poniedziałek, 18 stycznia 2016

Gwiezdne Wojny, cz. I-III (1999-2005)

Przy recenzji najnowszego epizodu "Gwiezdnych Wojen" mówiłam, że nie miałam okazji nadrobić tej nowej trylogii, opowiadającej o Anakinie Skywalkerze. Na szczęście dzięki TVN-owi udało mi się to zrobić - bowiem przed dwoma tygodniami wyemitowano "Mroczne Widmo", a w następnych tygodniach kolejne części. Większość fanów mówiła, że tej trylogii nie uznaje, że jest beznadziejna, że w zasadzie udaje, że ona nie istnieje. Wolałam trzymać dystans do takich wypowiedzi, póki filmów nie zobaczyłam. Niestety, wielu argumentom ciężko nie przyznać racji. Choć bardzo się starałam oglądać, starałam się nie mieć uprzedzeń. Teraz rozumiem zarzuty.
Źródło: www.punkt44.pl
Nowa trylogia to dzieło Lucasa z lat 1999-2005, opowiadająca o Anakinie Skywalkerze, czyli przyszłym Lordzie Vaderze. Trylogia opowiada o tym, jak Anakin przeszedł na Ciemną Stronę Mocy i co sprawiło, że z dobrego Rycerza Jedi stał się złym Darthem Vaderem. Filmy opowiadają także o toczącej się Wojnie Klonów i rodzącym się uczuciu Anakina do Padme Amidali, jego przyszłej żony i matki Luke'a i Lei.

Właściwie nie wiem, od czego zacząć. Chyba zacznę od zalet, bo tych jest niestety znacznie mniej. Zaletą jest doborowa obsada: Christopher Lee, Evan McGregor, Liam Neeson, Samuel L. Jackson, czy wreszcie Natalie Portman. Praktycznie dużo znanych nazwisk, które poniekąd ratują te filmy. Drugą zaletą jest niezły komizm, zwłaszcza w części drugiej, kiedy Anakin zaczyna trochę się buntować przeciwko Obi Wanowi - to akurat mi się podobało. I jak już jesteśmy przy postaci Obi Wana - to właśnie chyba jest najmocniejszy punkt tej trylogii. Obsadzenie Ewana McGregora to wręcz idealny casting, a i do samej postaci ciężko mieć jakiekolwiek zarzuty. Zagrał go na tyle dobrze, że chyba zawsze będę go sobie wyobrażać jako Obi Wana.

To by było na tyle z zalet. Przy wadach chciałabym najpierw wspomnieć o wadach względem całości uniwersum, a później o wadach czysto "technicznych". Po pierwsze, stara trylogia miała swój swoisty klimat. Może jak na dzisiejsze czasy lekko kiczowata, część efektów się zestarzała, a wiele rzeczy było opowiedziane na zasadzie niedopowiedzeń, tak jednak klimat był. Widać to zwłaszcza przy wątku Mocy - jak w starych częściach była czymś tajemniczym i nieznanym, tak w nowych mieliśmy wyjaśnienie zagadki - to dzięki midichlorianom i ich stężeniu w organizmie. Gdy po raz pierwszy o tym usłyszałam, to miałam takie "Eeee?" Dla mnie zabieg niepojęty, który odarł wszystko z tzw. "magii". Po drugie - za dużo polityki. Stara trylogia była o tyle fajna, że opowiadała prostą historię, właściwie taką bajkę z dobrym zakończeniem. Natomiast w nowej pojawiają się wątki polityczne, które mnie osobiście nudziły.

Kolejna i chyba najważniejsza wada - Anakin. Nie rozumiem, jak jeden z najlepszych czarnych charakterów w historii kina mógł się okazać... Kimś takim? Anakin spełnia wiele cech Mary Sue: miał wyjątkowo duże stężenie midichlorianów, był dojrzały ponad wiek, utalentowany, do tego przystojny, romantyczny i w ogóle. A przy tym nieznośny jak diabli. Momentami nie mogłam już słuchać jego biadolenia i narzekania. Współczuję tylko Haydenowi Christensenowi, który później miał łatkę "kiepskiego aktora" właśnie przez postać Anakina. Niestety, to nie tak.

Właśnie nie aktorstwo jest najgorszym mankamentem, a beznadziejnie pisane postacie i dialogi. Że Christensen nie jest niczemu winny, widać dobitnie na przykładzie Natalie Portman, grającej Padme Amidalę - w końcu aktorka znana jest z o wiele lepszych ról, dostała też Oscara. W tej trylogii była ograniczona do roli ukochanej głównego bohatera i matki jego dzieci.

Sam wątek romansowy był do tego... Delikatnie mówiąc, dziwny. Amidala poznała Anakina, gdy miała 14 lat, a on sam był dzieckiem. Niby nieduża różnica wieku, bo 5 lat, ale jednak nie potrafiłabym się zakochać w kimś, kogo znałam jako dzieciaka. Do tego drętwe dialogi (który dziewięciolatek mówi do dziewczyny "Jesteś jak anioł"?). Cała część druga praktycznie skupia się na romansie Anakina i Padme, przez co część drugą uważam też za najgorszą z całości. O ile właśnie pierwsza się broni, o tyle pozostałe dwie są pozbawione sensu.

Bo nie tylko drętwe dialogi są mankamentem, ale też kiepskie rozłożenie napięcia, a akcja momentami toczy się za szybko (sądziłam, że kuszenie do przejścia na Ciemną Stronę Mocy będzie trwało nieco dłużej, tymczasem poświęcono na to skandalicznie mało scen). Wrogowie również nie są fascynujący (czy Darth Maul miał cokolwiek do powiedzenia, chociażby jedną kwestię?).

No i jeszcze jedna rzecz, która sprawiła, że filmy bardziej słuchałam, niż oglądałam: nadmierne użycie CGI. Lucas zachłysnął się nową technologią, która już wtedy stała na dość wysokim poziomie. W efekcie jednak wiele scen było po prostu czystymi animacjami komputerowymi, a żywi aktorzy byli tylko "wklejeni" w sztuczne tło. Jedynie klasyczna muzyka Johna Williamsa trzymała swój poziom.

Podsumowując: nowa trylogia jest właściwie taka, jak mówili fani uniwersum - po prostu kiepska. Nie jest jednak na tyle beznadziejna, żeby zapadała w pamięć. To jest ten rodzaj filmów, który ogląda się raz, a później się o nim raz na zawsze zapomina. I tylko z tego powodu moja ocena jest nieco podwyższona i dla całości to będzie 5/10, czyli średnia. Jeśli ktoś lubi te uniwersum, to naprawdę, lepiej obejrzeć kreskówki z serii "Wojny klonów" - ta sama historia, a opowiedziana w lepszy sposób. Teraz to sobie raczej poczekam do 2017 na ósmą część... 
Share:

niedziela, 17 stycznia 2016

Mity na temat prawa autorskiego w Polsce (i nie tylko), cz. II. Licencje i prawo udostępniania oraz kilka słów o cytowaniu.

Ten wpis raczej będzie bez obrazków, za to będzie zawierał sporo linków i odniesień do innej literatury. Tutaj chciałam się rozprawić z pewnymi ogólnymi mitami dotyczącymi prawa autorskiego w naszym kraju, a pod koniec będzie pewna mała refleksja dotycząca ogólnie tej ustawy. Tekst, którym będę się posiłkować, to ustawa z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskiej, tekst dostępny jest na stronie Dziennika Ustaw. Ten tekst chciałabym bardziej skierować do osób, które nie tylko są biernymi korzystającymi z kultury, ale także dla tych osób, które chciałyby dać coś od siebie dla fandomu, coś w postaci chociażby napisów do filmu i nie wiedzą, co mogą, a czego nie.

Mit #2: "W Polsce nie ma licencji na tytuł X, więc udostępnianie pliku video z nim nie jest ani legalne, ani nielegalne."

Spotkałam się z takim nastawieniem zwłaszcza wśród fanów anime. Fakt, że o ile rynek mangowy w naszym kraju się rozwija, o tyle z anime jest kiepsko, tylko nieliczne stacje decydują się na licencję raptem kilku tytułów, a o DVD możemy raczej zapomnieć. Nie oznacza to jednak, że status danego tytułu jest na granicy prawa! Cytując odpowiedni fragment ustawy:

Art. 2. 1. Opracowanie cudzego utworu, w szczególności tłumaczenie, przeróbka, adaptacja, jest przedmiotem prawa autorskiego bez uszczerbku dla prawa do utworu pierwotnego. 
2. Rozporządzanie i korzystanie z opracowania zależy od zezwolenia twórcy utworu pierwotnego (prawo zależne), chyba że autorskie prawa majątkowe do utworu pierwotnego wygasły. W przypadku baz danych spełniających cechy utworu zezwolenie twórcy jest konieczne także na sporządzenie opracowania.
Co to oznacza? Oznacza to w skrócie, że napisy do filmu, jako tłumaczenie, można tworzyć bez problemów. Nie można natomiast udostępniać ich wraz z oryginalnym utworem. Czy krótko mówiąc: popularne hardsuby są niezgodne z prawem, a to dlatego, że twórca napisów najczęściej nie ma praw autorskich do danego utworu, nie posiada też licencji. Dlatego jedyne co może udostępniać, to napisy do danego filmu. Warto zauważyć, że duże grupy fansuberskie świadomie rezygnują z udostępniania hardsubów, które potem można zamieścić gdzieś online, jedyne, co udostępniają, to napisy. Dlatego mówiąc o "mądrym korzystaniu" z napisów w poprzednim wpisie miałam na myśli to, że właśnie jeśli komuś bardzo zależy na oglądaniu filmu z polskimi napisami na, powiedzmy, takim Netflixie, to może jak najbardziej ściągnąć sobie fanowskie napisy i obok odpalić je w notatniku. Niewygodne? Prawda, ale czasem lepsze to, niż płacenie złodziejom. Można przecież zawsze podstawić też napisy fanowskie w dowolnym programie do odtwarzania video. I w związku z tym kolejny mit...

Mit #3: "Strona X ukradła nam pliki video i umieszcza jako swoje! Nie korzystajcie z nich!"

Niestety, takie wojenki mnie po prostu bawią. Jedni złodzieje naskakują na drugich. Żadna fanowska strona nie ma prawa do żadnych roszczeń, jeśli nie mają licencji na dany utwór ani nie mają praw autorskich do niego. Mogą się jedynie upominać o to, aby zaprzestali takich praktyk, ale moim zdaniem jest to walka z wiatrakami, która może ostatecznie skutkować usunięciem pliku z powodu roszczeń danej firmy. Można się upominać za to jak najbardziej o przywłaszczenie napisów, ucięcie nicku tłumacza, itd. Można też apelować o korzystanie z legalnych źródeł. Jeśli jednak ktoś myśli, że wielkie korporacje do niego nie dotrą, to się myli...

Mit #4: "Mamy pliki na zagranicznych serwerach, nic nam nie zrobią."

Owszem, mogą zrobić. Jeśli ktoś uważa, że może sobie bezkarnie udostępniać plik video, to się myli. Wystarczy spróbować wrzucić cokolwiek na YouTube i przekonać się, po jakim czasie plik zostanie usunięty. Regulamin serwisu Chomikuj.pl mówi wprost o tym, że nie wolno przechowywać plików, do których ktoś nie ma praw autorskich. Pliki są sukcesywnie usuwane, wiadomo, że ciężko wyplenić wszystko, ale tak to się dzieje. A zagraniczne serwery? Niestety, tu się kryje też pułapka. Większość z nich ma zapis w regulaminie, że umywa ręce od tego, co się znajduje na danym serwerze, ale jeśli jakaś wytwórnia będzie miała roszczenia, to mogą udostępnić dane tego, kto "wynajmuje" serwer i w związku z tym ponieść konsekwencje. Wpisałam w google coś na ten temat i wzięłam pierwszą lepszą stronę. Akurat regulamin tejże głosi, że nie można takich plików przechowywać, bo sporo kosztuje ich potem wynajęcie prawników i wszelkie inne kary. Można to wprawdzie załatwić, ale pisemnie należy takie rzeczy udokumentować (że posiada się licencję). Czyli praktycznie - nie do przeskoczenia. Dlatego moja rada - patrzcie na to, skąd pochodzą napisy i co udostępnia dana grupa fansuberska. Jeśli tylko napisy do pobrania - to nie korzystałabym w żadnym wypadku z hardsubów.

Mit #5: "Bo tytułu X to nie ma w Polsce przez [wymień tu absurdalne powody]".

Znowu trochę na temat anime, bo w przypadku anime (choć nie tylko) widziałam mnóstwo absurdalnych teorii spiskowych na temat tego, dlaczego danego tytułu nie ma w Polsce. A przyczyna najczęściej jest bardzo prozaiczna - po prostu licencja wygasła. Znowu tu się odwołam do ustawy o prawie autorskim - nie będę jednak cytować danych przepisów, bo na temat licencji jest ich dużo. Generalnie licencja najczęściej jest czasowa, po niej prawa "wracają" do oryginalnego twórcy. Oczywiście dany nadawca może wykupić tytuł ponownie, ale negocjacje wypadają różnie. W przypadku anime polecam książkę Piotra Siudy "Japonizacja" (do pobrania tutaj), która mówi także o niuansach japońskiego prawa autorskiego. Książka pokazuje tym samym, że wiele rzeczy nas różni, przez co pozyskanie licencji do pewnych tytułów wcale nie jest proste. 

Mit #6: "Nie możecie publikować naszej zawartości na stronie, żadnych screenów ani cytatów!"

Miałam tego nie pisać, bo wydawało mi się to oczywiste, ale niedawno była afera związana z serwisem LubimyCzytać.pl, w której przedstawiciele serwisu nie mają racji. Owszem, nie można kopiować zawartości strony, ale istnieje coś takiego jak prawo cytowania i to wykorzystuje fanpage "Recenzje z Lubimy Czytać":

Art. 29. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów oraz rozpowszechnione utwory plastyczne, utwory fotograficzne lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym celami cytatu, takimi jak wyjaśnianie, polemika, analiza krytyczna lub naukowa, nauczanie lub prawami gatunku twórczości. 
Art. 29(1). Wolno korzystać z utworów na potrzeby parodii, pastiszu lub karykatury, w zakresie uzasadnionym prawami tych gatunków twórczości.
Tyle do powiedzenia ma prawo autorskie w tej kwestii. Tym samym mylą się oburzeni producenci, którzy uważają, że recenzenci nie mogą wykorzystywać fragmentów danego filmu do recenzji video, nawet jeśli ta jest ośmieszająca pierwotny utwór. 

Tyle na dziś. Oczywiście można się kłócić, że prawo autorskie jest nieidealne - bo nie jest. Wymaga wielu zmian. Chroni bardziej korporacje niż twórców - to też niezaprzeczalny fakt. Lecz myślę, że ustawodawcy na całym świecie mają z tym problem - bo prawo autorskie nie dostosowuje się do dzisiejszych czasów i możliwości, a uwagę na to zwracał Jenkins w swoim dziele o kulturze konwergencji około dwadzieścia lat temu. Możemy jednak się domagać tego, by to prawo rzeczywiście bardziej sprzyjało twórcom. Bo twórcę zawsze warto wspierać, pokazać mu, że jego dzieło coś jest warte. 
Share:

sobota, 9 stycznia 2016

Mity na temat prawa autorskiego w Polsce (i nie tylko), cz. I. Netflix i inne sprawy.

Na fanpage'u zapowiadałam serię tekstów na temat prawa autorskiego. Do napisania tych tekstów zainspirowało mnie głównie wejście Netflixa w Polsce (a właściwie udostępnienie go bez kombinacji ze zmianą ip, itd.) oraz dyskusje z nim związane. Jednocześnie przy tych dyskusjach zauważyłam, jak mało ludzie wiedzą na temat prawa autorskiego w Polsce, albo rozpowszechniają nieprawdziwe mity, jakieś przekonania przeczytane na stronach internetowych, gdzieś zasłyszane od kogoś, a później są zdziwieni, że dany plik usunięto bez ostrzeżenia. Pierwsza część będzie bardziej o Netflixie i innych serwisach VOD, druga będzie ogólnie o prawach autorskich i udostępnianiu plików bądź napisów, a trzecia to będzie specyficzny tekst, bo mówiący o fanartach (których niby prawo autorskie nie dotyczy, ale jest jednak to dość ciekawy przypadek).

Netflix już w Polsce! Źródło: businessinsider.com

Mit #1: "W Polsce nie ma dobrej oferty, jeśli chodzi o seriale, filmy. Muszę piracić i ściągać z torrentów, one są za darmo, a tam trzeba płacić."

Otóż... Krótko mówiąc, ten mit jest częściowo prawdą, a częściowo absolutnie nie. Prawdziwy jest w zależności od tego, czego oczekujemy. Jeśli faktycznie oczekujemy szerokiej bazy filmów i seriali w polskiej wersji językowej (przynajmniej napisy), w dodatku bez reklam, to tak, ta oferta jest uboga. Jeśli natomiast nie mamy jakiejś bariery językowej ani reklamy nam nie przeszkadzają, to nagle okazuje się, że oferta ta jest dość szeroka i co więcej, często nawet darmowa. 

Zacznijmy od Netflixa, czyli od tej długo oczekiwanej oferty na polskim rynku. Oczywiście od razu pojawiły się komentarze, że za drogo, że baza uboga, że nie ma polskiej wersji.

Po pierwsze, moim zdaniem 40 zł za miesiąc plus nielimitowany dostęp do wielu filmów i seriali to naprawdę nie jest wygórowana cena. Zwłaszcza, że kontem można się dzielić, można stworzyć do niego subkonta i można się zawsze złożyć na ten abonament. Jeśli ktoś ogląda rzadko telewizję (a np. ja tak mam), to ta cena wcale nie jest taka wygórowana. Oczywiście, pojawiają się głosy, że jest, że nie jest dostosowana do polskich zarobków, że to z naszymi płacami jest coś nie tak... Ale pojawia się tu inna rzecz. A uwagę zwróciła mi na to znajoma: jakoś wielu ludzi ma opory przed zapłaceniem za dostęp w legalnym serwisie VOD, ale nie mają oporów, by wysłać płatnego smsa, by ściągnąć ten sam film lub serial nielegalnie lub mieć do niego dostęp. Często te smsy kosztują więcej niż ten legalny dostep. Więc jak to jest? Do tego wrócę jeszcze pod koniec.

"Uboga baza" to kolejny argument tych, którzy mają opory. Owszem, nie ma tylu tytułów, co w bazie amerykańskiej, ale należy pamiętać, że niektóre stacje wykupiły licencję na dane tytuły, jak słynne "House of Cards". Nie może być więc też tak, że nagle wejdzie Netflix, to tę licencję odbierze. Nie. Dana stacja zapłaciła za nią kupę pieniędzy i ma prawa do publikacji przez jakiś czas, określony w licencji. Kto wie, jeśli licencja wygaśnie, to może wtedy "House of Cards" pojawi się na Netflixie?

Polska wersja językowa? Na dzisiaj to jest fragment bazy filmów i seriali, które mają przynajmniej polskie napisy:
Screenshot własny, przy okazji jak ktoś nie wiedział, jak mam na imię, to tutaj może się dowiedzieć. 
Dodam tylko, że z dnia na dzień ta baza jest coraz szersza. Najwięcej produkcji, które tutaj mamy, to takie, w których można włączyć polskie napisy, ale nie tylko. W przypadku "Jessici Jones" mamy również do wyboru lektora. a w przypadku produkcji animowanych (ja sprawdzałam osobiście "Madagaskar 3") jest polski dubbing. Dzisiaj przeglądałam bazę i w porównaniu nawet z dniem wczorajszym jest ona szersza.

Jak dla mnie? Wybór szeroki. Tym bardziej dla osoby, która nie ma bariery językowej (czasem korzystam z napisów dla głuchoniemych). I liczę, że z każdym dniem baza będzie się poszerzać. Zaletą Netflixa jest również darmowy miesiąc próbny, bez żadnych zobowiązań i opłat. Jeśli okaże się, że oferta nie odpowiada, to można zrezygnować. Nie będę się rozpisywać, co warto obejrzeć, a czego nie, bo już na kilku blogach można zobaczyć tego typu wpisy.

Ipla.tv. Wprawdzie powinnam tu podać na dokładkę z Playerem od TVNu, ale jednak na tym drugim najwięcej produkcji to jest od TVNu, a nie tytułów, których nie zobaczymy w telewizji. Ipla to platforma Polsatu i oprócz produkcji polsatowskich oferuje także filmy:

Screenshot własny, należy jednak pamiętać, że to jest reklama, a nie całość oferty.
Ipla oferuje pakiet filmowy - 20 zł na miesiąc, 10 dla klientów Cyfrowego Polsatu. Można też wykupić jednorazowy dostęp za kilka zł - wtedy mamy dostęp do filmu na 48 godzin. Tak miałam w przypadku filmu "Uroczystość" z Lee Pacem - byłam mile zaskoczona, że za małe pieniądze mogłam obejrzeć sobie legalnie film, w dodatku bez reklam. Moim zdaniem warto również zapoznać się z ich ofertą. Seriale Polsatu (w tym i archiwalne odcinki) są za darmo, jedyne ograniczenie to reklamy, natomiast w ofercie filmowej również zdarzają się ciekawe pozycje i to całkiem niedrogo.

VOD - Onet. Jest to kolejny serwis udostępniający filmy na życzenie. Dość spora baza dokumentów, ale też i filmów fabularnych. Tu mamy jednak tak, że część z tych filmów jest darmowa, a za część trzeba płacić.

W ofercie mamy też całkiem nowe pozycje jak np. "W głowie się nie mieści". Screenshot własny.
Wady? Tu moim zdaniem, w porównaniu do Ipli, ceny za pojedynczy film są już trochę wyższe, wynoszą około 10 zł. Moim zdaniem jednak... Tak jak wspomniałam wyżej - nie mamy często oporów, by wysłać płatnego smsa, by mieć dostęp do nielegalnych serwisów, a tutaj jakoś mamy. A często wcale nie potrzebujemy oglądać jednego filmu w kółko, więc dostęp na dwa dni jest dla mnie dość dobrym układem. No i baza dość spora, a wiele filmów jest darmowych (oczywiście mają tylko reklamy).

A co z anime? Niestety, jeśli ktoś szuka czegoś legalnie po polsku, to na chwilę obecną nie mamy nic. Ale jeśli ktoś zna język angielski, to z pomocą służy Netflix (też tam mam można znaleźć anime, ja znalazłam Rurouni Kenshin czy Deadly Seven Sins), ale są też portale, na których anime jest publikowane nawet w pierwszej kolejności, jak np. daisuki.net:

Tu akurat zapowiedź One Punch Mana. Screenshot własny.
Z tym portalem miałam pierwszy raz do czynienia, gdy oglądałam Soul of Gold, jednakże momentami mi ten stream się ciął, a serwery nie wyrabiały. Mimo to oferowana jest wysoka jakość i w dniu premiery od razu wychodzi odcinek w kilku wersjach językowych, w tym w angielskiej. Darmowe, poza oczywiście reklamami, które idzie przeżyć jednak. Podobnie było w przypadku Sailor Moon Crystal - tam odcinki były publikowane na NicoNico. takim "japońskim youtube" i miało się dwa tygodnie na obejrzenie. Fani anime, moim zdaniem warto. Nabijamy bowiem oglądalność twórcom, a dzięki temu mają podstawy, by tworzyć dalej, a nie anulować coś przez niską oglądalność. 

Innym serwisem z anime jest Crunchyroll - początkowo myślałam, że tam trzeba mieć konto i sprawa wygląda jak z Netflixem, że pierwszy miesiąc darmowy, a potem trzeba płacić. Okazuje się, że całkiem sporo tytułów można zobaczyć bez żadnych ograniczeń, za darmo.

Screenshot własny.

Oczywiście jedyne ograniczenia w tym momencie to reklamy, ale nie ma się co nimi zniechęcać i pamiętać, że jest to główne źródło zarobków twórców i takich serwisów. W zamian za to mamy pewność, że oglądamy coś legalnie.

Podsumowując: szukajcie, a znajdziecie. Nie jest tak, że w Polsce nie ma absolutnie nic i jesteśmy skazani na te torrenty. Jeśli dla kogoś nie stanowi problemu bariera językowa, to okazuje się, że możliwości mamy całkiem sporo. Jeśli ktoś np. szuka produkcji BBC i chce oglądać na żywo, to FilmOn udostępnia stream - jakość nie powala, ale jest legalny. Wiele polskich filmów (w tym klasyków) jest udostępnionych legalnie na youtubie na kanale Studia Tor lub Studia Filmowego Kadr. A jeśli już koniecznie ściągać, bo niestety nie mamy możliwości obejrzenia czegoś legalnie (dla mnie to jest smutna konieczność, nie powód do dumy, że "oszukałam system"), to chociaż nie dawać zarobić złodziejom. Nie wysyłać żadnych smsów, bo kasa trafia na konto złodzieja, a nie na konto twórców. W ten sposób upadł serwis iitv.info. 

Naprawdę nie powinniśmy się szczycić tym piractwem, bo właśnie przez nie mamy to co, co mamy, czyli Polskę omija wiele licencji na filmy, seriale, głównie z powodu strat poprzez takie torrenty. Jeśli bariera językowa jest nie do przeskoczenia, to można korzystać z napisów stworzonych przez fanów, ale... mądrze. Lecz o tym w następnym wpisie. 

Share:

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy (2015)

Przyznaję, że nie miałam takiego parcia, żeby gnać na premierę tego filmu, choć wiedziałam, że na pewno go obejrzę. Nie obejrzałam też tej trylogii sprzed ponad 10 lat, mówiącej o Anakinie, choć wiele się naczytałam i nasłuchałam, że jest kiepska w porównaniu do tej pierwszej, oryginalnej trylogii. Być może będę musiała nadrobić, bo mam jedynie porównanie z filmami sprzed blisko 40 lat. Ale mimo wszystko nie mogę zaprzeczyć temu, że "Gwiezdne Wojny" to fenomen. Kasowy hit, jeden z najstarszych fandomów, który działa do tej pory, twór, który na zawsze wpisał się w popkulturę. I jak wobec tego wszystkiego wypada najnowsza część, czyli epizod siódmy? Moim zdaniem bardzo przyzwoicie. Mimo, że starą trylogię obejrzałam ładne kilkanaście lat temu, to jednak w tym najnowszym filmie, mimo wielu zmian, czuć było klimat starych filmów. I chyba to mnie przekonało do całości. I sprawia, że nie będę mogła się doczekać kolejnej części. Recenzja bezspoilerowa. 
Źródło: filmweb.pl
Zaczyna się oczywiście klasycznie od "przelatującego" napisu, będącym wprowadzeniem. Od wydarzeń z "Powrotu Jedi" minęło 30 lat. Władzę po Imperium powoli przejmuje organizacja zwana Najwyższym Porządkiem, która to ma powiązania z ciemną stroną Mocy. W związku z tym Luke Skywalker, ostatni Rycerz Jedi, ukrył się na jakiejś planecie. Bezskutecznie próbuje go szukać jego siostra, generał Leia Organa. Mapa ze wskazówką pobytu Luke'a znajduje się na pustynnej planecie Jakku, na którą dociera pilot Ruchu Oporu, Poe Dameron. Ten jednak zostaje porwany, a mapę przechowuje droid BB-8. Wojsko Najwyższego Porządku zaczyna szukać małego robota. Po drodze jednak BB-8 napotyka ludzi, którzy mu pomagają.

Wprawdzie jest kilka rzeczy, do których można byłoby się przyczepić, jeśli chodzi o fabułę, ale gdybym chciała je tu omawiać, musiałabym niestety dość mocno spoilerować. Mam na myśli głównie parę nieścisłości i niedopowiedzeń ze strony twórców, ponieważ w pewnym momencie człowiek zaczynał sobie zadawać pytanie "Czy tylko dla mnie nie jest to takie oczywiste?". Tu jednakże muszę zamilczeć, a przejdę do elementów, które mi się podobały.

Przede wszystkim - klimat. Nie oszukujmy się, "Nowa Nadzieja" to po prostu bajka. Klasyczna space opera, opowieść przygodowa osadzona gdzieś na jakichś tajemniczych planetach. Opowieść o awanturniku, który szuka przygód i opowieść o jego towarzyszu pt. "od zera do bohatera". A do tego księżniczka, która jednak niekoniecznie potrzebuje ratunku, gdyż sama sobie poradzi. W "Przebudzeniu Mocy" mamy niejako powrót do korzeni. Wprawdzie już ci starzy bohaterowie ustępują młodszemu pokoleniu, są oni bardziej w tle i odgrywają inną rolę, ale to też dzięki nim czuć, że to są wciąż "Gwiezdne Wojny". Druga sprawa to sama opowieść. Niektórzy narzekają, że banalna, przewidywalna, ale jednak "Nowa Nadzieja" też miała prostą fabułę. A do tego jest kilka smaczków, takich "parallels", które fani na pewno kojarzą i które budzą jednak pozytywne emocje. A o to głównie chodzi.

Duży plus za to, że nowi bohaterowie są grani przez aktorów, którzy właściwie jeszcze nie mieli szansy się nigdzie wykazać. A nawet jeśli występują znani aktorzy, to zwykle są ucharakteryzowani tak, że w życiu bym np. nie poznała, kogo gra Lupita Nyong'o. Nowych głównych bohaterów, czyli Finna i Rey grają natomiast całkowicie niedoświadczeni aktorzy (sprawdzałam, są młodsi ode mnie), a mimo to wypadają świetnie. Widać, że dobrze czują się przed kamerą i mam nadzieję, że będzie to dla nich droga do sukcesu, zwłaszcza, że przyszło im grać dość nietuzinkowe postacie, zwłaszcza, jeśli chodzi o Finna. Natomiast z całego serca kibicuję Rey, jako że lubię takie bohaterki, jak ona.

Byłam zaskoczona tym, że film nie przegiął z efektami specjalnymi - było ich właściwie w sam raz, nie widać było jakiegoś niepotrzebnego nadmiaru, korzystano też z charakteryzacji, co bardzo sobie cenię, dzięki czemu można było poczuć klimat. Podobnie jak i z muzyką Johna Williamsa.

Podsumowując: "Przebudzenie Mocy" to pozycja obowiązkowa dla fanów "Gwiezdnych Wojen", ale też i kawał porządnego kina przygodowego i sci-fi. Moim zdaniem film jest udany. Może w tym roku nie przebije jakościowo jak dla mnie Mad Maxa, ale również w swojej kategorii jest po prostu świetny. Rozrywka dla każdego. A moja ocena to 9/10, czyli rewelacyjny (oczko wyżej ze względu na sentyment). 
Share:

wtorek, 22 grudnia 2015

One Punch Man (2015)

Niedawno pisałam o "Scream Queens", czyli serialu, którego mi brakowało, jeśli chodzi o kategorię "parodia". W międzyczasie odkryłam inne anime, które również okazało się parodią - i to aż dwóch gatunków. Mam na myśli anime... Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to dla mnie anime roku - czyli "One Punch Man". Tytuł, który idealnie łączy humor i akcję niemalże na miarę "Dragon Balla".
Źródło: filmweb.pl
Zaczyna się bardzo niepozornie. Saitama ma 25 lat, zero włosów na głowie i "bawi się w superbohatera". Walczy z wrogami, z którymi nikt nie daje sobie rady. I co najlepsze... Pokonuje ich zawsze jednym ciosem, co doprowadza go do frustracji - chciałby bowiem z kimś walczyć dłużej. Przez przypadek Saitama poznaje nastoletniego cyborga, Genosa. Ten, widząc zdolności głównego bohatera, zaczyna go nazywać swoim mistrzem. Saitama pragnie jednak po cichu sławy, nawet własnego fanklubu - bowiem jego wyczyny w ogóle nie są dostrzegane. Okazuje się, że powinien był się zarejestrować w Stowarzyszeniu Bohaterów, które to odpowiednio klasyfikuje danych superbohaterów. Saitama i Genos przechodzą testy, jednak dopiero teraz okazuje się, że życie superbohatera nie jest takie proste.

Tytuł spełnia warunki shounena, a nawet seinena - jest trochę krwi i brutalności. Jest w nim jednak coś, co wyróżnia go spośród innych tytułów z tego gatunku. W shounenach bardzo mnie irytuje tzw. "przeskakiwanie hierarchii" - czyli dziwnym trafem główny bohater wykazuje niesamowity talent, być może ma też trochę szczęścia lub też jest "wybrańcem", dlatego przy odrobinie wysiłku udaje mu się prześcignąć wszystkich.

Schemat znany chociaż z Dragon Balla, Saint Seiyi, Naruto, Bleacha. Tutaj... Po części on występuje, ale nie do końca. Przede wszystkim w świecie przedstawionym bohaterowie wykazują odrobinę zdrowego rozsądku. Być może trochę lecą stereotypami, ale jednak nic w Saitamie nie sugeruje, że jest on silniejszy od wszystkich innych superbohaterów (a w Stowarzyszeniu jest ich trochę, są bardzo ciekawymi postaciami), dlatego często pierwsza reakcja na jego widok to śmiech. Inna - niedowierzanie i szukanie, gdzie jest haczyk. Aż w końcu także oskarżenia o oszustwo. Dlatego też Saitama - choć początkowo zakwalifikowany do najniższej klasy superbohaterów, nie od razu przeskakuje wszystkich. Nie staje się znany, nie staje się też wielkim ulubieńcem cywili, nawet jeśli ratuje ludzi z niebywałej opresji, kiedy już się wydawało, że nie ma żadnej nadziei. I chyba to mi się najbardziej podoba w One Punch Manie - to przełamanie schematu.

Kolejną rzeczą, która mi się podobała, jest niewątpliwie humor. Bardzo absurdalny, ale przy tym ukazuje też absurdalność gatunku filmów i seriali o superbohaterach. Nawet Saitama jest narysowany bardzo uproszczoną kreską tylko po to, aby sparodiować pompatycznych herosów takich jak Superman. Bardzo również podobała mi się cięta riposta Saitamy - nie pozwolił on bowiem rozwinąć skrzydeł Genosowi, kiedy opowiadał o swojej przeszłości (często też stały element gatunku) - tylko powiedział, że ma się streścić do dwudziestu słów.

Zastanawiam się przy tym, czy przy okazji Saitama nie jest antybohaterem - a przynajmniej często wykazuje takie zachowania - czasem robi coś tylko dla sławy, jest raczej dość przyziemny (nie ma czasu na walkę, bo promocja w supermarkecie ucieknie!) i czasem nie grzeszy wielką inteligencją. Trudno go zaszufladkować. Nie lubi też wielkich wzruszeń, tylko woli konkrety. Momentami również zazdrości Genosowi sławy.

Trzeba przyznać, że Mad House odwaliło kawał dobrej roboty z animacją, a także z muzyką - muzyka podczas walk przypomina klimatycznie tę z "Shingeki no Kyojin", do tego też energiczny opening i... Nawet ending, choć bardziej pasujący do shoujo, również mi się podoba.

Wady? Anime zdecydowanie za krótkie, choć wiem, że zrealizowano tylko część rozdziałów mangi. Mam nadzieję na drugi sezon, bowiem jestem też ciekawa innych superbohaterów - tu mieliśmy zaledwie ich przedstawienie tego. Pokazano, co potrafią, ale chciałabym wiedzieć coś o nich więcej.

"One Punch Man" to niewątpliwie anime roku. I skusiło mnie do zakupu mangi. Po prostu trzeba to obejrzeć. Dla mnie tytuł spełnia wszystko, co powinna spełniać parodia. I po prostu... Czekam na więcej. A anime dostaje ode mnie ocenę 9/10, czyli jest rewelacyjne.
Share:

środa, 16 grudnia 2015

Scream Queens (2015)

Serial, który właściwie zaczęłam oglądać przypadkiem. Zaciekawiła mnie głównie obsada: Jamie Lee Curtis, Lea Michele, Nick Jonas, Ariana Grande i Emma Roberts w jednym serialu? Stwierdziłam, że muszę to zobaczyć. I w sumie nie zawiodłam się, choć też nie oczekiwałam cudów. Mimo wszystko wiele rzeczy potrafiło pozytywnie zaskoczyć, nie tylko obsada i role, jakie dostała.
Źródło: filmweb.pl
Serial opowiada o pewnym campusie jednej z amerykańskich uczelni, na której niepodzielnie rządzi bractwo Kappa Kappa Tau, do którego przynależeć mogą tylko wybrane studentki. Dwadzieścia lat przed wydarzeniami w domu bractwa wydarzyła się rzecz, którą potem chciano zamieść pod dywan - jedna ze studentek podczas imprezy urodziła dziecko w wannie, po czym zmarła. W roku 2015 na uczelnię trafiają nowi studenci, w tym Grace, która pragnie przynależeć do bractwa Kappa Kappa Tau, którym rządzi niejaka Chanel Oberlin. W tym samym czasie uczelnię, a w szczególności dziewczyny z Kappa Kappa Tau, niepokoi seria morderstw dokonanych przez człowieka w kostiumie Czerwonego Diabła. Nikt nie spodziewa się, że wydarzenia sprzed 20 lat mają wielki wpływ na to, co dzieje się obecnie.

"Scream Queens" to serial Ryana Murphy'ego i Brada Falchuka, tego samego duetu, który stworzył "American Horror Story". Prawdopodobnie również "Scream Queens" będzie miało podobną formę, tj. każdy sezon będzie opowiadał zupełnie inną historię. Byłam nieco zmęczona "American Horror Story", zwłaszcza, że obsada, najsilniejszy punkt serialu, bardzo mocno się zmieniła. "Scream Queens" to jakby powiew świeżości, bowiem formuła jest nieco inna. "American Horror Story" oprócz wątków grozy ma w sobie głównie wątki dramatyczne (czasem aż do przesady), tak "Scream Queens" to po prostu czarna komedia. Wprawdzie wiele przerysowanych wątków klasyfikowałoby się po prostu do parodii serialu skierowanego do młodzieży czy "young adults", jednak scenki grozy, szczególnie scenki dość okrutnych zabójstw, sprawiają, że serial jest właśnie czarną komedią.

I szczerze, tego mi brakowało ostatnio. Seria "Straszny film" skompromitowała się, tworząc parodie popularnych filmów w tym czasie (a nie tylko horrorów). Myślałam, że już raczej nie pośmieję się ze schematów, które występują w horrorach, aż właśnie pojawił się ten serial. Humor zawarty w "Scream Queens" doskonale łączy ze sobą parodię szkolnej komedii oraz horroru, tworząc czasami iście absurdalną mieszankę. Połączenie, w którym wiele może się nie udać, tutaj jednak sprawdziło się świetnie.

Trzeba jednak przyznać, że głównym atutem serialu jest doborowa obsada. Wprawdzie Emmę Roberts poznałam już w "American Horror Story", tutaj po raz kolejny gra "typową zimną sukę", jednak robi to w sposób bardziej komediowy, przerysowując postać bogatej i rozpieszczonej dziewczyny, która zdaje sobie sprawę ze swojej popularności oraz władzy. Moim zdaniem jeszcze nie raz pokaże swój talent, choć liczę, że dostanie nie tylko rolę "zimnej suki". Jamie Lee Curtis prezentuje klasę i wieloletnie doświadczenie w aktorstwie i to doskonale widać w roli pani dziekan, Cathy Munsch. Z jednej strony kobieta przy władzy, a z drugiej strony potrafi nie raz zaskoczyć. Ciekawie wypada wraz z młodszymi gwiazdami. Występ Ariany Grande czy Nicka Jonasa to raczej ciekawostki, gdyż ich role są epizodyczne (choć jedna z nich dość kluczowa, ale nie zdradzę, która). Mimo wszystko całkiem ciekawie się ich ogląda. Lea Michele również zaskakuje swoją rolą. Nie cierpiałam Rachel z "Glee", jednak tutaj ciężko ją dostrzec (i całe szczęście). Jej postać początkowo również irytuje, ale ostatecznie naprawdę zaskakuje i zasługuje na uwagę. Warto też zwrócić na gwiazdy, które właściwie debiutują, w tym na Billie Lourd, córkę Carrie Fisher (wkrótce zobaczymy ją w "Gwiezdnych Wojnach"), która również pokazała talent i ciekawą rolę. Do gustu właściwie nie przypadła mi tylko Grace. Nie jest to wina aktorki, ale raczej postaci samej w sobie, która jest tą "panną idealną" i "tą dobrą". Trochę mi się przejadły takie postacie.

Co do samej fabuły - momentami odcinki są również nierównomierne, zwłaszcza te środkowe nie są aż tak ciekawe i potrafią zanudzić (zwłaszcza wątki romansowe, choć jeden z nich jest bardzo ciekawie rozwiązany). Choć domyśliłam się już w przedostatnim odcinku, kto jest mordercą, to jednak finał jest bardzo zaskakujący ze względu na to, co działo się później. Do tego fajne, otwarte zakończenie. W sumie liczę na więcej.

Myślę, że serial przypadnie do gustu tym, którzy lubią produkcje dla młodzieży, opowiadające o szkole lub studiach - "Scream Queens" ciekawie i dobrze przerysowuje znane schematy, tworząc dobrą parodię. Wątki grozy są również świetnie wplecione i to jest duży plus serii. Myślę, że również warto zaznajomić się z tytułem ze względu na obsadę. A ode mnie serial otrzymuje notę 8/10, czyli bardzo dobry
Share:

niedziela, 6 grudnia 2015

Doctor Who - sezon 9 (2015)

Za nami już dziewiąty sezon Doctora Who, serialu, który trwa (wraz z długą przerwą) ponad 50 lat. W tym roku obchodziliśmy dziesięciolecie odnowienia serialu, kiedy to Russell T. Davies powrócił z nowymi odcinkami na antenę BBC. I taka nachodziła mnie dość smutna refleksja podczas oglądania sezonu dziewiątego, kiedy w myślach porównywałam te odcinki z pierwszego sezonu, jak to wiele się zmieniło. Niekoniecznie na lepsze. Postaram się, aby recenzja była w miarę bezspoilerowa, w końcu jeśli ktoś śledzi mojego fanpage'a, to widział krótkie, cotygodniowe notki na temat tego serialu.
Źródło: ibtimes.com
Doktor w dalszym ciągu podróżuje z Clarą, która zgodziła się na bycie dalej jego towarzyszką w odcinku świątecznym, mimo dość traumatycznych przeżyć. Od początku jednak nad naszymi bohaterami ciąży dziwne fatum, widmo śmierci i tajemniczej "hybrydy". W międzyczasie Doktor i Clara napotykają niejaką Ashildr, która staje się później osobą podobną do Kapitana Jacka - nieśmiertelną, ale zapominającą o tym, co przeżyła w tak długim czasie (dlatego też pisze pamiętniki). Doktor wraz ze swoją towarzyszką usiłują rozwikłać tajemnicze zagadki oraz bronią ludzkość przed kolejnymi atakami kosmitów.

I już po samym opisie sezonu widać, co jest nie tak. Jeśli ktoś odczuwa, że jest wymuszony, to ma rację. Bo niby ciągle są wałkowane te motywy hybrydy i śmierci, ale one... Są zbyt oczywiste, przynajmniej jak dla mnie. Momentami po prostu brakowało wielkiego, neonowego napisu "ŚMIERĆ" lub "HYBRYDA". Moffat nie umie moim zdaniem tworzyć foreshadowingu, takiego, jak tworzył właśnie jego poprzednik. Brakuje mi subtelnych podpowiedzi w stylu "Bad Wolf" czy "Vote for Saxon".

Druga kwestia: odcinki z tego sezonu nie zapadają w pamięć, a jeśli już, to niestety, zapadają w sposób negatywny, w stylu "ale to były nudy". Podpowiem też, że wystarczy spojrzeć na wpisy Zwierza Popkulturalnego na temat Doktora (kilka moich komentarzy też tam jest) - nie zawsze się zgadzam z autorką, ale tu w większości musiałam. Nie świadczy to o niczym dobrym, ponieważ pamiętam wielkie szaleństwo na tumblrze przed każdym odcinkiem, czasami do tego stopnia, że strona potrafiła mi się zawiesić. Teraz? Cisza. Czasami to zapominałam, że dzisiaj ma być odcinek. Bo co pamiętam z odcinków? Z pierwszych dwóch? Missy i jej dobrą kreację, jakby nie patrzeć. Kolejne dwa mnie nie wciągnęły. Odcinki z Ashildr bardzo mi się podobały i po finale sądzę, że jeszcze spotkamy tę postać. Maisie Williams w tej roli przypadła mi do gustu. Pierwszy odcinek z Zygonami mimo pewnych kontrowersji mi się bardzo podobał, ale to też nie świadczy o tym, że on taki genialny był, a raczej o tym, że reszta była taka słaba. Czy to zmęczenie materiałem? Nie sądzę, bo obejrzałam kilka odcinków Doctora Who z lat 60. (te pierwsze) i podobały mi się. Zupełnie inna forma niż ta dzisiejsza, ale jednak mi się podobało.

I wreszcie... Ech, Clara. Nie będzie to wielkim spoilerem, jeśli powiem, że jej zapowiadane odejście to właściwie śmierć (choć nie wiem, czy do końca mi się podoba to, co zrobiono z nią w finale, wszystko się właściwie okaże). Ale czy trzeba było jej śmierci, by dwunaste wcielenie Doktora wreszcie nabrało osobowości? Trochę to przykre, bo naprawdę to nie jest kwestia Capaldiego (który się stara jak może, jest świetnym aktorem), ani Jenny Coleman (która również jest świetną aktorką, pokazała swój talent grając złe wcielenie Clary, czyli Bonnie), ale właśnie słabego pomysłu. Zwłaszcza mówię tu o postaci Clary, bo Doktor w końcu mi się spodobał w tym ostatnim odcinku. W końcu jest na niego pomysł i mam nadzieję, że będą się tego trzymać. A z Clarą miałam taki problem, że naprawdę starałam się ją polubić. Byłam jedną z tych osób, która broniła postaci w odcinkach początkowych, uważając, że może się jeszcze wyrobi, może się zmieni. Niestety, na próżno. Widać tu przede wszystkim fatalną robotę scenarzystów, bo widać, że każdy miał na nią zupełnie inny pomysł, a w ostateczności ograniczała się ona do stania z boku, Może to też kwestia tego, że byłam bardzo rozczarowana opisem Clary, zapowiadano, że będzie komputerowym geniuszem, a w ostateczności była... No sama nie wiem, kim. Liczę na lepszą towarzyszkę.

Podsumowując, sezon dziewiąty jest moim zdaniem jeszcze bardziej nijaki, niż ósmy. Nie mam pojęcia, co oprócz zmiany scenarzysty mogłoby pomóc temu serialowi. Może sezon pierwszy był kiczowaty, nie było w nim nic epickiego, ostatecznego, nie było wielkich wybuchów i scen, ale miał w sobie klimat. I chciałabym, żeby do tego wrócono, a zamiast tego serial staje się coraz bardziej mroczny. Oby się to źle nie skończyło. A teraz czekam na odcinek świąteczny. Sezon ten jednak pozostawiam bez oceny póki co. 

Share: