sobota, 25 lipca 2015

Sailor Moon Crystal (2014-15)

Właściwie trochę trudno pisać mi o tym tytule. Bo jest to dla mnie coś przełomowego, być może, gdyby nie nadawana na Polsacie w latach 90. "Czarodziejka z Księżyca", to w ogóle nie zainteresowałabym się anime. Dlatego też z wielkim zainteresowaniem śledziłam informacje na temat tego, że miał się ukazać reboot tego słynnego anime, z nową kreską, animacją i przede wszystkim - z zupełnie inną fabułą, bardziej zbliżoną do mangi. Co otrzymaliśmy? Z pewnością produkt niepozbawiony wad, ale jednocześnie z fascynującym podejściem fandomu do pewnych kwestii, które właściwie mogą się wydawać absurdalne.
Źródło: filmweb.pl
Usagi Tsukino ma 14 lat, chodzi do gimnazjum i jest generalnie szczęśliwą nastolatką. Ma swoje wady, jest płaczliwa, momentami nieznośna, a czasem jej oceny pozostawiają wiele do życzenia. Wszystko zmienia się, gdy spotyka gadającą kotkę, Lunę, która mówi jej, że jest tak naprawdę wojowniczką, reinkarnacją księżniczki Serenity, która kiedyś mieszkała na Księżycu. Od tej pory Usagi wraz z innymi wojowniczkami ma walczyć o sprawiedliwość na tym świecie.

Fabuła zamyka się w 26 odcinkach, które streszczają ponad 80 odcinków starego anime, obejmujących dwa pierwsze wątki. Widać więc, jak bardzo fabuła starego anime mogła się różnić. Przede wszystkim w klasyku z lat 90. widoczna była powtarzalność pt. w mieście grasuje potwór - Usagi i inne wojowniczki walczą z nim - zwycięstwo. Mi jako dziecku nie przeszkadzało to (być może dlatego, że dzieciom podoba się taka powtarzalność), ale po latach zaczęłam dostrzegać wady. I właśnie Sailor Moon Crystal te wady fabularne poprawia.

Akcja jest o wiele bardziej zwarta, dzieje się zdecydowanie szybciej i jest sprawniej poprowadzona. Tylko kilka pierwszych odcinków pokrywa się z tym, co mieliśmy w starym anime. Dalej niemal wszystko się rozjeżdża. Różnic jest jednak na tyle dużo, że nie w sposób pisać o nich wszystkich w jednej, dość krótkiej recenzji. I moim zdaniem niemal wszystkie zmiany fabularne czy zmiany charakterów postaci wypadają na korzyść. Wprawdzie dzieje się to kosztem comic reliefów, ale część rzeczy przy tym jest o wiele bardziej dojrzalsza, a także mamy okazję na to, by poświęcić uwagę poszczególnym postaciom i relacjom między nimi. Niektórzy irytowali się, bo Usagi bardzo dużo swojej uwagi poświęcała Mamoru, jednakże należy zrozumieć, że mamy do czynienia z zakochaną nastolatką, przeżywającą swoją pierwszą miłość. A więc takie rzeczy, jak tęsknota za ukochanym czy ciągłe myśli o nim są całkiem normalne. Nie znaczy to, że Usagi przez to jest gorszą postacią. Nie straciła w sobie nic z tamtej wojowniczki, która chciała walczyć o dobro i sprawiedliwość do samego końca. A to jest najważniejsze.

Żeby jednak opisać szczegółowo wszystko, musiałabym niestety sporo spoilerować. Dziwi mnie jedynie postawa oburzenia, zwłaszcza amerykańskiego fandomu, że sporo rzeczy zostało pozmienianych i "nie jest jak w oryginalnym anime". Przy niektórych postach wyrażających zbulwersowanie widać było, że ludzie ci nie znają mangi, a co gorsza (a zarazem ciekawsza), nawet nie chcą zajrzeć do artykułów, które mówią o tych różnicach. Nieznajomość źródła moim zdaniem nie jest wymówką, a twórcy nie obiecywali, że będzie to kropka w kropkę to samo anime, które było w latach 90. Generalnie jednak pod względem fabularnych nie mam żadnych zarzutów.

Co bardziej boli? Animacja i kreska, określone już jako "quality animation". Fakt faktem, gdyby śledzić odcinki klatka po klatce, można znaleźć wiele błędów, krzywe i nieproporcjonalne postacie, ale jednakże te błędy poprawione w wersji Blu-Ray (swoją drogą, dobra zagrywka, żeby kupić wydanie Blu-Ray), ale ja osobiście nie mogłam przeboleć momentu transformacji. Jak dla mnie wygląda po prostu jak żywcem wzięty z gry komputerowej (niepotrzebne wstawki CGI), w dodatku jest za długi i ma niedobraną muzykę. Dlatego po pewnym czasie zaczęłam go pomijać.

Kolejną wadą, choć może nie jakąś uciążliwą, ale jednak, jest moim zdaniem emisja - odcinki były co dwa tygodnie, dlatego emisja trwała aż rok. Wynikało to z formy nadawania, czyli ONA - odcinki pokazywały się w Internecie, na oficjalnym kanale, miały gotowe napisy w kilku językach, w tym angielskim.

Mi osobiście Sailor Moon Crystal przypadła do gustu. Graficznie to może nie jest żadne cudo, bo kreska pani Takeuchi sprawdzała się w mandze, ale niekoniecznie w anime, jednakże bardzo nadrabia ono fabułą, jest dojrzalsze i zwyczajnie ciekawsze. To jest właśnie jedno z anime, które ogląda się nie dla kreski, lecz dla fabuły czy postaci. I jestem ciekawa, jak poradzą sobie z najmroczniejszym wątkiem mangi - bowiem w ostatnim odcinku był napis "see you soon", co znaczy, że wkrótce zobaczymy kolejny sezon. A dzisiaj to anime otrzymuje ode mnie ocenę 8/10, czyli bardzo dobre.
Share:

czwartek, 9 lipca 2015

Liebster Blog Award, czyli 10 ciekawych pytań

Przyznaję, że gdyby nie Lemurilla, w sumie nie wiedziałabym, że coś takiego istnieje. Ale bardzo mi miło. Zabawa jest całkiem fajna i ma na celu rozpromowanie blogów. Polega na tym, że po nominacji dostajesz 10 pytań i musisz na nie odpowiedzieć, a potem nominować kolejne blogi i zadać 10 swoich pytań. A zatem zaczynamy!

Nominowana zostałam przez wyżej wspomnianą autorkę Lemurilli, a oto 10 jej pytań:

1. Pierwsza manga jaką kupiłaś/eś, jak kiedyś ją oceniałaś/eś, a jak obecnie o niej myślisz?

Może to głupie, ale przyznaję, że była to dopiero Hetalia. Dlaczego? Złożyło się na to wiele czynników - wcześniej nie miałam kasy, możliwości, a poza tym wcześniej też (a konkretnie w szkole średniej) trochę odeszłam od mangi, więc nie widziałam powodu, by ją kupować. Mangę tą oceniałam jako coś bardzo fajnego, jako zabawną satyrę, choć samo wydanie miało trochę kontrowersji, chociażby te translatorskie. Dzisiaj natomiast chcę ją sprzedać, więc można domyśleć się, jaki mam stosunek. Po prostu tytuł przestał mnie interesować.

2. Najlepszy konwent na jakim byłaś/eś?

W moim przypadku - jedyny, czyli Bachanalia Fantastyczne w Zielonej Górze, o których pisałam relację. Ale bardzo, bardzo mi się podobało i na pewno pojawię się jeszcze, może nawet z panelem? ;)

3. Za komplet jakiej serii mang oddałabyś/łbyś nerkę?

Cały czas poluję na całą serię Fullmetal Alchemist w rozsądnej cenie, ale wiele bym dała również, aby któreś wydawnictwo podjęło się tłumaczenia Saint Seiyi (a tych mang i spinoffów jest wręcz masa). Bo dlaczego wszystkie klasyki zostały wydane w Polsce (a przynajmniej te, których wersja animowana leciała na Polsacie czy RTL7), a Saint Seiya akurat nie? To trochę niesprawiedliwe. Albo żeby chociaż The Lost Canvas wydano...

4. Ulubiony film animowany nie pochodzący z Japonii?

Prawdopodobnie "Król Lew", chyba jedyny film animowany, któremu dałam 10/10 na filmwebie. Dla mnie to już jest klasyka, jest ponadczasowy, piękny, zabawny i momentami smutny. I tego oczekuję po filmie familijnym. Ale swego czasu bardzo lubiłam też disnejowskiego "Herkulesa".

5. Ile najdłużej siedziałaś/eś bez przerwy nad jakimś serialu/komiksie/książce i co cię tak wciągnęło?

Zależy, jak to liczyć. Jeśli tak ciągle, to chyba Doctor Who. Oglądam ten serial od 2012 roku i choć czasami tylko ciężko wzdycham na wymysły Moffata, to dalej oglądam. Może trochę z przyzwyczajenia, ale jednak też dlatego, że mimo wszystko lubię ten serial, który wpisał się na stałe do popkultury brytyjskiej. Ale tak to... No cóż, do tej pory kocham "Czarodziejkę z Księżyca" ("Sailor Moon"), a po raz pierwszy obejrzałam ją, gdy... Byłam chyba w zerówce.

6. Na czym ostatnio byłaś/eś w kinie i jak się podobało?

Na "Mad Maxie: Drodze Gniewu" i bardzo, bardzo mi się podobało, o czym świadczy moja ostatnia, bardzo przychylna recenzja. Film dla każdego, nawet jeśli się nie przepada za sensacją.

7. Ulubiona książka?

Ale tak tylko jedna? Lubię cykl książek o Harrym Potterze, lubię "Małego Księcia", lubię inne książki J.K. Rowling... Tego jest masa. Praktycznie większość książek, które przeczytałam, podobały mi się w większym lub w mniejszym stopniu.

8. Poleć jakąś planszówkę!

Mam naprawdę miłe wspomnienia związane z "Jungle Speed". Gra na refleks i bawić się w nią powinny więcej, niż dwie osoby. Chętnie bym jeszcze w to pograła.

9. Ulubiony kraj Europy Środkowej?

Nie licząc Polski głównie pod względem turystycznym (bo naprawdę, jest co zwiedzać, nawet swojego regionu jeszcze nigdy dobrze nie zwiedziłam), to myślę, że Czechy mają swój niesamowity klimat i jeśli miałabym okazję, to znowu bym się wybrała do Pragi.

10. Czym okaże się One Piece?

Kapeluszem Luffy'ego ;)

Ok, teraz porcja pytań ode mnie :)

1. Przypomnij sobie rzecz, której jesteś fanem od bardzo, bardzo dawna. Co to za rzecz? Ciężko mi pisać bowiem, w jakim fandomie siedzisz najdłużej, bo ludzie różnie to pojmują.
2. Może coś o muzyce. Ulubiony gatunek i kilka zespołów/muzyków, których lubisz?
3. Wolisz wracać do czegoś nostalgicznie, czy lubisz odkrywać nowe filmy i seriale? Dlaczego?
4. Najukochańszy film/bajka z dzieciństwa.
5. Test: czy jesteś dzieckiem lat 90? Co łączyło ze sobą te dwie rzeczy: kasetę magnetofonową i ołówek? Gimby nie znajo
6. Czy masz jakąś ulubioną grę komputerową? Jeśli tak, to jaką?
7. Najgorsza książką, jaką przeczytałaś?
8. Jakie miejsce na Ziemi chciałabyś koniecznie zobaczyć?
9. Ulubiona forma sztuki?
10. I wreszcie: kawa czy herbata?

A nominuję dwa blogi:

Subiektywnie o kinematografii - naprawdę warto śledzić także fanpage'a ;)

Kącik krytyczno-filozoficzny - o popkulturze i nie tylko, również gorąco polecam! :)


Share:

czwartek, 18 czerwca 2015

Mad Max: Na drodze gniewu (2015)

O tym filmie nasłuchałam się wiele. Przyznać trzeba jedno - miał świetną akcję marketingową - bowiem zwiastun w ogóle nie sugeruje całości, tego, co może w nim być. Dopiero po tym, jak pierwsza fala widzów poszła do kina, film okrzyknięto feministycznym, co jednych zachwyciło, a inni poczuli się zgorszeni. Ja zaliczałam się do tych pierwszych, a mianowicie do tych, którzy byli tym bardziej zaintrygowani kontynuacją klasyka z lat 80. Gify i screeny z postaciami tym bardziej sprawiły, że zachciało mi się iść do kina. I co dostałam? Może nie film, który wbił mnie w fotel, ale z całą pewnością film rozrywkowy na bardzo wysokim poziomie. 
Źródło: filmweb.pl
Akcja filmu toczy się w postapokaliptycznym świecie, w którym nieliczni przetrwali wojnę nuklearną. Tytułowy Max Rockatansky był kiedyś policjantem, teraz jest samotnym wędrownikiem, który próbuje przetrwać. Pewnego dnia zostaje porwany przez bandę niejakiego Wiecznego Joe, który jest władcą Cytadeli, jednego z nielicznych osiedli ludzkości. Max staje się dawcą krwi dla tzw. półżywych, wojowników Joe. Przez przypadek zostaje również wciągnięty w wyprawę przeciwko Cesarzowej Furiosie, która to zbuntowała się i zabrała ze sobą harem Wiecznego Joe. Próbuje uciec, szukając lepszego miejsca. Max, chcąc nie chcąc, decyduje się na wspólną wędrówkę.

W filmie urzekło mnie wykreowane uniwersum. Być może dlatego, że nie mamy zbyt wiele o nim powiedziane, jedynie dostajemy strzępki informacji. Podoba mi się sugestia, że większość ludzi po wojnie nuklearnej dosłownie stała się szalona, w tym i główny bohater, którego prześladują demony przeszłości. Całkiem ciekawe jest również przedstawienie "techniczne" - wszystko w tym świecie opiera się na ropie i na pojazdach mechanicznych (samochody, motory), które wyglądają jak relikty przeszłości. Podoba mi się też to, że Cytadela dowodzona przez Wiecznego Joe jest niejako aluzją do systemów totalitarnych, w których to ludzie mają wyprane mózgi i naiwnie liczą na zbawienie. A tylko nieliczni dostrzegają zagrożenie.

I to jest właśnie główne przesłanie filmu, powiedziane przez jedną z bohaterek: "Nie jesteśmy przedmiotami". A tak właśnie Joe traktuje swoich podwładnych, a nawet kobiety, które nazywa żonami - one są jedynie narzędziami, mają mu rodzić dzieci i je wykarmić, cała reszta go nie obchodzi. Dlatego pięć żon Joe postanawia uciec wraz z Cesarzową Furiosą. O niej również niewiele wiadomo. Mówi sama o sobie, że szuka odkupienia. Buntuje się przeciwko temu światu, pragnie wolności. Widz współczuje jej, kiedy jej marzenia i plany kończą się fiaskiem. A przy tym jest postacią silną i świetnie wykreowaną.

Urzekła mnie również relacja Furiosy z Maxem. Nie ma bowiem tam żadnego wątku romantycznego. Są oni dla siebie równorzędnymi partnerami. Każdy z nich ma inne cele, lecz muszą współpracować, by je osiągnąć. Muszą nauczyć się zaufania do siebie, co jest trudne, acz w ostateczności wykonalne. Myślę, że dlatego też polubiłam głównego bohatera - choć oszczędny w słowach, dosłownie szalony, to jego czyny mówią same za siebie.

Myślę, że jednak to feministyczne przesłanie kryje się w przedstawieniu postaci kobiecych, postaci, które są różne, a mimo to potrafią ze sobą współpracować i chcą tego, w imię solidarności i w imię własnej wolności. Nawet żony Joe, choć pozornie są one laleczkami, które mają mu służyć za dekorację, są mądre i zaradne. Chcą przede wszystkim swojej wolności i dla niej zrobią wiele. Przyznaję, że dawno nie widziałam takiego filmu, który by to dobrze przedstawiał. Przede wszystkim urzekła mnie scena solidarności nie tylko tej kobiecej, ale też i tej międzypokoleniowej.

W kinie byłam na seansie 3D. Było trochę efektów, które nadawały się pod taki seans, ale jednak wciąż preferuję filmy 2D. Co nie zmienia faktu, że surowe, pustynne klimaty oraz muzyka bardzo mi przypadły do gustu. Film pod tym kątem stoi na bardzo wysokim poziomie, podobnie jak z efektami CGI, które wypadają bardzo dobrze.

Moim zdaniem Mad Max to przykład filmu rozrywkowego, który nie musi nudzić, nie musi mieć wymagającej fabuły, ale przy tym nie musi być płytki i mieć całą gamę ciekawych postaci oraz uniwersum do zaprezentowania. Być może jeden z lepszych filmów 2015 roku. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to koniecznie musi się wybrać do kina. A ode mnie ocena 9/10, czyli rewelacyjny (naprawdę z chęcią obejrzę jeszcze raz). 
Share:

poniedziałek, 15 czerwca 2015

E.L. James - Nowe oblicze Greya (2012)

UWAGA! Ta recenzja zawiera spoilery!

Nareszcie skończyłam książkę, która męczyła. Po prostu męczyła. Już nawet nie była na tyle kontrowersyjna, na tyle zła, żeby ją czytać z zapartym tchem, przy okazji śmiejąc się z tego, jak to coś jest kiepsko napisane. Była po prostu nudna, choć przy tej części zrozumiałam, co może się podobać fankom tej książki. Co nie znaczy, że ta rzecz, do której jeszcze wrócę, jest opisana w sposób dobry i wiarygodny. A wręcz przeciwnie. I nie oznacza to także, że autorka wystrzegała się błędów. Tych jest znowu cała masa. Niniejsza recenzja będzie również podsumowaniem całej trylogii.
Źródło: upolujebooka.pl

Trzecia część słynnego cyklu o związku Christiana Greya i Anastasii Steele rozpoczyna się opisem ich podróży poślubnej po Europie. Sielanka trwa w najlepsze, mimo wybuchów złości Christiana i kłótni o przysięgi małżeńskie (Ana powiedziała, że nie ślubowała mu posłuszeństwa). Okazuje się, że spokój młodego małżeństwa zakłóca kolejny raz osoba, która z jakiegoś powodu prześladuje Anę. Wkrótce okazuje się, że to jej były szef, który się na niej mści.

Muszę powiedzieć, że całość jest po prostu bardzo słaba. Z tym, że nawet nie jestem w stanie do końca określić, która z książek jest najsłabsza. Czy pierwsza, którą czyta się szybko, ale jest tak koszmarna stylistycznie, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać? Czy pozostałe dwie, które wieją nudą i od czasu do czasu dorzucają jakieś kontrowersyjne rzeczy, które powodowały u mnie wściekłość? Przy trzeciej części wiem jedno: zrozumiałam, o co chodzi fankom. Trzecia część ma bowiem przesłanie pt. "Każdy może się zmienić pod wpływem miłości, nawet najgorszy drań." Z tym, że... Takie rzeczy to chyba tylko w bajkach, niestety. Brak realizmu to chyba najgorszy z grzechów tej książki, czy nawet całej trylogii.

I nawet nie mówię o stereotypach w stylu "kobieta zawsze poleci na kasę", czy "kobieta będzie do końca życia z draniem, choćby nie wiem, co", ale o tym, że po pierwsze - dlaczego fankom książki Christian Grey nie kojarzy się z patologią ani z osobą toksyczną, która powinna siedzieć w więzieniu za przemoc psychiczną? Bo właśnie dlatego, że Christian jest obrzydliwie bogaty, a patologia kojarzy się z biedą. Do tego dochodzą smutne stereotypy i przekonania fanek, z którymi miałam okazję się spotkać - np. takie, że dziewczyny te nie wierzyły, że w książce jest scena gwałtu. Bo jest - w końcu każdy seks bez zgody drugiej osoby, czy czynności dokonywane wbrew jej woli są gwałtem. Widać przy tym, jak w naszym społeczeństwie panuje chore przekonanie, że gwałty się nie zdarzają w małżeństwie, a raczej się kojarzą ze zbirem w ciemnej uliczce, który atakuje. A co gorsza, bohaterka nic z tym nie robi. Niby Ana twierdzi, że nie leci na pieniądze, ale jednak przyczyną niemal wszystkich przykrych zajść są właśnie one, plus do tego chęć całkowitej kontroli Christiana nad tym całym życiem i otoczeniem.

I tu wyłażą kolejne problemy - lenistwo i słaby research. Lenistwo - bo łatwo jest opisać świat bogatych ludzi, którzy jeżdżą gdzie chcą, pracują właściwie po to, żeby nie siedzieć w domu po prostu, stać ich na wszystko, czego pragną. Takie rzeczy pisze się bardzo łatwo, gorzej, jakby się zastanowić, gdyby para musiała zaczynać wszystko od zera, wiązać koniec z końcem, itd. Poprzez słaby research mam na myśli głównie "brytyjskość" książki. Akcja toczy się w Stanach Zjednoczonych, a znowu - Grey lubi samochody popularne w Europie, jak Audi, czy Saab, ma także krytyczny stosunek do posiadania broni, co jest raczej dość niezwykłe w przypadku człowieka bogatego w USA.

Leży także przy tym psychologia postaci, której zwyczajnie nie ma. Christian Grey objawia się jako człowiek, który chce kontrolować wszystko - i w życiu zawodowym i w prywatnym. Przy tym... Często jest jednak tak, że wysoko postawieni kierownicy, dyrektorzy właśnie potrzebują odreagowania poprzez dość nietypowe rozrywki, a także czytałam o tym, że często bawią się w oni właśnie w BDSM, ale w roli uległego. Więc kiedy ten człowiek ma odpocząć? Ana natomiast przez cały cykl powieści nie zmienia się ani trochę. Ma 22 lata, w jej życiu w ciągu raptem kilku miesięcy zachodzi wiele zmian, a ona jakby niczego się nie uczy, jest wciąż naiwna, momentami aż zbyt łatwowierna i ostrożna. Nie rozumiem, co kierowało Greyem, że zakochał się w kimś takim. To właśnie jest typowy grzech fanfiction - tworzenie bohaterki pozornie przeciętnej, ale przy tym ubóstwianej z jakiegoś niewiadomego powodu przez mężczyznę jak ze snu. Najbardziej chyba dobiła mnie scena, w której poinformowała swojego męża o ciąży, a ten się wściekł (również niezrozumiałe, w końcu są małżeństwem, mają pieniądze, co stoi na przeszkodzie?), natomiast Ana zaczęła go... Przepraszać za to, że zaszła w ciążę. W pewnym momencie miałam nadzieję na jakąś poprawę, kiedy Anastasia stanowczo mówi o tym, co sądzi o reakcji męża, staje się twarda i obstawia na swoim. Ale to trwa tylko przez chwilę, niestety...

W książce jest wiele sytuacji, które kwalifikują się pod definicję toksycznego związku: chorobliwa zazdrość, obwinianie ofiary, nieufność, ciągła kontrola nad tym, co robi, gdzie wychodzi, z kim rozmawia. Nie wiem, jak nie uważam, żeby coś takiego było objawem romantyzmu i troski, a raczej sygnałem do zastanowienia się, czy warto z kimś takim być. Nie mówiąc o scenie gwałtu.

Całość nie prezentuje się również najlepiej także poprzez ckliwe zakończenie. Miała być pikantna opowieść o związku z elementami BDSM, zakończyło się to natomiast jak romans, aż chciało się dodać "i żyli długo i szczęśliwie, uprawiając ostry seks". Tak, Christian i Ana stają się małżeństwem, książka kończy się w momencie, kiedy spodziewają się drugiego dziecka. Tylko tyle i aż tyle. Nie rozumiem, co w tym przełomowego, a już na pewno nie pokazuje to dobrze BDSM.

Całą trylogię uważam za książki, które mogą być szkodliwe, a na pewno za takie, które nie są odpowiednie dla dziewczyn w wieku 15-16 lat. Kreują one bowiem zły obraz związku, romantyzując toksyczną relację i przedstawiając ją w dobrym świetle, na zasadzie "on na pewno się zmieni". Nie, nie zmieni się, wystarczy poczytać opowieści o ofiarach przemocy domowej. Takich Christianów Greyów mamy w naszym środowisku od groma, tylko oni są bohaterami gazet, a nie książek. I nie są po prostu bogaci. Książki pokazują kobiety jako istoty słabe, które powinny się podporządkować facetom, inaczej nie dadzą sobie rady w życiu. Poza tym przedstawiają BDSM w bardzo złym świetle i generalnie to, co jest pokazane w książce, nie jest BDSM, które ma zasady, że jest bezpieczne i dzieje się za zgodą obojga partnerów (takich zasad jest więcej, wystarczy pogrzebać, by się przekonać). Książki te mogą być szkodliwe, ale nie muszą - bo raczej sądzę, że sporo ludzi jest w stanie zdystansować się do tej (kiepskiej) fikcji.

Mimo to, druga i trzecia część są lepsze stylistycznie, acz wciąż przede wszystkim wieją nudą, poza tymi momentami pokazującymi to, jaki Christian potrafi być. Wtedy to naprawdę byłam zła. Nie polecam tych książek nikomu, raczej czytałam je po to, aby ludzi ostrzegać, a nie zachęcać. Nie dość, że promują szkodliwy obraz związku, to są zwyczajnie słabe i nudne. Dlatego zarówno całość, jak i trzecia część trylogii o Greyu otrzymuje ode mnie ocenę 3/10, czyli słaba. Podnoszę ocenę ze względu na poprawę języka. Ale tak to... Nie ruszać tego wcale. Ani to romantyczne, ani dobre, ani ciekawe. Po prostu powinno zaginąć w odmętach kiepskiej literatury, a nie zostać wypromowane.

PS. Wiem o tym, że pani James pisze książkę o tych samych wydarzeniach z perspektywy Greya. Nie wiem, czy zdecyduję się na przeczytanie, choć końcówka trzeciej części sprawia, że nie dziwi mnie taka zagrywka - ostatnim rozdziałem są bowiem opisane początkowe wydarzenia właśnie z perspektywy Greya. Wulgarny język narratora jednak mnie nie zachęca do czytania...
Share:

sobota, 30 maja 2015

No. 6 (2011)

Nie sądziłam, że znajdę kiedykolwiek tytuł, który może przedstawić w całkiem ładny sposób obiecujący pairing, a jednocześnie wątek miłosny nie jest tym głównym. Ten właściwy wątek jest za to bardzo intrygujący i należy do jednych z moich ulubionych motywów czy to w filmach, czy w literaturze. Jednakże nawet najlepsze tytuły mają swoje wady, dlatego nie mogę zaliczyć No. 6 do tych najlepszych. Co mogło pójść nie tak?
Źródło: filmweb.pl
Akcja tego 11-odcinkowego anime toczy się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ziemię dotknęły wojny, wskutek czego do życia pozostało tylko sześć większych osad. Jedną z nich jest tytułowa Numer 6, pozorna utopia. Jeśli jesteś członkiem elity, możesz liczyć na wiele przywilejów. Jednym z takich członków jest 12-letni Shion, mieszkający ze swoją matką, Karan. Pewnego dnia Shion przyjmuje pod swój dach niejakiego Szczura, chłopca w swoim wieku, który okazuje się, że uciekł z więzienia. Przez to zdarzenie Shion i jego matka zostają pozbawieni przywilejów i oboje muszą podjąć pracę, by mieć z czego żyć. Cztery lata później Numer 6 dotyka tajemnicza seria śmierci. Gdy tylko Shion próbuje zakwestionować rząd, wątpiąc, czy media podają im wszystkie informacje, natychmiast zostaje zabrany do zakładu karnego. Po drodze jednak ratuje go Szczur, który robi to ze względu na wdzięczność. Powoli Shion poznaje brutalną prawdę o świecie, w którym żyje.

Może zacznę od wad, bo tych jest mniej. Moim zdaniem seria jest po prostu za krótka. Wprawdzie jedenaście odcinków zamyka fabułę i nie pozostawia cliffhangerów (mimo otwartego zakończenia), jednakże czegoś tu zabrakło. Uwielbiam motyw pozornej utopii lub dystopii, jednakże moim zdaniem jedenaście odcinków po około 25 minut to zdecydowanie za mało, by dobrze wykreować przedstawiony świat, a także poprowadzić fabułę, odkryć, na czym polega spisek i wreszcie - żeby ładnie zakończyć całość. Dlatego pewne rzeczy musiały być kosztem innych, jak pobieżne przedstawienie co niektórych postaci - przykładowo interesował mnie Youming, który kontaktował się z matką Shiona i planował spisek przeciwko obecnej władzy - niestety, było o nim zbyt mało powiedziane, a rozwiązanie jego wątku uważam za mało satysfakcjonujące. Zdaje się również, że twórcy chcieli uchwycić za dużo wątków na raz, dlatego też zakończenie przynosi wiele pytań bez odpowiedzi. Lecz tak, jak mówię - wszelkie te problemy wynikają z tego, że anime jest za krótkie. Anime o podobnych wątkach, jak "Fullmetal Alchemist", czy "Monster" mają zdecydowanie więcej odcinków, dzięki czemu fabuła jest sprawnie poprowadzona. W przypadku "No. 6" niestety tak nie ma.

Co jednak jest główną zaletą? Myślę, że piękne wplecenie wątku relacji Shiona i Szczura. W jednej recenzji miałam okazję przeczytać, że ich relacje są "niejednoznaczne". Moim zdaniem tak nie jest i gdyby któryś z nich był dziewczyną, to wtedy nikt by nic takiego nie powiedział. Shion i Szczur początkowo nawet się nie lubią. Żyją w kompletnie różnych światach - ten pierwszy żył prawie całe swoje życie pod kloszem, będąc kwintesencją tego, o co chodziło władzom Numeru 6 - obywatel, który jest geniuszem w swojej dziedzinie, lecz ignorantem w innych, posłusznie oddany i ślepy. Do tego idealista. Momentami mogłam jednak zrozumieć Shiona, bowiem sama mam coś z idealistki. Wszystko jednak stopniowo się zmienia, kiedy na swojej drodze spotyka on Szczura - chłopaka z tajemniczą przeszłością, który początkowo jest zgorzkniały, gburowaty i ma właściwie tylko jeden cel - zniszczyć Numer 6. Przy tym jest też ciekawą postacią, miłośnikiem klasycznej literatury i teatru (a tymczasem Shion nie znał nawet "Hamleta"). Jest klasycznym antybohaterem i jak sam twierdzi - nie zależy mu na nikim. Pod wpływem znajomości z Shionem to się jednak zmienia i nawet sam tego nie widzi do końca, dopiero inni ludzie muszą mu mówić, że zaczęło mu na kimś zależeć i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. I ta relacja zmienia się z czasem w coś głębszego, można ich uczucie śmiało nazwać miłością.

Mam jeszcze mieszane uczucia, co do zakończenia - z jednej strony jest kilka wątków, które pozostawiają nas z pytaniami, a z kolei inne rzeczy podane są jakby na tacy, w związku z czym nie ma to już takiego smaczku (a jest tak z przeszłością Szczura, która dosłownie w jednym odcinku zostaje całkowicie wyjaśniona, tak mówiąc bez większych spoilerów).

Co do animacji, to bardzo mi się podoba - wprawdzie jest to tytuł, który już ma 4 lata, ale i tak animację i kreskę mogę zaliczyć do jednych z najlepszych, jakie widziałam. Co do muzyki - oprócz openingu nic tak nie zapadło mi w pamięć, niestety.

"No. 6" to jeden z tych tytułów, który mógłby być ideałem, lecz niestety, najprawdopodobniej ograniczony budżet na to nie pozwolił - w związku z czym niestety jedenaście odcinków to zbyt mało, żeby wszystko rozwinąć porządnie. Ale tym bardziej mnie motywuje to do znalezienia książek, na podstawie których powstał ten serial. A na dzień dzisiejszy otrzymuje on ode mnie ocenę 8/10, czyli bardzo dobry.
Share:

czwartek, 14 maja 2015

Avengers: Czas Ultrona (2015)

Do kina szłam na ten film, czytając bardzo mieszane recenzje - jedni wychwalali go, drudzy dochodzili do wniosku, że to nie to. Faktem jest to, że ogólnie krytykowany jest reżyser, Joss Whedon, lecz bardziej krytyka jest skierowana do jego wypowiedzi, które delikatnie mówiąc, są nie na miejscu. Jednak już kiedyś wspominałam, że nie znam za bardzo komiksów Marvela (tyle tylko, co wyczytam z jakichś postów), więc filmy z Marvel Cinematic Universe traktuję jako czystą rozrywkę, trudno mi też oceniać poprawność względem komiksów. To będzie recenzja czysto filmowa, postaram się uniknąć też spoilerów, jak tylko się da.
źródło: filmweb.pl
Akcja "Avengersów" łączy się bezpośrednio z "Kapitanem Ameryką: Zimowym Żołnierzem", jest jakby kontynuacją wątków. Avengersi dostają się do bazy Hydry w Europie Wschodniej, w Sokowii. Tam przeprowadzane są eksperymenty na ludziach, w wyniku czego osierocone bliźniaki, Wanda i Pietro Maximoff zyskują supermoce (i stają się tym samym Scarlet Witch i Quicksilverem, znanymi także z X-Menów). Głównym celem Avengersów jest jednak odzyskanie berła Lokiego. Okazuje się, że zadanie nie jest proste, bowiem Scarlet Witch skutecznie manipuluje lękami Iron Mana. Ten zaś próbuje stworzyć nowy system chroniący Ziemię, Ultrona. Wszystko jednak wymyka się spod kontroli.

Może zacznę od zalet - miło jest zobaczyć dobry kawałek kina akcji, które nie nudzi. Akcja dzieje się szybko, nie ma miejsca na jakieś długie przestoje, a scenki pełne patosu są świetnie przeplatane comic reliefami (uwielbiam zwłaszcza, jak Tony Stark dogryza reszcie, a przede wszystkim jak dogryza Kapitanowi Ameryce). Fabuła może jest nieco bardziej prosta, niż w przypadku "Zimowego Żołnierza" (w tamtym filmie pojawiały się fajnie wplecione wątki polityczne, tutaj tego nie ma, a przynajmniej nie w takim stopniu).

Siłą Avengersów są jednak bohaterowie. Bohaterowie, którzy powinni być drużyną, a jednak pomiędzy nimi widać zgrzyty, nieporozumienia, ich wady i słabości niejednokrotnie przeszkadzają w misjach. Ale właśnie to lubię w bohaterach Marvela - nie są oni idealni, oprócz bycia obrońcami Ziemi mają też swoje życie, lubią się odprężyć, pożartować, itd. Podobnie jednak podobał mi się wykreowany główny złoczyńca, czyli tytułowy Ultron. System, który miał chronić Ziemię, a w efekcie sam nie wie, co powinien, a czego nie - a tym samym tylko w destrukcji widzi jedyny ratunek dla naszej planety. Był mimo wszystko ciekawą postacią.

Mieszane uczucia miałam jednak przy pairingu, do którego sporo ludzi ma zastrzeżenia, a mianowicie Bruce Banner/Natasha Romanoff. Fakt, z tego, co wiem, nie ma to pokrycia w komiksach, ale z czasem przekonałam się, że mogą do siebie pasować - niekoniecznie będą super hot parką, ale jakaś nić porozumienia między nimi jest. Nie przeszkadzał mi też Clint, który posiada rodzinę (bo dlaczego nie?). Jedyne zastrzeżenia, jakie mam, to (uwaga, spoiler) tekst Natashy o tym, że ją wysterylizowano i przez to jest potworem. Trochę jakby... Tylko możliwość macierzyństwa nadawała człowieczeństwo kobiecie? No, coś tu jest nie halo.

Z innych wad: trochę jestem nieusatysfakcjonowana tym, że Quicksilvera i Scarlet Witch było mało na ekranie (a zwłaszcza tego pierwszego), a człowiek jednak chciałby czegoś więcej się o nich dowiedzieć, zwłaszcza, że w tym uniwersum trochę się różnią od swoich odpowiedników z X-Menów. Tak samo trochę irytuje mnie fakt "fikcyjnych krajów w Europie Wschodniej" (zazwyczaj o słowiańsko brzmiącej nazwie). Trochę nie fair, zwłaszcza, że Ameryka jest też w tym uniwersum, a obok niej są po prostu kraje, które nie istnieją. Tak bardzo twórcy boją się powiązań z historią? Jakoś nazistów nie bali się dawać.

Efektów specjalnych było tyle, ile potrzeba było i robiły na mnie wrażenie. W sumie choć byłam na wersji 2D, to uważam, że 3D można również zobaczyć, chociażby dla scen pościgów i walki.

Film przypadł mi do gustu. Dwie i pół godziny w kinie zleciały bardzo szybko, a pomimo wczorajszego zmęczenia po pracy byłam w stanie się cieszyć filmem, zaśmiać się przy tekstach Iron Mana i zwyczajnie wciągnąć w akcję. Jeśli ktoś szuka czystej rozrywki, w sam raz na weekend lub popołudnie, to śmiało mogę polecić Avengersów, podobnie jak i każdy inny film Marvela, który widziałam. A moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry
Share:

piątek, 1 maja 2015

Poldark (2015)

UWAGA! RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY!

Przyznaję, że tym serialem byłam zainteresowana głównie ze względu na to, że miał grać w nim Aidan Turner, znany z roli Kiliego w Hobbicie. Ale przecież to nic złego, prawda? W ten sposób poznałam przecież wiele produkcji z Lee Pacem, a i z Aidanem trochę filmów i seriali też obejrzałam. Po "Poldarku" nie miałam jakoś wysokich oczekiwań, myślałam, że to będzie zwyczajny melodramat, ale chociaż pogapię się na aktora. Jednak serial bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jednak da się zrobić porządny serial historyczny, który nie nudzi, a jednocześnie nie udziwnia wątków poprzez np. dodanie fantastyki, a przy tym jest pełen realizmu, świetnych postaci i porusza ważne problemy minionej epoki. Ale po kolei.
Źródło: filmweb.pl
Kapitan Ross Poldark brał udział w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, walczył po stronie Brytyjczyków. Spędza kilka lat poza granicami swojej ojczyzny, a kiedy w końcu wraca, okazuje się, że najbliżsi zdążyli go uznać za zmarłego, przez co jego ukochana narzeczona, Elizabeth, wychodzi za jego kuzyna, Francisa. Niemniej jednak Ross nie ma do nikogo o to żalu ani pretensji, tylko bierze się ostro do roboty - zakłada własną kopalnię miedzi, która ma przynieść mu zysk.

Siła "Poldarka" bierze się przede wszystkim ze świetnie skonstruowanych postaci. Na pierwszym planie mamy oczywiście głównego bohatera. Pochodzi on ze szlachty, lecz sam mówi, że do niej nie pasuje, irytuje go towarzystwo, które jego zdaniem jest zakłamane. Sam Poldark uchodzi za dziwaka wśród arystokracji, lecz łatwo go zrozumieć - jest zubożałym szlachcicem, więc także i on musi ciężko pracować, by mieć jakiekolwiek pieniądze na utrzymanie. Wbrew konwenansom bierze ślub ze swoją młodą i piękną służącą, Demelzą. Współczuje swoim pracownikom i uważa, że należy im się godna płaca za ich pracę, niezbędna do przeżycia - w przeciwieństwie do reszty kapitalistów, dla których liczy się tylko zysk.

Inną ciekawą postacią jest kuzynka Rossa, Verity. Nie grzeszy ona urodą, więc jest starą panną. Odnajduje jednak swoją miłość i wbrew pozorom jest silną i zaradną postacią, doskonale przygotowaną do bycia damą. Inne postacie również prezentują się ciekawie, żadna z nich nie jest ideałem - w tym mam na myśli kuzyna głównego bohatera, Francisa, który ewidentnie jest kreowany na tego złego, lecz przy tym warto się zastanowić, co go do tego skłania. Podobnie Elizabeth, która stara się być dobrą żoną - lecz przy takim mężu jak Francis jest niesłychanie ciężko... Inną ciekawą postacią jest Demelza, przy której widzimy jej dorastanie - na początku jest nastolatką, która zostaje służącą w domu Rossa. Z czasem rodzi się między nimi uczucie, a i Demelza powoli się uczy roli kobiety z wyższych sfer. Przy tym jednak pozostaje całkowicie prostolinijna i chętna do pomocy każdemu, często wręcz czyni to naiwnie.

Drugą rzeczą, która urzekła mnie w Poldarku jest właściwe ujęcie problemów tamtych czasów, które są do dzisiaj aktualne - a mianowicie problemy godnej płacy dla robotników. W XIX wieku raczej kapitalistów nie obchodziło to, że ktoś nie ma za co żyć, mimo że haruje jak wół. Ross pod tym względem jest inny, uważa, że robotnikom należy dobrze płacić i dbać o takie rzeczy, jak dostęp do lekarza. Przez to również jest uważany w towarzystwie za kogoś bardzo niewygodnego.

Wreszcie serial jest bardzo emocjonalny - mamy tu masę uczuć, można się pośmiać, zwłaszcza przy momentach z Prudie i Judem, ale ostatni odcinek mimo wszystko wycisnął ze mnie łzy. I pozostawił ze świetnym cliffhangerem, dlatego cieszy mnie to, że będzie drugi sezon. I znowu będziemy podziwiać też piękne klimaty Kornwalii.

Moim zdaniem Poldark to świetnie zrealizowany serial historyczny, który nie nudzi, a jednocześnie przedstawia wszystko jak należy, bez przekłamań - ja np. nie znalazłam jakichś większych błędów historycznych. Osiem odcinków w sam raz na weekend czy wieczory. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to szczerze polecam ten serial. A moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry
Share: