czwartek, 26 marca 2015

Cute High Earth Defense Club LOVE! (2015)

Przyznaję, że mało które anime można uznać za jakieś arcydzieło, najczęściej zawierają one jakieś schematy, których fenomenu nie rozumiem tak do końca chyba przez różnice kulturowe. Jednak nawet wśród tych anime, które można streścić jako "what the fuck" zdarzają się perełki. W tym m.in. anime zwane w skrócie "Boeibu". Początkowo nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, a z odcinka na odcinek robiło się coraz dziwniej, tak ostatecznie przekonałam się, że to dobra parodia gatunku "magical girls". Ale po kolei.
Źródło: pinterest.com
Streszczenie fabuły samo w sobie może brzmieć dziwnie, lecz wbrew pozorom nie jest ona jakaś chaotyczna. Piątka nastoletnich chłopców uczęszcza do męskiej szkoły Binan. Choć pozornie różni, łączy ich to, że są członkami "klubu obrońców Ziemi", który to tak naprawdę jest tylko pretekstem do spędzania wolnego czasu na nicnierobieniu. Wszystko się zmienia, kiedy na Ziemi pojawia się tajemniczy kosmita, różowy wombat. Sprawia, że chłopcy stają wojownikami miłości, którzy walczą z potworami, zsyłanymi przez tajemniczych wrogów.

Przyznam wprost: prawie żadnego odcinka nie oglądałam na trzeźwo. Przynajmniej tych początkowych nie byłam w stanie, bo poziom absurdu był taki, że momentami musiałam przerwać i odejść od komputera. Ale jednocześnie absurd sprawiał, że dobrze się bawiłam i mimo wszystko śmiałam się przy każdym z odcinków.

Tak samo poziom fanserwisu jest ogromny, dlatego jeśli ktoś jest na to uczulony - to nie jest to anime dla niego. Ale chyba największą zaletą jest to, że jest idealna parodia. Tak, "Boeibu" spełnia bowiem cechy parodii, wyśmiewając gatunek (a chyba najbardziej opierał się na klasyce gatunku, czyli "Czarodziejce z Księżyca"). Wbrew pozorom ten tytuł wnosi dość sporo, zwłaszcza, że miałam okazję czytać posta z opinią japońskich feministek na temat gatunku "magical girls", w którym zauważają, że nastąpiła pełna fetyszyzacja. Czarodziejki, wojowniczki, dziewczęta obdarzone magicznymi mocami... Wszystkie one stały się niestety fetyszem i do tego są one bardzo wyzywająco ubrane, po prostu są obiektami (czyli to jest coś, co często mamy do zarzucenia u nas przy reklamach, gdzie kobiety są obiektami). Dlatego ten tytuł też odwraca schemat. Zamiast przyjaciółek mamy piątkę chłopców. Nie są oni związani żadnym przeznaczeniem, właściwie są wybrani przypadkowo do tego. Ich stroje przypominają słynne czarodziejki z "Sailor Moon", podobnie jak i transformacja. Także motywy wrogów, jak się okazuje, są typowe dla tego gatunku. I... Trzeba przyznać, że wbrew pozorom wychodzi to całkiem zgrabnie. Zwłaszcza animacja transformacji - z bólem przyznaję, że tu jest o niebo lepsza, niż w "Sailor Moon Crystal".

Zaskakująco dobrymi elementami są tu również muzyka, a także zakończenie serialu i wyjaśnienie całej sprawy. Nie będę jednak psuć zakończenia tym, którzy jeszcze go nie oglądali, mogę jedynie powiedzieć, że jest ono dość zaskakujące.

Co z wad? Szczerze, przez większość odcinków nie mogłam zapamiętać imion głównych bohaterów. To świadczy trochę źle o postaciach, które jako tako nie mają charakterów, są bardziej archetypami i parodiami, aniżeli konkretnymi postaciami z charakterami, historią, itd. Mimo wszystko zdołałam ich polubić w ostateczności. Drugą wadą będzie to, że anime jest zwyczajnie dość krótkie. Przy 12 odcinkach akcja rozkręciła się na dobre w trzech ostatnich.

Czy mimo wszystko warto sięgnąć po ten tytuł? Dla rozluźnienia, dla zobaczenia tego, jak powinna wyglądać porządna parodia - myślę, że tak. Jeśli jednak szukasz czegoś, co pozwoli Ci wejść w świat japońskiej animacji, to to anime byłoby raczej skokiem na głęboką wodę. "Boeibu" to jednak miły odpoczynek od "Sailor Moon Crystal" (z lepszą animacją...) i rozluźnienie przed "Soul of Gold". A moja ocena to 7/10, czyli dobry
Share:

piątek, 6 marca 2015

50 twarzy Greya (2015)

I stało się. Tak, obejrzałam ten film, który pobił rekord sprzedanych biletów w pierwszy weekend wyświetlania w Polsce. Fenomen tej książki i całego merchandise z nią związanego jest czymś, czym mogą się zainteresować studenci socjologii - jak ktoś szuka tematu na pracę magisterską, to go podsuwam w tym momencie, bo dla mnie już jest trochę za późno, żeby zmieniać temat, ale gdybym mogła obronić magistra raz jeszcze... Żeby nie było (bo na filmwebie pojawił się już temat, który niejako jest hitem Internetu - "Nie czytałeś, nie rozumiesz, nie oceniaj") - książkę czytałam. Czytałam jakiś czas temu, jestem też w trakcie czytania drugiej części. Jeśli ktoś chce znać moją opinię o książce, to zapraszam tutaj. Nie będę się do niej za bardzo odnosić w tej recenzji, wolę ocenić aktorstwo i wykonanie filmu, aniżeli porównywać ją z książką. I jakkolwiek uważam, że książka jest bardzo szkodliwa, bowiem przedstawia toksyczny związek jako coś romantycznego, tak film jest... Po prostu nijaki. Nijaki w złym tego słowa znaczeniu. Bo są filmy tak złe, że aż dobre. Ten jest zły przez to, że wieje od niego nudą.
Źródło: filmweb.pl
Co jak co, ale trzeba przyznać, że fabuła filmu pokrywa się z fabułą książki. Tak więc młoda studentka literatury angielskiej, Anastasia Steele, ma przeprowadzić wywiad (w zastępstwie za chorą koleżankę) z wpływowym miliarderem, Christianem Greyem. Okazuje się, że Grey to młody i przystojny mężczyzna. To spotkanie nie jest ich ostatnim. Po pewnym czasie Christian proponuje Anie związek, w którym główną rolę będzie odgrywać sadomasochizm.

Długo nie wiedziałam, co właściwie napisać o tym filmie, poza tym, że jest nudny. Ale po paru przemyśleniach doszłam do wniosku, że jeśli książka brzmiała jak fanfiction, tak film też się ogląda jak fanfiction. Nawet w stylistyce filmu (ubrania, miejsca, niektóre elementy fabuły) widać, że jest to przerobiony "Zmierzch". Ja nie powiem - czytam i piszę fanfiction. Nierzadko takie, gdzie głównym wątkiem jest to, że dwie postacie żyją długo i szczęśliwie. Problem w tym, że fanfiction ma w sobie tę cząstkę "fan", co oznacza, że jest tworzone od fanów dla fanów. I oznacza, że niekoniecznie to, co czytamy, chcielibyśmy zobaczyć na ekranie. Dlaczego? Ano dlatego, że fabuła fanfiction najczęściej jest prosta - nie powiem, jest to miód na złamane serca fanów, którzy np. chcieliby, by dana postać żyła. Ale czy naprawdę chcielibyśmy, żeby fabuła opierała się tylko i wyłącznie o te dość banalne rzeczy, jak związek? Motyw w końcu bardzo oklepany. Podobnie jak i seks - mile widziany w fanfiction, niekoniecznie chcę to widzieć na ekranie. I jest to pierwszy grzech filmu - że jest po prostu bardzo fanfikowy w złym tego słowa znaczeniu.

Drugą rzeczą, którą uważam za grzech twórców jest fakt, że trochę rzeczy umknęło. Mam na myśli głównie to, że bez przeczytania książki widzowi trochę ciężko się połapać chociażby w tym, kto jest kim. Łatwo bowiem zapominamy o postaciach drugoplanowych, które w filmie robią głównie za tło. Tym samym nie wiemy np. kim jest mężczyzna, który towarzyszy Anie podczas absolutorium (w książce jest wyjaśnione). Nie wiemy, za co bohaterka uwielbia Thomasa Hardy'ego. I tak dalej. Wiadomo, że zawsze przy adaptacji trzeba uciąć kilka rzeczy, ale nie takich, bez których widz nie będzie wiedział, o co chodzi. Bo film powinien być zrozumiały nie tylko dla tych, którzy czytali książkę.

Łączy się z tym inny błąd twórców. Wprawdzie na szczęście nie ma przemyśleń Any (które w książce potrafiły niemiłosiernie irytować), ale za to kolejnym grzechem jest zbytnie ugrzecznienie filmu. Tak, żeby i wilk był syty i owca cała. Żeby zebrać jak największy target, a jednocześnie nie robić filmu powyżej 18 lat. Stąd sceny seksu są raczej dość delikatne, a o BDSM jest więcej gadania, niż robienia. Sceny seksu nie robiły na mnie właściwie żadnego wrażenia, a to znaczy, że coś jest nie tak, bo zazwyczaj w każdym innym filmie to one jakoś tam na mnie działają i podobają mi się.

A moim zdaniem to wynika z kolei z faktu, że po prostu aktorzy są strasznie niedopasowani. Między głównymi bohaterami nie ma żadnej chemii. Dakota Johnson gra, jakby teksty wymyślała na poczekaniu, choć właściwie jest to bardziej wina bohaterki, która jest tak wykreowana - jest nudna, nic sobą właściwie nie reprezentuje, nie ciekawi widza. Dlaczego więc miałaby zwrócić uwagę miliardera? Z kolei Jamie Dornan kompletnie nie pasuje do swojej roli. Gra bardzo sztucznie, jego kwestie raczej mnie żenowały, niż kręciły, gra tak, jakby już chciał tylko wziąć pieniądze i iść do domu. Wszelkie sceny miłosne między Christianem i Aną są zwyczajnie słabe. Wynika to z kompletnego braku chemii, nie widać między nimi tego, że rodzi się tam jakieś uczucie.

Czy film ma jakieś zalety? Wizualnie jest całkiem niezły, to muszę przyznać. Jak to stwierdziła Zwierz Popkulturalny, jest to "fajna reklama mebli". Naprawdę - wystrój i scenografia są świetne, aż chce się podziwiać tylko te meble. No i jeszcze muzyka jest klimatyczna i naprawdę niezła - utwory są rozmaite i chce się ich słuchać. Naprawdę, jeśli miałabym coś kupić z tego merchandise, to chyba byłby to soundtrack do filmu.

Tego filmu nie mogę polecić nawet fanom książki - będą po prostu zawiedzeni, że nie wszystko zostało odzwierciedlone, jak należy. Tak samo nie polecam go reszcie - jest po prostu nudny. Nie idźcie na to do kina. Ja sama wolałam zaczekać, aż jakaś w miarę dobra wersja będzie na Internecie. Film kreuje zły obraz związku, a sceny erotyczne są takie sobie. Jeśli ktoś chce dobry film z wątkami erotycznymi, ale i z porządną fabułą, to polecam chociażby "Nimfomankę" Larsa von Triera czy "Tureckie owoce" z Rutgerem Haurerem w roli głównej. Naprawdę - film sprzed 40 lat, bardzo naturalistyczny momentami, ale o niebo lepszy. Greya można sobie śmiało odpuścić, a nawet unikać jak ognia. A moja ocena to 2/10, czyli bardzo słaby. Nie daję 1, bo jednak te meble i muzyka są naprawdę dobre. 
Share:

poniedziałek, 23 lutego 2015

Birdman (2014)

Jesteśmy po Oscarach, a więc wiemy, że tegorocznym wielkim wygranym jest "Birdman, czyli nieoczekiwane pożytki z niewiedzy". Widocznie miałam pewne przeczucie, oglądając wczoraj ten film. Czy zasłużył na akurat te statuetki? Czy jest tym "najlepszym filmem"? Z całą pewnością jest to film dobry i ciekawy. Jednak w mojej opinii nie w każdej kategorii te zachwyty powinny być uzasadnione.
Źródło: filmweb.pl
Riggan Thomson był kiedyś znanym i lubianym aktorem, odgrywającym rolę superbohatera, niejakiego Birdmana. Obecnie jednak jego sława nieco przygasła. Mężczyzna postanawia wystawić sztukę na Broadwayu, według własnego scenariusza, we własnej reżyserii, z sobą samym w roli głównej. Oprócz tego angażuje mnóstwo innych aktorów. Nie wszyscy jednak podzielają jego zachwyt, a tym samym Riggan próbuje udowodnić światu, że jest jeszcze znaczącym artystą.

Przede wszystkim bardzo lubię filmy opowiadające o artystach, o kulisach powstawania jakiegoś dzieła, czy to filmowego, czy teatralnego. I "Birdman" właśnie taki jest. Momentami w dość surrealistyczny sposób ukazuje nam ten światek artystów, którzy muszą się mierzyć z własnymi problemami, a na scenie pokazywać nam zupełnie inną twarz.

Każda z postaci w tym filmie ma własne problemy i próbuje na je na pewien sposób rozwiązać. Mamy córkę Riggana (świetnie zagraną przez Emmę Stone), która dopiero co wyszła z odwyku i nie potrafi porozumieć się z ojcem. Sam nie rozumie tego, dlaczego ojciec próbuje udowodnić za wszelką cenę, że jeszcze jest coś wart. Jej zdaniem bowiem Riggan już nikogo nie interesuje. Dodatkowo główny bohater jest skonfliktowany z pozostałymi aktorami grającymi w jego sztuce - nie potrafią się oni między sobą dogadać, w dodatku ich osobiste problemy sprawiają, że wystawienie sztuki może w ogóle nie dojść do skutku.

W filmie zaskakują również elementy surrealistyczne. Są one wplecione w fabułę tak, że widz nie jest do końca pewien, czy główny bohater ma faktycznie supermoce, czy może jest to jakiś wytwór jego wyobraźni, symbol zmagania się z przeszłością? Do tego niejednoznaczna końcówka również zaskakuje, a przy tym pozostawia wolne pole do interpretacji.

"Birdman" otrzymał Oscara za zdjęcia. I choć byłam całym sercem za "Idą", to wczoraj przestałam mieć wątpliwości - film ten okazał się zbyt poważną konkurencją. Praca kamerzysty zasługuje na szczególną uwagę, bowiem w filmie nie ma praktycznie cięć, a jedynie są długie ujęcia, tak jakby kamerzysta cały czas śledził daną postać.

I... Choć jest to ciekawy zabieg, to na dłuższą metę jednak męczący. I to moim zdaniem jest główną wadą filmu. Przez te ujęcia widz może się pogubić i zwyczajnie znudzić i podczas oglądania w zasadzie zająć się czymś innym. Za dodatkową wadę uznałabym fakt, że nie wszystkie postacie w filmie zapadają w pamięć.

W podsumowaniu warto wspomnieć o Oscarach. Łącznie "Birdman" otrzymał ich bowiem 4. Czy jest "najlepszym filmem 2014 roku"? Moim zdaniem ciężko stwierdzić. Jest z całą pewnością dobry, na pewno lepszy od "Boyhooda", który momentami nudził swoją banalnością. Ale z kolei to moim zdaniem "Boyhood" powinien otrzymać Oscara za reżyserię. Scenariusz moim zdaniem zasługiwał na Oscara. Jednakże po cichu liczyłam, że to "Grand Budapest Hotel" zdobędzie statuetki w głównych kategoriach, a nie tylko w tych technicznych. Mimo wszystko warto zobaczyć ten film, a moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry
Share:

niedziela, 22 lutego 2015

Grand Budapest Hotel (2014)

Oscarowa noc przed nami, a ja jestem w trakcie nadrabiania kilku produkcji (dlatego dzisiaj być może jeszcze jedna recenzja się ukaże). Film Wesa Andersona chciałam obejrzeć już jakiś czas temu, dlatego też narzekałam, że polski dystrybutor udostępnił go tylko w większych miastach. Na moje miasto, czyli na Zieloną Górę, nie miałam niestety szans. Ale udało mi się obejrzeć go wczoraj. I mogę powiedzieć, że żałuję, że nie znałam wcześniejszej twórczości tego reżysera. 
Źródło: filmweb.pl
Film jest w pewnym sensie opowiedziany jak powieść szkatułkowa. Zaczyna się bowiem od wspomnień pisarza z fikcyjnego kraju w Europie Środkowo-Wschodniej, Republiki Żubrówki. Pisarz ten wspomina, jak w roku 1985 poznał Zero Moustafę, najbogatszego człowieka tego kraju. Mężczyzna z kolei opowiada mu historię z czasów przedwojennych, kiedy był pracownikiem słynnego Grand Budapest Hotel. Moustafa poznał tam ekscentrycznego konsjerża, niejakiego Gustave'a. Dwaj panowie po śmierci pewnej hrabiny pakują się w kłopoty, związane z kradzieżą renesansowego obrazu oraz podziałem majątku.

Przede wszystkim zachwyca świat przedstawiony w filmie. Właściwie jest on ważniejszy niż sama fabuła, która jest intrygująca, ale jednak prosta. Mimo wszystko należy podziwiać reżysera za to, że stworzył niejako hołd dla Europy Środkowo-Wschodniej. Republika Żubrówki bowiem w żaden sposób nie wyśmiewa tej części naszego kontynentu, ale raczej stanowi taki misz-masz, zawierający wszystko to, co charakterystyczne. Podobało mi się to, że w tym tyglu można znaleźć całe mnóstwo różnorodnych postaci, które niekoniecznie pochodzą z kraju, w którym dzieje się akcja, a raczej są gośćmi eleganckiego hotelu. Postaci jest sporo, ale każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa. Druga sprawa to cała oprawa filmu, operowanie dźwiękiem (muzyka jest świetna), kolorem, całą estetyką. Tak samo montaż, zbliżenia i oddalenia kamery, tak, że widz ma wrażenie, że obserwuje rozkładany domek dla lalek, w którym dzieje się prawie cała akcja. I myślę, że film warto obejrzeć chociażby dla samej tej estetyki.

Wśród postaci prym wiedzie Gustave, grany przez Ralpha Fiennesa. Jest on nieco ekscentryczny, zaskakujący, ale jednak jest bardzo dobrym konsjerżem, choć jest uwikłany w dziwną sprawę związaną z podziałem majątku. Jego postać aż kipi od ironicznego poczucia humoru. I właśnie to poczucie humoru sprawia, że film jest strawny i podany w dość lekkim sosie. Myślę, że nie zawiedzie się ten, kto jest np. fanem Monty Pythona.

Co z wad? Możliwe, że właśnie fabuła, która początkowo wydaje się intrygująca, ale z czasem okazuje się wręcz banalna. Ale nie jest tak jak w przypadku "Boyhood", gdzie banał goni kolejny, ale właśnie cała oprawa i humor sprawiają, że film jest wręcz genialny. Dlatego "Grand Budapest Hotel" mogę z całą pewnością polecić tym, którzy cenią estetykę i ładną formę w kinie. A ja filmowi życzę deszczu nagród na Oscarach. Moja ocena: 8/10, czyli bardzo dobry
Share:

piątek, 20 lutego 2015

Sprawa Kramerów (1979)

Mówiąc o nadrabianiu Oscarowych pozycji, niekoniecznie mówię też o pozycjach nominowanych w tym roku. Interesujące potrafią być też filmy z lat ubiegłych, często z bardzo odległych, a często jest tak jest, że nie mamy okazji, by takie filmy nadrobić. Ja wczoraj wybrałam sobie film sprzed ponad 30 lat, jakim jest "Sprawa Kramerów". Nominowany w dziewięciu kategoriach, otrzymał łącznie pięć Oscarów w tych najważniejszych (najlepszy film, reżyseria, scenariusz adaptowany, aktor pierwszoplanowy, aktorka drugoplanowa). Wygrał m.in. z "Czasem Apokalipsy". Wydawałoby się, że film jest dość zwykły, ot jeden z gatunku "Okruchy życia", czyli cyklu filmów obyczajowych, które swego czasu były nadawane na TVP1. Co jednak mogło sprawić, że otrzymał Oscary?
Źródło: filmweb.pl
Ted i Joanna Kramer są małżeństwem z amerykańskiej klasy średniej. Ted pracuje w agencji reklamowej, a Joanna zajmuje się ich synkiem, Billym. Pewnego dnia kobieta jednak oznajmia, że męczy ją takie życie i odchodzi, zostawiając męża z dzieckiem. Początkowo Ted nie potrafi pogodzić życia zawodowego z opieką nad 7-letnim synem, lecz z czasem nawiązują oni głęboką więź, jakiej wcześniej nie mieli. Po kilku miesiącach nieobecności zjawia się Joanna, która zamierza walczyć o opiekę nad synem.

Moim zdaniem film jest ten źle oceniany przez wielu współczesnych widzów, bo właśnie patrzą na dzisiejszą perspektywę. Może dzisiaj taki film wydawałby się wręcz nudny i nijaki, ale należy pamiętać o kontekście i czasach, w jakich powstał. Mowa tu bowiem o końcówce lat 70. Jeszcze w latach 80. w Stanach Zjednoczonych rozwód był postrzegany jako coś wstydliwego. Kobiecie nie wypadało być rozwódką, bo dostawała łatkę "niemoralnej". A kobieta, która opuszcza swoje dziecko do dzisiaj jest piętnowana. Zaskakiwał też obraz zaangażowanego ojca, który do momentu odejścia żony właściwie nie znał swojego dziecka. Z czasem jednak stał się odpowiedzialnym ojcem, dla którego syn stał się niemalże całym światem.

I za to właśnie największe brawa należą się Dustinowi Hoffmanowi, który przekonująco gra człowieka, który autentycznie zmienia się z pracoholika w troskliwego ojca. Tym bardziej jest widzowi go żal, kiedy to sąd, kierując się stereotypem matki, przyznaje opiekę Joannie, która zostawiła własne dziecko, myśląc wyłącznie o sobie. Dziwi jednak nieco Oscar dla Meryl Streep, która nie nagrała się sporo w tym filmie. Nie ujmuję oczywiście talentu tej aktorce, ale jednak ciężko ocenić, czy jej rola była na tyle dobra.

Jeśli ktoś szuka dobrej pozycji, skłaniającej do myślenia, acz niekoniecznie nową, a raczej taką, która dawałaby pewien obraz tego, jak zmieniło się nasze społeczeństwo, to "Sprawa Kramerów" to film w sam raz. Dzisiaj temat rozwodu nie szokuje - chyba każdy z nas zna kogoś lub słyszał o kimś, kto się rozwiódł. Dzisiaj ten temat jest poruszany nawet w serialach z gatunku "paradokument". Lecz właśnie "Sprawa Kramerów" to obraz, który w latach 70. budził niemałą sensację, zwłaszcza mowa tu o wizerunku ojca, który również dzisiaj nie szokuje - raczej mężczyźni starają się angażować w wychowanie dzieci, a nie żyć tylko pracą. Czegoś mi jednak w tym filmie zabrakło, dlatego otrzymuje ode mnie ocenę 7/10, czyli dobry
Share:

sobota, 24 stycznia 2015

Rzeź (2011)

Niedawno, będąc w sklepie, zobaczyłam promocyjne opakowanie chipsów, na którym zaintrygowała mnie promocja - w każdej paczce jest bowiem kod, który daje 24-godzinny dostęp do jednego z filmów na portalu filmboxlive.com - strona ta jest płatnym serwisem z tak zwanym video na życzenie. Postanowiłam przejrzeć, które filmy (legalnie, co najważniejsze) oferuje ta strona. Na mojej liście znalazły się przynajmniej dwa, które chciałam obejrzeć, a nie miałam okazji. I jednym z nich jest "Rzeź" Romana Polańskiego, film, który był zachwalany przez moich znajomych. I nie bez powodu, bo pomimo skromności, film jest wręcz genialny. Być może takie filmy lubię najbardziej.
Źródło: filmweb.pl
Dwie nowojorskie pary, państwo Cowanowie i państwo Longstreet, spotykają się, by porozmawiać o bójce ich synów. Oba małżeństwa chcą zgodnie uchodzić za ludzi kulturalnych, "na poziomie", dlatego całą sprawę próbują załatwić polubownie. Od słowa do słowa, początkowo miła i kulturalna rozmowa zmienia się w kłótnię, w której obcy sobie ludzie ujawniają swoje najgorsze cechy charakteru. Alkohol dopełnia wszystkiego, dzięki czemu wszyscy stają aż za nadto otwarci.

Film powstał na podstawie sztuki Yasminy Rezy "Bóg rzezi" (w jednym z dialogów pada to określenie, które jest kluczowe, by wyjaśnić zachowania obu małżeństw). Autorka sztuki pracowała razem z Romanem Polańskim nad adaptacją scenariusza, bowiem w oryginale bohaterowie są Francuzami. I moim zdaniem tak właśnie powinno się pracować, bowiem adaptacja wyszła znakomicie. Ale myślę, że to też zasługa głównie aktorów. Ról w tym filmie jest niewiele, bowiem ograniczają się do czwórki głównych bohaterów. Państwa Cowanów grają Kate Winslet i Christoph Waltz, a państwa Longstreet - Jodie Foster i John C. Reilly. I myślę, że gra aktorska w wykonaniu każdego z nich jest na wysokim poziomie. Bo "Rzeź" to film, którego siłą jest aktorstwo i genialne kreacje. Film jest bowiem bardzo teatralny, mamy w zasadzie tylko jedną scenerię, a jest nią mieszkanie państwa Longstreet.

I to tam odbywa się cała akcja filmu. Aktorzy zaprezentowali świetne postawy ludzi, którzy usiłują uchodzić za ludzi sukcesu, na poziomie, ale koniec końców okazuje się, że każde z nich jest w pewien sposób fałszywy i ukrywa swoje prawdziwe intencje. Alkohol nie sprawia, że ludzie stają się inni, tylko sprawia w przypadku bohaterów, że odkrywają oni swoje prawdziwe "ja" przed resztą. Zawiązują się tymczasowe sojusze w różnorakich konfliktach - czy to między paniami, panami, czy poszczególną parą. Zakończenie jest również zaskakujące - nie jest jednoznaczne, ale okazuje się, że jednak dzieci potrafią się zachować o wiele dojrzalej, niż dorośli.

"Rzeź" to film w sam raz na wolny wieczór. Jest bardziej komedią, ale komedią na poziomie, z przesłaniem. Film skłania również do refleksji i własnych interpretacji widza, czy też spostrzeżeń na temat ludzkich zachowań i emocji. Może dziwić jedynie długość, bo trwa raptem ponad godzinę, ale myślę, że to jest wystarczający czas, by opowiedzieć tę historię. Na pewno nie można się na nim wynudzić i każdy, kto ceni dobre kino, powinien znać ten film. A moja ocena to 8/10, czyli bardzo dobry.
Share:

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Still Alice (2014)

Pisząc w tej chwili tego posta, wiemy już, że aktorka Julianne Moore otrzymała za rolę w tym filmie Złotego Globa. Ale film obejrzałam wczoraj i właśnie tak sądziłam, że aktorka ta ma wielką szansę na tę nagrodę, a być może rola w tym filmie będzie także rolą oscarową. Na co w pełni zasługuje. Uważam osobiście, że zbyt rzadko w kinematografii poruszane są takie tematy, jak właśnie główny wątek filmu "Still Alice". Niejednokrotnie widzieliśmy bowiem osoby chore na raka, czy umierające z różnych powodów. Choroba Alzheimera jest jednak wciąż dla nas enigmą. Sami lekarze nie wiedzą, co dokładnie ją powoduje, jak ją leczyć, a problem niestety robi się coraz większy. Średnia długość życia człowieka ciągle wzrasta, a przy tym coraz częściej słyszymy diagnozę "Alzheimer". Choroba, która jest także wielkim problemem społecznym, a wiemy o niej tak mało. Dlatego cieszę się, że powstał film "Still Alice", w dodatku ze świetną kreacją Julianne Moore. Film, który w niebanalny sposób opowiada o tej ciężkiej chorobie.
Źródło: filmweb.pl
Alice Howland ma 50 lat, przy boku ma ukochanego męża, jest także matką trójki dzieci. Jej kariera jest spełnieniem marzeń dla wielu ludzi - Alice jest profesorem językoznawstwa na uniwersytecie, robi to, co naprawdę lubi. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać. Alice zauważa, że ma problemy z pamięcią i koncentracją, co jej wcześniej się nie zdarzało. Zaniepokojona udaje się do neurologa. Ten wystawia jej druzgocącą diagnozę - pani profesor pomimo młodego wieku ma wczesne stadium choroby Alzheimera. Od tej pory Alice stara się żyć z chorobą, dzięki wsparciu bliskich jej osób, mimo iż choroba bardzo szybko się pogłębia.

Przede wszystkim mamy tu do czynienia z filmem, którego główną zaletą jest przede wszystkim aktorstwo i kreacja postaci. Fabuła owszem, jest również ważna, ale jej wyjątkowość opiera się bardziej do doborze tematu, który jest niezwykle rzadki. Nawet główna bohaterka wspomina o tym, że wolałaby być chora na raka, gdyż na chorych na raka organizuje się zbiórki, akcje, w społecznej świadomości ludzie bardziej współczują osobom chorym na raka, a o chorobie Alzheimera wciąż niewiele wiemy. Jednakże największą zaletą jest rola Julianne Moore. Jest to kreacja bardzo tragiczna.

Jej bohaterka z dnia na dzień zaczyna tracić wszystko, co do tej pory osiągnęła - nie może pracować umysłowo, ponieważ studenci zaczynają się skarżyć na jakość zajęć. Dochodzi do tego, że Alice nie poznaje własnego domu, zapomina o wielu rzeczach, które przed chwilą usłyszała. Doprowadza ją to do wielkiej frustracji, gdyż nie chce być ciężarem dla swoich najbliższych. Jest jej również zwyczajnie wstyd, że jako osoba wykształcona przestaje być osobą, którą do tej pory była. I za tę rolę oczywiście należą się wielkie brawa i podziw, bo wczuwanie się w rolę osoby, u której taka choroba postępuje szybko, wymaga wybitnych umiejętności aktorskich. Miłym zaskoczeniem jest również Kristen Stewart, aktorka, która zyskała niestety niezbyt dobrą sławę po roli Belli Swan w "Sadze Zmierzch". Okazuje się, że Kristen umie grać i choć jej rola nie jest jakaś wyjątkowo ambitna, to jednak umie wiarygodnie przedstawić młodą dziewczynę, która nie bardzo wie, co do końca zamierza robić w swoim życiu. Wychodzi więc na to, że to nie aktorka jest zła, a rola, jaką dostała.

Co z wad? Moim zdaniem film był za krótki, a przez to przedstawienie postępu choroby przebiega wręcz za szybko. Mogli to pokazać bardziej stopniowo, choć i tak różnice pomiędzy Alice na początku filmu a Alice na końcu są bardzo drastyczne. Żałowałam też, że choć męża Alice grał Alec Baldwin, to jednak w tym filmie się nie nagrał. Podobnie jak aktorzy grający resztę dzieci głównej bohaterki - niestety, nie zapadają oni w pamięć.

Film zachęca także do przeczytania książki, na podstawie której powstał. Myślę też, że porusza niezwykle ważny problem w dobry, nienachalny i wzruszający sposób. Film ma również ostatecznie dobre, ciepłe i pogodne przesłanie, mimo tragizmu choroby Alzheimera, z którą musi się zmierzać coraz więcej osób. Warto obejrzeć dla tematyki dla roli Julianne Moore. A moja ocena to 7/10, czyli dobry.
Share: