz za razem popełniają błąd. I właśnie o ile te błędy jestem w stanie wybaczyć Piper z sezonu pierwszego, tak dalej jest gorzej. W sezonie drugim są wprawdzie chwile, w których jest w porządku, w których zachowuje się jak porządny człowiek i wreszcie umie postawić na swoim, tak jednak w sezonie trzecim znów przegina, próbując walczyć o władzę. Nie znoszę takich egoistycznych bohaterów, którzy swój egoizm uzasadniają "dobrymi pobudkami" w stylu "to dla twojego dobra". Nie znoszę życiowych pierdół, które komplikują swoje życie na własne życzenie. Czasem można coś uzasadnić pechem, niewiedzą, ale... No bez przesady.

Ale! Dla jednej postaci (nawet głównej) nie będę rezygnować z całej masy pozytywów. Bo choć Piper jest główną bohaterką, to niekoniecznie wiedzie prym, nie zawsze historia jest widziana z jej punktu widzenia, a choć postaci mamy całe mnóstwo, to dla każdej z nich jest czas. "Orange is the New Black" to właśnie serial, któremu służy długość (w czerwcu będziemy mieli czwarty sezon), ponieważ mamy bardzo dużo postaci, a większość z nich miała już swoje flashbacki i opowiedzianą historię na temat różnych, ważnych momentów życia. Mamy tu wiele bohaterek, a każda z nich ma swoją wyjątkową historię. Możemy im kibicować, możemy czuć do nich sympatię, do tego stopnia, że możemy też zapomnieć, że wiele z nich odbywa karę za ciężkie przestępstwa. I w ten sposób np. Daya ma talent plastyczny i lubi rysować, Ruda jest "mamą" dla innych więźniarek i świetnie gotuje, Morrello mimo dość mrocznej przeszłości jest sympatyczna dla nowych, Sophia jest wspaniałą fryzjerką, a Jones prowadzi zajęcia z jogi. Można tak wymieniać bardzo, bardzo długo, każda z bohaterek zasługuje na oddzielny akapit, jednak po prostu trzeba serial obejrzeć. Każda, mimo swoich wad, jest ciekawą osobowością.

Druga kwestia, która mnie ujęła, to przedstawienie instytucji totalnej - mamy trudne relacje między więźniarkami i strażnikami (łącznie z nadużywaniem władzy), poczucie odizolowania czy tworzenie klik, a także różne strategie radzenia sobie z sytuacją, jaką jest pobyt w więzieniu. W serialu można zaobserwować swoisty mikrokosmos, cały przekrój społeczny. Mamy bohaterki pochodzące z dobrych domów, jak i te pochodzące z biednych, także recydywistki, które na wolności nie wiedzą, jak mają właściwie żyć.

Podoba mi się również to, że "Orange is the New Black" podejmuje się trudnych, często nawet bardzo trudnych tematów. Uprzedzenia rasowe są szczególnie widoczne, ponieważ kobiety przebywają oddzielnie - oddzielnie białe, oddzielnie czarne, oddzielnie Latynoski. Z tego wynika cała masa różnych uprzedzeń i animozji. Poruszone zostają problemy homofobii i transfobii, a także (moim zdaniem chyba najokropniejszy) problem gwałtu. We flashbackach widzimy również, że często przyczyny, dla których kobiety zostały osadzone, są najróżniejsze. Często to były drobne przestępstwa, a czasem jednak poważniejsze.

Przy tym wszystkim serial nie traci na humorze, w każdym odcinku są sceny i sytuacje, które są zabawne i często w dość ironiczny sposób potrafią również poruszać dość ważne problemy. I myślę, że jest to recepta na udany serial.

Jeśli ktoś szuka serialu z różnorodną obsadą, gdzie mamy dużo postaci kobiecych, gdzie poruszane są dość istotne sprawy społeczne - jest to serial dla niego. Jeśli ktoś jeszcze nie zna albo nie miał okazji obejrzeć, to polecam zobaczyć na Netflixie - wielkim plusem jest też bardzo dobre tłumaczenie, nie zawiodłam się i mam nadzieję, że polskie tłumaczenia na Netflixie pozostaną na tak wysokim poziomie jak właśnie "Orange is the New Black". Czekam na sezon czwarty, a na razie serial otrzymuje ode mnie notę 9/10, czyli rewelacyjny (jednak oczko w dół za Piper). 
Share:

środa, 16 grudnia 2015

Scream Queens (2015)

Serial, który właściwie zaczęłam oglądać przypadkiem. Zaciekawiła mnie głównie obsada: Jamie Lee Curtis, Lea Michele, Nick Jonas, Ariana Grande i Emma Roberts w jednym serialu? Stwierdziłam, że muszę to zobaczyć. I w sumie nie zawiodłam się, choć też nie oczekiwałam cudów. Mimo wszystko wiele rzeczy potrafiło pozytywnie zaskoczyć, nie tylko obsada i role, jakie dostała.
Źródło: filmweb.pl
Serial opowiada o pewnym campusie jednej z amerykańskich uczelni, na której niepodzielnie rządzi bractwo Kappa Kappa Tau, do którego przynależeć mogą tylko wybrane studentki. Dwadzieścia lat przed wydarzeniami w domu bractwa wydarzyła się rzecz, którą potem chciano zamieść pod dywan - jedna ze studentek podczas imprezy urodziła dziecko w wannie, po czym zmarła. W roku 2015 na uczelnię trafiają nowi studenci, w tym Grace, która pragnie przynależeć do bractwa Kappa Kappa Tau, którym rządzi niejaka Chanel Oberlin. W tym samym czasie uczelnię, a w szczególności dziewczyny z Kappa Kappa Tau, niepokoi seria morderstw dokonanych przez człowieka w kostiumie Czerwonego Diabła. Nikt nie spodziewa się, że wydarzenia sprzed 20 lat mają wielki wpływ na to, co dzieje się obecnie.

"Scream Queens" to serial Ryana Murphy'ego i Brada Falchuka, tego samego duetu, który stworzył "American Horror Story". Prawdopodobnie również "Scream Queens" będzie miało podobną formę, tj. każdy sezon będzie opowiadał zupełnie inną historię. Byłam nieco zmęczona "American Horror Story", zwłaszcza, że obsada, najsilniejszy punkt serialu, bardzo mocno się zmieniła. "Scream Queens" to jakby powiew świeżości, bowiem formuła jest nieco inna. "American Horror Story" oprócz wątków grozy ma w sobie głównie wątki dramatyczne (czasem aż do przesady), tak "Scream Queens" to po prostu czarna komedia. Wprawdzie wiele przerysowanych wątków klasyfikowałoby się po prostu do parodii serialu skierowanego do młodzieży czy "young adults", jednak scenki grozy, szczególnie scenki dość okrutnych zabójstw, sprawiają, że serial jest właśnie czarną komedią.

I szczerze, tego mi brakowało ostatnio. Seria "Straszny film" skompromitowała się, tworząc parodie popularnych filmów w tym czasie (a nie tylko horrorów). Myślałam, że już raczej nie pośmieję się ze schematów, które występują w horrorach, aż właśnie pojawił się ten serial. Humor zawarty w "Scream Queens" doskonale łączy ze sobą parodię szkolnej komedii oraz horroru, tworząc czasami iście absurdalną mieszankę. Połączenie, w którym wiele może się nie udać, tutaj jednak sprawdziło się świetnie.

Trzeba jednak przyznać, że głównym atutem serialu jest doborowa obsada. Wprawdzie Emmę Roberts poznałam już w "American Horror Story", tutaj po raz kolejny gra "typową zimną sukę", jednak robi to w sposób bardziej komediowy, przerysowując postać bogatej i rozpieszczonej dziewczyny, która zdaje sobie sprawę ze swojej popularności oraz władzy. Moim zdaniem jeszcze nie raz pokaże swój talent, choć liczę, że dostanie nie tylko rolę "zimnej suki". Jamie Lee Curtis prezentuje klasę i wieloletnie doświadczenie w aktorstwie i to doskonale widać w roli pani dziekan, Cathy Munsch. Z jednej strony kobieta przy władzy, a z drugiej strony potrafi nie raz zaskoczyć. Ciekawie wypada wraz z młodszymi gwiazdami. Występ Ariany Grande czy Nicka Jonasa to raczej ciekawostki, gdyż ich role są epizodyczne (choć jedna z nich dość kluczowa, ale nie zdradzę, która). Mimo wszystko całkiem ciekawie się ich ogląda. Lea Michele również zaskakuje swoją rolą. Nie cierpiałam Rachel z "Glee", jednak tutaj ciężko ją dostrzec (i całe szczęście). Jej postać początkowo również irytuje, ale ostatecznie naprawdę zaskakuje i zasługuje na uwagę. Warto też zwrócić na gwiazdy, które właściwie debiutują, w tym na Billie Lourd, córkę Carrie Fisher (wkrótce zobaczymy ją w "Gwiezdnych Wojnach"), która również pokazała talent i ciekawą rolę. Do gustu właściwie nie przypadła mi tylko Grace. Nie jest to wina aktorki, ale raczej postaci samej w sobie, która jest tą "panną idealną" i "tą dobrą". Trochę mi się przejadły takie postacie.

Co do samej fabuły - momentami odcinki są również nierównomierne, zwłaszcza te środkowe nie są aż tak ciekawe i potrafią zanudzić (zwłaszcza wątki romansowe, choć jeden z nich jest bardzo ciekawie rozwiązany). Choć domyśliłam się już w przedostatnim odcinku, kto jest mordercą, to jednak finał jest bardzo zaskakujący ze względu na to, co działo się później. Do tego fajne, otwarte zakończenie. W sumie liczę na więcej.

Myślę, że serial przypadnie do gustu tym, którzy lubią produkcje dla młodzieży, opowiadające o szkole lub studiach - "Scream Queens" ciekawie i dobrze przerysowuje znane schematy, tworząc dobrą parodię. Wątki grozy są również świetnie wplecione i to jest duży plus serii. Myślę, że również warto zaznajomić się z tytułem ze względu na obsadę. A ode mnie serial otrzymuje notę 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

niedziela, 6 grudnia 2015

Doctor Who - sezon 9 (2015)

Za nami już dziewiąty sezon Doctora Who, serialu, który trwa (wraz z długą przerwą) ponad 50 lat. W tym roku obchodziliśmy dziesięciolecie odnowienia serialu, kiedy to Russell T. Davies powrócił z nowymi odcinkami na antenę BBC. I taka nachodziła mnie dość smutna refleksja podczas oglądania sezonu dziewiątego, kiedy w myślach porównywałam te odcinki z pierwszego sezonu, jak to wiele się zmieniło. Niekoniecznie na lepsze. Postaram się, aby recenzja była w miarę bezspoilerowa, w końcu jeśli ktoś śledzi mojego fanpage'a, to widział krótkie, cotygodniowe notki na temat tego serialu.
Źródło: ibtimes.com
Doktor w dalszym ciągu podróżuje z Clarą, która zgodziła się na bycie dalej jego towarzyszką w odcinku świątecznym, mimo dość traumatycznych przeżyć. Od początku jednak nad naszymi bohaterami ciąży dziwne fatum, widmo śmierci i tajemniczej "hybrydy". W międzyczasie Doktor i Clara napotykają niejaką Ashildr, która staje się później osobą podobną do Kapitana Jacka - nieśmiertelną, ale zapominającą o tym, co przeżyła w tak długim czasie (dlatego też pisze pamiętniki). Doktor wraz ze swoją towarzyszką usiłują rozwikłać tajemnicze zagadki oraz bronią ludzkość przed kolejnymi atakami kosmitów.

I już po samym opisie sezonu widać, co jest nie tak. Jeśli ktoś odczuwa, że jest wymuszony, to ma rację. Bo niby ciągle są wałkowane te motywy hybrydy i śmierci, ale one... Są zbyt oczywiste, przynajmniej jak dla mnie. Momentami po prostu brakowało wielkiego, neonowego napisu "ŚMIERĆ" lub "HYBRYDA". Moffat nie umie moim zdaniem tworzyć foreshadowingu, takiego, jak tworzył właśnie jego poprzednik. Brakuje mi subtelnych podpowiedzi w stylu "Bad Wolf" czy "Vote for Saxon".

Druga kwestia: odcinki z tego sezonu nie zapadają w pamięć, a jeśli już, to niestety, zapadają w sposób negatywny, w stylu "ale to były nudy". Podpowiem też, że wystarczy spojrzeć na wpisy Zwierza Popkulturalnego na temat Doktora (kilka moich komentarzy też tam jest) - nie zawsze się zgadzam z autorką, ale tu w większości musiałam. Nie świadczy to o niczym dobrym, ponieważ pamiętam wielkie szaleństwo na tumblrze przed każdym odcinkiem, czasami do tego stopnia, że strona potrafiła mi się zawiesić. Teraz? Cisza. Czasami to zapominałam, że dzisiaj ma być odcinek. Bo co pamiętam z odcinków? Z pierwszych dwóch? Missy i jej dobrą kreację, jakby nie patrzeć. Kolejne dwa mnie nie wciągnęły. Odcinki z Ashildr bardzo mi się podobały i po finale sądzę, że jeszcze spotkamy tę postać. Maisie Williams w tej roli przypadła mi do gustu. Pierwszy odcinek z Zygonami mimo pewnych kontrowersji mi się bardzo podobał, ale to też nie świadczy o tym, że on taki genialny był, a raczej o tym, że reszta była taka słaba. Czy to zmęczenie materiałem? Nie sądzę, bo obejrzałam kilka odcinków Doctora Who z lat 60. (te pierwsze) i podobały mi się. Zupełnie inna forma niż ta dzisiejsza, ale jednak mi się podobało.

I wreszcie... Ech, Clara. Nie będzie to wielkim spoilerem, jeśli powiem, że jej zapowiadane odejście to właściwie śmierć (choć nie wiem, czy do końca mi się podoba to, co zrobiono z nią w finale, wszystko się właściwie okaże). Ale czy trzeba było jej śmierci, by dwunaste wcielenie Doktora wreszcie nabrało osobowości? Trochę to przykre, bo naprawdę to nie jest kwestia Capaldiego (który się stara jak może, jest świetnym aktorem), ani Jenny Coleman (która również jest świetną aktorką, pokazała swój talent grając złe wcielenie Clary, czyli Bonnie), ale właśnie słabego pomysłu. Zwłaszcza mówię tu o postaci Clary, bo Doktor w końcu mi się spodobał w tym ostatnim odcinku. W końcu jest na niego pomysł i mam nadzieję, że będą się tego trzymać. A z Clarą miałam taki problem, że naprawdę starałam się ją polubić. Byłam jedną z tych osób, która broniła postaci w odcinkach początkowych, uważając, że może się jeszcze wyrobi, może się zmieni. Niestety, na próżno. Widać tu przede wszystkim fatalną robotę scenarzystów, bo widać, że każdy miał na nią zupełnie inny pomysł, a w ostateczności ograniczała się ona do stania z boku, Może to też kwestia tego, że byłam bardzo rozczarowana opisem Clary, zapowiadano, że będzie komputerowym geniuszem, a w ostateczności była... No sama nie wiem, kim. Liczę na lepszą towarzyszkę.

Podsumowując, sezon dziewiąty jest moim zdaniem jeszcze bardziej nijaki, niż ósmy. Nie mam pojęcia, co oprócz zmiany scenarzysty mogłoby pomóc temu serialowi. Może sezon pierwszy był kiczowaty, nie było w nim nic epickiego, ostatecznego, nie było wielkich wybuchów i scen, ale miał w sobie klimat. I chciałabym, żeby do tego wrócono, a zamiast tego serial staje się coraz bardziej mroczny. Oby się to źle nie skończyło. A teraz czekam na odcinek świąteczny. Sezon ten jednak pozostawiam bez oceny póki co. 

Share:

niedziela, 29 listopada 2015

Jessica Jones (2015)

Przyznaję, że z produkcjami od Marvela nie jestem na bieżąco ze wszystkim, to nie jest też tak, że zaraz pędzę do kina czy wrzucam każdego newsa na ten temat. Zresztą, newsy o tym serialu już przemykały mi od jakiegoś czasu, aż w końcu stwierdziłam, że jak wszyscy, to wszyscy - i również obejrzałam Jessicę Jones. Początkowo kierowała mną ciekawość, jak wypada tam David Tennant, jeden z moich ulubionych aktorów. ale z czasem doceniłam ten serial jako całość. Bo jest bardzo dobry, najogólniej mówiąc.
Źródło: filmweb.pl
Tytułowa Jessica Jones to była superbohaterka, która cierpi na zespół stresu pourazowego. Aby poukładać sobie życie na nowo, zakłada agencję detektywistyczną. Jessica jest dość zgorzkniałą osobą, której właściwie moce superbohaterki pomagają wykonywać dość nudne w jej mniemaniu zadania, jak śledzenie niewiernych małżonków. Wszystko się zmienia, gdy dostaje zlecenie od zaniepokojonych rodziców studentki o imieniu Hope. Wtedy to okazuje się, że do życia Jessici wraca mężczyzna, od którego próbowała się uwolnić - niejaki Killgrave.

Serial był dość ciekawie zrealizowany - premiera całego sezonu nastąpiła bowiem jednego dnia, czyli 20 listopada. Ja skończyłam zaś całość dopiero dzisiaj, bo lubię sobie jednak dawkować zdrowo seriale. Premiera nastąpiła na platformie Netflix i w związku z tym pojawiły się spekulacje, że wkrótce będzie ona dostępna także i w Polsce - był bowiem dostępny polski lektor lub napisy. Miły ukłon także w stronę polskich fanów. Dlaczego serial był dostępny właśnie na tej platformie, a nie w telewizji? Myślę, że ku temu było kilka powodów, ale o tym później.

W serialu przede wszystkim urzekły mnie kreacje postaci, zwłaszcza Jessici oraz Killgrave'a. Oczywiście reszta postaci jest również ważna, można o nich powiedzieć sporo ciekawych rzeczy, ale jednak to na nich właściwie skupia się cała historia i akcja.

Jessica to klasyczna antybohaterka. Nie ma w sobie nic z dawnej superbohaterki (nie licząc oczywiście nadludzkiej siły). Niekoniecznie pomaga wszystkim, ma problemy z alkoholem oraz sama z sobą. Jest osobą zgorzkniałą i unikającą ludzi, zwłaszcza związków z mężczyznami. Wszystko to jednak idzie zrozumieć, kiedy coraz lepiej poznajemy przeszłość Jessici i fakt, że została wykorzystana przez Killgrave'a, by ten mógł osiągnąć jakieś swoje cele. Zdaje się, że jedyną osobą, którą darzy szczerym uczuciem, jest Trish, jej siostra. Trish ma również spore problemy ze sobą, z przeszłością (ciągle nie potrafi się uwolnić od toksycznej matki, która chciała z niej zrobić koniecznie gwiazdę). Podobnie jest też z Lukiem, z którym Jessica nawiązuje romans - nie wie jednak, że była superbohaterka skrywa przed nim pewien sekret dotyczący jego żony.

Wiele tych problemów właśnie wynika z tego, że Killgrave namieszał w życiu nie tylko Jessici, ale wielu innych osób. Trzeba przyznać, że David Tennant stworzył fenomalną postać czarnego charakteru, w którym najbardziej przerażające jest to, że jest on... Bardzo realny. Niestety, mam wrażenie, że wielu ludzi w swoim życiu napotkało takiego Killgrave'a, osobę toksyczną, zdolnego manipulatora, a do tego gwałciciela z obsesją. I myślę, że to przeraża najbardziej. Jasne, że zdolności do manipulacji są spowodowane nadnaturalnymi mocami, sam Killgrave ma też dość traumatyczną przeszłość, ale nic go nie usprawiedliwia w jego działaniach i w jego "odwracaniu kota ogonem", zwłaszcza, gdy próbuje siebie kreować na ofiarę. Jednoczesne brawa dla Tennanta za mistrzowską grę aktorską (gdzie Doktor, a gdzie Killgrave), ale jednocześnie raczej piszczeć na widok takiej postaci nie będę. I o to chyba chodziło.

"Jessica Jones" to produkcja zdecydowanie przeznaczona dla starszego widza. Mimo że Marvel jest częścią Disneya, to jednak słusznie nie zdecydował się na to, by serial leciał w telewizji. Jest on dość mroczny, ma mocne, dojrzałe wątki, nie wspominając o tym, że bohaterka raczej nie jest wzorem do naśladowania dla dzieci (pije na umór), w dodatku w serialu mamy trochę mocnych scenek seksu (choć też bez przegięcia), jednak najbardziej w serialu podobało mi się to, że nazywa rzeczy po imieniu. Jessica mówi wprost o tym, że została zgwałcona, jednak jest na tyle silna, że potrafi sobie radzić z tym faktem na tyle, że mówi o tym głośno i chce uchronić jednocześnie ludzi przed tym samym. Nie ukrywam, jest to dość dojrzały wątek i raczej głównie z tego tytułu serial nie powinien być przeznaczony dla dzieci.

Właściwie gdyby nie wątek mocy nadprzyrodzonych, to można byłoby uznać "Jessicę Jones" za dobry thriller. Tak jest też ten serial zrealizowany, za wiele efektów specjalnych tutaj nie ujrzymy, co jednak nie jest żadną wadą. Podobnie urzekła mnie muzyka, odpowiednio wprowadzająca w klimat serialu.

"Jessica Jones" to serial Marvela, który dotyka dość trudnych spraw, ale przy tym pokazuje, że zarzut o tym, że produkcje o superbohaterach są "dla dzieci", są naiwne i głupiutkie, jest bezpodstawny. Także seriale o superbohaterach mogą mówić o rzeczach trudnych i rzeczach ważnych. Kreować realne postacie, którym człowiek albo kibicuje, albo wręcz nienawidzi. I bardzo to cenię. Serial jako całość ogląda się świetnie i śmiało go polecam. Moja ocena: 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Halt and Catch Fire - sezon drugi (2015)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY!

Przyznaję, że już traciłam nadzieję na to, że świetnie zakończony sezon pierwszy tego wspaniałego i dobrze zrealizowanego serialu będzie miał swoją kontynuację. Obawiałam się klątwy seriali z Lee Pacem, bowiem każdy serial z nim, choćby był bardzo dobry, został anulowany. Dostaliśmy jednak sezon drugi, którego nie mogłam się doczekać. I co otrzymaliśmy? Moim zdaniem sezon nieco gorszy od poprzedniego, ale również mający swoje zalety. Przy czym ostrzegam, w dalszej części recenzji mogą znajdować się spoilery zwłaszcza dotyczące zakończenia.
Źródło: filmweb.pl
Akcja sezonu drugiego rozpoczyna się rok po zakończeniu poprzedniego sezonu. Mamy rok 1985, a przy tym - mnóstwo zmian. Cameron założyła własną firmę - Mutiny, zajmującą się grami online, razem z nią pracuje Donna. Cardiff Electric upada i tym samym Gordon zostaje bez pracy, ale z pewnym pomysłem na swój biznes. A tymczasem Joe spotyka dawną znajomą, Sarę, której się oświadcza. MacMillan zaczyna także pracować dla ojca Sary, który jakby żąda dowodów miłości do niej. Ponownie jednak drogi bohaterów się krzyżują. Cameron rozważa, czy Mutiny, które ewoluuje w platformę społecznościową, powinno być sprzedane większej firmie.

Myślę, że łatwiej będzie mi mówić o wadach serialu, niż o zaletach. Przede wszystkim wadą jest to, że wprowadzono kilka wątków na raz, a w praniu wyszło, że tylko jeden, czyli Mutiny, jest najważniejszy, a reszta była traktowana po macoszemu. Pierwszy przykład z brzegu: wątek Sary i jej związku z Joe. Zapowiadała się kolejna silna postać kobieca, jak Cameron i Donna. Było powiedziane, że jest dziennikarką, że pisze jakiś ciekawy artykuł i że zna Joe ze szkoły. Wyszło... No cóż, pani ta została ograniczona niestety do roli dziewczyny (a później przez krótko żony) Joe i córki swojego bogatego ojca. Bo właśnie Jacob Wheeler prezentuje się o wiele lepiej, jako ciekawa konkurencja dla Joe, można o nich powiedzieć "trafiła kosa na kamień", bo Jacob momentami jest o wiele bardziej bezwzględny. Śmiało można powiedzieć, że jest to jedna z ciekawszych postaci tego sezonu. Niestety, tego samego nie da się powiedzieć o jego córce. Niechętnie przyznaję, że ucieszyła mnie scena, w której wyszło, że Joe i Sara wzięli rozwód. Może Joe początkowo zmienił się przy niej, ale jakoś do siebie nie pasowali. Drugi takim wątkiem potraktowanym po macoszemu jest Gordon. Pojawia się bowiem wątek jego choroby (uszkodzenie mózgu powodujące zaniki pamięci), co można było rozwinąć bardzo ciekawie, a w ostateczności wyszło, że Gordon był jakby w tle, a nawet jego przelotny romans nie był czymś ciekawym. Kryzys w małżeństwie z Donną to też nie nowość.

Za to zdecydowanie zyskują Donna i Cameron - okazuje się, że te dwie panie są w stanie dogadać się ze sobą i świetnie współpracować, co pokazują niejednokrotnie w tym sezonie. Wprawdzie to Donna reprezentuje tę stronę bardziej rozważną, a Cameron - tę bardziej uczuciową, emocjonalną (co wychodzi także przy nieudanym związku z Tomem), ale dopełniają się i pokazują, że nie potrzebują faceta (świetna jest scena, w której to właściciele wielkiej firmy są zdziwieni, że mają do czynienia z kobietami). Wprawdzie muszą się dotrzeć, ale w ostateczności to one najbardziej zyskują na tym sezonie. Podobnie podoba mi się wątek Boswortha, wprawdzie ciągnięty bardziej w tle, ale również ciekawy, pokazujący jego inną stronę, niż tę szefowską. Myślałam też początkowo, że Joe poprzez "zmianę" charakteru stanie się jakąś postacią poboczną, może nawet lekko "out of the character", ale końcówka serialu pokazała, że jest zdecydowanie inaczej.

A największe plusy? Chyba to, co przy poprzednim sezonie. Ujęcie perspektywy historycznej, pokazanie czegoś, co dzisiaj dla wielu ludzi jest czymś codziennym, a wtedy było czymś pionierskim, jak gry online, chaty, nawiązywanie znajomości przez Internet (i niestety również ta ciemna strona tych znajomości i zagrożenia, jakie mogą nosić), a także hackowanie, czy wreszcie pokazywanie, jak działają wirusy komputerowe i jakich szkód mogą narobić - wbrew temu, co było mówione w jednym z archiwalnych filmików na temat komputerów firmy Elwro, że zabezpieczenia są wystarczające dla obrony komputera przed zewnętrznymi wirusami. Dzisiaj jest to coś oczywistego i patrzymy na to z uśmiechem, ale wtedy to takie oczywiste nie było. I myślę, że to jest najlepsze w tym serialu.

Szczerze, momentami serial był jednak na tyle nudny, że zastanawiałam się, czy na pewno chciałabym sezonu trzeciego. Jednakże znowu ostatni odcinek zostawił nas z otwartą furtką, dzięki czemu widz chce wiedzieć, co będzie dalej. jak się potoczą losy naszych bohaterów w Kalifornii? Oby twórcy zechcieli wyprodukować kolejny sezon. Ja osobiście zaś z góry przepraszam za to, że tego sezonu nie tłumaczyłam - raz, że czasowo niezbyt mogłam sobie na to pozwolić, a dwa - w międzyczasie wyszło, że chyba także sezon drugi ma być nadawany na CBS Europa. Ja mimo wszystko chcę ciągu dalszego. I będę czekać. A sezon drugi dostaje ode mnie notę nie co gorszą, czyli 7,5/10, to jest bardzo dobry z minusem. 
Share:

piątek, 1 maja 2015

Poldark (2015)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY!

Przyznaję, że tym serialem byłam zainteresowana głównie ze względu na to, że miał grać w nim Aidan Turner, znany z roli Kiliego w Hobbicie. Ale przecież to nic złego, prawda? W ten sposób poznałam przecież wiele produkcji z Lee Pacem, a i z Aidanem trochę filmów i seriali też obejrzałam. Po "Poldarku" nie miałam jakoś wysokich oczekiwań, myślałam, że to będzie zwyczajny melodramat, ale chociaż pogapię się na aktora. Jednak serial bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jednak da się zrobić porządny serial historyczny, który nie nudzi, a jednocześnie nie udziwnia wątków poprzez np. dodanie fantastyki, a przy tym jest pełen realizmu, świetnych postaci i porusza ważne problemy minionej epoki. Ale po kolei.
Źródło: filmweb.pl
Kapitan Ross Poldark brał udział w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, walczył po stronie Brytyjczyków. Spędza kilka lat poza granicami swojej ojczyzny, a kiedy w końcu wraca, okazuje się, że najbliżsi zdążyli go uznać za zmarłego, przez co jego ukochana narzeczona, Elizabeth, wychodzi za jego kuzyna, Francisa. Niemniej jednak Ross nie ma do nikogo o to żalu ani pretensji, tylko bierze się ostro do roboty - zakłada własną kopalnię miedzi, która ma przynieść mu zysk.

Siła "Poldarka" bierze się przede wszystkim ze świetnie skonstruowanych postaci. Na pierwszym planie mamy oczywiście głównego bohatera. Pochodzi on ze szlachty, lecz sam mówi, że do niej nie pasuje, irytuje go towarzystwo, które jego zdaniem jest zakłamane. Sam Poldark uchodzi za dziwaka wśród arystokracji, lecz łatwo go zrozumieć - jest zubożałym szlachcicem, więc także i on musi ciężko pracować, by mieć jakiekolwiek pieniądze na utrzymanie. Wbrew konwenansom bierze ślub ze swoją młodą i piękną służącą, Demelzą. Współczuje swoim pracownikom i uważa, że należy im się godna płaca za ich pracę, niezbędna do przeżycia - w przeciwieństwie do reszty kapitalistów, dla których liczy się tylko zysk.

Inną ciekawą postacią jest kuzynka Rossa, Verity. Nie grzeszy ona urodą, więc jest starą panną. Odnajduje jednak swoją miłość i wbrew pozorom jest silną i zaradną postacią, doskonale przygotowaną do bycia damą. Inne postacie również prezentują się ciekawie, żadna z nich nie jest ideałem - w tym mam na myśli kuzyna głównego bohatera, Francisa, który ewidentnie jest kreowany na tego złego, lecz przy tym warto się zastanowić, co go do tego skłania. Podobnie Elizabeth, która stara się być dobrą żoną - lecz przy takim mężu jak Francis jest niesłychanie ciężko... Inną ciekawą postacią jest Demelza, przy której widzimy jej dorastanie - na początku jest nastolatką, która zostaje służącą w domu Rossa. Z czasem rodzi się między nimi uczucie, a i Demelza powoli się uczy roli kobiety z wyższych sfer. Przy tym jednak pozostaje całkowicie prostolinijna i chętna do pomocy każdemu, często wręcz czyni to naiwnie.

Drugą rzeczą, która urzekła mnie w Poldarku jest właściwe ujęcie problemów tamtych czasów, które są do dzisiaj aktualne - a mianowicie problemy godnej płacy dla robotników. W XIX wieku raczej kapitalistów nie obchodziło to, że ktoś nie ma za co żyć, mimo że haruje jak wół. Ross pod tym względem jest inny, uważa, że robotnikom należy dobrze płacić i dbać o takie rzeczy, jak dostęp do lekarza. Przez to również jest uważany w towarzystwie za kogoś bardzo niewygodnego.

Wreszcie serial jest bardzo emocjonalny - mamy tu masę uczuć, można się pośmiać, zwłaszcza przy momentach z Prudie i Judem, ale ostatni odcinek mimo wszystko wycisnął ze mnie łzy. I pozostawił ze świetnym cliffhangerem, dlatego cieszy mnie to, że będzie drugi sezon. I znowu będziemy podziwiać też piękne klimaty Kornwalii.

Moim zdaniem Poldark to świetnie zrealizowany serial historyczny, który nie nudzi, a jednocześnie przedstawia wszystko jak należy, bez przekłamań - ja np. nie znalazłam jakichś większych błędów historycznych. Osiem odcinków w sam raz na weekend czy wieczory. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to szczerze polecam ten serial. A moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

czwartek, 26 marca 2015

Cute High Earth Defense Club LOVE! (2015)

Przyznaję, że mało które anime można uznać za jakieś arcydzieło, najczęściej zawierają one jakieś schematy, których fenomenu nie rozumiem tak do końca chyba przez różnice kulturowe. Jednak nawet wśród tych anime, które można streścić jako "what the fuck" zdarzają się perełki. W tym m.in. anime zwane w skrócie "Boeibu". Początkowo nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, a z odcinka na odcinek robiło się coraz dziwniej, tak ostatecznie przekonałam się, że to dobra parodia gatunku "magical girls". Ale po kolei.
Źródło: pinterest.com
Streszczenie fabuły samo w sobie może brzmieć dziwnie, lecz wbrew pozorom nie jest ona jakaś chaotyczna. Piątka nastoletnich chłopców uczęszcza do męskiej szkoły Binan. Choć pozornie różni, łączy ich to, że są członkami "klubu obrońców Ziemi", który to tak naprawdę jest tylko pretekstem do spędzania wolnego czasu na nicnierobieniu. Wszystko się zmienia, kiedy na Ziemi pojawia się tajemniczy kosmita, różowy wombat. Sprawia, że chłopcy stają wojownikami miłości, którzy walczą z potworami, zsyłanymi przez tajemniczych wrogów.

Przyznam wprost: prawie żadnego odcinka nie oglądałam na trzeźwo. Przynajmniej tych początkowych nie byłam w stanie, bo poziom absurdu był taki, że momentami musiałam przerwać i odejść od komputera. Ale jednocześnie absurd sprawiał, że dobrze się bawiłam i mimo wszystko śmiałam się przy każdym z odcinków.

Tak samo poziom fanserwisu jest ogromny, dlatego jeśli ktoś jest na to uczulony - to nie jest to anime dla niego. Ale chyba największą zaletą jest to, że jest idealna parodia. Tak, "Boeibu" spełnia bowiem cechy parodii, wyśmiewając gatunek (a chyba najbardziej opierał się na klasyce gatunku, czyli "Czarodziejce z Księżyca"). Wbrew pozorom ten tytuł wnosi dość sporo, zwłaszcza, że miałam okazję czytać posta z opinią japońskich feministek na temat gatunku "magical girls", w którym zauważają, że nastąpiła pełna fetyszyzacja. Czarodziejki, wojowniczki, dziewczęta obdarzone magicznymi mocami... Wszystkie one stały się niestety fetyszem i do tego są one bardzo wyzywająco ubrane, po prostu są obiektami (czyli to jest coś, co często mamy do zarzucenia u nas przy reklamach, gdzie kobiety są obiektami). Dlatego ten tytuł też odwraca schemat. Zamiast przyjaciółek mamy piątkę chłopców. Nie są oni związani żadnym przeznaczeniem, właściwie są wybrani przypadkowo do tego. Ich stroje przypominają słynne czarodziejki z "Sailor Moon", podobnie jak i transformacja. Także motywy wrogów, jak się okazuje, są typowe dla tego gatunku. I... Trzeba przyznać, że wbrew pozorom wychodzi to całkiem zgrabnie. Zwłaszcza animacja transformacji - z bólem przyznaję, że tu jest o niebo lepsza, niż w "Sailor Moon Crystal".

Zaskakująco dobrymi elementami są tu również muzyka, a także zakończenie serialu i wyjaśnienie całej sprawy. Nie będę jednak psuć zakończenia tym, którzy jeszcze go nie oglądali, mogę jedynie powiedzieć, że jest ono dość zaskakujące.

Co z wad? Szczerze, przez większość odcinków nie mogłam zapamiętać imion głównych bohaterów. To świadczy trochę źle o postaciach, które jako tako nie mają charakterów, są bardziej archetypami i parodiami, aniżeli konkretnymi postaciami z charakterami, historią, itd. Mimo wszystko zdołałam ich polubić w ostateczności. Drugą wadą będzie to, że anime jest zwyczajnie dość krótkie. Przy 12 odcinkach akcja rozkręciła się na dobre w trzech ostatnich.

Czy mimo wszystko warto sięgnąć po ten tytuł? Dla rozluźnienia, dla zobaczenia tego, jak powinna wyglądać porządna parodia - myślę, że tak. Jeśli jednak szukasz czegoś, co pozwoli Ci wejść w świat japońskiej animacji, to to anime byłoby raczej skokiem na głęboką wodę. "Boeibu" to jednak miły odpoczynek od "Sailor Moon Crystal" (z lepszą animacją...) i rozluźnienie przed "Soul of Gold". A moja ocena to 7/10, czyli dobry. 
Share:

czwartek, 25 grudnia 2014

Last Christmas - świąteczny odcinek Doctora Who (2014)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY! JEŚLI NIE OGLĄDAŁEŚ/AŚ NAJNOWSZEGO ODCINKA DOCTORA WHO, CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

Mamy święta Bożego Narodzenia (a tym samym życzę Wam wszystkiego naj!), a tym samym zgodnie z tradycją BBC, mamy odcinek świąteczny Doctora Who, zatytułowany zupełnie jak piosenka, czyli "Last Christmas". I muszę przyznać, że niestety on coś ma wspólnego z tą piosenką. A co? A mianowicie to, że myślimy, że "Last Christmas" jest o świętach, a tymczasem to jest smutna historia miłosna. Tak samo tenże odcinek, który byłby fajny, ale jako zwykły odcinek z serii, a nie odcinek, który ma być w "duchu świątecznym". A więc co w nim takiego było?
Źródło: dailymotion.com
Na początku odcinka Clara spotyka... Samego świętego Mikołaja. Po chwili pojawia się Doktor i zabiera ją na Biegun Północny, gdzie grupka ludzi próbuje uciec od tajemniczych i strasznych przybyszów z kosmosu. Okazuje się, że owi przybysze mają wpływ na sny ludzi. Doktor chce koniecznie się dowiedzieć, kim oni są i jak można uwolnić od nich ludzi.

Szczerze, to mam mieszane uczucia do tej pory po tym odcinku. Nie wiem sama, dlaczego, ale jakoś ciężko mi cokolwiek napisać. Nie był on nudny, wprost przeciwnie. Ale miał mało świąteczny klimat, tak jak właśnie piosenka "Last Christmas". To, że był Mikołaj, elfy, renifery, że Clara w jednym śnie spędzała swój świąteczny czas z Dannym, to jeszcze nie czyni z całości "świątecznej atmosfery". Bo za chwilę mamy wręcz nawiązanie do horroru "Obcy". I szczerze, "Obcy" to ostatnia rzecz, jaką oglądałabym w święta. Choć może gdzie indziej są inne zwyczaje świąteczne, nie wiem. I przy okazji drażni też to, że Doktor, który jest (a przynajmniej był) obeznany z popkulturą, nagle nie wie nic na temat filmu "Obcy"... A sądzę, że to jeden z tych filmów, o których się wie, nawet jak się nie oglądało. I choć naprawdę kosmici byli straszni, a motyw ze snami zawsze jest dla mnie ciekawy, to jednak jest to materiał na zwykły odcinek, a nie na taki świąteczny.

Na plus oceniam jednak końcówkę odcinka z Doktorem i Clarą. Mimo wielu przykrych wspomnień ta dwójka jednak potrafiła się porozumieć. I w tym było czuć właśnie taki klimat świąteczny. Jednakże mam dość dziwne uczucia względem zakończenia sezonu (bo choć smutne, to mi się podobało), jak i do rewelacji, że Clara miała odejść z serialu. Po zapowiedzi serii dziewiątej wiemy, że tak nie będzie. Pytanie do producentów: po co więc tak gadać?

Nie wiem, czego możemy się spodziewać po serii dziewiątej. A odcinek... No, raczej nie będzie należał do moich ulubionych. Bardziej podobał mi się odcinek z tamtego roku. Moim zdaniem sci-fi można śmiało łączyć ze świętami, ale pod warunkiem, że te elementy są wyważone. Tu tego zabrakło.
Share:

sobota, 20 grudnia 2014

Avatar: Legenda Korry (2012-2014)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY! JEŚLI NIE OGLĄDAŁEŚ/AŚ OSTATNIEGO ODCINKA SERIALU, CZYTASZ RECENZJĘ NA SWOJĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

Muszę przyznać, że rzadko mam tak, że recenzuję od razu całość serialu, jednakże pierwszy sezon Korry obejrzałam jeszcze w 2012 roku, czyli jeszcze zanim zaczęłam prowadzić tego bloga. Dopiero całkiem niedawno nadgoniłam resztę sezonów, żeby wczoraj zakończyć na finale. I choć muszę przyznać, że pierwszą część Avatara, czyli przygód Aanga, jeszcze nie obejrzałam do końca, widziałam tylko część odcinków, tak Korrę oglądałam z zapartym tchem. To jest serial, który wg Vanity Fair może zmienić oblicze seriali animowanych dla dzieci i młodzieży i coś w tym jest. Aż żal, że Nickelodeon po prostu "olał" sobie ten serial, spychając go gdzieś na bok (ale o tym więcej za chwilę). Drugą sprawą jest to, że po prostu choć serial trwa cztery sezony, to opowiada po prostu jedną, ciągłą historię. Bez znajomości sezonów poprzednich nie zrozumiemy tego, co dzieje się chociażby w ostatnim sezonie. Dlatego recenzja całości dopiero teraz.

Źródło: filmweb.pl

W świecie Avatara żyją cztery nacje: Królestwo Ziemi, Naród Ognia, Plemię Wody oraz Nomadzi Powietrza. Każda z tych nacji ma swoich Magów, którzy mogą władać danym żywiołem. Raz na jakiś czas jednak rodzi się reinkarnacja Avatara, jedynego maga, który potrafi władać wszystkimi czterema żywiołami. Akcja "Legendy Korry" dzieje się 70 lat po zakończeniu akcji "Avatara: Legendy Aanga". Nowym Avatarem jest tytułowa Korra, dziewczyna pochodząca z Plemienia Wody. W wieku 17 lat opanowuje ona wszystkie żywioły poza żywiołem powietrza, który musi dokładniej potrenować wraz z Tenzinem, synem Aanga. W tym samym czasie Amon szykuje rewolucję, która ma zmienić cały świat.

I w ten sposób streściłam tylko fabułę pierwszego sezonu. Warto bowiem zaznaczyć, że pierwszy sezon wyróżnia się pod tym kątem od pozostałych. Prawdopodobnie twórcy nie byli sami pewni, czy historia o Korrze spodoba się publiczności, więc sezon pierwszy jest jakby zamkniętą całością - choć w dalszych częściach jest nawiązanie do tego pierwszego sezonu. I niestety, Nickelodeon podjął dość kontrowersyjną decyzję. Przez to, że pod koniec pierwszego sezonu pokazana jest samobójcza śmierć jednego z bohaterów, kolejny sezon przesunięto z sobotnich poranków (wtedy jest największa oglądalność wśród dzieci i młodzieży w Stanach) na piątkowe wieczory. Kolejne dwa sezony można było zobaczyć tylko w Internecie. I być może to trochę pomogło serialowi, który wyzwolił się z pewnych ograniczeń, które narzuca telewizja.

W porównaniu do Avatara przygody Aanga wydają się nieco dziecinne, bardziej komediowe. Jest to jednak zrozumiałe samo przez się, ponieważ jeśli dana osoba zaczynała oglądać pierwszą część, mając 12 lat (tyle, ile Aang), to teraz, oglądając ostatni sezon Korry, ma lat 21, czyli tyle, ile główna bohaterka. Nic dziwnego, że serial wydaje się bardziej dojrzały, czy to fabularnie, czy to pod względem kreski i animacji. Również relacje bohaterów są o wiele bardziej dojrzałe.

Może jednak powiem nieco więcej o wykreowanym świecie. Bardzo mi się podoba wizja twórców. Świat ten opiera się głównie na kulturach Azji. Widząc różne stroje, architekturę, czy nawet kolor skóry danych bohaterów, można domyślać się, że dane kultury są oparte na kulturze Eskimosów, Chin, Indii, Japonii, Tajlandii i innych krajów. To samo jest ze stylami walki, które przypominają te walki rodem z Azji. Podoba mi się również umiejscowienie czasowe, bowiem niektóre elementy sugerują, że mamy do czynienia z jakąś alternatywną wizją dwudziestolecia międzywojennego - np. Miasto Republiki, w którym głównie toczy się akcja, jest oparte na Szanghaju z lat 30. XX wieku. To samo jest z fabułą.

Dojrzałość fabuły nie polega bowiem na tym, że walki są brutalne, czy pokazane jest wojsko, czy skomplikowane operacje militarne, ale na odniesieniach do polityki. Nowa Avatar mierzy się niejednokrotnie z wieloma problemami, między innymi z poparciem dla zupełnie innych ideologii i wątpliwościami, czy Avatar jest aby na pewno potrzebny w dzisiejszych czasach. Korra nie czuje się początkowo dobrze w roli przywódcy, lecz potem musi sobie radzić z różnymi problemami. Dość przerażające jest to, że serial nawiązuje do takich ideologii, jak komunizm, czy faszyzm, które właśnie rodziły się w dwudziestoleciu międzywojennym. Przerażające pod tym względem, jak bardzo widać, że wszelkie ideologie mogą być niebezpieczne.

Jestem pozytywnie zaskoczona, jak twórcy rozwiązali również problemy relacji między postaciami. Nie lubiłam bowiem nigdy Mako, który jest postacią niezdecydowaną, żeby nie rzec - niedojrzałą i tchórzliwą, ponieważ nie potrafi powiedzieć żadnej dziewczynie, że nie chce z nią już być. Podobają mi się jednak bohaterowie z poprzedniej części Avatara, jak i ich potomkowie - niemalże każda z tych postaci jest wyjątkowa na swój sposób, ma swoją historię i nie jest klonem swojego rodzica. Choć z drugiej strony nie podoba mi się to, że twórcy poszli na łatwiznę, przez co Kya i Bumi, dzieci Aanga nigdy nie założyli rodziny. Nie twierdzę, że jest to niemożliwe, po prostu jednak mamy za dużo tych postaci. Sama Korra jako bohaterka jest świetna - początkowo narwana, porywcza, nieco zarozumiała i egoistyczna, pod wpływem różnych wydarzeń zmienia się i staje się Avatarem, liderem w pełnym tego słowa znaczeniu. Podoba mi się to, że Korra nie jest sierotą (częsty zabieg), tylko ma kochających rodziców, że nie jest taką klasyczną pięknością (jest wysportowana i umięśniona), ale przechodzi wiele, w tym traumę psychiczną, a także ciężki proces rehabilitacji (Korra przez pewien czas porusza się na wózku inwalidzkim). Wszystko to jest bardzo wiarygodne, a odcinki, jak sobie radzi z tym wszystkim, uważam za jedne z najlepszych. Podoba mi się również bardzo końcówka, w której pada mocna sugestia, że jakoby Korra i Asami są razem (choć sugestie na ich temat padają od trzeciego sezonu). Jeśli tylko twórcy to potwierdzą, to sądzę, że rok 2014 należy do dobrej reprezentacji biseksualnych osób. Korra i Asami wcześniej rywalizowały bowiem o jednego mężczyznę. W dodatku ich relacja jest przedstawiona w sposób wiarygodny, ale nie nachalny. Można się tu kłócić, że przecież to serial dla dzieci, ale... Co jest bardziej szkodliwe? Pokazywanie jakichś cudacznych potworów, które przerażają nawet mnie, osobę dorosłą, czy sugerowanie, że dwie kobiety są razem szczęśliwe? To pytanie pozostawiam do refleksji.

Pod względem graficznym animacja i kreska są świetne. Przy przygodach Aanga byłam w szoku, kiedy się dowiedziałam, że to nie jest anime, a serial produkcji amerykańskiej. Podobnie jest z przygodami Korry, gdzie postacie są narysowane dojrzałą kreską, a tła są bardziej semi-realistyczne. Pod względem graficznym zaś opowieść o pierwszym Avatarze, Wanie, jest dla mnie wręcz cudeńkiem.

Komu mogę polecić ten serial? Czy można go obejrzeć bez znajomości przygód Aanga? Moim zdaniem na pewno jest wskazana znajomość przynajmniej głównego zarysu fabuły, jak i bohaterów poprzedniej części. Inaczej nie można wyłapać wszystkich nawiązań i smaczków. Jednak jeśli ktoś lubił Legendę Aanga, to z całą pewnością polubi Legendę Korry. Zwłaszcza, że tak jak mówię - jest to produkt dojrzewający wraz z targetem. Korra jest niewątpliwie skierowana do nieco starszych widzów, jednakże w dalszym ciągu jest świetnym serialem. Ogląda się go naprawdę szybko, choć całość ma aż 52 odcinki. Jeśli ktoś lubi też fantasy połączone z technologiami, takie mieszanie światów, również Korra powinna mu przypaść do gustu. A na dzień dzisiejszy całość dostaje ode mnie ocenę 8/10, czyli jest to bardzo dobry serial.
Share: