Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melodramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melodramat. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 stycznia 2017

Nostalgia i tęsknota za happy endem, czyli La La Land (2016)

Wczoraj mieliśmy nominacje do Oscarów, a więc sezon pora zacząć już na całego! I od razu jak tylko się dowiedziałam, że "La La Land" ma rekordową liczbę nominacji, to kupiłam bilet najszybciej, jak tylko mogłam. I tak miałam zamiar się wybrać na ten film, ale jednak wolałam trochę odczekać na te nominacje, ponieważ widziałam głosy, że nie można być takim pewnym tylu nominacji, nawet jeśli film zdobył aż siedem Złotych Globów. 

Chyba to będzie moja pierwsza recenzja musicalu na blogu. Przyznaję, że nie do końca potrafiłam się nigdy wciągnąć tak w ten gatunek, choć sama muzyka musicalowa podoba mi się niesamowicie, odkąd tylko pamiętam. Ale jednak czasami nie potrafiłam porządnie wysiedzieć i się skupić, jak np. na Les Mis - które to było w całości śpiewane, jak opera. Dlatego też do La La Land postanowiłam podejść właśnie jak do opery - skoro potrafię cieszyć się tą formą sztuki, siedzieć i jeszcze marudzić, że co tak krótko, to czemu nie wytrzymam na musicalu? I... Z lekka się zawiodłam, bo jednak dostaliśmy więcej partii mówionych. Ciąg dalszy z lekkimi spoilerami (choć można się ich spodziewać nawet po tytule).

Źrodło: filmweb.pl
Mia Dolan pracuje w kawiarni na terenie Hollywood. Jej wielkim marzeniem jest aktorstwo, w wolnych chwilach chodzi więc na przesłuchania do różnych filmów czy seriali. Niestety, na razie bycie aktorką pozostaje w sferze jej marzeń. Przypadkowo Mia poznaje Sebastiana, który z kolei jest utalentowanym pianistą jazzowym. Jego marzeniem jest prowadzenie klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia. Sebastian i Mia zakochują się w sobie i razem walczą o spełnienie swoich marzeń, lecz na drodze do ich spełnienia stoi wiele przeszkód.

Łatwiej będzie mi opisać, co w filmie mi się podobało. Bo jest tego bardzo dużo, ale słowa aż same się piszą. Przede wszystkim jest to porządnie zrealizowana produkcja. Wizualnie jest to wręcz cudeńko. Kolorystyka jest przepiękna (już widzę te gify i przeróbki graficzne na tumblrze, ten film aż o to się prosi - i nawet nie trzeba wiele kombinować z filtrami). Scenki takie jak wyjście Mii z przyjaciółkami i ich sukienki w soczystych kolorach - to po prostu majstersztyk. Sama radość dla oka, po prostu wręcz film jest stworzony dla gifów.

Nie zawsze ten efekt przypada mi też do gustu, ale tu akurat się sprawdził i bardzo mi się spodobał - a mowa o długich ujęciach. A nawet bardzo długich, gdzie kamera wędruje wraz z bohaterem, nie ma cięć. W przypadku piosenek jest to trochę nowatorskie podejście (wiadomo, że na takim Broadwayu raczej by się to nie sprawdziło, bo i jak), ale wypada ono tutaj świetnie. Ogólnie nie mam zarzutu do montażu - czasem mamy bowiem właśnie scenki z długimi ujęciami, a czasem tradycyjne (choć bardzo podobała mi się scena kolacji Sebastiana i Mii, gdzie były zbliżenia tylko na ich twarze - to też wyzwanie aktorskie, by operować właściwie jedynie samą mimiką i dialogami, a nie całym ciałem). Również montaż to dla mnie bardzo wysoki poziom.

Przy okazji montażu warto wspomnieć o pewnym hołdzie reżysera dla tradycyjnego kina. Widać to nie tylko w tym, o czym mówią bohaterowie (jak np. Mia opowiadająca o tym, że lubiła oglądać z ciotką Casablancę), ale też w takich smaczkach jak namalowana Ingrid Bergman na ścianie pokoju Mii, czy mural z gwiazdami starego Hollywood... Ale też sam film technicznie łączy w płynny sposób (nie widzę nigdzie jakichś zgrzytów) nowoczesność z tradycją - część scen przypomina te kręcone w latach 50. XX wieku, zwłaszcza takie klasyczne musicale, jak "Deszczowa piosenka", ale też i same napisy początkowe, końcowe czy przejścia między aktami przypominają "stare kino". Poszczególne numery muzyczne czy taneczne tak samo. Dlatego dla kogoś, kto lubi klasyczne kino, "La La Land" będzie miłym i nostalgicznym wspomnieniem - w końcu dzisiaj się już tak filmów właściwie nie robi.

Oczywiście przy musicalu nie można zapomnieć o najważniejszym jego elemencie - o muzyce. Ta jest bardzo dobra - wpadająca w ucho, kojarząca się ze starymi piosenkami musicalowymi, ale także i muzyka będąca w tle do tego nawiązuje (osobiście kojarzyła mi się z kinem z lat 50. czy 60.). Nawet teraz w tle leci mi piosenka otwierająca - czyli "Another Day of Sun". Warstwa muzyczna to najwyższy poziom, ale i również aktorzy potrafili tu śpiewać i te role były jakby stworzone dla nich.

Jeśli mowa o aktorstwie, to również jest niesamowite to, jak film przedstawia ten zawód od kuchni - ciekawie jest patrzeć na Emmę Stone, która gra początkującą aktorkę, niepewną siebie i sfrustrowaną, ponieważ kolejny casting jej nie poszedł. Sami główni bohaterowie grani przez Ryana Goslinga i Emmę Stone są bardzo ciekawi - dość złożeni, stopniowo poznajemy ich motywacje, charaktery, sami zmieniają się (także dzięki znajomości - wcześniej np. Mia mówiła, że nie lubi jazzu, a polubiła go dzięki Sebastianowi). Między Goslingiem i Stone jest niesamowita chemia, aż momentami ciężko uwierzyć, że to tylko film, a oni naprawdę nie są parą.

I właśnie... Tu muszę przejść do wad. Dlaczego w tytule wspominam o "happy endzie"? Po części też dlatego, że właśnie widziałam dyskusję u Kasi Czajki, czyli u Zwierza Popkulturalnego na temat tego, że ludzie mają dziwne przekonanie, że musical powinien się kończyć szczęśliwie. Otóż nie, i jest to dość nietypowe założenie, bo to trochę tak, jakby założyć, że opera ma się dobrze skończyć. Musicale potrafiły się kończyć różnie, a często te zakończenia były dalekie od happy endu. I nic w tym złego, ale właśnie La La Land jest jednym z takich filmów, gdzie człowiek chciałby takiego sztampowego szczęśliwego zakończenia z radosną piosenką na koniec. Tu natomiast... Przyznaję, że końcówka mnie powaliła. Niby sugeruje, że wcale nie jest to takie złe rozwiązanie, że w gruncie rzeczy główni bohaterowie są szczęśliwi i nie mają do siebie żalu, a jednak ja jako widz czułam ogromny smutek, widząc to, że bohaterowie z niesamowitą chemią ostatecznie kończą samotnie. Oczywiście w tego typu filmach nie może być dobrego wyboru - a tu wybór był pomiędzy marzeniami a miłością. Mimo wszystko czasem by się chciało inaczej.

Osobiście uważam też, że pomimo licznych zalet to film ma dość zasadniczą wadę - fabularnie jest on dość przeciętny. Jest to historia, jaką każdy zna, niemal każdy może powiedzieć, że już to gdzieś widział. Nie ma w tym nic złego, ponieważ jest ona serwowana w ciekawy sposób, przystępny w odbiorze, ale jednak... No czasem chciałoby się zobaczyć jakąś inną odsłonę głównego problemu. Być może oprócz zakończenia dość łatwo można było przewidzieć konkretne zdarzenia w filmie -  w końcu nawiązuje to do klasyki, a w klasycznym musicalu musi być miejsce na miłość.

Co z oscarowymi przewidywaniami? Na razie nie chcę prorokować, póki nie widziałam innych nominowanych tytułów - a jakąś część chcę zobaczyć. Osobiście widzę Emmę Stone, która otrzymuje upragnioną statuetkę, Ryana Goslinga trochę mniej, ale ma też spore szanse. Reżyseria? Być może tak. W technicznych kategoriach dałabym "La La Land" wszelkie możliwe nagrody. Ale scenariusz czy najlepszy film? Przy pierwszym to raczej nie, a drugie... Też wątpliwa sprawa, zwłaszcza, że film ma trochę konkurencji. Jestem pewna, że La La Land otrzyma sporo nagród, ale czy te najważniejsze też? Trudno ocenić. Ja sama daję filmowi 7/10 - obniżam ocenę ze względu na scenariusz oraz zakończenie, które wybitnie mnie zasmuciło. Nie było złe samo w sobie, ale po prostu pewnych rzeczy nie robi się widzowi. 

Share:

piątek, 1 maja 2015

Poldark (2015)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY!

Przyznaję, że tym serialem byłam zainteresowana głównie ze względu na to, że miał grać w nim Aidan Turner, znany z roli Kiliego w Hobbicie. Ale przecież to nic złego, prawda? W ten sposób poznałam przecież wiele produkcji z Lee Pacem, a i z Aidanem trochę filmów i seriali też obejrzałam. Po "Poldarku" nie miałam jakoś wysokich oczekiwań, myślałam, że to będzie zwyczajny melodramat, ale chociaż pogapię się na aktora. Jednak serial bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jednak da się zrobić porządny serial historyczny, który nie nudzi, a jednocześnie nie udziwnia wątków poprzez np. dodanie fantastyki, a przy tym jest pełen realizmu, świetnych postaci i porusza ważne problemy minionej epoki. Ale po kolei.
Źródło: filmweb.pl
Kapitan Ross Poldark brał udział w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, walczył po stronie Brytyjczyków. Spędza kilka lat poza granicami swojej ojczyzny, a kiedy w końcu wraca, okazuje się, że najbliżsi zdążyli go uznać za zmarłego, przez co jego ukochana narzeczona, Elizabeth, wychodzi za jego kuzyna, Francisa. Niemniej jednak Ross nie ma do nikogo o to żalu ani pretensji, tylko bierze się ostro do roboty - zakłada własną kopalnię miedzi, która ma przynieść mu zysk.

Siła "Poldarka" bierze się przede wszystkim ze świetnie skonstruowanych postaci. Na pierwszym planie mamy oczywiście głównego bohatera. Pochodzi on ze szlachty, lecz sam mówi, że do niej nie pasuje, irytuje go towarzystwo, które jego zdaniem jest zakłamane. Sam Poldark uchodzi za dziwaka wśród arystokracji, lecz łatwo go zrozumieć - jest zubożałym szlachcicem, więc także i on musi ciężko pracować, by mieć jakiekolwiek pieniądze na utrzymanie. Wbrew konwenansom bierze ślub ze swoją młodą i piękną służącą, Demelzą. Współczuje swoim pracownikom i uważa, że należy im się godna płaca za ich pracę, niezbędna do przeżycia - w przeciwieństwie do reszty kapitalistów, dla których liczy się tylko zysk.

Inną ciekawą postacią jest kuzynka Rossa, Verity. Nie grzeszy ona urodą, więc jest starą panną. Odnajduje jednak swoją miłość i wbrew pozorom jest silną i zaradną postacią, doskonale przygotowaną do bycia damą. Inne postacie również prezentują się ciekawie, żadna z nich nie jest ideałem - w tym mam na myśli kuzyna głównego bohatera, Francisa, który ewidentnie jest kreowany na tego złego, lecz przy tym warto się zastanowić, co go do tego skłania. Podobnie Elizabeth, która stara się być dobrą żoną - lecz przy takim mężu jak Francis jest niesłychanie ciężko... Inną ciekawą postacią jest Demelza, przy której widzimy jej dorastanie - na początku jest nastolatką, która zostaje służącą w domu Rossa. Z czasem rodzi się między nimi uczucie, a i Demelza powoli się uczy roli kobiety z wyższych sfer. Przy tym jednak pozostaje całkowicie prostolinijna i chętna do pomocy każdemu, często wręcz czyni to naiwnie.

Drugą rzeczą, która urzekła mnie w Poldarku jest właściwe ujęcie problemów tamtych czasów, które są do dzisiaj aktualne - a mianowicie problemy godnej płacy dla robotników. W XIX wieku raczej kapitalistów nie obchodziło to, że ktoś nie ma za co żyć, mimo że haruje jak wół. Ross pod tym względem jest inny, uważa, że robotnikom należy dobrze płacić i dbać o takie rzeczy, jak dostęp do lekarza. Przez to również jest uważany w towarzystwie za kogoś bardzo niewygodnego.

Wreszcie serial jest bardzo emocjonalny - mamy tu masę uczuć, można się pośmiać, zwłaszcza przy momentach z Prudie i Judem, ale ostatni odcinek mimo wszystko wycisnął ze mnie łzy. I pozostawił ze świetnym cliffhangerem, dlatego cieszy mnie to, że będzie drugi sezon. I znowu będziemy podziwiać też piękne klimaty Kornwalii.

Moim zdaniem Poldark to świetnie zrealizowany serial historyczny, który nie nudzi, a jednocześnie przedstawia wszystko jak należy, bez przekłamań - ja np. nie znalazłam jakichś większych błędów historycznych. Osiem odcinków w sam raz na weekend czy wieczory. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to szczerze polecam ten serial. A moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry. 
Share:

czwartek, 17 kwietnia 2014

Biała Hrabina (2005)

Przyznaję, lubię filmy historyczne, zwłaszcza takie, które dotykają spraw bliżej nieznanych polskiemu widzowi (jeśli ten nie interesuje się zbytnio historią powszechną czy historią krajów nieeuropejskich czy historią USA - choć i ta czasem jest dość egzotyczna), ale muszę też przyznać, że takie filmy powinny odpowiednio zainteresować widza, dlatego czasem mieszanie gatunków (w tym przypadku romansu) jest trochę niekorzystne. Co nie znaczy od razu, że film "Biała Hrabina" jest złym filmem, ale zdecydowanie czegoś mi w nim brakuje.
Źródło: filmweb.pl
Akcja filmu toczy się w latach 30. XX wieku w Szanghaju, w którym mieszka rosyjska hrabina. Ta, by mogła zapewnić godny żywot swojej rodzinie, chwyta się prostych zajęć - jest m.in. kelnerką i tancerką. Pewnego dnia spotyka byłego amerykańskiego dyplomatę, Todda Jacksona, który jest niewidomy. Ten proponuje jej założenie baru. Z czasem ich znajomość staje się coraz bardziej intymna. Do tego w tle mamy konflikt chińsko-japoński, który miał miejsce na krótko przed II wojną światową.

Jednym z powodów, dla których ta recenzja będzie krótka, jest to, że nie mam się o czym rozpisywać. Nie jest jednak aż tak, jak z "Niezwykłym dniem panny Pettigrew", ale będę szczera - to Ralph Fiennes gra tutaj pierwsze skrzypce i nikt mu aż tak nie dorównuje. Natasha Richardson jest dla mnie nijaka (jak na rolę arystokratki gra dość nietypowo - i to raczej w tym złym znaczeniu), Hiroyuki Sanada, który grał m.in. w "Ostatnim Samuraju" jest tylko postacią drugoplanową, a Lee Pace pojawia się tylko od czasu do czasu i nie ma zbyt wiele do powiedzenia (zresztą, to jedna z jego wczesnych ról). Dużym plusem jest jeszcze właśnie pokazanie tego konfliktu chińsko-japońskiego, o którym niewiele się wie (bo wiemy, że Japończycy walczyli z Amerykanami, ale mało kto wie, jakie wcześniej oni zrobili piekło Chińczykom), ale nic więcej.

Wątek romansowy - jak dla mnie jest bardzo przeciętny. Zakończenie tak samo. Na plus są również muzyka z epoki i samo wykonanie (mimo, że to film z 2005 roku, nie zestarzał się).

Komu jednak mogę polecić "Białą Hrabinę"? Na pewno tym, którzy lubią klimaty lat 30., a także ludziom interesującym się historią, niekoniecznie tą, której uczymy się w szkołach. Ci, którzy doceniają aktorstwo Ralpha Fiennesa również powinni obejrzeć ten film - facet gra bowiem świetnie niewidomego, a to niełatwe zadanie. Na wolne popołudnie, takie leniwe, przy melancholijnym nastroju - w sam raz. Ale moja ocena to 7/10, czyli dobry (tylko i aż).

PS. Czy dobrym pomysłem będzie post ogólny, jakieś wypełnienie filmowego challenge'a?
Share:

środa, 16 kwietnia 2014

Samotny mężczyzna (2009)

Kierując się moją listą filmów z Lee postanowiłam sięgnąć po film z 2009 pt. "Samotny mężczyzna". Dodatkowo zaintrygował mnie fakt, że grają tam też takie gwiazdy, jak Colin Firth, Julianne Moore, czy nawet Nicolas Hoult, bliżej mi znany z serialu "Skins" czy filmu "Był sobie chłopiec". I... Jestem bardzo mile zaskoczona. To jest chyba jeden z nielicznych filmów, który ma piękną formę, ale i niebanalną treść. Dodatkowo zaskoczył mnie fakt, że reżyserem był Tom Ford, projektant mody. Znaczy, może z jednej strony zaskoczył (bo nie powiedziałabym, że zrobił to nieprofesjonalny reżyser), ale z drugiej strony, patrząc na stronę wizualną, ten fakt nie zaskakuje ani trochę.
Źródło: filmweb.pl

Akcja toczy się w latach 60. XX wieku, w tle mamy obawy o konflikt z Kubą. George jest profesorem anglistyki na którymś uniwersytecie w Stanach Zjednoczonych. Niedawno przeżył osobistą tragedię - jego życiowy partner, Jim, zginął w wypadku samochodowym. Profesor próbuje pozbierać się i żyć jakoś na nowo, w czym próbuje mu pomóc przyjaciółka, Charley. Niestety, mężczyzna nie widzi sensu życia i planuje popełnić samobójstwo, które ciągle jednak odkłada.

Pierwsze co się rzuca w oczy, to jest właśnie forma. Przede wszystkim strona wizualna, ale i dźwiękowa. Jest to film cichy, na który składają się głównie obrazy, a nie słowa. Często wielu rzeczy widz musi się domyślać, pewne rzeczy pozostają niedopowiedziane, tak samo historia profesora nie jest poukładana w sposób chronologiczny. Bardzo ciekawie przedstawia się kolorystyka filmu. Większość obrazu widzimy bowiem w chłodnej tonacji, właśnie kojarzącej się z latami 60. czy ogólnie takim stylem retro, lecz od czasu do czasu kolory stają się cieplejsze - zwłaszcza w wspomnieniach, ale nie tylko - można dostrzec, że kiedy George choć na moment staje się radosny, to pewne detale są utrzymane w ciepłych kolorach, czy dosłownie "życie nabiera kolorów". Przyznaję, zabieg jest bardzo ciekawy i jest wielką zaletą filmu. Druga rzecz to detale. Nawet takie rzeczy jak architektura, czy układ pewnych drobiazgów na biurku są ważne. Podobnie jak jak zbliżenia na różne przedmioty. Wszystko jest istotne, dlatego film trzeba oglądać dość uważnie, by to docenić.

W pewnym momencie "Samotny mężczyzna" to film teatralny. Przy teatralności mam na myśli grę aktorską, lecz w tym dobrym znaczeniu. Nie ma tu wiele akcji, jest za to bardzo dużo dialogów i relacje między bohaterami są najistotniejsze. Kulminacyjnym momentem jest rozmowa George'a ze swoją przyjaciółką, Charley, którzy prawie kłócą się na temat związków i samotności. I trzeba przyznać, że poruszają tu istotne problemy, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Czy małżeństwo jest gwarancją szczęśliwego związku? Czy może jednak lepiej być samemu? Czym właściwie jest samotność? Z tymi pytaniami reżyser pozostawia widza bez odpowiedzi, dlatego film jest niedopowiedziany, co prowokuje do myślenia. Kreacja Colina Firtha jest również świetna. Zagrał on tu przede wszystkim wiarygodnie osobę cierpiącą na depresję po stracie bliskiej osoby. Człowieka, który nie widzi sensu życia. I co ciekawe, to, że jest homoseksualistą, to jest najmniej istotne. Równie dobrze mógłby być z kobietą i nie ujmowałoby to ani trochę postaci, nie miałoby wielkiego wpływu. George ma szansę (nawet więcej niż raz), by ułożyć sobie życie z kimś innym, lecz tego nie chce. I to jest kolejna zaleta, bo teoretycznie film zmierza do tego, by główny bohater sobie uporządkował życie, los sprawia, że spotyka różnych mężczyzn, to jednak nie decyduje się na to. Do tego refleksyjna i dość zaskakująca końcówka sprawiają, że jest to film... Po prostu smutny. Smutny, bo czujemy utratę i samotność głównego bohatera. Współczujemy mu, a jednocześnie zgadzamy się z jego refleksjami. I to jest najważniejsze.

Przy podsumowaniu dodam tylko, że Lee ma tu bardzo niewielką rolę, epizodyczną (jest może na 2 minuty), ale też pod kątem wizualnym w pewnym momencie jest ona ciekawa. Żałuję, że facet, jeśli gra w dobrych filmach, to dostaje epizodyczne rólki. Bo film jest bardzo dobry, wręcz genialny. Nie mam tutaj poczucia "przerost formy nad treścią", czy "treść dobra, wykonanie nie do końca", tu właśnie wszystko ze sobą współgra. Jak widać się da. I nawet nieprofesjonalny reżyser przy pomocy świetnej obsady jest w stanie tego dokonać. Stąd też moja nota 9/10, czyli rewelacyjny.
Share:

niedziela, 9 marca 2014

Opętany (2009)

Z góry tylko zaznaczę, że w ramach nadrabiania filmów z Lee Pacem wczoraj obejrzałam również "Niezwykły dzień panny Pettigrew", jednakże nie napisałam recenzji, ponieważ jest to chyba taki film, o którym nie wiem, co napisać mądrego. Nie, nie był zły, wręcz przeciwnie, jednakże nie chciałabym, żeby recenzja ograniczała się praktycznie do kilku zdań. Dlatego mówię tutaj, że jeśli ktoś nie oglądał, to warto. Zwłaszcza, że jest dostępny legalnie i za darmo w serwisie vod.onet.pl. (Nie, to nie jest reklama strony, po prostu promuję legalne oglądanie filmów i seriali, jeśli jest to oczywiście możliwe. A skoro wiem, gdzie zobaczyć, to przy okazji podaję adres). Natomiast dzisiaj zobaczyłam film "Opętany" z roku 2009. I nie będę oszukiwać, również dla Lee, zwłaszcza, że na gifach prezentował się w tym filmie całkiem ciekawie. Choć sam film... W dużej mierze przypominają mi się filmy, jakie swego czasu serwowała telewizyjna Jedynka, coś z serii "okruchy życia", albo też jakieś thrillery z niezbyt skomplikowaną fabułą. Takie filmy były kręcone dla telewizji amerykańskich głównie w latach 90. "Possession" trzyma się tego schematu, choć jest to film z roku 2009. 
Źródło: filmweb.pl
Ale o czym jest "Opętany"? Na początku widzimy młode małżeństwo, Jess i Ryana, którzy są ze sobą bardzo szczęśliwi. Do pełni szczęścia brakuje im jednak dziecka i świętego spokoju - po wyjściu z więzienia razem z nimi zamieszkał brat Ryana, Roman, który w ogóle nie myśli o tym, żeby się od nich wynieść. Pewnego dnia Roman podsłuchuje rozmowę małżeństwa o tym, że chcą w jakiś sposób się go pozbyć. Roman decyduje się wyjechać, choć wie, że ma zakaz wyjazdu poza stan. W pościg za nim rusza jego brat. Niestety, obaj mają wypadek samochodowy, na wskutek czego znajdują się w szpitalu w stanie śpiączki. Pierwszy wybudza się Roman, który zachowuje się dziwnie. Z typowego "złego chłopca" nagle staje się zupełnie inną osobą - zaczyna mówić, że jest Ryanem, mężem Jess. I choć kobiecie wydaje się to dziwne, decyduje się na to, by pomóc w jakiś sposób swojemu szwagrowi...

Wolę być szczera: film, choć ma pewne zalety, nie należy do wybitnych. Jest to dobra rozrywka, jeśli ktoś lubi mieć jakiś dreszczyk emocji, ale niekoniecznie lubi efekty rodem z horrorów. Lubię generalnie thrillery za to, że często utrzymują w napięciu aż do końca. I czy w "Opętanym" się to sprawdziło? No... Właśnie nie.

Bo choć momentami film mnie wciągał, sprawiał, że byłam ciekawa, do czego to wszystko zmierza, a w głowie miałam kilka opcji rozwiązań całej zagadkowej sprawy (wraz z rozwojem zdarzeń oczywiście), ale jednak rozwiązanie (bez zbędnych spoilerów) rozczarowuje niestety. Zwłaszcza sama końcówka robi się dość cukierkowa i nie taka, jaką oczekiwałabym po thrillerze. Co do bohaterów, mam mieszane uczucia. Bohater, którego gra Lee, czyli Roman, jest akurat świetnym przykładem psychopaty, który potrafi bardzo dobrze grać, byleby dopiąć swojego celu. I za to należą mu się wielkie brawa. Lecz niestety, partnerująca mu Sarah Michelle Gellar, czy aktor odgrywający jego brata (sami widzicie, tak się wciągnęłam w jego historię, że nawet nie wiem, co to za aktor) już mu nie dorównują. Grają po prostu cukierkowe małżeństwo, trochę wzięte z reklamy czy z taniego romansu, gdzie mąż pisze żonie listy, sprawia małe prezenty bez okazji, są razem szczęśliwi... I właściwie tylko tyle można o nich powiedzieć. A szkoda. Inną zaletą filmu jest montaż i zdjęcia - momentami mamy dość ciekawe ujęcia i przejścia, zwłaszcza przy scenach przypominania sobie momentu wypadku, choć z drugiej strony momentami one bardziej przypominają lata 90. i filmy z tego okresu, niż filmy sprzed 5 lat (bo bywały lepsze). Muzyka bez zarzutu, choć nie zawsze budowała napięcie.

Podsumowując, film "Opętany" to dobra rozrywka, ale na jeden raz. Lekko rozczarowująca, ale na pewno nie rozczarujecie się scenkami z Lee (choć z drugiej strony nie dziwi mnie to, że na tumblrze krążą gify praktycznie tylko z kilku scenek, dość charakterystycznych). Po Sarze Michelle Gellar jednak spodziewałam się czegoś więcej, acz to nie jej wina, że bohaterka jest zwyczajnie słaba. Jeśli lubicie Lee Pace'a, to myślę, że można obejrzeć. Jeśli niekoniecznie - to tylko, jeśli komuś się nudzi. Dlatego moja ocena to 6/10, czyli niezły (i to niezły ze względu na Lee).

EDIT (04/04/2014): Małe postscriptum, ponieważ dowiedziałam się, że istnieje alternatywne zakończenie dla tego filmu. Obejrzałam je na youtube i... Szczerze, choć to nie jest to, co oczekuję po thrillerze (bo to zakończenie nie wyjaśnia całej sprawy), jednak bardziej mi się podobało, bo jest niejednoznaczne i nie przedstawia Romana jako skrajnego psychopaty bez serca. Może czasami lepiej, by pewne sprawy były niewyjaśnione? W ten sposób całość bardziej zbliża się do melodramatu, niż do thrillera, ale gdyby to zakończenie było pokazane jako pierwsza opcja, chyba byłabym bardziej zadowolona. 
Share:

sobota, 12 października 2013

Big Love (2012), czyli dlaczego unikam polskich filmów.

Od jakiegoś czasu wydaje mi się, że w polskim kinie mamy tendencję do marnowania dobrych tematów. Nie wiem, z czego to wynika. Z braku budżetu? Z braku pomysłu? Z ignorancji twórców, którym chyba nie chce się wgłębiać w problemy (zwłaszcza w problemy młodzieży) i robić przez to parodię problemu, a tym samym spłycając go? Nie mam pojęcia. Niedawno obejrzałam "Bejbi Blues" w reżyserii Katarzyny Rosłaniec. Wydawałoby się, młoda reżyserka, powinna znać problemy młodzieży. Ale widać nie, powtórzyła tym samym błędy "Galerianek" (nie mówię tu o etiudzie dyplomowej, akurat ona wypadła lepiej, niż odpowiednik kinowy). Pani Barbara Białowąs ze swoim "Big Love" również się nie popisała, lecz w tym przypadku mamy tu do czynienia z innymi błędami, niż wymyślanie problemów, których nie ma. W dodatku pani Białowąs zrobiła sobie kiepską promocję, robiąc "dyskusję" z redaktorem filmweba, ponieważ nie zgadzała się z jego recenzją. Jeśli ktoś nie widział - polecam obejrzeć, chociażby po to, żeby zobaczyć, jak się nie powinno dyskutować. Dzisiaj jednak zabrałam się w końcu za film, który był przedmiotem tamtej afery. 
Źródło: filmweb.pl
"Big Love" to historia, której akcja rozpoczyna się pod koniec lat 90. Opowiada ona o 16-letniej Emilce, która jest córką znanej aktorki. Matka jednak jest w ciągłych rozjazdach, więc nie poświęca zbyt wiele czasu córce. Ta tymczasem poznaje starszego od siebie Macieja, granego przez Antoniego Pawlickiego. Zakochuje się w nim i wkrótce ucieka z domu, by móc być z nim. W ten sposób zaczyna się ich toksyczny związek, który ma tragiczny finał.

I sama nie wiem, od czego zacząć. Z jednej strony chciałam pisać, że recenzja może zawierać spoilery, ale jednak uznałam, że jest to bez sensu, bowiem prawdopodobnie od pierwszych minut tego filmu znamy jego rozwiązanie. To jest pierwsza rzecz, jaka mnie ubodła. Ponieważ jest to kolejny przypadek, kiedy polskiego widza traktuje się jak idiotę i podaje się rozwiązanie na talerzu, zamiast pozostawić pewne rzeczy domysłom. Irytuje mnie to okropnie, ponieważ z jednej strony jest to film ewidentnie dla dorosłych, a jednak widza traktuje się jak dziecko, które trzeba prowadzić za rączkę i pokazać "Tak, to się skończyło tak, czy siak". Dlaczego choć raz nie można pozostawić zakończenia otwartego? Dlaczego w polskim kinie wiele rzeczy jest mało subtelnych? Wrócę jeszcze do tego wątku.

Sam temat jest bardzo ciekawy i ma duży potencjał - toksyczny związek, w którym jedna osoba chce mieć całkowitą kontrolę nad drugą, co prowadzi do destrukcji głównych bohaterów. Dla mnie pomysł - bomba. Myślę, że pani Białowąs chciała przedstawić ten wątek niepretensjonalnie, nie tak jak w wielu telewizyjnych filmach obyczajowych z cyklu "Okruchy życia". Rozumiem, że chciała dodać tu artyzmu, żeby nie wyszły takie "Trudne sprawy", ale jednak co za dużo, to niezdrowo. I pominięcie pewnych istotnych elementów nie sprawia, że film ma więcej artyzmu, tylko sprawia, że staje się nielogiczny. A w czym to się przejawia?

Przede wszystkim kluczem jest tu główna bohaterka. Od początku do końca nie mogłam rozgryźć jej zachowań, decyzji. Dlaczego tak łatwo ucieka od matki, mówiąc (jako 16-letnia dziewczyna!), że ona "chce mieć facetów"? Dlaczego właściwie nie jest wspomniane, co doprowadziło do tego, że jest tak rozpuszczoną nastolatką, która szkołą się nie przejmuje, pali papierosy, później nawet dochodzą narkotyki i ciągle imprezuje? Czy tylko to, że jej matka jest znaną aktorką, której ciągle nie ma? Nie wydaje mi się, ale film tego nie wyjaśnia. Tak samo postać jej matki jest dla mnie nielogiczna. Daje córce bardzo łatwo uciec, nie walczy o nią, a potem, po kilku latach zachowuje się, jakby nic się nie stało. Oj, nie popisała się tu Małgorzata Pieczyńska, choć złą aktorką nie jest - tu jest bardziej wina źle rozpisanej postaci. Kolejna sprawa - związek z Maciejem. Zaczyna się on dziwnie szybko - po prostu Emilia raz go zobaczyła w klubie. I ok, gdyby nie to, że... Nawet słowem się do siebie nie odezwali, nie nawiązali nawet kontaktu wzrokowego, nie wymienili numerów, ani nic z tych rzeczy. Później Maciej sam ją odnajduje pod szkołą. Potem jest trochę lepiej. Emilia bowiem przejawia osobowość kobiety stłamszonej, uzależnionej od drugiej osoby (objawia się to niezdecydowaniem, ciągłymi rozstaniami i powrotami do Macieja, choć ten ją rani), mimo że chce zacząć lepsze życie i robić karierę jako piosenkarka. Jednak sama końcówka (i tu uwaga, spoiler) sprawia, że jednak Emilia znowu staje się postacią nielogiczną i źle rozpisaną - po prostu chciała, żeby sam Maciej ją zabił. Wręcz go o to poprosiła, choć nic na to nie wskazywało. Daje to wiele pytań bez odpowiedzi - bo kiedy wydaje się, że decyduje się na to, by żyć normalnie, to podejmuje tu nielogiczną i niczym nieuzasadnioną decyzję, która... Nie przynosi żadnych korzyści obu stronom. Albo nie wiem, widocznie ja nie byłam tak zakochana. Albo jestem za głupia, żeby to zrozumieć. Jeśli ktoś z aktorów wypada dobrze, to jest to Antoni Pawlicki - wciela się w rolę chłopaka, który początkowo ma ciekawą, nietuzinkową osobowość, imponuje młodej dziewczynie, by stopniowo objawiać swoją psychopatię i tendencję do kontroli. I ta postać wypada wiarygodnie i jest napisana dobrze.

Z innych rzeczy, o których wspominałam wcześniej. Sceny seksu. Ani to subtelne, ani w zasadzie potrzebne. Scenki rodem z pornosa po prostu. Długie, wulgarne i zbyt dosłowne. Czyli robienie z widza idioty, który się nie domyśli tego, że para może uprawiać ze sobą seks, tylko trzeba to pokazać. W dodatku jedna scenka była strasznie kiczowata - seks na wszystkie możliwe kombinacje, niczym w tanim pornosie, a w tle animacja jak... Nie wiem, ale mi się to skojarzyło z teledyskiem. Naprawdę, gdybym chciała obejrzeć pornosa, to bym włączyła jakieś redtube, czy coś. Takie scenki powinny być bardziej subtelne, a już na pewno krótsze.

Kolejna sprawa - do połowy filmu nie mogłam się domyślić, w jakim czasie toczy się akcja tego filmu. Zwykle nie mam z tym problemu, nawet jak nie ma podanej daty, ale tutaj kilka elementów, jak na końcówkę lat 90. było mylące: po pierwsze, słuchawki Emilki w jednej z pierwszych scen - są one ewidentnie współczesne. Scena na lotnisku, scena w klubie - elementy strojów, czy muzyka też raczej są z roku 2012, niż z 1997. Niestety, jeśli za coś się brać, to należy to robić porządnie i unikać tego typu wpadek (a mam do takich rzeczy oko).

Podsumowując: film porusza naprawdę dramatyczny i ciekawy temat. Nieczęsto jest to poruszane w polskim kinie. Problem jest realny, jednak także w tym przypadku mamy do czynienia z kiepską formą. Pod względem psychologicznym postacie są niedopracowane, niektóre sceny niepotrzebne, a zakończenie - dziwne (choć już nie wspominam tego, że rozwiązanie mamy na początku, bo są filmy opierające się na retrospekcji, które są dobre). Strywializowany został również problem aborcji - główna bohaterka potraktowała to bardzo lekko i nie ma wyjaśnione, na czym opiera swoją decyzję. Z plusów - rola Pawlickiego, a także zdjęcia, czy muzyka (choć serio, nie kojarzyła mi się ona z latami 90. czy początkiem XXI wieku, który pamiętam). Chęci dobre, ale jednak nie wystarczą. Moja ocena: 4/10, czyli ujdzie (chyba głównie ze względu na temat, który jednak mi się spodobał). 
Share: