Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komediodramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komediodramat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2017

I'm more man than a horse, czyli BoJack Horseman

W końcu coś, co zmusiło mnie do napisania dłuższego tekstu. Wprawdzie w wakacje obejrzałam trochę filmów w kinie, ale o nich mam ochotę zrobić raczej taki zbiorczy podcast. Dajcie znać, co sądzicie o takim pomyśle. Przyznam, że trochę będę się denerwować, jeśli dojdzie to do skutku.

Ostatnimi czasy mam różne zdanie na temat seriali animowanych dla dorosłych. Zazwyczaj kojarzą się one z Simpsonami czy Family Guyem, ale przyznam szczerze, że jak dla mnie forma Simpsonów się wypaliła, nowsze odcinki przestają być zabawne, a stają się momentami słabe i irytujące, a Family Guy nigdy mnie nie przekonał przez swój prostacki humor. Co jednak łączyło te seriale? Przede wszystkim brak jakiejś spójnej fabuły. Każdy odcinek opowiada o czymś innym, bohaterowie się nie zmieniają, nie zmienia się ich wiek, nie zmieniają się charaktery, w zasadzie można obejrzeć byle który odcinek, a i tak każdy będzie wiedział, o co chodzi. Rzecz w tym, że są to seriale ściśle komediowe (choć czasami w Simpsonach przewijają się ciekawe przemyślenia i mądrości życiowe), więc zachowanie ciągłości fabuły nie jest jakieś obowiązkowe. Małą rewolucję urządził nam jednak Netflix.

Najpierw obejrzałam "F is for Family", który opowiada o problemach przeciętnej amerykańskiej rodziny z lat 70. - owszem, jest sporo humoru, ale także dość gorzkich refleksji na temat dorosłego życia. No i oczywiście ciekawie się to ogląda, mając na uwadze to, ile rzeczy przez te 40 lat się zmieniło, zwłaszcza w sferze społecznej. Osobiście serial przypadł mi do gustu, lecz nie myślałam, że zakocham się w serialu... o antropomorficznym koniu.

Źródło: fdb.pl
BoJack Horseman to jeden z tych seriali, który na pierwszy rzut oka wydają się głupie, absurdalne i ma się generalnie poczucie, że to kolejna komedia pod przykrywką "serialu animowanego dla dorosłych". Pomimo, że pewne elementy są absurdalne i czysto komediowe, nie jest jednak tak, że serial jest głupi. A wręcz przeciwnie. Ośmieliłabym się stwierdzić, że jest to jeden z najlepiej zrealizowanych seriali ostatnich lat.

[UWAGA! W dalszej części tekstu lekkie spoilery. Jeśli nie oglądałaś/oglądałeś BoJacka, to... Skończ czytać tutaj, albo bierz się za oglądanie :)]

Tytułowym bohaterem jest BoJack Horseman, dawna gwiazda telewizyjnego sitcomu "Rozbrykani". Dzisiaj nieco zapomniana i pogubiona w swoim życiu. BoJack, mimo usilnych prób swojej agentki, nie jest w stanie powrócić na dobre do showbiznesu. Chciałby być kojarzony z kimś więcej, niż tylko z postacią z serialu, którą grał 20 lat temu. Zamiast skupić się na karierze, BoJack woli się upijać i szukać zapomnienia w przygodnym seksie. W końcu nadarza się odpowiednia okazja - a mianowicie napisanie autobiograficznej książki. Z racji, iż BoJack nie ma żadnego talentu literackiego, wydawca nakazuje mu zatrudnienie ghostwritera, Diane Nguyen, która okazuje się dziewczyną Peanutbuttera, również celebryty, a przy okazji dobrego znajomego BoJacka. 

Tu streściłam jedynie początek fabuły pierwszego sezonu. BoJack jest serialem, przy którego oglądaniu trzeba mocno zwracać uwagę na szczegóły, na to, co dzieje się w tle, a także na niepozorne wydarzenia, które mogą mieć wpływ na dalszy rozwój fabuły. 

Z perspektywy widza najtrudniej jest przetrawić sezon pierwszy - choć i on ma sporo depresyjnych i smutnych akcentów, tak jednak fabuła tutaj dopiero zaczyna się zarysowywać. Poznajemy bowiem tutaj głównie BoJacka, a jego znajomi są przedstawiani głównie z jego perspektywy. Sezon pierwszy skupia się też w zasadzie tylko na pisaniu książki oraz jej wydaniu i rozpromowaniu. W kolejnych sezonach dowiadujemy się więcej o problemach znajomych BoJacka, w zasadzie każdy dostaje swój wyjątkowy wątek.

Humor w tym serialu w zasadzie polega na dość absurdalnych sytuacjach (i część z nich mogłaby być zrealizowana tylko właśnie poprzez animację, a w serialu live-action byłaby bardzo trudna lub wręcz nierealna), a także na typowo zwierzęcych zachowaniach postaci antropomorficznych - np. Princess Carolyn, która jest kotką, ma na swoim biurku nic innego, jak drapak. 

BoJack porusza przy tym dość trudne tematy, o które ciężko w innych produkcjach. Przede wszystkim szeroko eksploatowany jest temat mediów, ich roli w społeczeństwie i o tym, jak wpływają na życie reszty, zwłaszcza na życie celebrytów. Mamy tutaj obraz celebrytów zapomnianych (jak BoJack), czy zniszczonych, ponieważ uczestniczyły w showbiznesie od małego. Mamy problemy czysto feministyczne, jak np. prawa kobiet, prawo do obrony, czy też prawo do aborcji. Poruszony jest nawet dość trudny temat niepłodności i tego, jak ona potrafi wpływać na życie kogoś, kto do tej pory był skupiony na swojej karierze. Mamy też problem demencji starczej i poruszony temat opieki nad starym rodzicem (a także poruszony temat, czy powinniśmy opiekować się kimś, kto zniszczył nam życie). Przedstawione są wszystkie orientacje seksualne, łącznie z aseksualnością (!), która naprawdę jest rzadko pokazywana i nie jest tutaj pozostawione to w sferze domysłów, tylko jedna z postaci mówi wprost, że jest aseksualna.

Pozytywnie zaskakuje ilość znanych gwiazd, która podkłada głosy w serialu - i to nie tylko w ramach występów gościnnych, czyli np. Jessica Biel podkłada samą siebie, ale również jest tu mowa o oryginalnych postaciach. Serial jest naprawdę świetnie zrealizowany i potrafi wciągnąć, choć nie ma tu jakiejś typowej akcji, intryg itd. Humoru i dramatu jest pół na pół. Często mamy przemyślenia różnych bohaterów. życiowe dialogi skłaniające do refleksji. Część z odcinków potrafi być naprawdę oryginalna, jak "Fish out of water", w którym praktycznie nie ma żadnych dialogów, a przy tym ciekawie mamy zaprezentowane pewne doświadczenie, które porównałabym do przebywania w innym kraju bez znajomości języka czy zwyczajów. Przy tym odcinek ten jest mocno fillerowy, więc można go obejrzeć bez znajomości całej fabuły. Zyskał on naprawdę sporo nagród, więc go szczerze polecam. 

Technicznie jest to serial specyficzny. Do gustu przypadła mi muzyka, w tym czołówka oraz piosenka końcowa, lecz animacja momentami jest mocno uproszczona. Nie każdemu musi się to podobać, lecz można do tego przywyknąć, w końcu to taki styl twórców. I naprawdę warto zwracać uwagę na detale.

BoJack Horseman to serial, który we mnie siedzi od dobrego tygodnia, kiedy skończyłam (na chwilę obecną) całość. Zakończenie czwartego sezonu daje mocną nadzieję na to, że życie bohaterów ulegnie zmianie, ale serial pokazał, że wszystko może się zdarzyć. Dlatego też z niecierpliwością czekam na sezon piąty. A na razie serial pozostawiam bez oceny. Wprawdzie jeden z najlepszych, jakie oglądałam, ale za bardzo we mnie siedzi, by móc go ocenić jednoznacznie. 
Share:

niedziela, 22 lutego 2015

Grand Budapest Hotel (2014)

Oscarowa noc przed nami, a ja jestem w trakcie nadrabiania kilku produkcji (dlatego dzisiaj być może jeszcze jedna recenzja się ukaże). Film Wesa Andersona chciałam obejrzeć już jakiś czas temu, dlatego też narzekałam, że polski dystrybutor udostępnił go tylko w większych miastach. Na moje miasto, czyli na Zieloną Górę, nie miałam niestety szans. Ale udało mi się obejrzeć go wczoraj. I mogę powiedzieć, że żałuję, że nie znałam wcześniejszej twórczości tego reżysera. 
Źródło: filmweb.pl
Film jest w pewnym sensie opowiedziany jak powieść szkatułkowa. Zaczyna się bowiem od wspomnień pisarza z fikcyjnego kraju w Europie Środkowo-Wschodniej, Republiki Żubrówki. Pisarz ten wspomina, jak w roku 1985 poznał Zero Moustafę, najbogatszego człowieka tego kraju. Mężczyzna z kolei opowiada mu historię z czasów przedwojennych, kiedy był pracownikiem słynnego Grand Budapest Hotel. Moustafa poznał tam ekscentrycznego konsjerża, niejakiego Gustave'a. Dwaj panowie po śmierci pewnej hrabiny pakują się w kłopoty, związane z kradzieżą renesansowego obrazu oraz podziałem majątku.

Przede wszystkim zachwyca świat przedstawiony w filmie. Właściwie jest on ważniejszy niż sama fabuła, która jest intrygująca, ale jednak prosta. Mimo wszystko należy podziwiać reżysera za to, że stworzył niejako hołd dla Europy Środkowo-Wschodniej. Republika Żubrówki bowiem w żaden sposób nie wyśmiewa tej części naszego kontynentu, ale raczej stanowi taki misz-masz, zawierający wszystko to, co charakterystyczne. Podobało mi się to, że w tym tyglu można znaleźć całe mnóstwo różnorodnych postaci, które niekoniecznie pochodzą z kraju, w którym dzieje się akcja, a raczej są gośćmi eleganckiego hotelu. Postaci jest sporo, ale każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa. Druga sprawa to cała oprawa filmu, operowanie dźwiękiem (muzyka jest świetna), kolorem, całą estetyką. Tak samo montaż, zbliżenia i oddalenia kamery, tak, że widz ma wrażenie, że obserwuje rozkładany domek dla lalek, w którym dzieje się prawie cała akcja. I myślę, że film warto obejrzeć chociażby dla samej tej estetyki.

Wśród postaci prym wiedzie Gustave, grany przez Ralpha Fiennesa. Jest on nieco ekscentryczny, zaskakujący, ale jednak jest bardzo dobrym konsjerżem, choć jest uwikłany w dziwną sprawę związaną z podziałem majątku. Jego postać aż kipi od ironicznego poczucia humoru. I właśnie to poczucie humoru sprawia, że film jest strawny i podany w dość lekkim sosie. Myślę, że nie zawiedzie się ten, kto jest np. fanem Monty Pythona.

Co z wad? Możliwe, że właśnie fabuła, która początkowo wydaje się intrygująca, ale z czasem okazuje się wręcz banalna. Ale nie jest tak jak w przypadku "Boyhood", gdzie banał goni kolejny, ale właśnie cała oprawa i humor sprawiają, że film jest wręcz genialny. Dlatego "Grand Budapest Hotel" mogę z całą pewnością polecić tym, którzy cenią estetykę i ładną formę w kinie. A ja filmowi życzę deszczu nagród na Oscarach. Moja ocena: 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

sobota, 24 stycznia 2015

Rzeź (2011)

Niedawno, będąc w sklepie, zobaczyłam promocyjne opakowanie chipsów, na którym zaintrygowała mnie promocja - w każdej paczce jest bowiem kod, który daje 24-godzinny dostęp do jednego z filmów na portalu filmboxlive.com - strona ta jest płatnym serwisem z tak zwanym video na życzenie. Postanowiłam przejrzeć, które filmy (legalnie, co najważniejsze) oferuje ta strona. Na mojej liście znalazły się przynajmniej dwa, które chciałam obejrzeć, a nie miałam okazji. I jednym z nich jest "Rzeź" Romana Polańskiego, film, który był zachwalany przez moich znajomych. I nie bez powodu, bo pomimo skromności, film jest wręcz genialny. Być może takie filmy lubię najbardziej.
Źródło: filmweb.pl
Dwie nowojorskie pary, państwo Cowanowie i państwo Longstreet, spotykają się, by porozmawiać o bójce ich synów. Oba małżeństwa chcą zgodnie uchodzić za ludzi kulturalnych, "na poziomie", dlatego całą sprawę próbują załatwić polubownie. Od słowa do słowa, początkowo miła i kulturalna rozmowa zmienia się w kłótnię, w której obcy sobie ludzie ujawniają swoje najgorsze cechy charakteru. Alkohol dopełnia wszystkiego, dzięki czemu wszyscy stają aż za nadto otwarci.

Film powstał na podstawie sztuki Yasminy Rezy "Bóg rzezi" (w jednym z dialogów pada to określenie, które jest kluczowe, by wyjaśnić zachowania obu małżeństw). Autorka sztuki pracowała razem z Romanem Polańskim nad adaptacją scenariusza, bowiem w oryginale bohaterowie są Francuzami. I moim zdaniem tak właśnie powinno się pracować, bowiem adaptacja wyszła znakomicie. Ale myślę, że to też zasługa głównie aktorów. Ról w tym filmie jest niewiele, bowiem ograniczają się do czwórki głównych bohaterów. Państwa Cowanów grają Kate Winslet i Christoph Waltz, a państwa Longstreet - Jodie Foster i John C. Reilly. I myślę, że gra aktorska w wykonaniu każdego z nich jest na wysokim poziomie. Bo "Rzeź" to film, którego siłą jest aktorstwo i genialne kreacje. Film jest bowiem bardzo teatralny, mamy w zasadzie tylko jedną scenerię, a jest nią mieszkanie państwa Longstreet.

I to tam odbywa się cała akcja filmu. Aktorzy zaprezentowali świetne postawy ludzi, którzy usiłują uchodzić za ludzi sukcesu, na poziomie, ale koniec końców okazuje się, że każde z nich jest w pewien sposób fałszywy i ukrywa swoje prawdziwe intencje. Alkohol nie sprawia, że ludzie stają się inni, tylko sprawia w przypadku bohaterów, że odkrywają oni swoje prawdziwe "ja" przed resztą. Zawiązują się tymczasowe sojusze w różnorakich konfliktach - czy to między paniami, panami, czy poszczególną parą. Zakończenie jest również zaskakujące - nie jest jednoznaczne, ale okazuje się, że jednak dzieci potrafią się zachować o wiele dojrzalej, niż dorośli.

"Rzeź" to film w sam raz na wolny wieczór. Jest bardziej komedią, ale komedią na poziomie, z przesłaniem. Film skłania również do refleksji i własnych interpretacji widza, czy też spostrzeżeń na temat ludzkich zachowań i emocji. Może dziwić jedynie długość, bo trwa raptem ponad godzinę, ale myślę, że to jest wystarczający czas, by opowiedzieć tę historię. Na pewno nie można się na nim wynudzić i każdy, kto ceni dobre kino, powinien znać ten film. A moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry.
Share:

wtorek, 30 września 2014

Wenus w futrze (2013)

Chyba mało mamy takich filmów, które jednocześnie potrafią być proste w swej formie, a jednocześnie skomplikowane. „Wenus w futrze” Polańskiego to właśnie jeden z takich filmów. Dowód jednocześnie na to, że nie trzeba wielkich pieniędzy, efektów specjalnych, nawet nie potrzeba mnogiej liczby postaci, by film mógł być genialny w swej prostocie, a jednocześnie prowokujący do myślenia. Jednocześnie mam wrażenie, iż brakuje nam filmów z wybitnymi, wielobarwnymi postaciami kobiecymi. A taki jest ten film.
Źródło: filmweb.pl
Thomas poszukuje odtwórczyni głównej roli swojej sztuki, „Wenus w futrze”, która ma być adaptacją powieści hrabiego Masocha. Niestety, żadna z kandydatek mu nie odpowiada. Gdy główny bohater ma już wychodzić, niespodziewanie pojawia się Vanda, spóźniona, nieprzygotowana i z pozoru głupia aktorka. Thomas niechętnie godzi się na przesłuchanie. Wówczas Vanda pokazuje swoje prawdziwe oblicze.

Film Polańskiego z pomocą tylko dwóch aktorów pokazuje, czym jest teatr, a widz zaczyna się zastanawiać, czy powiedzenie „Życie to teatr” nie jest przypadkiem prawdziwe. Potrzeba wielkich umiejętności, zarówno tych aktorskich, jak i reżyserskich, by umiejętnie oddać świat w genialny sposób, pełen niedopowiedzeń i tajemniczości. W pewnym momencie granica między grą aktorską a prawdziwymi uczuciami bohaterów jest rozmyta. Nie wiemy już, czy jest to gra? Swobodny i wyrafinowany flirt? Ukryta psychoanaliza, spełnienie podświadomych pragnień? Z tymi pytaniami zostawia nas reżyser.

W szczególności należą się brawa Emmanuelle Seigner, która w brawurowy sposób w ciągu 90 minut tworzy kreacje różnych kobiet. Bo kto powiedział, że kobieta nie może być głupia, a jednocześnie na swój sposób sprytna?

Może być też piękna, a jednocześnie szokować tanią wulgarnością. Myślę, że po części każda z kobiet taka jest. Łączy w sobie wiele różnych cech, często są to sprzeczności. I Seigner się to udało. Vanda to jedna postać, a zachowuje się, jakby było ich wiele. Nie wiemy o niej nic od początku, aż do końca. Pozornie głupia ignorantka, której zależy tylko na roli i sławie, nawet za specjalnie nie interesuje się teatrem. Z czasem jednak widz (i nie tylko, Mathieu Almaric, odtwórca Thomasa również świetnie okazuje to zaskoczenie) widzi, że jest ona uzdolnioną aktorką… Albo i nie. Nie wiemy bowiem do końca, czy to wszystko, co mówi Vanda, jest grą, czy może projekcją jej prawdziwych uczuć. Niemniej jednak Vanda pokazuje to, jakie powinny być postacie kobiece – skomplikowane, pełne sprzeczności, emocjonalne, a jednocześnie wyrachowane, prowadzące wyrafinowaną grę. I to wszystko mieści się w jednej osobie! Czy nie takich kobiet brakuje nam w kinie?

Komu mogę polecić „Wenus w futrze”? Na pewno osobom, które nie tylko lubią kino pełne akcji. Jest to film bardzo teatralny, można by wręcz rzec, że ascetyczny, jeśli chodzi o środki artystyczne. Istotne są tu dialogi i gra, nie akcja. Jeśli ktoś woli więcej akcji, bohaterów, to film może go niestety znudzić. Na pewno jest to również film dla osób dorosłych – nawiązuje bowiem do spraw seksu, w dodatku BDSM (a nie każdy lubi taką tematykę), choć jednocześnie jest to przedstawione w dość subtelny sposób (czego nie można powiedzieć o pewnej popularnej ostatnio książce). Oczywiście jest to też pozycja obowiązkowa dla fanów twórczości Polańskiego. Myślę, że również osoby, które szukają skomplikowanych i niejednoznacznych postaci kobiecych nie będą zawiedzione. W każdym razie ten film zasługuje dla mnie na najwyższe noty i najlepsze nagrody. Polecam wszystkim miłośnikom dobrego kina. Moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry. 

[recenzja wysłana na konkurs organizowany przez portal filmweb.pl]

Share:

niedziela, 13 kwietnia 2014

Nimfomanka (cz. I i II)* (2013)

Są takie filmy, że celowo zwodzą, czy oszukują wręcz widza. To nie znaczy od razu, że są złe, a wręcz przeciwnie - odpowiednio poprowadzone są wręcz genialne. I do takich filmów mogę zaliczyć "Nimfomankę" Larsa von Triera. Byłam nieco zniesmaczona "30 Beats", kiedy spojrzałam na to coś bardziej trzeźwym okiem. Postanowiłam więc sięgnąć po temat prowokujący. Choć szczerze, po obejrzeniu dostrzegłam pewną ironię. Z tym filmem bowiem była mała afera, także zorganizowana przez "Frondę", polegającą na bojkotowaniu tego filmu. O dziwo, właśnie przeciwnicy tego filmu, wszyscy pruderyjni ludzie powinni go obejrzeć. Bo właśnie to jest film o nich przede wszystkim. O nich i dla nich. Owszem, jest prowokujący, ale właśnie o to chodzi. Gdyby nie był, to być może przesłanie nie byłoby mocne.
Źródło: biznesistyl.pl
Pewnego wieczoru, pod swoim domem, Seligman, podstarzały kawaler znajduje brutalnie pobitą Joe, tytułową nimfomankę. Zabiera kobietę do siebie, a ta decyduje się opowiedzieć mu historię swojego życia, swoich związków z różnymi mężczyznami, często bardzo nietypowych. Seligman decyduje się wysłuchać Joe, by dowiedzieć się, co sprawiło, że została tak brutalnie potraktowana. Wszystko to jest przeplatane luźnymi dygresjami, często o charakterze filozoficznym.

Pierwsze co - film jest wybitnie dla dorosłych. Nie tylko ze względu na scenki rodem z filmu pornograficznego. Tych jest naprawdę dużo, czasami są pełne naturalizmu, czasem dość brutalne i prowokujące, ale też przede wszystkim dlatego, że jest to film trudny. Przedstawienie historii kobiety uzależnionej od seksu jest bowiem tylko pretekstem do głębszych rozważań i refleksji. Stąd dziwi mnie dość niska ocena na filmwebie, bo raptem 6,6 dla pierwszej części i 6,4 dla drugiej. Mam wrażenie, że ludzie nie zrozumieli tego filmu, albo nie dostali tego, czego oczekiwali. Faktycznie, można mieć wrażenie, że von Trier nas oszukał, bo coś, co reklamowano jako porno, okazuje się filmem dość głębokim i bardzo teatralnym.

Najważniejsze bowiem są tu relacje między Joe i Seligmanem. Zwłaszcza Seligman okazuje się ciekawą postacią, jest bowiem mężczyzną bardzo inteligentnym, oczytanym, a co najważniejsze, historia Joe nie jest dla niego jakimś "porno za darmo", tylko patrzy na nią tak, jak człowiek patrzy na książkę zaliczającą się do literatury pięknej. Ciekawi go, ale nic więcej. Czasami się nie zgadza z Joe, wtrąca różne dygresje na temat kultury, sztuki, filozofii, ale to tylko sprawia, że jest postacią ciekawą. A co jeszcze ciekawsze, Seligman określa siebie, że jest aseksualny. I tu pan Steven Moffat, który powiedział, że postacie aseksualne są nudne, powinien się nauczyć czegoś od reżysera "Nimfomanki" - jak widać można stworzyć taką postać, a jednocześnie nie jest ona nudna. Joe jest jeszcze ciekawsza. W pierwszej części jawi się nam jako osoba pusta, chłodna emocjonalnie (warto zwrócić uwagę, że podczas pierwszych scen seksu w ogóle się nie całuje), a dodatkowo głupia i nie myśląca o przyszłości (rzuca medycynę, pracuje w biurze, ale praktycznie nic nie potrafi), a w drugiej części dowiadujemy się o niej więcej. Joe okazuje się bardzo inteligentną kobietą, dobrze ripostującą Seligmanowi. W drugiej części zaczynamy właśnie pojmować i zastanawiać się, czy faktycznie Joe ma problem ze sobą, czy może nasze społeczeństwo ma, nie akceptując jednostek takich, jak ona? Czy nie żyjemy w świecie pełnym podwójnych standardów moralnych, gdzie nie reagujemy, gdy mężczyzna opuszcza swoją rodzinę, a gdy robi to kobieta, wyzywamy ją od najgorszych? Gdzie mężczyzna może mieć setki kobiet i jeszcze będzie za to szanowany w swoim środowisku, a kobieta mająca setki mężczyzn jest co najmniej "dziwką"? Zaczynamy się też zastanawiać, czy nasza bohaterka jest zdolna do miłości, czy utożsamia ją tylko i wyłącznie z seksem (co ciekawe, czytałam kiedyś o odmianie aseksualizmu, gdzie człowiek, choć ma potrzeby seksualne, nie odczuwa uczuć typowo romantycznych. To stawia bohaterkę w jeszcze ciekawszym świetle). Joe stawia również trudne pytania o pewne granice człowieka i jego moralności. Film doprawiony scenami jak z filmu pornograficznego jest prowokujący, ale prowokuje też do myślenia. Za to ostatnia scena... Mogę powiedzieć tylko, że szokuje, ale jest jednocześnie takim śmiechem reżysera w stronę widza, coś w stylu "Nabrałeś się". Zakończenie niejednoznaczne, niespodziewane, takie, że do tej pory nad nim myślę, ale nie ujmuje to ani trochę filmowi.

"Nimfomanka" to niełatwy film. Jest to z całą pewnością pozycja dla dorosłych i dla wyrobionego widza. Dla widza, któremu niestraszna jest teatralność, który nie uważa, że scenki seksu czy przemocy muszą być "tanie". Film prowokujący do przemyśleń i refleksji, film, po którym się nie spodziewamy, że może mówić o tak trudnych rzeczach. Do tego świetna obsada (niemal każda rola jest wyrazista) i muzyka (zaskoczył mnie pozytywnie Rammstein w pierwszej części). Dlatego każda część zasługuje jak dla mnie na ocenę 9/10, czyli rewelacyjny. 

* Uznałam, że po prostu nie ma sensu tworzyć dwóch recenzji, skoro te dwa filmy to jedna historia. Dlatego piszę dopiero dzisiaj, po obejrzeniu drugiej części, choć wczoraj obejrzałam pierwszą.
Share: