Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 kwietnia 2016

Róża Wersalu - tom 1 (1972)

Jest to tytuł, na który czekało wielu. W tym także i ja - kilka lat temu obejrzałam anime pod tytułem "Róża Wersalu" (w Europie to anime było znane także pod tytułem "Lady Oscar") i byłam nim wręcz oczarowana, mimo swoich lat (ekranizacja powstała w 1979 roku). Nie myślałam, że doczekam się polskiej wersji tej mangi (bo anime również nigdy nie było oficjalnie wydane w Polsce), a jednak. Stało się to dzięki wydawnictwu JPF, które wcześniej wydało inną mangę pani Riyoko Ikedy, czyli "Aż do nieba", mangę opowiadającą o dziejach księcia Józefa Poniatowskiego. Byłam naprawdę mile zaskoczona, że postanowiono zdobyć licencję na mangę i wydać ją w języku polskim, a to wydanie jest w dodatku wyjątkowo piękne. Nie mogłam się doczekać pierwszego tomu i w końcu od wczoraj mam go w swoich rękach. Powiem krótko - jestem zachwycona.
Okładka pierwszego tomu. Źródło: mangagarden.pl
Rok 1755. W trzech różnych krajach Europy na świat przychodzą trzy osoby, których losy splotą się później w Paryżu. W Szwecji w tym roku narodził się hrabia Hans Axel von Fersen, późniejszy uczestnik wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. We Francji żona generała de Jarjayes wydaje na świat kolejną córkę. Niezadowolony ojciec daje jej na imię Oscar i postanawia wychować ją na syna. W listopadzie 1755 roku w Austrii zaś narodziła się Maria Antonina Austriaczka, późniejsza królowa Francji, którą spotka tragiczny los. Piętnaście lat później Maria Antonina wychodzi za mąż za Ludwika Augusta, wnuka króla Ludwika XV, a tym samym zostaje Delfiną (następczynią tronu) Francji. Kapitanem jej gwardii jest Oscar François de Jarjayes, która ma za zadanie chronić ją za wszelką cenę. Tymczasem Maria Antonina czuje się nieco zagubiona w nowej roli, a Wersal staje się miejscem pełnym intryg pałacowych i polem walki o wpływy na dworze królewskim. Przypadek sprawia, że Maria Antonina i Oscar poznają hrabiego Fersena, na którego widok serce zabiło mocniej zarówno królowej, jak i jej kapitanowi... Bohaterowie tej opowieści nie zdają sobie jednak sprawy, co czeka ich wkrótce w przyszłości.

Przede wszystkim miłym zaskoczeniem jest dla mnie to, że manga różni się trochę od adaptacji anime. Na czym polegają te różnice? Głównie na tym, że tytułową "różą Wersalu" jest właśnie Maria Antonina. Całość jest opowiadana (przynajmniej początkowo) właśnie z jej perspektywy, podczas gdy w anime jest ona od początku postacią drugoplanową (a później wręcz epizodyczną). Nie uważam jednak, że manga jest pod tym kątem gorsza, a wręcz przeciwnie. Być może dlatego, że właśnie Maria Antonina jest jedną z moich ulubionych postaci historycznych - królowa Francji, niesłusznie oskarżona przez swój lud, a także przez historię (do dziś niesłusznie przypisuje się jej słowa "Niech jedzą ciastka" w odpowiedzi na to, że lud nie ma chleba i nie ma co jeść). Tymczasem nawet w mandze jest pokazana w taki sposób, że czytelnik może łatwo zrozumieć jej motywacje i uczucia. Przede wszystkim jest ona młodą dziewczyną, ma zaledwie 15 lat, kiedy wychodzi za mąż, zostawiając ojczyznę i wszystko, co z nią związane, za sobą. W Austrii wiodła dość beztroskie życie księżniczki, podczas gdy Francja zaczęła wymagać od następczyni tronu. Nie miała również żadnego doświadczenia w rządzeniu, więc łatwo można było nią manipulować - Maria Antonina, stęskniona za matką dość łatwo dostała się pod wpływy podstępnej szlachcianki, Madame de Polignac, a ostrzeżenia przyjmuje za przeszkodę i zazdrość o jej szczęście. Maria Antonina, podobnie jak i jej mąż, Ludwik XVI, była po prostu za młoda i nie dojrzała do roli królowej, co doprowadziło do wielkiej tragedii. 
Drugoplanową bohaterką jest Oscar, wychowana na mężczyznę. Zostaje ona kapitanem gwardii królewskiej, chroni Marię Antoninę, a przy tym zachowuje swoje kobiece piękno - co jest niejednokrotnie pokazane. Oscar olśniewa zarówno kobiety, jak i mężczyzn, a jedna z bohaterek jest wręcz nią zauroczona. Od początku ją lubiłam i na duży plus wychodzi tutaj jednak wersja mangowa. W wersji anime Oscar niechętnie godzi się na rolę kapitana, ponieważ "nie chce niańczyć dziecka", natomiast w mandze robi to bez zbędnych dyskusji. Jest już obytą osobą na dworze królewskim, ale przy tym jest sprawiedliwa i nie boi się mówić głośno, co myśli. Często radzi dobrze Marii Antoninie, choć jej rady nie brzmią często zbyt mile i w zasadzie królowa nieszczególnie chce ich słuchać. Oscar współczuje bardzo biednemu ludowi i stara się przekazywać na dworze królewskim wieści o biedzie, a przy tym ostrzega Marię Antoninę przed zbytnim wydawaniem pieniędzy. Można by rzec, że Oscar nie pasuje do tamtego towarzystwa, ale jednak jest ważna postacią, a przy tym ciekawą - choć wychowana na mężczyznę, widać, że żywi w sobie ciepłe, "typowo kobiece" uczucia, a nawet doświadcza zawodu miłosnego w stosunku do mężczyzny. Mangowa wersja Oscar jest przystępniejsza, nie jest aż tak zimna jak ta wersja z anime. Jest mądra, świadoma swojej roli, ale przy tym chciałaby, aby lud był lepiej traktowany i stara się go zrozumieć, mimo swojego pochodzenia szlacheckiego.

Kreska Riyoko Ikedy jest typowa dla wczesnych tytułów shoujo - wielkie oczy, długie, gęste rzęsy, piękne włosy i stroje, a także piękni mężczyźni. Przy tym widać, że jest to tytuł dość stary - kiedyś nie przykładano wielkiej uwagi do tła, w przeciwieństwie do nowszych tytułów. Nie przeszkadza to jednak ani trochę w odbiorze mangi, ponieważ nie tło jest najważniejsze, a postacie - to co mówią, jak się wyrażają i jak wyglądają. I właśnie kolejny plus - pani Riyoko Ikeda dość zgrabnie wtrąca także zdeformowane w zabawny sposób twarze bohaterów, które często mają wyrażać zdziwienie lub złość. Tego mi w anime brakowało, lecz chyba to jest też cecha kreski Shingo Arakiego (znanego również z "Saint Seiyi") - raczej tam nie uświadczymy komediowych scenek. Za to w mandze - jak najbardziej, dlatego szczerze ją polecam.

Słowo o wydaniu polskim. Wiedziałam, że wydaniem się nie zawiodę, ponieważ jest to JPF, jedno z najbardziej doświadczonych wydawnictw mangowych na polskim rynku. Nie mam zastrzeżeń do tłumaczenia (może zdarzyła się raptem jedna literówka, ale równie dobrze mogła to być wina druku). Sam tłumacz zastrzega, że manga odniosła sukces w Japonii głównie dzięki prostocie języka - nie był on bowiem stylizowany na archaiczny, w oryginale jest też dość mało zapożyczeń, mimo że akcja toczy się we Francji, w kraju odległym kulturowo od Japonii. Dlatego myślę, że tłumacz dobrze oddał oryginał, przy tym zachowując umiar w tłumaczeniu tytułów przede wszystkim. Język nie brzmi sztucznie, nie jest przesadzony, ale nie jest też na siłę uwspółcześniony - choć nie zabrakło miejsca na dość zabawne wtrącenia, jak np. nazwanie Marii Antoniny "Antosią" przez jej matkę, Marię Teresę. Podobają mi się również dodatki, czyli strony kolorowe z oficjalnymi rysunkami pani Ikedy. Jedyne zastrzeżenie, jakie mogę mieć, to samo wydanie od strony ściśle technicznej - JPF zdecydował się wydać "Różę Wersalu" w trzech dość opasłych tomach (pierwszy tom ma 620 stron), co odbija się dość mocno na cenie - choć prawdopodobnie, gdybym miała kupować cieńsze tomiki, wyszłoby podobnie, zwłaszcza, że drugi tom ma być dopiero w październiku. Osobiście jednak wolałabym dołożyć jeszcze trochę i mieć twardą okładkę - przy takiej grubości tomik może się łatwo zniszczyć, w dodatku upadek na ziemię może być dość "bolesny" dla samej książki. Rozumiem jednak, że wydawnictwo nie chciało obciążać czytelników finansowo.

"Różę Wersalu" mogę śmiało polecić wszystkim, także tym, którzy nie gustują w mandze i anime. Nie ma bowiem w niej elementów typowych dla wielu mang, pani Ikeda przyłożyła się mocno do researchu historycznego (nawet dostała odznaczenie za promowanie kultury francuskiej), a sama historia jest bardzo intrygująca i choć wielowątkowa, to naprawdę lektura tej mangi jest przyjemna. Polecam również czterdziesto odcinkowe anime, które posiada także wątki nieporuszone w mandze, a są one również bardzo ciekawe. Powstał również film fabularny, lecz trudno mi o nim cokolwiek powiedzieć, ponieważ go nie oglądałam. W każdym razie zakup mangi to z całą pewnością nie są pieniądze wyrzucone w błoto. Warto przeczytać i warto posiadać ten tytuł na swojej półce. Ocenę końcową zaś pozostawię sobie na później, przy okazji recenzji trzeciego tomu. 
Share:

piątek, 6 marca 2015

50 twarzy Greya (2015)

I stało się. Tak, obejrzałam ten film, który pobił rekord sprzedanych biletów w pierwszy weekend wyświetlania w Polsce. Fenomen tej książki i całego merchandise z nią związanego jest czymś, czym mogą się zainteresować studenci socjologii - jak ktoś szuka tematu na pracę magisterską, to go podsuwam w tym momencie, bo dla mnie już jest trochę za późno, żeby zmieniać temat, ale gdybym mogła obronić magistra raz jeszcze... Żeby nie było (bo na filmwebie pojawił się już temat, który niejako jest hitem Internetu - "Nie czytałeś, nie rozumiesz, nie oceniaj") - książkę czytałam. Czytałam jakiś czas temu, jestem też w trakcie czytania drugiej części. Jeśli ktoś chce znać moją opinię o książce, to zapraszam tutaj. Nie będę się do niej za bardzo odnosić w tej recenzji, wolę ocenić aktorstwo i wykonanie filmu, aniżeli porównywać ją z książką. I jakkolwiek uważam, że książka jest bardzo szkodliwa, bowiem przedstawia toksyczny związek jako coś romantycznego, tak film jest... Po prostu nijaki. Nijaki w złym tego słowa znaczeniu. Bo są filmy tak złe, że aż dobre. Ten jest zły przez to, że wieje od niego nudą.
Źródło: filmweb.pl
Co jak co, ale trzeba przyznać, że fabuła filmu pokrywa się z fabułą książki. Tak więc młoda studentka literatury angielskiej, Anastasia Steele, ma przeprowadzić wywiad (w zastępstwie za chorą koleżankę) z wpływowym miliarderem, Christianem Greyem. Okazuje się, że Grey to młody i przystojny mężczyzna. To spotkanie nie jest ich ostatnim. Po pewnym czasie Christian proponuje Anie związek, w którym główną rolę będzie odgrywać sadomasochizm.

Długo nie wiedziałam, co właściwie napisać o tym filmie, poza tym, że jest nudny. Ale po paru przemyśleniach doszłam do wniosku, że jeśli książka brzmiała jak fanfiction, tak film też się ogląda jak fanfiction. Nawet w stylistyce filmu (ubrania, miejsca, niektóre elementy fabuły) widać, że jest to przerobiony "Zmierzch". Ja nie powiem - czytam i piszę fanfiction. Nierzadko takie, gdzie głównym wątkiem jest to, że dwie postacie żyją długo i szczęśliwie. Problem w tym, że fanfiction ma w sobie tę cząstkę "fan", co oznacza, że jest tworzone od fanów dla fanów. I oznacza, że niekoniecznie to, co czytamy, chcielibyśmy zobaczyć na ekranie. Dlaczego? Ano dlatego, że fabuła fanfiction najczęściej jest prosta - nie powiem, jest to miód na złamane serca fanów, którzy np. chcieliby, by dana postać żyła. Ale czy naprawdę chcielibyśmy, żeby fabuła opierała się tylko i wyłącznie o te dość banalne rzeczy, jak związek? Motyw w końcu bardzo oklepany. Podobnie jak i seks - mile widziany w fanfiction, niekoniecznie chcę to widzieć na ekranie. I jest to pierwszy grzech filmu - że jest po prostu bardzo fanfikowy w złym tego słowa znaczeniu.

Drugą rzeczą, którą uważam za grzech twórców jest fakt, że trochę rzeczy umknęło. Mam na myśli głównie to, że bez przeczytania książki widzowi trochę ciężko się połapać chociażby w tym, kto jest kim. Łatwo bowiem zapominamy o postaciach drugoplanowych, które w filmie robią głównie za tło. Tym samym nie wiemy np. kim jest mężczyzna, który towarzyszy Anie podczas absolutorium (w książce jest wyjaśnione). Nie wiemy, za co bohaterka uwielbia Thomasa Hardy'ego. I tak dalej. Wiadomo, że zawsze przy adaptacji trzeba uciąć kilka rzeczy, ale nie takich, bez których widz nie będzie wiedział, o co chodzi. Bo film powinien być zrozumiały nie tylko dla tych, którzy czytali książkę.

Łączy się z tym inny błąd twórców. Wprawdzie na szczęście nie ma przemyśleń Any (które w książce potrafiły niemiłosiernie irytować), ale za to kolejnym grzechem jest zbytnie ugrzecznienie filmu. Tak, żeby i wilk był syty i owca cała. Żeby zebrać jak największy target, a jednocześnie nie robić filmu powyżej 18 lat. Stąd sceny seksu są raczej dość delikatne, a o BDSM jest więcej gadania, niż robienia. Sceny seksu nie robiły na mnie właściwie żadnego wrażenia, a to znaczy, że coś jest nie tak, bo zazwyczaj w każdym innym filmie to one jakoś tam na mnie działają i podobają mi się.

A moim zdaniem to wynika z kolei z faktu, że po prostu aktorzy są strasznie niedopasowani. Między głównymi bohaterami nie ma żadnej chemii. Dakota Johnson gra, jakby teksty wymyślała na poczekaniu, choć właściwie jest to bardziej wina bohaterki, która jest tak wykreowana - jest nudna, nic sobą właściwie nie reprezentuje, nie ciekawi widza. Dlaczego więc miałaby zwrócić uwagę miliardera? Z kolei Jamie Dornan kompletnie nie pasuje do swojej roli. Gra bardzo sztucznie, jego kwestie raczej mnie żenowały, niż kręciły, gra tak, jakby już chciał tylko wziąć pieniądze i iść do domu. Wszelkie sceny miłosne między Christianem i Aną są zwyczajnie słabe. Wynika to z kompletnego braku chemii, nie widać między nimi tego, że rodzi się tam jakieś uczucie.

Czy film ma jakieś zalety? Wizualnie jest całkiem niezły, to muszę przyznać. Jak to stwierdziła Zwierz Popkulturalny, jest to "fajna reklama mebli". Naprawdę - wystrój i scenografia są świetne, aż chce się podziwiać tylko te meble. No i jeszcze muzyka jest klimatyczna i naprawdę niezła - utwory są rozmaite i chce się ich słuchać. Naprawdę, jeśli miałabym coś kupić z tego merchandise, to chyba byłby to soundtrack do filmu.

Tego filmu nie mogę polecić nawet fanom książki - będą po prostu zawiedzeni, że nie wszystko zostało odzwierciedlone, jak należy. Tak samo nie polecam go reszcie - jest po prostu nudny. Nie idźcie na to do kina. Ja sama wolałam zaczekać, aż jakaś w miarę dobra wersja będzie na Internecie. Film kreuje zły obraz związku, a sceny erotyczne są takie sobie. Jeśli ktoś chce dobry film z wątkami erotycznymi, ale i z porządną fabułą, to polecam chociażby "Nimfomankę" Larsa von Triera czy "Tureckie owoce" z Rutgerem Haurerem w roli głównej. Naprawdę - film sprzed 40 lat, bardzo naturalistyczny momentami, ale o niebo lepszy. Greya można sobie śmiało odpuścić, a nawet unikać jak ognia. A moja ocena to 2/10, czyli bardzo słaby. Nie daję 1, bo jednak te meble i muzyka są naprawdę dobre. 
Share:

wtorek, 6 maja 2014

Saga Zmierzch: Przed Świtem, cz. II (2012)

UWAGA, RECENZJA ZAWIERA SPOILERY!

W dniu przyjazdu do Krakowa obejrzałam film, po którym moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Najwspanialszy film swojego życia. W ogóle nie wiem, co robiłam przez całe swoje życie, że dopiero teraz ten film trafił do mojej kolekcji pt. "obejrzane". Film jest po prostu cudowny, ma wspaniałych bohaterów, akcję, a te przesłanie i zwroty akcji... Nie, zaraz. Wróć. Żartowałam oczywiście. Tak naprawdę to jeden z najgorszych filmów, jakie było mi dane obejrzeć.
Źródło: filmweb.pl
Co z fabułą? Szczerze, do tego filmu nie trzeba znać poprzedników, które bardziej się skupiały na wątkach romansowych. Ogólnie fabuła toczy się wokół tego, że Bella stała się wampirem po narodzinach córki, Renesmee. Próbuje przystosować się do nowego życia, a w tym czasie okazuje się, że jej córce może grozić niebezpieczeństwo.

I nie ma się co więcej rozdrabniać. Film był okropnie nudny (nawet po alkoholu), postacie są nijakie, fabuła za przeproszeniem z dupy... Nawet nie wiem, co można określić mianem najgorszej rzeczy w tym filmie. Z pewnością efekty CGI. O. Mój. Boże. Nie rozumiem, jak można komputerowo generować twarz niemowlęcia i dziecka. To wygląda koszmarnie! Jeśli takie było zamierzenie, to ok, ale jeśli nie, to nie rozumiem, po co to. Po drugie - silenie się na akcję. Już z dwojga złego wolę, żeby to pozostało romansem dla nastolatków, niż żeby się bawiło w wielką akcję, w bitwę (konkurencja dla finałowego Harry'ego Pottera? Nie wydaje mi się), cokolwiek. Zwłaszcza, że okazuje się, że bitwa wampirów, która jest najlepszą sceną filmu, jest tak naprawdę... Wizją tego, co może się stać. Tak. Przez dobre 15? 20 minut człowiek się wkręca w bitwę, której nie ma. A potem szybkie i beznadziejne rozwiązanie akcji, w stylu "Aha, teraz rozumiemy swój błąd, nie będziemy wam przeszkadzać". Naprawdę, żeby to chociaż była parodia. Ale niestety, to nie jest parodia. To było naprawdę.

Nawet Lee nie pomógł temu czemuś. Jego rola może jest fajna (no i zaleta - fajnie wygląda), ale ma niewiele do powiedzenia. Liczyłam na to, że chociaż się pośmieję z głupoty tego filmu, ale raczej nudził i sprawiał, że przysypiałam. Dlatego moja ocena (i tak łaskawa) to 3/10, czyli słaby (już lituję się dla Lee). A teraz muszę się chyba czegoś napić. 
Share:

czwartek, 17 kwietnia 2014

Biała Hrabina (2005)

Przyznaję, lubię filmy historyczne, zwłaszcza takie, które dotykają spraw bliżej nieznanych polskiemu widzowi (jeśli ten nie interesuje się zbytnio historią powszechną czy historią krajów nieeuropejskich czy historią USA - choć i ta czasem jest dość egzotyczna), ale muszę też przyznać, że takie filmy powinny odpowiednio zainteresować widza, dlatego czasem mieszanie gatunków (w tym przypadku romansu) jest trochę niekorzystne. Co nie znaczy od razu, że film "Biała Hrabina" jest złym filmem, ale zdecydowanie czegoś mi w nim brakuje.
Źródło: filmweb.pl
Akcja filmu toczy się w latach 30. XX wieku w Szanghaju, w którym mieszka rosyjska hrabina. Ta, by mogła zapewnić godny żywot swojej rodzinie, chwyta się prostych zajęć - jest m.in. kelnerką i tancerką. Pewnego dnia spotyka byłego amerykańskiego dyplomatę, Todda Jacksona, który jest niewidomy. Ten proponuje jej założenie baru. Z czasem ich znajomość staje się coraz bardziej intymna. Do tego w tle mamy konflikt chińsko-japoński, który miał miejsce na krótko przed II wojną światową.

Jednym z powodów, dla których ta recenzja będzie krótka, jest to, że nie mam się o czym rozpisywać. Nie jest jednak aż tak, jak z "Niezwykłym dniem panny Pettigrew", ale będę szczera - to Ralph Fiennes gra tutaj pierwsze skrzypce i nikt mu aż tak nie dorównuje. Natasha Richardson jest dla mnie nijaka (jak na rolę arystokratki gra dość nietypowo - i to raczej w tym złym znaczeniu), Hiroyuki Sanada, który grał m.in. w "Ostatnim Samuraju" jest tylko postacią drugoplanową, a Lee Pace pojawia się tylko od czasu do czasu i nie ma zbyt wiele do powiedzenia (zresztą, to jedna z jego wczesnych ról). Dużym plusem jest jeszcze właśnie pokazanie tego konfliktu chińsko-japońskiego, o którym niewiele się wie (bo wiemy, że Japończycy walczyli z Amerykanami, ale mało kto wie, jakie wcześniej oni zrobili piekło Chińczykom), ale nic więcej.

Wątek romansowy - jak dla mnie jest bardzo przeciętny. Zakończenie tak samo. Na plus są również muzyka z epoki i samo wykonanie (mimo, że to film z 2005 roku, nie zestarzał się).

Komu jednak mogę polecić "Białą Hrabinę"? Na pewno tym, którzy lubią klimaty lat 30., a także ludziom interesującym się historią, niekoniecznie tą, której uczymy się w szkołach. Ci, którzy doceniają aktorstwo Ralpha Fiennesa również powinni obejrzeć ten film - facet gra bowiem świetnie niewidomego, a to niełatwe zadanie. Na wolne popołudnie, takie leniwe, przy melancholijnym nastroju - w sam raz. Ale moja ocena to 7/10, czyli dobry (tylko i aż).

PS. Czy dobrym pomysłem będzie post ogólny, jakieś wypełnienie filmowego challenge'a?
Share:

wtorek, 8 kwietnia 2014

G. Musso - Telefon od anioła (2011)

Często widzę, że ludzie czytają jakieś książki (właśnie wbrew temu, co się mówi, że Polacy nie czytają. To nieprawda, zależy w jakim towarzystwie się obracasz) i zazwyczaj dopytuję się, co takiego ktoś czyta. Tym razem moja koleżanka czytała książkę francuskiego autora, Guillaume Musso, pt. "Uratuj mnie". Przeczytałam opis na okładce i stwierdziłam, że może być fajne. Ale wcześniej sięgnęłam po inną książkę tego autora, "Telefon od anioła", którą również mi polecała. I... Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrej książki, która by miała tyle zwrotów akcji.
Źrodło: empik.com
"Telefon od anioła" rozpoczyna się niepozornie. Mamy dwójkę bohaterów, Angielkę - Madeline Greene, która aktualnie mieszka w Paryżu z narzeczonym i ma kwiaciarnię oraz Jonathana Lempereura, który prowadzi mały lokal w San Francisco. Przypadek sprawia, że oboje spotykają się na lotnisku w Nowym Jorku. Wpadają na siebie, przez co spadają im telefony. Niestety, przez to, że mają identyczne modele telefonów, zamieniają się nimi, nawet o tym nie wiedząc i wracają do swoich domów. Wkrótce szybko orientują się, że zaszła pomyłka, lecz zanim odeślą sobie telefony, okazuje się, że pokusa jest zbyt duża i każde chce dowiedzieć się czegoś o sobie. Okazuje się, że Jonathan i Madeline mają ze sobą więcej wspólnego, niż im się może wydawać.

I... Właściwie tylko tyle mogę zdradzić na temat fabuły. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na tagi, że jest to kryminał. A grzechem byłoby, gdybym zdradziła coś więcej na ten temat. Przyznaję, że początkowo trochę to przypominało film z Meg Ryan i Tomem Hanksem pt. "Bezsenność w Seattle", ale w książce mamy tyle zwrotów akcji, że szybko staje się zupełnie czymś innym. I warto zaznaczyć, że te wszystkie plot twisty nie są dodane "Bo tak", tylko wszystkie pozornie odrębne elementy łączą się w całość, co jest bardzo dobre.

Lubię droczenie się z czytelnikiem właśnie w ten sposób, że potem nie raz sama łapałam się na tym, że "czemu na to nie wpadłam". Owszem, jest również kilka schematycznych rozwiązań i kilka "filmowych", ale to zupełnie nie przeszkadza w odbiorze książki. Będę szczera, czasem pewne schematy po prostu są potrzebne. Jeśli ktoś się wysila na coś bez schematów, to zwykle wychodzi z tego coś, co nie trzyma się kupy. Drugą zaletą książki są główni bohaterowie. Pozornie są oni zwyczajnymi bohaterami, ot mężczyzna i kobieta po 30-stce, którzy sobie jakoś tam ułożyli życie. Jednak im więcej się o nich dowiadujemy, tym bardziej wydaje się, że mają ciekawą przeszłość i ciekawą osobowość, są zdolni do rzeczy, których byśmy się nie spodziewali. Inną zaletą będzie też to, że książkę czyta się naprawdę szybko i bardzo wciąga (ja wczoraj nawet nie wiem, o której się położyłam, bo tak mnie wciągnęła, że stwierdziłam, że muszę ją skończyć). W sam raz dla współczesnego czytelnika, bo mówi też o wielu sprawach, z którymi mamy do czynienia na co dzień. Choć z wad opisowych to może być jedynie taka, że w którymś momencie rozmowa telefoniczna jest zapisana jak skrypt do scenariusza. Po co? Można dać zwyczajny dialog i każdy będzie wiedział, o co chodzi. Ale tak to nie widzę większych uchybień, bo i jest to książka, po której nie spodziewam się cudów, wrażeń artystycznych, itd. Po prostu rozrywka, ale bardzo dobra, na poziomie.

Autora podziwiam również za research - odzwierciedlił bardzo dokładnie współczesne Stany, Anglię czy Francję, choć ciekawostką jest to, że zaznaczył, że część z nazw nie jest błędem, po prostu jego książki mają miejsce w alternatywnej rzeczywistości, choć podobnej do naszej. Mimo wszystko podziwiam i gratuluję, bo mówi się o Francuzach, że nie cierpią Anglików, a jednak nawet taka Anglia była starannie odzwierciedlona i pokazana. Mam jedynie mieszane uczucia, co do zakończenia. Tu zdradzę jedynie, że jest ono po części otwarte. Niby wątki są zamknięte, ale jednak chciałoby się dowiedzieć czegoś jeszcze. Choć może czasem tak jest lepiej, w końcu zakończenie otwarte bardzo wpływa na wyobraźnię czytelnika, w ten sposób, że każdy może sobie w głowie dorobić własne zakończenie. I o to chodzi.

Książkę mogę śmiało polecić każdej dorosłej osobie (no, ewentualnie od 15 roku życia wzwyż, niech już będzie), niezależnie od płci. Jeśli jesteś w podróży - ta książka będzie w sam raz, żeby umilić czas. I człowiek łaknie więcej, więc bardzo prawdopodobne, że sięgnę po jakiś kolejny tytuł pana Musso. Moja ocena to 9/10, czyli rewelacyjna (oczywiście w swojej kategorii, z reguły nie daję 10, bo książka dla mnie musi przetrwać próbę czasu). 
Share:

niedziela, 2 marca 2014

Ona (2013)

Oscary wprawdzie już dzisiaj w nocy, więc zdecydowałam się obejrzeć kolejny z nominowanych filmów. Tym razem zdecydowałam się na "Her" (polski tytuł: "Ona"), a to ze względu na coś, co bardzo lubię - banalny temat w nietypowej odsłonie. I muszę przyznać, że jest to jeden z tych filmów, który powinien być nazywanym prawdziwym sci-fi - bo może niekoniecznie przedstawia on świetne efekty specjalne, ale skłania do filozoficznych refleksji. Jestem pod dużym wrażeniem, i to na tyle, że w zasadzie nie wiem, jak ułożyć słowa do tejże recenzji...
Źródło: cinekatz.com
Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości. Theodor Twombly zajmuje się zawodowo pisaniem listów (najczęściej dla zakochanych par) i idzie mu to bardzo dobrze, ma bowiem talent literacki i jest bardzo wrażliwym człowiekiem. Jednakże Theodor jest w trakcie rozwodu ze swoją żoną, Catherine. Mieszka samotnie. Od czasu do czasu spotyka się z przyjaciółmi, ale tak to czas wypełniają mu gry komputerowe i cyberseks z nieznajomymi kobietami. Wszystko się zmienia, gdy pisarz zakupuje nowy system operacyjny, który wykazuje się wysokim poziomem inteligencji oraz jest spersonalizowany. System mówi do niego kobiecym głosem, nazywa siebie Samanthą i z czasem uczy się ona także ludzkich emocji.

Pierwsza rzecz, jaka mi się spodobała, to wizja przyszłości. Ostatnio modna jest wizja bardzo tragiczna, postapokaliptyczna, gdzie Ziemia jest właściwie zniszczona, a jeśli nie zniszczona, to jakiś kraj jest pod rządami totalitarnymi, itd. Tu wizja jest zupełnie inna. Jest spokojniejsza, zakłada po prostu większy rozwój technologii informacyjnych (choć część z tych rzeczy już jest w pewnym stopniu dostępna), a w wystroju minimalizm i ekologię (łatwo zauważyć dość sporą liczbę zieleni, nawet bohaterowie udają się na wakacje w piękne miejsce na łonie natury). To oczywiście pozytywna strona tejże przyszłości, jednak jest też druga strona medalu, a mianowicie samotność.

Od pierwszych chwil filmu można zauważyć, że ludzie żyją obok siebie, w swoich światach, a tak naprawdę są bardzo samotni, przez co szukają kontaktu zastępczego. Na przykładzie głównego bohatera widzimy, że ma on duże problemy z własnymi emocjami i z samym sobą. Żona opuszcza go właśnie z tego powodu - uważa, że nie potrafi on przeżywać prawdziwych emocji. Z jednej strony Theodor jest pisarzem, potrafi tworzyć świetne listy, które wzruszają czytelnika lub go bawią, lecz nie potrafi on ułożyć sobie własnego życia pod tym kątem. Widać, że jest bardzo wrażliwy, a jednocześnie boi się nawiązać prawdziwego kontaktu z drugą osobą. Takie zastępstwo daje mu Samantha. Jako wirtualny twór jest bardzo ciekawa - początkowo jest tylko programem, który musi się dostosować do potrzeb swojego odbiorcy, lecz z czasem ich relacja pogłębia się. Moje ulubione momenty filmu to niekoniecznie sceny miłosne (choć muszę przyznać, że opis wykonywanych czynności przez Theodora działa na mnie, ale to chyba dlatego, że jestem kobietą ;)), ale momenty, kiedy Samantha wszystkiemu się dziwi, zastanawia się, jak to jest mieć ciało, widzieć je, czuć emocje. Relacja Theodora i Samanthy jest dość niezwykła, choć nie taka nadzwyczajna w świecie bohatera - jego przyjaciółka mówi mu o tym, że jest coraz więcej takich związków ludzi z "wirtualnymi". Przez większą część filmu możemy nawet uwierzyć, że ten związek praktycznie niczym się nie różni od takiego "tradycyjnego". Jednak czym dalej, tym bardziej się zastanawiamy, czy może faktycznie Catherine miała rację? Czy Theodor może po prostu unika prawdziwych uczuć? Czy taką miłość można nazwać prawdziwą? Z tymi pytaniami pozostawia nas reżyser bez jednoznacznej odpowiedzi.

Dziwi mnie brak nominacji dla Joaquina Phoenixa. Zagrał on bowiem postać, która nie jest łatwa do oceny - z jednej strony Theodor jest bardzo wrażliwy, a z drugiej strony - ciągle przed czymś ucieka i szuka pocieszenia w grach i w seksie. Dodatkowo ucharakteryzowali go tak, że nie wygląda on na postać z typowego romansu (co widać na plakacie) - wręcz można powiedzieć, że odbiega on bardzo od współczesnego ideału mężczyzny, nie jest atrakcyjny (pomijam, że ogólnie Phoenix nie jest dla mnie atrakcyjny, dodatkowo ciągle mam przed oczami jego Kommodusa z "Gladiatora", ale ta rola mnie urzekła). Natomiast nie dziwi mnie brak nominacji dla Scarlett Johansson, ponieważ operowała ona w swojej grze jedynie głosem - gdyby aktorów nominowano tylko za to, to pokrzywdzeni byliby aktorzy dubbingowi. Choć to nie umniejsza faktowi, że nawet jej głos był urzekający, że faktycznie zapominało się, że Samantha to tylko system operacyjny. Dla mnie praktycznie jedyną wadą filmu było to, że miałam niedosyt, jeśli chodziło o te rozterki na temat emocji i człowieczeństwa, a więcej uwagi poświęcono seksowi. Nie należę do osób pruderyjnych, ale trzeba umieć zachować pewną równowagę.

Warstwa wizualna prezentuje się ciekawie, podobnie jak i zdjęcia do filmu. A pod kątem scenografii mam dylemat, bo kibicuję w tej kategorii także "Wielkiemu Gatsby'emu", a tutaj scenografia również przedstawia się bardzo ciekawie. Muzyka również jest bardzo dobra, wyważona, momentami bardzo poruszająca. Tu nie mam zastrzeżeń.

Ogólnie bardzo kibicuję "Her" w wyścigu po Oscary. Jest to film, który, jak wspomniałam na początku, łączy temat prosty, oklepany, z motywami bardzo oryginalnymi, a jednocześnie film skłania do refleksji, czym powinien się charakteryzować ten gatunek. Liczę na to, żeby "Ona" zdobyła jak najwięcej Oscarów w kategoriach, w których jest nominowana. A moja ocena to 9/10, czyli rewelacyjny. 
Share:

piątek, 28 lutego 2014

Emma: Victorian Romance* (2005-2007)

Długo szukałam czegoś, co w pełni mi pokaże, że ktoś autentycznie interesuje się daną epoką - robi dobry research, przedstawia daną epokę jak należy, bez zbędnych przekłamań, czy niepotrzebnego fanserwisu. Jeśli chodzi o gatunek manga/anime, to choć lubię Kuroshitsuji, to nie mogę często przeboleć pewnych błędów historycznych (np. akcja toczy się pod koniec wieku XIX, a mamy tam telewizor, coś w rodzaju telefonu komórkowego, a stroje postaci są raczej krzykliwe i w stylu gothic lolita, niż w stylu prawdziwie wiktoriańskim), ale mogę darować te błędy autorce, ponieważ ważniejsze są w Kuroshitsuji wątki fantastyczne, aniżeli historyczne, czy pseudohistoryczne. Ja natomiast szukałam czegoś spokojniejszego. Historii, która nie jest banalna, a jednocześnie ujmująca prostotą i pewną "klasycznością". Znalazłam w końcu w ten sposób "Emmę". 
źródło: en.wikipedia.org
Z tego, co wiem, Studio JG oferuje nam już dwa tomy tej mangi autorstwa Kaoru Mori, jednakże cena zniechęciła mnie (wspominałam kiedyś na swoim devie, co sądzę o ich polityce cenowej i dlaczego jest ona zła), a ponieważ w planach mam zamiar regularne kupowanie "Shingeki no Kyojin", z "Emmy" musiałam zrezygnować, ponieważ 300 zł za 10 tomów to jednak lekka przesada. Myślę, że zakupię tę mangę, kiedy odłożę pieniądze. Albo nadrobię ją po angielsku. Ja natomiast obejrzałam anime, składające się z dwóch serii (łącznie 24 odcinki) i odcinka specjalnego (który można sobie darować, bo jest on raczej streszczeniem pierwszej serii). I początkowo miałam plan zrecenzować najpierw pierwszą serię, lecz oglądało mi się ją tak szybko, że zaraz obejrzałam drugą. W ten sposób mogę ocenić całość.

Początkowo akcja toczy się w Londynie, pod koniec XIX wieku. Tytułowa Emma jest służącą w domu Kelly Stowner, emerytowanej guwernantki. Ich spokojne życie zmienia się, kiedy panią Stowner odwiedza dawny wychowanek, William Jones, młody spadkobierca rodzinnego biznesu (rodzina, odkąd się wzbogaciła w czasie rewolucji przemysłowej, została gentry). Pozornie zwykła wizyta powoduje kolejne wydarzenia, będące fabułą anime. William zakochuje się w Emmie od pierwszego wejrzenia, choć wie, że jest ona tylko służącą. Z czasem również Emma zaczyna czuć coś do Williama. Na drodze stoi jednak wiele przeszkód, w tym rodzina mężczyzny, która nalega na ślub Williama z Eleanorą Campbell, pochodzącą z arystokratycznej rodziny.

I... Nie wiem, od czego zacząć. Bo bardzo wiele rzeczy mi się tu podobało, a jedyne wady, jakie widzę, to praktycznie wynikają z punktu widzenia człowieka żyjącego w XXI wieku, a nie w wieku XIX. Chyba muszę zacząć od braw za research. Autorka określa siebie anglofilem, co widać. Zadbała ona o każdy szczegół, także twórcy anime niewiele odchodzili od jej zamysłów, jeśli chodzi o projekty. Wszelkie budynki, scenerie, są wzorowane na prawdziwych miejscach. Podobnie stroje, zwyczaje, kultura. Nie zauważyłam większych odstępstw. Dodatkowym plusem są ciekawostki historyczne po napisach każdego odcinka.

W serialu występuje cała masa różnych postaci, lecz najważniejsza moim zdaniem jest trójka z nich: Emma, William i Eleanora. Tytułowa bohaterka pozornie może się wydawać Mary Sue, lecz patrząc na czasy, w jakich żyje, nie jest nią. Jest typową służącą, która żyje w epoce wiktoriańskiej. Jest powściągliwa, skromna, czasami aż za skromna, cicha, wykonuje swoje obowiązki, jak należy. Z czasem dowiadujemy się czegoś o jej przeszłości, która była dość traumatyczna. Na szczęście dziewczyna spotyka na swojej drodze Kelly Stowner, która nie tylko uczy ją, jak być służącą, ale również uczy pisania i czytania, co czyni Emmę kobietę dosyć wykształconą, jak na swoje czasy. Ciekawym faktem jest to, że Kelly wzięła ją do siebie w ramach poniekąd eksperymentu - chciała zobaczyć, czy edukacja ma wpływ na zachowanie i kulturę człowieka (czyli stanowisko, które dzisiaj jest uważane za normę, wtedy było traktowane dość sceptycznie). Troszkę bardziej Emma podoba mi się w drugim sezonie - bo wiemy ciut więcej o niej, dodatkowo prowadzi dziennik i znamy jej przemyślenia. Ktoś może ją jeszcze uznać za Mary Sue, bo wystarczy spojrzeć na obrazek, który załączyłam - nie jest ani ładna, ani brzydka, a mimo to ma dość sporo adoratorów, których jednak konsekwentnie odrzuca. Robi to, co do niej należy, jest silna, a co ważne - jej decyzje nie mają czasami bezpośredniego związku z uczuciem do Williama. I to się ceni. William Jones jest również ciekawą postacią. Dąży konsekwentnie do swojego celu, nie poddaje się tak łatwo, jeśli chodzi o Emmę, ale przy tym widać, że niepewnie czuje się w roli przyszłego dziedzica. Dostrzega w przeciwieństwie do swojego ojca, że niższe warstwy społeczne "są także ludźmi", dla niego nie liczy się to, że Emma jest służącą, tylko jest po prostu interesującą kobietą. Ojciec cały czas mu zarzuca, że nie interesuje się firmą, ale z czasem William stara się to naprawić. Po prostu jest człowiekiem, który nie jest samolubny (co zarzuca mu rodzeństwo), ale robi to, co uważa za słuszne, nie patrząc na konwenanse. Ostatnią ciekawą postacią (oprócz wielu innych, ale recenzja byłaby za długa, gdybym miała omawiać każdą postać) jest Eleanora Campbell. Pozornie ona się wydaje słodką panienką, pochodzącą z arystokracji, jednak jej osobowość jest bardzo dobrze przedstawiona. Jest ciekawym studium przypadku - nie potrafi się pogodzić z faktem, że William jej nie kocha, przez co się załamuje - można zobaczyć u niej klasyczne objawy załamania nerwowego i depresji. Nie jestem w stanie winić Eleanory, jak dla mnie nie jest "tą trzecią", a jest raczej ofiarą własnych uczuć i konwenansów społecznych (nie potrafi znieść plotek na swój temat, dodatkowo ojciec obwinia ją o to, że nie potrafiła zatrzymać przy sobie niedoszłego męża). Dlatego współczułam jej i ani trochę nie uważałam jej za kogoś, kto "przeszkadza" w uczuciu głównych bohaterów. Jakby to ująć: "Takie były czasy".

Od strony wizualnej anime prezentuje się przyzwoicie. Pierwsza seria powstała w 2005 roku, a druga w 2007. Mimo to nie widać upływu czasu. Kreska jest dość ładna, animacja płynna, a muzyka (w tym opening i ending) bardzo spokojna i nastrojowa. Po prawdzie, gdyby nie kreska i nie dialogi w języku japońskim, nie czułabym, że jest to anime - tak dobrze są oddane realia.

Generalnie mogę ten tytuł polecić jednak dojrzalszemu widzowi, który jest w stanie cieszyć się opowieścią bez zbędnych wstawek komediowych, czy fanserwisowych, który jest w stanie docenić spokój i nacieszyć swoje oko drobnymi detalami historycznymi. "Emma" jest dla mnie tytułem wręcz idealnym, jeśli chodzi o czasy wiktoriańskie. Do tego druga seria trzyma poziom pierwszej. Dlatego śmiało mogę postawić ocenę 8/10, czyli bardzo dobry.

PS. Jutro najprawdopodobniej recenzja "Frozen" (w końcu).

*Jest to oficjalny tytuł pierwszej serii anime. Tytuł mangi to po prostu "Emma". Dodałam jednak "Victorian Romance", by nie mylić tego tytuł z powieścią Jane Austen.
Share:

wtorek, 18 lutego 2014

Uroczystość (2010)

Dzisiaj będzie krótko, bo szczerze... Ja nie wiem, co mam tak do końca myśleć o tym filmie. Jest to kolejny film z gatunku "obejrzałam dla danego aktora". Tym razem dla Lee, ponieważ gify mi się przewijały wszędzie z tego filmu. Naczytałam się opinii, że jest cienki. Nie tylko ja obejrzałam go dla Lee Pace'a, ocena na filmwebie również nie powala. A mimo tego pozostawił u mnie mieszane uczucia. Dlaczego? Bo moim zdaniem "Uroczystość" to zmarnowany potencjał, ale dlaczego, o tym za chwilę.
Źródło: filmweb.pl
Film opowiada o młodym pisarzu Samie, który bezskutecznie próbuje pisać książki dla dzieci. Od roku nie widział się ze swoim przyjacielem, Marshallem. Gdy się spotykają, wyruszają na weekend za miasto. Początkowo zatrzymują się w tanim motelu, lecz z braku rozrywek Sam proponuje Marshallowi wkręcić się na przyjęcie, odbywające się tuż obok. Wkrótce okazuje się, że mężczyźni nie znaleźli się tam przypadkowo. Przyjęcie jest bowiem urządzone przez przyjaciółkę Sama, Zoe, która wkrótce bierze ślub z autorem filmów dokumentalnych, Whitem. Młody pisarz, zakochany w niej, próbuje odwieść ją od tej decyzji.

I szczerze, łatwiej będzie mi mówić o wadach tego filmu, bo są one duże. Po pierwsze - fabuła wydaje się jakby... Wyrwana z kontekstu. Co mam na myśli? Mam na myśli to, że choć z czasem dowiadujemy się coraz więcej o bohaterach, to akcja jest jakby sztucznie popędzana. Początek jest, że tak to brzydko określę "z dupy" (przepraszam, ale nie mam innego określenia na to). Tak, jakby ktoś gnał tego scenarzystę czy reżysera, bo w zasadzie nie wiemy nic. Nie wiemy, kim jest Sam, kim jest Marshall, dlaczego się tam udają, dlaczego się nie widzieli od roku, do czego to właściwie zmierza. Rozumiem, że koncepcja być może była taka, że film ma być układanką, że widz choć nie wie z początku, o co tu chodzi, to z czasem się tego dowie i ułoży te elementy w całość. Niestety, w tym przypadku to nie działa, bo film nie intryguje, a irytuje właśnie z powodu tego "popędzania". Druga rzecz, która też się wiąże z pierwszą - film jest za krótki. Na ipli miałam, że trwa godzinę i 27 minut, lecz skończył się około godziny i 20 minuty. Miałam takie... "To już koniec?" Bo szczerze, z czasem bohaterowie robią się nawet ciekawi, ale wciąż wiemy o nich zbyt mało, a niektóre wątki są rozwiązane na szybkiego. A jednak chciałoby się dowiedzieć coś jeszcze o tychże postaciach. Trzecia rzecz jest w pewnym sensie i wadą, jak i zaletą. Chodzi mi o to, że film jest opisany jako komedia romantyczna, a momentami wyłamuje się z tego schematu. Więc jeśli ktoś liczy na lekkie kino i jakieś schematy typowe dla komedii, to może się zawieść. I jest to wada, bo jest to zmyłka. Jest trochę zabawnych scen, jest humor głównie opierający się na postaciach, ale mimo wszystko film kończy się dość nietypowo. I gdyby tak go przerobić, żeby nie był komedią romantyczną, mogłoby wyjść coś całkiem fajnego.

Dlaczego? I tu przejdę do zalet filmu. Otóż zakładając, że film nie byłby komedią romantyczną, to miałby ciekawe przesłanie, a mianowicie przesłanie takie dość realistyczne, pt. "Marzenia nie zawsze się spełniają, czasem warto odpuścić". Momentami wkurzał mnie główny bohater, który momentami wpisywał się w klasyczny schemat biednego, odrzuconego przyjaciela, który to znalazł się w "friendzone" i próbuje walczyć o kobietę swoich marzeń. W końcu jednak dociera do niego bolesna prawda - a mianowicie taka, że niestety, Zoe nie zostawi swojego narzeczonego dla kogoś, kto nie ma szans, by zapewnić im dobry byt. Takie przesłanie nieco bolesne, ale jednocześnie realistyczne. A i do głównego bohatera dociera to, że nie ma szans. I to jest dobre! Zwłaszcza jedna scenka bardzo mnie zaskoczyła (nie powiem dokładnie co, ale powiem, że miało to miejsce podczas konfrontacji Sama z Zoe). Drugim plusem jest gra aktorska i postacie. Postacie, choć nieco zmarnowane, mają duży potencjał. Podobnie jak i aktorzy (choć dziwię się, że taka aktorka, jak Uma Thurman, zgodziła się zagrać w takim filmie). Naprawdę, do gry aktorskiej nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Gdyby tylko poprawić scenariusz, ale dać tych samych aktorów, wyszedłby z tego świetny film.

Podsumowując: film "Uroczystość" byłby przeciętniakiem, gdyby nie właśnie postacie i niektóre rozwiązania fabularne. I gdyby też nie reklamowano go jako "komedii romantycznej", a zrobiono z tego całkiem dobry dramat, byłabym zachwycona. Dlatego w ten sposób film otrzymuje ode mnie notę 6/10, czyli niezły. I ocena leci w górę o jeden stopień tylko za grę aktorską (i za Lee). Generalnie można obejrzeć, jeśli nie masz nic do roboty, a zwyczajnie ci się nudzi. 
Share: